Goniec

Switch to desktop Register Login

Szlakami bobra: A sio, wilku, do lasu! – Barron Canyon w Algonquin

Oceń ten artykuł
(15 głosów)

        Park Prowincyjny Algonquin, wizytówka ontaryjskiej przyrody ściągająca co roku tysiące turystów z całego świata, w całym swym pięknie kryje też miejsca ponad tę algonkińską piękność wyrastające, wyjątkowe, niezwykłe, perły w koronie. Taką perłą jest Barron Canyon we wschodniej części parku.

        Stumetrowej głębokości kanion, przez który przepływa Barron River, długo był niedostępny dla turystów. Dopiero w 1963 roku można było dotrzeć tu drogą, przedtem trzeba było canoe załadować do pociągu i wyładować je na stacji w Achray, która teraz jest zbiorowym małym kempingiem z 45 miejscami. Parkowa ulotka wspomina jak o prehistorii o tym, że tory Canadian National Railway łączące wschodnie i zachodnie wybrzeże Kanady, Pacyfik i Atlantyk, przecinały Algonquin do 1995 roku. Tu ze smutkiem trzeba przyznać, że ta prehistoria to nasza młodość, że pamiętamy czasy, kiedy przez park jeździły pociągi, a jednocześnie był on tak dziki, że nie trzeba było robić żadnych rezerwacji. Teraz znaleźć miejsce w Algonquin, odległym od dwumilionowej metropolii Toronto o 250 km, to zmora. Wszystkie na zbiorowych kempingach i blisko wejścia do interioru zajęte pół roku wcześniej, o wyjeździe na długi weekend w lecie z dnia na dzień można tylko pomarzyć i liczyć, że w ostatniej chwili ktoś zrezygnuje. Taka chwila nam się trafiła w październikowe Święto Dziękczynienia w zeszłym roku, nagle zapowiedziano minus dwa stopnie w nocy i deszcz w dzień, ktoś pewnie się takiej pogody wystraszył i zrezygnował, i w dodatku było to miejsce w tej części, gdzie wolno zabierać zwierzęta. Spanie w interiorze było wykluczone ze względu na nasze stare dwa kociska, które choć są doświadczonymi podróżnikami, ze względu na wiek potrzebują coraz więcej komfortu.

        Do Achray wybraliliśmy trochę dłuższą drogę, przez południową część Algonquin zamiast przez Peterborough, bo akurat zapowiedziano szczyt wybarwienia liści i chcieliśmy po drodze fotografować jesień. Jechać do niego trzeba naokoło przez Ontaryjskie Kaszuby, to ponad 6 godzin jazdy, dlatego rzadko zaglądamy w te strony, bo na weekend to trochę za daleko, ale teraz mieliśmy cztery dni. Dopiero pod wieczór dotarliśmy do głównej bramy parkowej, a stąd do kempingu jeszcze ponad pół godziny jazdy szutrową drogą. Rozbijaliśmy się w blasku ogniska i w świetle latarek. Zimno było okrutnie, koty w namiocie na krzesełkach opatulone po czubek nosa w podwójnych śpiworach, zwykle nieznoszące przykrycia, nie zmieniły pozycji do rana, my tak samo zakutani w cieplutkie puchowe śpiwory. Zasypialiśmy, buchając parą, w błogiej nieświadomości zadziwiających zdarzeń, które nas tu czekały…

        Ranek powitał nas wbrew przepowiedniom słońcem i niewielkimi chmurkami. Okazało się, że nasze miejsce jest na końcu kempingu, w sosnowym lesie, właściwie prawie na pięknej plaży. Koło nas nie było nikogo. Woda w Grand Lake, nad którym znajduje się kemping, przezroczysta, wszędzie plaże z drobnym piaskiem, woda płytka – w lecie musi tu być raj. Po drugiej stronie jeziora łańcuch zielonych wzgórz upstrzony czerwienią i żółcią. Miejsca nad brzegiem jeziora fantastyczne, te w głębi mało przyjemne, no i nie ma pryszniców. Ludzi niewielu, mimo że wszystkie miejsca zarezerwowane, bo śpią tu tylko pierwszy lub ostatni dzień, w drodze na wyprawę canoe lub z plecakiem na trasy piesze. Fifce i Pimpkowi kemping się bardzo podobał, a jeszcze bardziej plaża. Terytorium dzieliliśmy z chipmankiem, który bezkonfliktowo towarzyszył nam przez cztery dni, nawet Pimpek go zaakceptował i nie próbował zeżreć.

