Goniec

Switch to desktop Register Login

Pod parasolem kolorowych liści

Oceń ten artykuł
(2 głosów)

Kolejny raz w poszukiwaniu gór udaliśmy się do Quebecu. Tym razem wybraliśmy park narodowy rzeki Jacques Cartier (Parc National de la Jacques-Cartier) położony 50 kilometrów na północ od Quebec City w Górach Laurentyńskich. Rzeka ma 177 kilometrów długości. Przecina teren parku, płynąc z północy na południe i żłobiąc dolinę głębokości 550 metrów.

W XVII wieku teren ten zamieszkiwali Indianie – Huroni i Ilnuatsh. Huroni często byli przewodnikami jezuitów, którzy podążali z Quebec City nad jezioro Sain-Jean (położone kawałek na północ od parku). Gdy na teren obecnej Kanady zaczęli przybywać Europejczycy, Indianie Ilnuatsh spływali rzeką Jacques Cartier do miejscowości Stadacona (Quebec City), by sprzedawać futra i skóry, a nabywać takie europejskie dobra, jak strzelby, siekiery czy lusterka. W 1895 roku po naciskach został tu utworzony obszar ochronny. Po II wojnie światowej znacznie wzrosła liczba turystów, nie bez znaczenia pozostał w tym wypadku rozwój dróg. Jednak w 1972 roku Hydro-Québec wystąpiło z projektem budowy tamy na rzece i zalania całej doliny. Po trzech latach protestów pomysł zarzucono i powstał Parc National de la Jacques-Cartier.

Dodam, że park, mimo złudnej nieco nazwy, jest parkiem prowincyjnym. Parków narodowych w Quebecu jest 4. W oficjalnych nazwach mają dodane "of Canada"/"du Canada". Prowincyjnymi, które nazywają się parc national, zarządza organizacja Sepaq.

Jeszcze kilka dni przed wyjazdem wahaliśmy się, czy nie przełożyć go o tydzień, prognozy pogody bowiem nie były zbyt obiecujące. W weekend ze Świętem Dziękczynienia nie mielibyśmy jednak szans na nocleg, więc stwierdziliśmy, że jedziemy na początku października. I nie żałujemy, bo z pogodą trafiliśmy jak nigdy dotąd.

Postanowiliśmy zaeksperymentować z rodzajem noclegu. Wiedzieliśmy, że chcemy spać w parku, ale zamiast domku zarezerwowaliśmy namiot Huttopia. Ten rodzaj zakwaterowania w innych częściach Kanady nazywa się Otentik. Namiot jest ustawiony na sporej platformie. Bliżej wejścia znajduje się stół z czterem krzesłami, szafka z wyposażeniem kuchennym (talerze, miski, sztućce, kubki, kieliszki, szklanki, garnki, czajnik, deska do krojenia itp.) i lodówka (!). W głębi na kolejnym podeście mamy dwie dwuosobowe sypialnie. Co najciekawsze w takim namiocie jest i gaz, i prąd. Pod "sufitem" wisi lampa z energooszczędną żarówką, a obok niej – wentylator z elementem grzewczym. Na początku obawiałam się, czy będzie ciepło, ale system okazał się wystarczająco wydajny. Kuchenka na propan ustawiona jest na zewnątrz przy wejściu w przedsionku. Słowem kemping w namiocie, ale w miejskim stylu.

Gdy zgłosiliśmy się do recepcji, poradzono nam, by jedzenie trzymać w lodówce lub w samochodzie i nie zostawiać nic na wierzchu. Już pierwszego wieczoru przekonaliśmy się, dlaczego. Zanim położyliśmy się spać, usłyszałam w rogu namiotu chrobotanie. Patrzę, a tam w kącie mała myszka siedzi. I w ogóle się nie boi.

Mimo że wynieśliśmy jedzenie, w nocy i tak słychać było chrobotanie. Nie jestem tylko do końca pewna, czy w namiocie, czy na zewnątrz. W pewnym momencie miałam wrażenie, że po podłodze chodzi jakiś zwierzak wielkości kuny, usłyszałam nawet, że wskakuje do drugiej sypialni. Obudziłam Rafała, ale zanim był na tyle przytomny, by sprawdzić, czy rzeczywiście coś hasa po namiocie, domniemany zwierzak zdążył się zmyć.

