Goniec

Register Login

Rzeka Francuska (French River). Na kanu w zatoce Wolseley Bay i biwakowanie na Wyspie Bumerangu

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

I znowu przybywamy na Rzekę Francuską (French River)! W tym miejscu byliśmy w 2011 r., dwa lata temu, ale ponieważ codziennie wiał niezmiernie silny wiatr, prawie że nie byliśmy w stanie nigdzie popłynąć na kanu–nawet krótka przejażdżka do pobliskiej wyspy okazywała się istną udręką. Mieliśmy zatem nadzieję tym razem zrekompensować stracone wówczas dni.

Zamierzaliśmy wodować kanu z ośrodka Wolseley Lodge, ale skręciliśmy w niewłaściwą stronę i dojechaliśmy do ośrodka Pine Cove Lodge. Niestety, nie posiadał on rampy i musielibyśmy przenosić nasze rzeczy do brzegu, jak też do tego zapłacić za ten "przywilej" opłatę za wodowanie w wysokości 7.00 dol. oraz 8.00 dol. dziennie za zaparkowanie samochodu na oddalonym od ośrodka parkingu. Szybko więc zawróciliśmy i udaliśmy się do ośrodka Wolseley Lodge.

Wodowanie było bezpłatne i parking kosztował nas jedynie $2.00 dziennie—o wiele taniej, jak też mogliśmy praktycznie wjechać samochodem do wody—a parking znajdował się tuż przy rampie i ośrodku. Właścicielka powiedziała nam, że będzie miała samochód na oku, w co Catherine mocno wierzyła, jako że właścicielka była Niemką—być może dlatego, że nazwisko Catherine też jest niemieckie.

Po godzinie wiosłowania – i usłyszeniu kilku kąśliwych uwag od mijających nas wodniaków na temat ogromnej ilości rzeczy, jakie wypełniały nasze kanu (do których już zdążyliśmy przywyknąć), dotarliśmy do naszego uroczego miejsca biwakowego – i na szczęście było wolne! Ponieważ w 2011 r. biwakowaliśmy na tym właśnie miejscu, zdawaliśmy sobie świetnie sprawę, że było to jedno z najbardziej idealnych miejsc biwakowych w okolicy. I nie zmieniło się specjalnie przez ostatnie dwa lata. Prymitywnie sklecony stół okazał się całkiem wygodny; dookoła walało się kilka białych kości, prawdopodobnie należących do poprzednich biwakowiczów na tym miejscu, którzy zapewne mieli niefortunne spotkanie z głodnym, czarnym niedźwiedziem… OK, oczywiście żartuję… kości były jelenie lub łosiowe i starannie położone na skale. Miejsce było niezmiernie przestronne, można byłoby na nim rozbić wiele namiotów, posiadało też dwie ‘thunder boxes’ (tzn. nieobudowane wychodki) oraz można było z niego delektować się pięknymi zachodami słońca. W nocy dookoła panowała cisza, jedynie od czasu do czasu pojawiła się łódź z wędkarzami, którzy starali się usilnie, acz głównie bezowocnie, coś złowić. Ponieważ kształt wyspy przypominał bumerang, nazwałem ją Wyspą Bumerangu.

Była pełnia księżyca (niebieski księżyc) i wieczorem wybraliśmy się na przejażdżkę na kanu, aby odwiedzić parę innych wysp, na których znajdowało się kilka miejsc biwakowych – wszystkie z nich były wolne. Niebawem wzszedł księżyc i rzeczywiście, był bardzo jasny, okrągły i żółto-złoty. Wiosłując, również ciągnąłem za sobą wędkę i wreszcie złowiłem 63-centymetrowego szczupaka. Niestety, ale według przepisów wędkarskich, musiał być wypuszczony z powrotem do wody; będąc dobrym i przestrzegającym prawa obywatelem kanadyjskim, wypuściłem go, aczkolwiek z ciężkim sercem.

Żegnaj, nasza kolacjo!

Nie tylko wieczorne przejażdżki są relaksujące – również te ranne są pełne uroku. Toteż obudziwszy się z samego rana, wsiedliśmy do kanu i wyruszyliśmy na kilkugodzinną wycieczkę po otaczających nas rozlewiskach. Siedząc na skale na naszym miejscu, popijając czerwone wino i rozkoszując się zachodami słońca, mogliśmy patrzeć na Północny Kanał (North Channel) i rosnącą na brzegu wysoką sosnę o charakterystycznym kształcie. Udaliśmy się właśnie w tamtym kierunku.

Księżyc nadal był widoczny na nieboskłonie, wszystko było ciche i uśpione i nie widzieliśmy żadnych motorówek na rzece. Na północnym brzegu kanału był rozbity mały namiot. Jego mieszkańcy zapewne głęboko spali, ale ich piesek cichutko pobiegł do brzegu, aby nam się lepiej przyjrzeć. Płynęliśmy naprzód i wreszcie dotarliśmy to tej sosny widocznej z naszego miejsca. Po drugiej stronie kanału był domek letniskowy, w miejscu, gdzie przebiegała granica parku.

Uwielbialiśmy wiosłować pomiędzy skałami i nawet wyszliśmy na brzeg, gdzie znajdowało się zrobione z kamieni miejsce na ognisko i solidny stół: zapewne ktoś (lub kilka osób) często bywał w tym miejscu.

W końcu dopłynęliśmy do Cedar Rapids (Bystrzyn Cedrowych). Szacując po liniach wodnych, pozostawionych na drzewach i skałach, poziom wody był całkiem niski. Przywiązaliśmy kanu do drzewa i ucięliśmy sobie krótką drzemkę, będąc kołysani do snu przez rwącą przez bystrzyny wodę.

