Goniec

Switch to desktop Register Login

Park prowincyjny Awenda: Kieszenie pełne kamieni

Oceń ten artykuł
(2 głosów)

Moja mama mówi, że nie powinno się zbierać kamieni. Kto je zbiera, tego życie będzie drogą po kamieniach, nierówną i wyboistą. Mnie tam jednak zawsze coś do kamieni ciągnęło. W liceum podczas wycieczki do Anglii znalazłam kamień z dziurą – nosiłam go potem długo w charakterze naszyjnika. Zawieszony na szyi, na grubym rzemieniu, wydawał się taki alegoryczny.

Jakoś na początku pobytu w Kanadzie koleżanka opowiedziała mi o pasiastych kolorowych kamieniach w parku prowincyjnym Awenda. Niestety nie mieliśmy jak się tam wybrać. Udało się to dopiero w maju w tym roku, gdy odwiedziła nas mama mojego męża. Musieliśmy wymyśleć wycieczkę na jeden dzień, więc nasze myśli niechybnie powędrowały ku położonej 150 km od Toronto nad Georgian Bay Awendzie.
Dzięki temu, że odbyliśmy wycieczkę na początku maja, byliśmy w parku niemalże sami. Innych turystów można było policzyć na palcach jednej ręki. W sezonie jednak plaże są oblężone. Ale może warto pomyśleć o wyprawie we wrześniu lub październiku, kiedy drzewa ubiorą się w kolory jesieni.
Podróż trwa zaledwie około dwóch godzin. Na bramce uiszczamy opłatę i otrzymujemy mapę. Park nie jest duży, ale jest, gdzie chodzić. Na terenie wyznaczono siedem szlaków, z których najkrótszy ma pół kilometra, a najdłuższy – 13.


My tym razem jednak nie możemy być zbyt ambitni. Jest to bowiem inauguracyjny wyjazd z nosidełkiem i nie wiemy, ile nam Jacek wytrzyma. Mamy też wózek – jednak pchanie wózka przez las na dłuższą metę może nie być zbyt wygodne. Chociaż i tak jest nieźle, bo używamy przyczepki rowerowej, która po zamontowaniu przedniego koła spełnia funkcję wózka. Ma duże koła, więc nawet w lesie daje sobie radę.
Tak na marginesie muszę przyznać, że moim zdaniem jest to najlepszy sposób wożenia dziecka – Jacek dużo widzi, a dzięki specjalnemu hamaczkowi – ma wygodnie. Jakiś czas temu musiałam wziąć klasyczny wózek i gdy ruszyłam, aż sprawdziłam, czy hamulec jest zwolniony. Zwolniony był, ale wózek w porównaniu z przyczepką rowerową toczył się dość opornie.
Decydujemy się na spacer po plaży, a potem na przejście szlaku Wendat. Dojeżdżamy samochodem do końca głównej drogi, gdzie znajduje się parking. Stąd do plaży prowadzi krótka ścieżka przez las.


Nad zatoką jest pięć plaż – oznaczone numerami od 1 do 4 patrząc od wschodu na zachód i jedna plaża, na której można wypoczywać ze zwierzętami domowymi (między plażą pierwszą a drugą). Między plażami wytyczono szlak pieszy Beach Trial, który ma długość 4 kilometrów. Mija wszystkie plaże, przy czym ze zwierzętami można poruszać się tylko po części do plaży dla zwierząt. Z trasy dobrze widać wyspę Giant’s Tomb, która też zalicza się do parku. Przejście zajmuje około 45 minut (według parkowej broszury), wracać trzeba tą samą drogą.
My po prostu dochodzimy do pierwszej plaży i idziemy wzdłuż brzegu na wschód tam i z powrotem. Pogoda jest piękna, słońce świeci, niebo błękitne. Siadamy na kamieniach. Sprawdzam wodę – jeszcze zimna, ale nie jakoś przesadnie. Nogi zamoczyć się da. Jackowi chyba jest wygodnie – nie chce podziwiać widoków i szybko zasypia. Ciepło mu pod bluzą mojego męża.


