Goniec

Register Login

Park Prowincyjny Bon Echo: Początki na canoe

Oceń ten artykuł
(1 Głos)

– Musiałem trzy lata spędzić w tym kraju i mieć dwójkę małych dzieci, żeby odkryć pływanie na canoe – stwierdza filozoficznie mój mąż, wiosłując po jeziorze Joeperry w Parku Prowincyjnym Bon Echo. Ale lepiej późno niż wcale. Przygodę z pływaniem zaczęliśmy pod koniec sierpnia, więc bliżej końca sezonu. Na dwa dni do Bon Echo wybraliśmy się w ubiegłym tygodniu.

Szukaliśmy miejsca w rozsądnej odległości od domu (park leży jakieś 300 kilometrów od Toronto), ale też żeby nie trzeba było daleko płynąć, by rozbić namiot. Niestety, cierpliwość Ani kończy się po jakichś 30 minutach. Jacek może pływać długo, chlapie sobie patykiem, wszystko go interesuje. Ania jest jeszcze za mała na dłuższe wyprawy, trzeba jej dać czas do przyszłego roku.

Bon Echo jest oblegane w sezonie i w weekendy. Dlatego zdecydowaliśmy się na wyjazd w czwartek i powrót w piątek. Miejsce na namiot zarezerwowaliśmy bez problemu – w nocy z piątku na sobotę byłoby zdecydowanie bardziej tłoczno. Do wyjazdu motywowała też pogoda, dwa dni z temperaturą około 25 stopni Celsjusza.

Bardziej turystyczne, z łatwiejszym dojazdem, jest jezioro Mazinaw, położone na prawo od drogi numer 41, która dzieli park na część wschodnią i zachodnią.

Największym z jezior znajdującym się w zachodniej części jest i tak niewielkie Joeperry Lake. Dojazd drogą przez las około 7 kilometrów od punktu poboru opłat za wjazd do parku. Ostatnie 500 metrów od parkingu do jeziora trzeba przejść pieszo. Na szczęście na parkingu stał wózek, więc mogliśmy zapakować karimaty, jedzenie i drewno na ognisko, oszczędzając sobie dodatkowego spaceru. Na jeziorze znajduje się wyspa, a na niej – 8 miejsc kempingowych. Inne rozsiane są na stałym lądzie (w sumie miejsc jest 25). Południowa część Joeperry, ta z wyspą, jest bardziej zarośnięta. Wieczorem można spotkać łosie.

Ładujemy rzeczy do canoe i ruszamy. Przyjemnie się płynie, wszędzie blisko, żadnych problemów z nawigacją. Miejsca kempingowe są dobrze oznakowane.

Niedługo znajdujemy nasze, numer 520. Podłoże mogłoby być równiejsze – niełatwo znaleźć wystarczająco dużo miejsca na czteroosobowy namiot. Rozbijamy się i idziemy na krótki spacer po najbliższej okolicy. Ładnie tu, moglibyśmy zostać jeszcze z jedną noc dłużej. Kawałek od namiotu znajdujemy miejsce, gdzie nasi poprzednicy podwieszali jedzenie. Został po nich poprzeczny sznurek między drzewami.

Korzystając z ostatnich promieni słońca, płyniemy jeszcze na drugi brzeg, na plażę. Ania grzebie grabkami, a Jacek biega i łopatką próbuje wyławiać pianę, która miejscami zbiera się przy brzegu. Woda jest przyjemnie ciepła. Wstaje cienki sierp księżyca. Po zachodzie słońca ustaje wiatr, płynąc z powrotem suniemy po gładkiej tafli jeziora.

Wracamy na obowiązkowy punkt wieczoru, czyli na ognisko. Jacek dobrowolnie idzie spać, zanim kiełbaski są gotowe. Jest zmęczony, ten dzień przyniósł tyle wrażeń. Przed spaniem idziemy jeszcze na brzeg – dawno nie widzieliśmy tak czystego, rozgwieżdżonego nieba. Stoimy na kamieniach, a obok naszych stóp gwiazdy przeglądają się w jeziorze. Można by nadepnąć na dyszel Wielkiego Wozu.

Na koniec wieszamy jedzenie na upatrzonym wcześniej sznurku. I wychodzi na jaw nasz brak doświadczenia w kwestii kempingu po kanadyjsku.

O 5 nad ranem budzi nas pisk i łamanie gałęzi. Zwierzak musiał spaść, łamiąc przy tym gałąź, do której był przymocowany sznurek. Gdy trochę przycichło, Rafał wyszedł z latarką. Poświecił w las i popatrzyły na niego dwie pary oczu.

Rano mogliśmy się przekonać, jakie są preferencje żywieniowe szopów. Lubią ser żółty i banany (zostały tylko skórki). Napoczęły dwa rosołki w proszku z makaronem, chleb, paluszki z makiem i serek topiony. Nieruszone były zielone ogórki, herbatniki w kartonowym pudełku, jogurty i dziecinna owsianka. W drugiej torbie wisiały sztućce i naczynia. Ta pozostała nietknięta, czyli pozmywałam dobrze.

Wniosek: następnym razem powinniśmy przynajmniej powiesić jedzenie jeszcze dalej, żeby nie słyszeć, jak szopy się posilają. Za to teraz Jacek z taką dumą opowiada, że tata widział szopa.

W piątek po skąpym śniadaniu zabieramy się za zwijanie namiotu. Jak zwykle w drodze powrotnej jest mniej bagaży. Ze względu na dzieci wypróbowujemy też inny, pewnie niezgodny z zasadami sztuki, sposób wiosłowania. Ja siadam na dziobie tyłem do kierunku jazdy, czyli wiosłuję do tyłu. W ten sposób mamy Jacka i Anię pośrodku i każde z nas może ich nadzorować. Przede wszystkim chodzi o poskramianie Ani, której instynkt każe teraz wstawać, gdy tylko znajdzie punkt zaczepienia. Płynie się nieźle, nie wiem nawet, czy nie szybciej niż wtedy, gdy oboje siedzimy przodem.

Dobijamy do pomostu i na dwie raty przenosimy rzeczy do samochodu. Jeszcze dzieci moczą ręce i patyki, Jacek wypatruje ważek, z zarośli tuż obok nas wyskakuje piękna duża zielona żaba. Niedaleko nisko nad wodą przelatuje czapla. Żegnamy się z jeziorem.

Katarzyna Nowosielska-Augustyniak

Więcej w tej kategorii: « Motylarnia Złota Praga »
Zaloguj się by skomentować