Droga powrotna zajęła nam przynajmniej dwie godziny. Również wybraliśmy się na inne krótkie wypady. Raz popłynęliśmy do Five Mile Rapids (Bystrzyn Pięciu Mil), znajdujących się vis-a-vis ośrodka Crane's Lochaven Wilderness Lodge. Po przeniesieniu kanu przez płytki i skalisty odcinek rzeki, mogliśmy jakiś czas powiosłować, lecz wkrótce natrafiliśmy na następną przeszkodę, wymagającą tym razem dłuższego portażu – Little Pine Rapids (Bystrzyny Sosenki); oczywiście nawet nie usiłowaliśmy przenosić dalej kanu. Miejsce było niezmiernie malownicze i piękne; przynajmniej godzinę tam spacerowaliśmy.

Tego wieczora złapałem nieprzyjemnie wyglądającą catfish (coś w rodzaju suma), ważącą ok. 5-6 kg, którą następnie oprawiłem i usmażyłem na patelni. Była to jedyna ryba w to lato, jaką złapałem i którą zjedliśmy! Mogę dumnie chwalić się, że rzadko przekraczam ustanowione dzienne limity połowów ryb… w ciągu całego roku!

Jak wspominałem poprzednio, biwakowaliśmy na tym samym miejscu dwa lata temu i rzecz jasna, napisałem o tamtej wyprawie dość spory blog, w którym wychwalałem zalety tego biwaku. Następnego dnia po naszym przybyciu parę metrów od nas przepływało kilka kanu i jedna z kanuistek podpłynęła bliżej naszego miejsca.

– Czy to jest to słynne miejsce biwakowe numer XXX?

– Dlaczego słynne? – zapytałem.

– Ono było opisane w bardzo znanym blogu – krzyknęła.

Prawie że zaniemówiłem, słysząc jej odpowiedź, i nic już nie odpowiedziałem. A może powinienem poinformować ją, że to właśnie ja byłem autorem tego "bardzo znanego" blogu? Podczas naszego pobytu na tym miejscu, widzieliśmy przynajmniej trzy inne grupy kanuistów, którzy najprawdopodobniej szykowali się na biwakowanie na tym właśni miejscu i niektórzy byli niezmiernie rozczarowani, że już było zajęte. Wynika z tego, że jednak nie tylko ludzie czytają moje blogi, ale nawet kierują się zawartymi w nim rekomendacjami!

Siedząc jednego wieczoru na skale na biwaku, przez dłuższy czas obserwowaliśmy taniec godowy w wykonaniu dwóch nurów (loon), który zapewne zakończył się pojawieniem się na świecie małego nura.

W niedzielę wcześniej wstaliśmy, spakowaliśmy się i popłynęliśmy do samochodu. Nasz plan przewidywał dojechanie do parku Oastler Lake Provincial Park, znajdującego się 6 km na południe od miasta Parry Sound. Jak tylko włożyliśmy nasze rzeczy do samochodu, a kanu na dach, rozpętała się burza, biły pioruny i lunęło jak z cebra. Pojechaliśmy do restauracji Hungry Bear na drodze nr 65 (na północ od mostu na Rzece Francuskiej) na tradycyjny hamburger z rusztu. Restauracja była pełna ludzi, a do tego nie było ulubionej zupy Catherine. W takim razie pojechaliśmy do prawie że przyległej restauracji/zajazdu dla kierowców ciężarówek, zamówiliśmy świetną sałatę i porozmawialiśmy jakiś czas z właścicielem.

Ponieważ Catherine chciała raz jeszcze przejechać się przez rezerwat indiański Shawanaga Indian Reserve, skręciliśmy w boczną drogę i po jakimś czasie inną drogą wyjechaliśmy na główną drogę nr 69.

Do Parry Sound dotarliśmy przed godziną 18.00. Wstąpiliśmy do kilku sklepów, a następnie weszliśmy do ogromnego supermarketu Walmart, jedynego pewnie sklepu otwartego po godzinie 18.00. Gdy byliśmy w środku, mogliśmy słyszeć, jak ulewny deszcz bardzo głośno uderzał w metalowy dach sklepu, a co jakiś czas dało się słyszeć (i czuć) niedalekie trzaski piorunów.

W pewnym momencie w sklepie zapanowały ciemności (gdy właśnie byliśmy przy kasie i mieliśmy płacić), ale momentalnie wystartował generator i mogliśmy dokończyć zakupy. Niektórzy z klientów kupowali bardzo dużo plandek – jak się okazało, biwakowali w pobliskich parkach (Oastler, Killbear) i ich zapewne tanie namioty już mocno przeciekały.

Ciągle padało i nic się nie zapowiadało, aby szybko deszcz się skończył. Rozbijanie namiotu w parku byłoby niezmiernie nieprzyjemne, a może wręcz niemożliwe. Dlatego zdecydowaliśmy pojechać prosto do Toronto, gdzie dotarliśmy po północy.

Jako że pogoda była beznadziejna przez następne kilka dni, ta decyzja zapewne uchroniła nas od niezmiernie nieciekawych doświadczeń biwakowych.

Ogólnie wycieczka mocno się udała. I chociaż Catherine zawsze planuje wybierać się do miejsc, w których jeszcze nie byliśmy, ja już dyskretnie planuję naszą następną eskapadę na kolejny odcinek Rzeki Francuskiej!

Jacek Kozłowski 
http://ontario-nature-polish.blogspot.ca/

Zaloguj się by skomentować