Goniec

Switch to desktop Register Login

Park prowincyjny Six Mile Lake: Dla wielbicieli zgiełku

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

        Zachęceni niewielką odległością od Toronto, wybraliśmy się w połowie sierpnia na jeden dzień do Parku Prowincyjnego Six Mile Lake. Tylko 150 kilometrów od domu, cały czas autostradą nr 400.

        Park jest niewielki, z 220 miejscami kempingowymi na sześciu polach kempingowych. Dwa są zelektryfikowane. Z poziomem prywatności bywa różnie, najmniej ustronne są miejsca „premium” położone nad jeziorem, ale przy głównej drodze. Są trzy plaże, w tym jedna „psia”, plac zabaw, sklepik i trzy szlaki piesze łącznej długości 3 kilometrów. Ścieżki prowadzą przez mokradła, po kładkach, z których można wypatrywać bobrowych żeremi i łosi, a także po skałach będących częścią tarczy kanadyjskiej. Jeden ze szlaków nazwano od nazwiska Davida Milne’a, malarza, który znajdował inspiracje w tutejszym krajobrazie.

        Six Mile Lake może być punktem startowym trasy kajakowej Gibson-MacDonald. Na jej pokonanie potrzeba 4 dni, pętla zahaczająca o Georgian Bay ma długość 56 kilometrów, o średnim stopniu trudności, z 9 łatwymi portażami (najdłuższy ma 250 metrów).

        Po zapłaceniu za wstęp od razu kierujemy się do sklepiku, w którym mieści się też wypożyczalnia sprzętu pływającego. Bierzemy canoe na 4 godziny – kosztuje 30 dol. (na dwie godziny jest 20 dol., na całą dobę – 60). W ofercie są także kajaki, rowery wodne i deski typu Stand-up-Paddle-Boards. Zwracam uwagę na wiosła, chyba dotąd nie używałam lżejszych. Wiosłuje się nimi niezwykle przyjemnie i efektywnie. W sklepiku mają też mydło na komary, podobno efekt utrzymuje się przez 4 godziny. Jedziemy na przystań, wodujemy canoe i pomagamy znajomym, których po raz pierwszy namówiliśmy na pływanie. Zabieramy się za eksplorację jeziora. Najpierw płyniemy do końca tej części, która należy do parku. Na samym końcu udaje nam się zobaczyć dwa żółwie odpoczywające na powalonym drzewie. Spokojnie dajemy radę podpłynąć bardzo blisko i zrobić zdjęcie.

        Potem w tył zwrot i kierujemy się tam, gdzie jezioro robi się szersze. Akwen jest bardzo ciekawy. Ma postrzępioną linię brzegową, dziesiątki zatok i zatoczek, co chwila trafiają się mniejsze i większe wyspy. Można tu pływać przez cały dzień i się nie znudzić.

        Wiadomo jednak, że jak człowiek tak pływa, to chciałby choć na chwilę zejść na ląd i odpocząć, a jeśli nawet nie odpocząć, to może chociaż pójść za potrzebą. A tu nie wolno. Wszystko prywatne. Domki letniskowe jeden przy drugim – przynajmniej na tej części jeziora, którą zdołaliśmy zobaczyć. Krążąc wśród wysp, nie dopłynęliśmy nawet do połowy jeziora, więc może dalej jest trochę lepiej… W końcu na kanapki zatrzymaliśmy się przy jakimś zadrzewionym brzegu, który być może był czyjąś działką, ale wyglądał na niezagospodarowany. Zjedliśmy, nie wychodząc z canoe.

        Jednak to nie gęstość zabudowy jest dla mnie podstawową wadą Six Mile Lake. Są nią kursujące tam i z powrotem motorówki. Nie ma się co dziwić, że jest ich tak dużo, ma je pewnie większość właścicieli domków. Jak są na urlopie, szukają sobie jakiejś rozrywki, więc też eksplorują jezioro – niestety robiąc przy tym sporo hałasu. Co ciekawe, te pędzące motorówki widać nawet na zdjęciu satelitarnym na mapach Google’a!

        Po wiosłowaniu wróciliśmy na plażę. Nikomu nie chciało się ruszać, najchętniej siedzieliby lub leżeli w cieniu, ale mi szkoda się zrobiło dzieciaków. Przebrałam siebie i ich i poszliśmy pogrzebać w piasku. Wtedy podniosła się też reszta naszej ekipy. Najpierw weszłam do wody z Jackiem, a potem z Anią. Jacek jest raczej strachliwy, trzymał się kurczowo i prędko chciał wychodzić. Co innego Ania – ciepła woda od razu jej się spodobała i ciągle się domagała, by ją podrzucać i chlapać. W pewnym momencie przy brzegu zobaczyłyśmy nawet płynącego przy dnie żółwia. Obserwowałyśmy go przez dłuższą chwilę, jak oddalał się ku głębszej wodzie.

        Muszę przyznać, że Six Mile Lake to dla mnie trochę jezioro straconych możliwości. Może dlatego, że nie mam motorówki. Podoba mi się i nawet chętnie bym na nie wróciła, bo jeszcze jest tyle do obejrzenia, tyle wysp i zatok do odkrycia, do tego ładna plaża i kąpielisko. Ale zaraz myślę o tych warczących silnikach. No nie wiem, może kiedyś dam się przekonać…

Zaloguj się by skomentować