        Achray to nie tylko kemping. To minimuzeum geologii i historii eksploracji Algonquin przez białego człowieka, rozwoju turystyki i nawet sztuki. Najpierw pojawili się tu drwale. Rąbana bez opamiętania pierwotna puszcza spływała Barron River przez rzekę Petawawa, potem Ottawa, w drogę do Europy. Tak jak mało znaczyła przyroda, tak mało warte było życie człowieka. Praca drwala była niebezpieczna, brzegi Barron Canyon usiane są ich niewidocznymi już grobami, znaczonymi wtedy tylko przybitymi do drzewa butami. Wraz z nimi pojawili się rangerzy, najpierw walcząc z pożarami lasu, potem także przecierając portaże, wybijając wilki dziesiątkujące stada jeleni i zwalczając nielegalny handel niedźwiedzimi skórami. Na terenie kempingu stoi kamienny domek z lat 30., w którym mieści się parkowy sklepik, dawniej będący główną kwaterą rangerów, a obok drewniana chata o nazwie „Out-Side-In”, będąca ich siedzibą w początkach XX wieku. W niej ciekawa ekspozycja, archiwalne zdjęcia i niewielkie brzozowe canoe Joe Taita, który pracę jako ranger zaczął w 1915 roku w wieku 15 lat. W tej chacie w 1916 roku mieszkał Tom Thomson, chyba najbardziej znany artysta ze słynnej Grupy Siedmiu, malarzy uwieczniających piękno kanadyjskiej przyrody. Ze sztuki wtedy nie za bardzo dało się wyżyć i Tom Thomson pracował jako fire ranger zazwyczaj w zachodniej części Algonquin. Krótki pobyt w Archay zaowocował jednak uważanym za jeden z jego najlepszych obrazów, „The Jack Pine”.

        W latach 70., półtora kilometra od kempingu, odkryto sosnę uwidocznioną na obrazie. Sosny już nie ma, została pamiątkowa tablica. Obraz widzieliśmy w National Gallery w Ottawie, a teraz siedzimy na skale w miejscu, z którego Thomson sto lat temu go malował, obok pięknej dzikiej plaży. Wzgórza na obrazie nie pokrywają się wprawdzie idealnie z widokiem, ale chcemy wierzyć, że ta niedokładność to impresja artysty. Pewnie nawet nie przypuszczał, jaką cenę jego obrazy osiągną po stu latach.

        Pierwszy dzień w Achray postanowiliśmy przeznaczyć na piesze wycieczki. Młody ranger, który przewijać się będzie przez naszą opowieść, upewnia nas, że w okolicy nie ma niedźwiedzi, więc koty spokojnie zostawiamy w namiocie i jedziemy na trasę, obejrzeć kanion z góry. Półtora kilometra od kempingu Andrzej naciska na hamulec. Drogę przecina nam niedźwiedzica z małym. Niedźwiadek włazi na drzewo pięć metrów od nas, matka zasłania go ciałem. Jest duża. Przez otwarte okno patrzę w złowrogie ślepia niedźwiedzicy. Podobno nie wolno niedźwiedziowi patrzeć w oczy, to prowokuje atak. Mijają sekundy wydające się minutami. Jeśli zaatakuje, Andrzej nie zdąży ruszyć. Niedźwiedzica odwraca wzrok, podjęła decyzję, nie jesteśmy groźni. Powoli wyciągam aparat – pierwsze przykazanie, trzymaj aparat zawsze gotowy – za późno, niedźwiedzie znikają w lesie. Przydaje się parę kilometrów dalej. Przez drogę przechodzi wilcza wataha. Podjeżdżamy powoli bliżej i bliżej, wysiadam z samochodu. Jestem w środku, wilki nas otaczają i obserwują zza traw. Jest ich może sześć. Czuję się trochę nieswojo, ale przypomina mi się śmieszna Tatowa opowieść, jak w latach 50. odpoczywał pod drzewem w Puszczy Kampinoskiej. Nagle parę metrów od niego pojawił się wilk z połówką sarny. Widząc człowieka, puścił ją i tak się sobie przyglądali. Tata pomyślał, że dziczyzna by się przydała, czasy były ciężkie, więc jednym susem skoczył w stronę wilka, licząc, że zostawi sarnę. Ten był jednak szybszy, chwycił zdobycz i zwiał. A my ponad dwadzieścia lat jeździmy do Algonquin i wilka widzieliśmy z daleka chyba tylko ze dwa razy, są zwykle bardzo płochliwe, a tu coś takiego. Może są oswojone? Z paru metrów widać, że są niewielkie. Żyjący w parku Timber Wolf przez niektórych naukowców uważany jest za oddzielny gatunek. Pokazaliśmy potem zdjęcia młodemu rangerowi. Zdziwił się wydarzeniem, stwierdził, że wilki wyglądały na zdrowe, do podkarmiania się nie przyznał, natomiast zaniepokoił się wiadomością o niedźwiedzicy. Poradził nam wycie, może wilki odpowiedzą. Wyliśmy w nocy na drodze jak głupi, ale gadał dziad do obrazu a obraz do niego ani razu.