Kamienie są, a jakże! Gdy idziemy, co raz schylam się, by podnieść jakiś. Kolorowe, pasiaste, stopniowo wypełniają moje kieszenie. Rafał się śmieje, że każdego turystę powinni rewidować na wyjeździe. Albo może ważyć przed i po... Całą plażę mamy prawie tylko dla siebie – jakaś osoba siedzi przy stoliku turystycznym, mijamy też rodzinę z dzieckiem. I to tyle.
Po leniwym spacerze po plaży wsiadamy do samochodu i podjeżdżamy na początek szlaku Wendat. Jezioro Kettle’s Lake, wokół którego będziemy szli, znajduje się we wschodniej części parku. Znajdują się przy nim dwa parkingi. Trasa tworzy pętlę o długości 5 kilometrów. Nazwa pochodzi ot tego jak nazywali sami siebie rdzenni mieszkańcy tego obszaru. Oznacza „ludzi z półwyspu”.
Jezioro jest tworem polodowcowym. Miało powstać na skutek stopniowego topnienia fragmentu lodu, który został w tym miejscu, gdy lodowiec się cofał. W tym rejonie gniazdują epoletnik krasnoskrzydły (red-winged blackbird) i czapla modra.
Tym razem ruszamy z wózkiem. Zaraz na początku trasy można zejść w dół do jeziora. Zbudowano w tym celu schody. Znosimy pojazd Jacka i podziwiamy widok. Niby większość drzew jest zielona, ale każda zieleń okazuje się inna. Las mieni się kolorami, odbija się w gładkiej tafli jeziora. Czasem tylko wiatr wzbudzi delikatną falę. Niektóre pnie, zapewne brzóz, świeca białością.


Dalej kroczymy przez las. Teren trochę faluje. Czasami widać jezioro. Wreszcie mam też okazję zobaczyć symbol Ontario – kwiatek trillium (po polsku trójlist). Na początku nie przychodzi mi do głowy, że to symbol prowincji, roślina po prostu mi się podoba, więc uwieczniam ją na zdjęciu. Ale gdy po paru dniach przypadkiem spoglądam na moją kartę OHIP, nagle wszystko staję się jasne.
W pewnym miejscu przechodzimy przez drewniany mostek – ze wschodniego krańca jeziora wypływa strumień, który wpada do zatoki Georgian. Tutaj najpierw rozlewa się w bagniste jeziorko. Właśnie między nim a Kettle’s Lake zbudowano kładkę. Z wody wystają kikuty drzew, pojawia się też charakterystyczna roślinność szuwarowa.
Od tego miejsca szlak wchodzi głębiej w las. Powoli robi się późno i chłodno. Pod koniec, przy drugim parkingu robimy jeszcze krótki postój przy molo. To jest przystosowane dla potrzeb osób niepełnosprawnych, więc nie musimy nosić wózka. Słońce jest już nisko, ciepłe, pomarańczowo-różowe światło pada na las.


Na ostatnim odcinku Jacek przypomina sobie, ze dawno nie jadł. Jednak nie bardzo jest gdzie się zatrzymać, więc ten kawałek przechodzimy bardzo szybko. W sumie na trasie pusto, spotkaliśmy może kilka osób.
W drodze powrotnej tradycyjnie zatrzymujemy się na kolację. Tym razem wybór, raczej przypadkowy, pada na jadłodajnię „Phil’s casual dining” usytuowaną przy Main St. w Penetanguishene. Zamawiam szaszłyk z kurczaka – wybór okazuje się dobry. Wielkość porcji – męska. Ja jednak jestem bardzo głodna i zjadam bez gadania. Co ciekawe, pierwszy raz spotkałam się tu z wyposażeniem łazienki w... wagę! Pomysł bardzo mi się spodobał. Aż skorzystałam. Nie wiem, na ile jest kwestia błędu pomiaru, ale różnica przed i po jedzeniu wyniosła 4 funty. Mój maż i jego mama śmiali się potem. Nie wiem, czy oni się ważyli, ale pewnie w ich przypadku wyniki nie byłyby tak imponujące – kończyłam za nich surówki.


Katarzyna Nowosielska-Augustyniak

Ostatnio zmieniany piątek, 30 sierpień 2013 15:42
Zaloguj się by skomentować