Goniec

Switch to desktop Register Login

Red Canyon - świat na pomarańczowo: Szlakami bobra

Oceń ten artykuł
(19 głosów)

Znowu jesteśmy w Parku Narodowym Teton. Oglądanie gór, nawet już znanych, nigdy się nie nudzi, bo i nigdy, tak jak las, nie są takie same. Postanowiliśmy jechać z Yellowstone do Salt Lake City, a potem do Bryce National Park bocznymi drogami, żeby więcej zobaczyć, najpierw 26-tką, potem 89-tką.


Pomysł wydawał się dobry, gorzej było z realizacją. Na razie jedziemy zadowoleni, koty poukładały się z tyłu na betach, intuicyjnie wyczuwając, że to będzie długa podróż, a do punktu docelowego mamy ponad 900 kilometrów. Mijamy miasteczko Jackson, centrum turystyczne gór Teton. Tłumy turystów, głównie z Azji, hotele, motele, jest ładnie, porządnie i czyściusieńko. Potem szeroka dolina, piękne, stylowe drewniane rancza, konie, gdzieniegdzie na nawadnianych łąkach krowy, czasami jakieś uprawy. Co kilkadziesiąt kilometrów małe miasteczka, tak samo zadbane, wszędzie widać zamożność. Każde chce się jakoś wyróżnić – w Afton nad główną ulicą brama z jelenich rogów zwieńczona parą jeleni w starciu – Tomek z Edyta sprawdzili, rogi były sztuczne. Nawet w najmniejszych miejscowościach, gdzie są trzy domy na krzyż, obowiązkowo jest oddzielny budynek otwartej cały dzień poczty. Poczta nie służy tylko do wysyłania i odbierania listów, jest ważnym symbolem, jakby wojskowym posterunkiem świadczącym o potędze sprawnie działającego państwa, którego porządek sięga każdego skrawka terytorium.