Następny ranek też zaczął się od spotkań ze zwierzętami. Nasz namiot położony był bardzo blisko głównej drogi, która biegnie wzdłuż rzeki, kilkadziesiąt metrów od recepcji/centrum informacyjnego. I na tym krótkim odcinku udało nam się zobaczyć niedźwiedzia. Ledwo wyjechaliśmy (do szlaku musieliśmy dojechać samochodem), a z prawej strony z krzaków wyłonił się czarny kształt. To był drugi raz, gdy widzieliśmy niedźwiedzia czarnego, i znowu zdziwiliśmy się, że jest stosunkowo mały. Misiek najspokojniej w świecie przeszedł przez ulicę. Może poszedł zrobić rekonesans wśród namiotów i przyczep kempingowych.

W parku spędziliśmy trzy dni. Codziennie wybieraliśmy jeden ze szlaków pieszych. Zależało nam, by nie chodzić tylko dolinami, ale wyjść nieco w górę. Na pierwszy ogień poszedł więc 11-kilometrowy Les Loups z dwiema platformami widokowymi. Korzystaliśmy z pięknej pogody, jako że następnego dnia miało być trochę pochmurno. Póki co jednak promienie słońca prześwietlały kolorowe liście – w większości żółte, pomarańczowe i brązowe. Czerwone trafiały się rzadko, w najwyższych partiach pokazywały się drzewa iglaste. Szliśmy pod parasolem kolorowych liści i podziwialiśmy jesienne barwy na tle intensywnie błękitnego nieba. Ze wspomnianych platform widokowych rozpościera się widok na rzekę. Z drugiej widać, jak do Jacques-Cartier wpływa rzeka Sautauriski.

Tam usiedliśmy na dłuższą chwilę, by zjeść kanapki. Gdy wyjmowałam jedzenie, zauważyłam, że na pobliskim drzewie przysiadł niewielki szary ptak. Nie zwróciłam na niego specjalnie uwagi, ale nawet się nie spostrzegłam, gdy napoczął moją kanapkę (z pasztetem). Po prostu podleciał i dziobnął kawałek. Potem dołączyły do niego jeszcze dwa. Na szczęście wystarczyła interwencja w postaci machania kijkami trekkingowymi (obrońców przyrody uspokajam, że żaden z ptaków nie został owymi kijkami trafiony).

Jadąc z powrotem, w pewnym momencie zauważyłam, że na poboczu stoi kilka samochodów. Czytałam wcześniej, żeby zwracać uwagę na takie zbiegowiska, bo mogą oznaczać, że gdzieś blisko jest jakieś zwierzę. Zwolniłam, otworzyliśmy okna, a jedna z pań powiedziała, że przy drodze pasą się dwa łosie – klępa z łoszakiem. Zatrzymaliśmy się, żeby zrobić zdjęcia. Zwierzęta w ogóle się nie bały, mimo że były obserwowane przez sporą grupę ludzi. Interesowało je tylko skubanie liści.

Drugiego dnia wybraliśmy się na krótszy, 5,5-kilometrowy L'Éperon. Przewyższenie wynosiło 200 metrów (czyli dwa razy mniej niż poprzedniego dnia), a trasa tworzyła pętlę. Na samym początku można było zdecydować, czy wolimy strome podejście i łagodniejsze zejście, czy też odwrotnie. O dwóch możliwościach informowała tabliczka przy rozwidleniu. Woleliśmy ostrzejsze podejście. Na początku szliśmy grzbietem rozdzielającym doliny rzek Jacques-Cartier i l'Épaule. Przyznam, że nie było jakoś szczególnie ostro. Szlak bardzo ładny, różnorodny, widokowy, co chwila można było spoglądać w dół to do jednej, to do drugiej doliny i podziwiać kolory.

Przy punktach widokowych ustawiono tablice informacyjne dotyczące geografii i historii miejsc. Pod koniec podejścia pokazało się więcej skał, poruszaliśmy się po skalnych schodkach, potem nawet trafiły się metalowe. Zejście stosunkowo długie, doliną rzeki l'Épaule. Chwilami trudno było domyślić się, gdzie jest główny nurt, tak jest porozlewana.

Od rana było raczej szaro, a na popołudnie prognozy przewidywały deszcz. Zrobiliśmy więc wycieczkę samochodową. Wjazdy do parku znajdują się przy drodze nr 175 z Quebec City, która okrąża go od wschodu. Najbardziej "ucywilizowany" jest pierwszy z nich. Trzy kolejne to po prostu drogi, które ciągną się kilkanaście kilometrów w głąb parku, nie ma przy nich kempingów, parkingów czy innej tego rodzaju infrastruktury turystycznej. Przy drogach znajdują się jeziora, a jeśli odchodzą jakiekolwiek szlaki, to są krótkie i prowadzą właśnie do owych jezior.