        Omawialiśmy to wilcze spotkanie na półtorakilometrowym szlaku do kanionu Barron. Widok z krawędzi niesamowity, pionowe skały, stumetrowa przepaść, canoe w dole jak miniaturki. Tak naprawdę nie wiadomo na pewno, jak powstał. Najbardziej znana wersja, to że 11 tys. lat temu wyrzeźbiły go wody z topniejącego lodowca, o objętości równej tysiącu wodospadów Niagara, niosąc ze sobą odłamki skał i piasek. Piaszczysty teren, niżej położony i z wyższą temperaturą niż zachodnia część Algonquin, jest idealnym miejscem dla sosny. Rosną tu sosny białe, czerwone i Jack Pine.  Dzisiaj przez kanion leniwie płynie Barron River, ale mimo wyższej temperatury, na jego dnie zachował się specyficzny mikroklimat i można spotkać tu rośliny i zwierzęta charakterystyczne dla terenów oddalonych od parku o tysiąc kilometrów na północ. Poszliśmy jeszcze na 5-kilometrowy (w jedną stronę) szlak do wodospadów High Falls nad jeziorem o tej samej nazwie. Wodospady malownicze, tak jak jezioro, upstrzone niewielkimi wysepkami. Tuż przed nim, tam gdzie Barron River kończy wędrówkę przez Stratton Lake, rzeka tak wygładziła skały, płynąc przez nie niewielkimi strumieniami, że miejsce to służy jako wodna zjeżdżalnia. Wydawało nam się, że przy takiej temperaturze chętnych do kąpieli nie będzie, a jednak zastaliśmy dwóch chłopaków niezmordowanie zjeżdżających i wspinających się przy pomocy liny z powrotem na skałę. W lecie miejsce to jest olbrzymią atrakcją.

        Następnego dnia postanowiliśmy obejrzeć Barron Canyon z dołu. Można wypłynąć z kempingu Archay canoe na dwa – trzy dni. Po drodze nad kilkoma jeziorami są przepiękne miejsca biwakowe w interiorze, a przenosek jest tylko kilka, z najdłuższą 550 metrów. Koniec trasy znajduje się przy Squirrel Rapids. Firma wypożyczająca canoe dostarcza i odbiera canoe, a także przeparkowuje samochody (znajduje się kilkanaście kilometrów przed główną parkową bramą, www.algonquinportage.com). Można też wystartować ze Squirrel Rapids w górę rzeki – nurt jest niewyczuwalny – po jednej ponad czterystumetrowej przenosce dotrzemy do najpiękniejszej części kanionu. Powrót tą samą trasą. Zajmuje to tylko kilka godzin.

        W dole kanionu cisza i spokój, nie wydawał się tak groźny jak z góry. Zrobiło się gorąco, pościągaliśmy kurtki i długie spodnie, zostawiając czapki. Taka temperatura w październiku? Razem z nami w słońcu grzały się na czerwono zabarwione żółwie malowane Midland. Pionowe ściany kanionu cieszyły oko żółcią wpiętych w nie w niepojęty sposób brzóz, ciepłym pomarańczem paproci i jaskrawym porostów. Było pięknie...

        Gdy wracaliśmy kolorowo wybarwioną Barron Canyon Road na kemping, Algonquin przyszykowało nam ostatnią niespodziankę. Za górką poboczem szedł wilk. Tak sobie szedł, nie wiadomo po co. Stanęliśmy, za nami pojawił się parkowy samochód. Znajomy młody ranger służbista kazał nam natychmiast odjechać, bo jesteśmy niewidoczni i może być wypadek, a sam postanowił skłonić wilka do powrotu do lasu. Stanął od niego w odległości trzech metrów i machał rękoma, jakby zaganiał kury do kurnika. A sio, wilku, do lasu, a sio! Wilk go miał głęboko w nosie i szedł sobie poboczem dalej. Ranger zrezygnowany wrócił do samochodu i śledził nas aż do kempingu. Nie zawróciliśmy, żeby go sfotografować. Niech sobie idzie, może jest głodny i szuka zabitej w nocy przez samochody zwierzyny. Szkoda tylko, że nie uwieczniliśmy tej sceny, byłoby historyczne zdjęcie. Ale żeby takie rzeczy się w Algonquin działy? Że ludzie ostatnimi czasy powariowali, to wiemy, ale żeby też zwierzęta?!

Joanna Wasilewska, Andrzej Jasiński

Zaloguj się by skomentować