W jakieś małej miejscowości nadajemy paczuszkę do Polski, adres nadawcy kanadyjski, jesteśmy jedynymi klientami, a obsługująca nas pani niczemu się nie dziwi. Ludzie w Wyoming, Utah, Arizonie, nie licząc Indian, czasami Meksykanów i turystów w przeważającej większości biali, różnią się od tych spotykanych przez nas np. wokół przemysłowego Chicago, w Michigan czy na co dzień w Toronto. Trudno zdefiniować tę ledwie wyczuwalną odmienność, jakaś większa pewność siebie, poczucie własnej godności, niezależności i szacunek wobec innych, wynikające być może z dziedziczonych przez pokolenia tradycji, majątku i broni u pasa.
Przecinamy wschodnio-południowy koniuszek Idaho. Biedne, małe domki z przylepionymi do nich stodółkami, wjechaliśmy w inny świat. W pustynno-górzystym krajobrazie nagle pojawia się perełka, rażąca malachitem tafla Jeziora Niedźwiedziego. Granica Idaho i Utah przecina je w połowie. To naturalne, drugie co do wielkości słodkowodne jezioro w stanie Utah, zwane Karaibami Gór Skalistych, kolor zawdzięcza węglanowi wapnia. Widziana z bliska woda nabiera koloru błękitno-zielonkawego. Jezioro powstało 28 tys. lat temu w wyniku trzęsień ziemi. Położone na wysokości 1805 m n.p.m., ma 32 km długości i 12 km szerokości. Nazwę, pierwotnie Jezioro Czarnego Niedźwiedzia, nadał mu Donald Mackenzie, odkrywca pracujący dla North West Fur Company w 1819 roku. Teraz są tu dwa parki stanowe o tej nazwie, Idaho i Utah. Mamy czas tylko zamoczyć ręce w ciepłej wodzie, na kąpiel nie ma czasu. Gorąc potworny, zdjęcia wychodzą zamglone.
Potem aż do Salt Lake City góry, góry i góry, i remonty, remonty, remonty dróg. Co chwila ruch w jedną stroną, tracimy czas, droga zasypana żwirem, który wypryskuje spod kół mknących szybko ciężarówek, co kosztuje nas zbitą szybę i odpryski lakieru na masce. Przed Salt Lake City góry są wysokie, ale nie za bardzo nam się podobają. Przypomina nam się, jak w czasie rozgrywanej tu zimowej olimpiady brakowało śniegu i trzeba było go dowozić. Przez samą metropolię przejeżdżamy jak najszybciej już autostradą nr 15, z drogi góry i wspinające się na nie osiedla po lewej stronie oraz Wielkie Słone Jezioro po prawej prawie niewidoczne, czy to smog, czy drgające w gorącu wilgotne powietrze, nie wiadomo.
Miasto, stolica stanu, widziane z autostrady wydaje się brzydkie, nowoczesna zabudowa, XIX-wiecznej dzielnicy stąd nie widać. Założyli je mormoni, stanowią oni 70 proc. mieszkańców, tu znajduje się siedziba ich światowych władz i główna świątynia. Jazda przez centrum wymaga nie lada uwagi, bo niektórzy kierowcy uprawiają proceder unikania opłat. Jadą pasem przeznaczonym dla samochodów z wykupionym nadajnikiem i tuż przed kamerą uskakują gwałtownie w bok, wciskając się na siłę w sąsiednim pas.
Wielkie Słone Jezioro ma 120 km długości, woda jest w nim płytka, średnio 10 m, przezroczysta, do pięciu razy bardziej słona niż w oceanach, to drugi co do zasolenia po Morzu Martwym zbiornik, no i nie wymaga pływania – można leżeć na wodzie i czytać gazetę. Wypróbowanie takiej atrakcji niestety nie dla nas, dwie kocie mordy zostawione w samochodzie, nawet z otwartymi oknami, ugotowałyby się na twardo. Jest 38 st. Celsjusza w cieniu, zastanawiamy się, jak znoszą takie upały czarne krowy na pastwiskach.
Po kilkudziesięciu kilometrach autostrada robi się prawie pusta, jedzie się przyjemniej. Co chwila mijamy tablice z napisem Las Vegas. Miasto rozpusty i hazardu przypomina nieustannie o swoim istnieniu, ale my się nie damy skusić. Zjeżdżamy z 15-tki na wschód, potem na 12-tkę i o zachodzie jesteśmy u wjazdu do Red Canyon, nazwanego tak od intensywnie czerwono-pomarańczowych skał, który zaczyna się stromą formacją nazwaną Klifem Zachodzącego Słońca. 15 kilometrów stąd jest słynny Bryce National Park. W drodze do niego wszyscy przejeżdżają przez kanion osiem kilometrów 12-tką oznaczoną jako droga widokowa, nie zaglądając w głąb, a naprawdę warto. Erozja wyrzeźbiła wapienno-piaskowe skały w pionowe formacje zwane hoodoo. W Bryce zgrupowane są w formie amfiteatrów, w Czerwonym Kanionie, w dużo mniejszej skali, stoją w pojedynczych pasmach. Różnica też jest w kolorze, w Bryce tych barw jest więcej, w Red Canyon skały są pomarańczowe i intensywnie czerwone – takiego odcienia nie ma w Bryce, a w promieniach zachodzącego słońca zdaje się, że płoną. Ich kolor uwypukla żywo zielona Ponderosa pine, po polsku nazwana sosną żółtą. Oprócz niej rośnie tu siedem gatunków roślin niespotykanych nigdzie indziej w USA.
Kanion położony jest na skraju płaskowyżu Paunsaugunt na terenie Dixie National Forest. Ma też oczywiście swoją legendę związaną z historią Dzikiego Zachodu. Niedaleko w mormońskiej rodzinie dorastał na ranczu w Circleville w latach 1879–1884 słynny z napadów na banki i pociągi bandyta Robert LeRoy Parker, znany pod pseudonimem Butch Cassidy. Przyjechał jako dorosły człowiek na potańcówkę do pobliskiego Panguitch i po jakiejś bójce o dziewczynę, sądząc, że zabił konkurenta, ukrywał się w kanionie. Jego imieniem nazwano jeden z licznych szlaków.
Czerwony Kanion był naszym awaryjnym miejscem na nocleg, w Bryce National Park wszystkie miejsca były zarezerwowane już kilka miesięcy wcześniej. Położony tuż przy 12-tce koło centrum informacyjnego kemping działający na zasadzie kto pierwszy, ten lepszy – ruchliwa droga to jego duży minus, ale w nocy było cicho – okazał się bardzo przyjemny, 37 miejsc w większości ukrytych w krzewach wśród drzew, zapewniających prywatność. Czyste łazienki, pucowane przez gospodarza dwa razy dziennie, z prysznicami z ciepłą wodą i pojedynczymi toaletami. Cena niewygórowana, 11 dolarów za noc, sympatyczny host namawiał nas do zostania, opisując tragiczny stan łazienek i dzikie tłumy w Bryce – nie minął się z prawdą. Zapytaliśmy o niedźwiedzie – wisiało ostrzeżenie – powiedział, że kazali powiesić, to powiesił, ale niedźwiedzia nigdy tu nie widział. Niedźwiedzie nam mniej straszne niż skorpiony – też jest ostrzeżenie – i grzechotniki, a to z powodu kotów. Dobrze, że miejsce pod stół piknikowy, palenisko i wysoki grill wybetonowane, widać, co po nim łazi. Musimy ograniczać kotom teren eksploracji – nie są zadowolone.
Siedzimy na kempingu, otoczeni zewsząd pomarańczowo-czerwonym kolorem. Pomarańczowe skały przebijają przez zieleń sosen, pomarańczowa jest ziemia, różowawy asfalt dróg... te barwy będą nam towarzyszyć przez następnych kilka dni.

Ostatnio zmieniany piątek, 13 marzec 2015 20:24
Zaloguj się by skomentować