Chcieliśmy zobaczyć, jak wygląda trzeci z parkowych sektorów. Przy drodze, według mapy, miało być położonych kilka jezior. Gdy wjechaliśmy na drogę nr 175 i zaczęliśmy jechać na północ, zauważyliśmy, jak zmienia się las. Coraz mniej było drzew liściastych, zdecydowanie przeważały iglaste.

Pojawiło się też więcej skał. Przejechaliśmy jakieś 30 km i widzieliśmy może kilka budynków. Poczuliśmy się odludnie. Skręciliśmy do trzeciego sektora. Droga prowadziła przez las, utwardzona, z gdzieniegdzie wystającymi kamieniami, które dało się omijać. Na początku nawet minęliśmy jakiś samochód. Ale to było na tyle, jeśli chodzi o znaki życia. Przy jeziorach złożone już na jesień i zimę łodzie. Miejscami trochę strome podjazdy, ciągle gęsty las, żadnych prześwitów. Coraz bardziej wąsko i tych wystających kamieni coraz więcej. W końcu, gdzieś tak na 12-13 kilometrze (droga miała mieć 20 km), zdecydowaliśmy się zawrócić. Nie chcieliśmy sprawdzać, jak działa ubezpieczenie samochodu z wypożyczalni, ani ile czasu upłynie, zanim ktoś nas znajdzie. Zatrzymaliśmy się jeszcze na chwilę nad jednym z jezior, ale zaczęło padać. I padało przez cały wieczór i całą noc. Gdy szłam ostatni raz do toalety, przed naszym namiotem na całej długości drogi stała woda. Zastanawiałam się, czy zdąży wsiąknąć w podłoże, jednak rano nie było po niej śladu.

Ostatni dzień mieliśmy krótki. Rano spakowaliśmy się, do południa trzeba się było odmeldować. Po deszczu znów się wypogodziło, wrócił błękit nieba. Zostawiliśmy samochód przy centrum informacyjnym i poszliśmy jeszcze na krótki szlak Les Cascades (pętla długości 4 km), który najpierw biegnie wzdłuż rzeki Jacques-Cartier, a potem odbija prostopadle na zachód i wspina się w górę wartkiego strumienia. Co chwila można podejść do brzegu, by popatrzeć, jak woda rozbija się o kamienie. W końcu przechodzimy przez most i dalej, idąc już ciągle przez las, wracamy na parking.

Podjeżdżamy jeszcze kawałek, wyjmujemy gaz i wodę, i żegnamy się parkiem przy misce zupy pomidorowej firmy Amino. Jacek garściami zbiera kamienie i z radosnym "plum" wrzuca je do wody.

Od domu dzieli nas jakieś 800 kilometrów. Żeby jutro mieć trochę bliżej, zatrzymujemy się na ostatni nocleg w Trois-Rivieres. W Internecie wynajdujemy mały motel Le Marquis, który ma bardzo dużo pozytywnych opinii. Jak się okazuje – zupełnie zasłużenie. Jest czyściutko i schludnie, nawet nie mam nic przeciwko temu, by Jacek po pokoju biegał w skarpetkach. Pierwszy raz też widzę w motelu czy hotelu normalną kołdrę, a nie narzutę i prześcieradło. Może wpływa na to w jakiś sposób fakt, że właściciele pochodzą ze Szwajcarii, przyjechali do Kanady 10 lat temu.

W drodze do domu mamy jeszcze jeden ciekawy przystanek. Jakieś 45 km od Trois-Rivieres, jadąc drogą nr 138, w miejscowości Maskinongé odbijamy w prawo do Le Magasin Général Le Brun. Jest to muzeum sklepu, a właściwie trzech sklepów, z których pierwszy powstał kilka kilometrów dalej w 1803 roku. Drugi, w miejscu, w którym jesteśmy, został założony w roku 1827. W latach 60. XIX wieku ówczesny właściciel wykupił i przeniósł sklep z 1803 r. W końcu w 1901 całość przeszła w ręce rodziny Le Brun. Sklep istniał do 1974 roku. W gablotach pod ścianami prezentowane są pamiątki po właścicielach oraz towary z poprzednich epok. Te ostatnie stoją też na półkach wzdłuż ścian. Między tym wszystkim wystawione są też współczesne produkty regionalne – chociaż nie tylko regionalne, bo i takie "made in China" da się znaleźć – pasujące do charakteru i wystroju sklepu. W drugiej części budynku znajduje się kawiarnia.

Stamtąd już obieramy kierunek na Toronto. Droga dzieli się na tradycyjne odcinki, czyli do Montrealu, do granicy prowincji i Cornwall, do Kingston i do Oshawy. A stąd już rzut beretem do domu.

Katarzyna Nowosielska-Augustyniak

Zaloguj się by skomentować