Goniec

Switch to desktop Register Login

Spokojne wody Wielkiej Rzeki

Oceń ten artykuł
(2 głosów)

        Gdy temperatura za oknem przekracza 30 stopni Celsjusza, człowiek zaczyna szukać kontaktu z wodą. Najlepiej jeszcze, żeby wokół nie było tłoku, żeby nie siedzieć w jednym miejscu i żeby nie było daleko. Z wyżej wymienionych powodów w ostatnią sobotę postanowiliśmy zainaugurować sezon i wybraliśmy się na spływ Grand River. Trasa od Freeport Bridge koło Kitchener do Paris była już opisywana w Gońcu (www.goniec.net, w polu wyszukiwarki wystarczy wpisać „Grand River”), nasza jest jej kontynuacją.

        Dojechaliśmy więc do miejscowości Paris położonej kilkanaście kilometrów na północ od Brantford (godzina jazdy od Toronto). Canoe zamówiliśmy w Grand Experinces (grand-experiences.com). Firma organizuje spływy na różnych odcinkach Grand River, a także innymi ontaryjskimi rzekami. Zdecydowaliśmy się na krótką trasę zwaną Cayuga (10 km) rozpoczynającą się właśnie w Paris i kończącą w Brant Conservation Area pod Brantford. Przewidywany czas spływu to 3 godziny, koszt w przypadku canoe to 37 dol. od osoby wiosłującej i 8 dol. od każdej siedzącej bezczynnie zwanej również pasażerem.

        Canoe rezerwuje się przez Internet lub telefonicznie. Do wypożyczalni należy się zgłosić o dowolnej godzinie między 8.30 a 14.30, a do punktu docelowego trzeba dopłynąć o takiej porze, by załapać się na transport z powrotem. Organizator przyjeżdża po klientów vanem o 12.30, 15.30 i 17.30.

        Grand Experiences mieści się w centrum miasta po zachodniej stronie rzeki, w 145-letnim budynku. Stawiamy się tam około 10.30, podpisujemy co trzeba, odbieramy kamizelki ratunkowe i wiosła. Pracownicy pomagają nam zwodować canoe i tłumaczą, po której stronie rzeki trzeba płynąć przy kolejnych mostach. Mosty na trasie są cztery, pierwszy z nich na samym początku. Najtrudniejszy okazuje się start. Pod pierwszym mostem trzeba bowiem przepłynąć po lewej stronie (patrząc w kierunku, jak płynie rzeka), a pomost, z którego startujemy, jest po prawej. Problemem nie jest nawet nurt, ale kamienie, o które co chwila się ocieramy. Miejscami jest tak płytko, że stajemy na dnie. Kręcimy się tak z 15 minut, aż w końcu udaje nam się przedostać na drugą stronę i możemy wyruszyć.

        Mijamy miejską starówkę i szybko wypływamy z miasta. Na samym początku zauważamy żółwia wygrzewającego się na kamieniu. Jest całkiem spory. Gdy podpływamy bliżej, ucieka. Kawałek dalej trafiają się nam jeszcze trzy żółwie. Wszystkie siedzą na jednym kamieniu i po kolei wskakują do wody.

        Przyzwyczajamy się do rzeki. To nasze pierwsze rzeczne doświadczenie, a Grand River jest dobra dla początkujących. Na tym odcinku płynie wolno, nie ma progów ani większych niespodzianek. Mniejsze są, jako że rzeka jest płytka i trzeba obserwować kamieniste dno. Kilka razy musimy nawet wyjść na chwilę i popchnąć canoe, które osiada na dnie. W takich warunkach nie trzeba się nawet obawiać wywrotki. Poza tym płynie się relaksowo, jest dużo czasu na robienie zdjęć i obserwacje. Można dojrzeć wspomniane żółwie, czaple, stada kanadyjskich gęsi, kaczki, jelenie, bobry, a nawet orły. Po drodze mijamy kilka potoków wpadających do rzeki oraz wycieczkę, która zatrzymała się przy pozostałościach kopalni.

        Woda jest ciepła i zachęca do kąpieli. Wiele osób spływających rzeką zatrzymuje się przy kamienistym brzegu. My też na chwilę stajemy, kawałek za mostem, po którym biegnie autostrada 403. Trafiamy akurat w miejsce, w którym roi się od kijanek. Mogę pokazać Jackowi i Ani te żabie dzieci w różnych stadiach rozwoju, z łapkami i bez, a także maleńkie żabki. Przyglądają im się zachwyceni. Patrzą też, jak pod wodą pływają małe rybki.

        Na drugiej połowie trasy na rzece pojawiają się wyspy. W okolicy czwartego mostu – dla pieszych – Grand River robi się szersza, tworzy jakby długie trzykilometrowe jezioro. Dodajemy gazu, żeby załapać się na vana 15:30. Jeśli ktoś ma więcej czasu, może popłynąć dalej i okrążyć kilka wysp znajdujących się na tym odcinku. Nurt nie jest problemem i spokojnie da się przemieszczać w górę rzeki. Trzeba tylko uważać, by nie zapuścić się za daleko, jako że na końcu szerokiego odcinka znajduje się próg wodny.

        Od ostatniego mostu do przystani miało być jeszcze 20 minut, nam udaje się dopłynąć szybciej. Odczuwamy przyjemne zmęczenie i satysfakcję. Trasa, którą pokonaliśmy, niby nie była długa, ale w sam raz jak na początek. Ważne, że dzieciaki spisały się dzielnie, nie marudziły i tylko raz musieliśmy zawracać po łopatkę upuszczoną do wody przez Anię. I jeszcze wskazówka na koniec – pływając na canoe, gdy z nieba leje się żar, warto użyć kremu do opalania i posmarować także kolana.

Katarzyna Nowosielska-Augustyniak

Zaloguj się by skomentować