Goniec

Register Login

Park prowincyjny Grundy Lake: Backcountry camping dla początkujących

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

        Nie lubię jeździć pod namiot w Ontario. Mniejsza o to, że odstraszają mnie kempingi z trzycyfrową liczbą miejsc (do tej pory spaliśmy zawsze na backcountry), po prostu boję się niedźwiedzi. Z nostalgią wspominam spanie w namiocie w Polsce lub na Ukrainie, z całym jedzeniem w środku, bez obawy, że w nocy zjawi się gość szukający posiłku. Teraz na mojej liście rzeczy do spakowania w okresie letnim widnieją trzy pozycje typu „coś na…”: coś na komary, coś na słońce i coś na misia.

        Gdy w ostatni weekend czerwca pojechaliśmy do parku prowincyjnego Grundy Lake, od razu zwróciłam uwagę na różową kartkę przyczepioną do parkowej gazetki. Na kartce ma się rozumieć ostrzeżenie o niedźwiedziach i zestaw dobrych rad, jak uchronić się przed wizytą nieproszonego gościa. Oczywiście wszystko, co miało jakikolwiek kontakt z jedzeniem, powinno być dokładnie wyszorowane i zamknięte w samochodzie, ale my przecież jedziemy na kemping typu „canoe-in only”…

        Park Prowincyjny Grundy Lake położony jest 320 kilometrów na północ od Toronto w stronę Sudbury. Poza dwoma największymi jeziorami – Grundy i Gurd – na jego terenie znajduje się jeszcze kilkanaście mniejszych. Jest 9 pól kempingowych, trzy kempingi grupowe, 9 miejsc, do których trzeba dopłynąć canoe lub kajakiem (mimo ich niewielkiej liczby nie mieliśmy problemu z rezerwacją niemal na ostatnią chwilę). Trzy szlaki piesze (długości 1,5, 2,5 i 3,6 kilometra), osiem piaszczystych plaż, jeziora bogate w ryby różnych gatunków i podobno jedne z najciekawszych i najlepiej prowadzonych programów edukacyjnych w ontaryjskich parkach – czyli dla każdego coś miłego.

        Po zameldowaniu się w centrum informacji wracamy się do zjazdu z drogi numer 69, będącej przedłużeniem 400. Mamy zarezerwowane canoe w Supply Post (wypożyczalnia + stacja benzynowa + bar + sklep). Jacek jak zwykle pyta, jakiego koloru będzie nasze canoe, i mówi, że chciałby żółte. Okazuje się jednak, że nasze canoe będzie… srebrne – czyli po prostu aluminiowe. Jedziemy za pick-upem wiozącym canoe na plażę dla psów nad jeziorem Gurd, z której mamy startować. Ładujemy rzeczy do naszego blaszaka i ruszamy na wodę.

        Porównujemy teren z mapką w parkowej gazetce i staramy się określić, gdzie znajduje się wysepka z miejscem kempingowym numer 9. Przecieramy oczy ze zdumienia, gdy po kilku machnięciach wiosłem wydaje nam się, że widzimy pomarańczową tabliczkę ze znakiem namiotu na najbliższej wyspie. Płyniemy do niej może 10 minut, a z brzegu jak na dłoni widać nasz samochód. Mamy backcountry z parkingiem! Ale dzięki temu nie trzeba się martwić o niedźwiedzie. Beczka z jedzeniem po prostu nocuje w samochodzie.

Wyspa od razu nam się podoba. Jest raczej mała, ale można by na niej postawić 3 namioty. W dwóch miejscach zejścia do wody są w miarę łagodne, więc dzieci mogą się spokojnie bawić. Od zachodu i północy otwierają się widoki na Gurd Lake, brzeg po wschodniej stronie jest bardziej zarośnięty. Rozbijamy namiot i płyniemy jeszcze na krótki rekonesans. Najpierw na północ na większą z dwóch plaż, a potem w przeciwnym kierunku, wybadać połączenie z mniejszym Gut Lake. Widzimy, że na tyłach naszej wyspy bobry mają swoje żeremia. Jeden nawet płynie do domu. Jezioro się zwęża, trzeba uważać na powalone drzewa majaczące pod powierzchnią wody. Wychodzimy na brzeg. Moglibyśmy przenieść canoe, ale robi się późno. Do jeziora Gut jest mniej niż 200 metrów. Siadamy na chwilę na brzegu i patrzymy, jak niebo nabiera pomarańczowego koloru. Wieczorem robimy jeszcze ognisko, potem kładę Anię spać, a Rafał z Jackiem płyną zostawić jedzenie w samochodzie. Księżyc jeszcze nie wstał, więc niebo jest czarne i usiane gwiazdami. W nocy pewnym mankamentem może być sąsiedztwo linii kolejowej prowadzącej do Sudbury i dalej. Słychać stukot kół i trąbienie pociągów.

Następnego dnia budzimy się z Anią po 10. Nie pamiętam, kiedy ostatnio tak długo spałam. Rafał i Jacek wstali przed 8 i zdążyli już dokładnie zwiedzić naszą wyspę. Po śniadaniu płyniemy do brzegu i podjeżdżamy do szlaku wokół Swan Lake. Trasa ma 1,5 kilometra. W sumie dobrze, że nie jest dłuższa, bo żar leje się z nieba, a idziemy albo po skałach, albo po kładkach wśród mokradeł. Szuwary mają soczysto zielony kolor, pięknie kwitną białe nenufary (czyli grzybienie białe).

Po południu dalej poznajemy nasze jezioro. Opływamy wyspę, na której śpimy, szorując dnem canoe o szuwary i podziwiając kunszt budowniczych-bobrów. Zachęceni tym doświadczeniem chcemy jeszcze trochę „poszuwarować” i wpływamy w zarośniętą zatokę, ale szybko się z niej wycofujemy – i to na wstecznym, bo jest zbyt wąsko, by się obrócić. Obok nas podrywa się do lotu czapla, słuchamy, jak nawołuje się para nurów, wypatrujemy niepozornych głów żółwi. Okrążamy położoną na środku jeziora wyspę piknikową i zatrzymujemy się na drugiej z tutejszych plaż. Zwracam uwagę na dwie dziwne konstrukcje na brzegu – drewniane ramy przykryte metalową siatką. Widnieje na nich informacja, że w tym miejscu żółwie złożyły jaja. Jeśli ktoś zauważy, że małe żółwiki zaczęły rozkopywać piasek, powinien zadzwonić pod podany numer.

Wracamy na wieczorne ognisko, a kolejny dzień to już czas na powrót do domu. Mocno wieje, aż ciężko wiosłować, i zaczyna się chmurzyć. Podjeżdżamy jeszcze nad Grundy Lake. Szukamy punktu widokowego opisywanego w parkowej gazetce jako szczególnie urokliwy. Teoretycznie wiedzie do niego ścieżka zaczynająca się na jednym z kempingów, gdzieś między miejscami na namiot. Krążymy, szukamy, ale oznaczeń w terenie brak. Schodzimy nad jezioro, ale chyba nie tu co trzeba. Zaczyna padać deszcz. Pędzimy do samochodu, bo leje jak z cebra.

Mimo że park nie jest duży, to przez kilka dni jest w nim co robić. Nieodkryte pozostały dla nas jeziora Pakeshkag i Beaver w jego wschodniej części, a także dwa pozostałe szlaki piesze. Ale mam nadzieję, że i na nie przyjdzie czas, bo warto tu wrócić.

Katarzyna Nowosielska-Augustyniak

Zaloguj się by skomentować