Goniec

Register Login

Szlakami bobra: Brązowe jajo w czarne cętki – Marten River Provincial Park

Oceń ten artykuł
(10 głosów)

Płynęliśmy sobie któregoś letniego dnia pięknym jeziorem, chłodzeni lekkim wiaterkiem, przez morze żółci i bieli grążeli i nenufarów. Nigdzie się nam nie spieszyło, delikatnie zanurzaliśmy wiosła w wodę, penetrując kolejne zatoki, wpływając w wąskie rzeczki, płytkie bagniska pokryte czerwoną drapieżną rosiczką, przy której wylegiwały się w słońcu zielone żaby, by znów wypłynąć na otwartą wodę.

Choć staraliśmy się nie robić hałasu, nasze pojawienie się anonsowały ostrzegawcze, przeciągłe gulgotania nurów lodowców, najpiękniejszych ptaków na ziemi, przez Polaków zwanych popularnie z angielska loonami. Ich głos nieodłącznie kojarzy się z Północą, szczególnie ten specyficzny, kiedy zwołują się do wspólnego odlotu na zimę na lodowate wody Arktyki. Nury są ostrożne, czasami wypłyną blisko canoe, by zaraz potem zanurzyć się pod wodę i pojawić się daleko, daleko od ludzi.

Fotografowaliśmy nurowe familie z podrośniętą już dziatwą, gdy w jednej z niewielkich zatok podpłynął całkiem blisko samotny nur. Przecinał nam drogę, nawracał, wreszcie zaczął walić skrzydłami w wodę, udając zranionego. Wyraźnie usiłował odciągnąć nas od zatoczki. Gdy jego usiłowania nie przyniosły rezultatu, zaczął przepływać pod canoe w jedną i drugą stronę. Woda była płytka i przezroczysta, widać go było doskonale. Co innego wiedzieć, jak szybko pływa nur pod wodą, co innego to zobaczyć! Śmigał pod nami jak torpeda, ze złożonymi skrzydłami i wyciągniętą szyją. Takiego widowiska jeszcze nie mieliśmy. U końca zatoki wszystko się wyjaśniło. Andrzej wypatrzył w trzcinach gniazdo. Leżało w nim jedno jedyne jajo, brązowe, w czarne, nieregularne cętki, wielkości gęsiego. I nagle zauważyliśmy w jajku dziurkę. Pisklę zaczęło się wykluwać. To stąd taka panika nura. Rodzi mu się jakieś spóźnione, jedyne dziecko, a w tym tak ważnym momencie pojawili się straszni intruzi, ludzie. Korciło nas, żeby podpatrzyć misterium narodzin, ale przezwyciężyliśmy niecne chęci i szybko odpłynęliśmy. Nur odprowadzał nas jeszcze kilkaset metrów, widać chciał się upewnić, że niczego nie knujemy.

Ale ab ovo. Wszystko to działo się w Parku Prowincyjnym Marten River, 400 kilometrów na północ od Toronto. Park jest południową bramą do regionu Temagami, z ponad 2 tysiącami tras canoe, wieloma parkami prowincyjnymi i ziemią koronną. Położony tuż przy drodze nr 11, ma przez to plusy i minusy. Plusem jest łatwość dojazdu, minusem hałas z szosy – radzimy wybrać miejsca w północnej części, tam jest cicho. Dwie części parku po obydwu stronach rzeki Marten, czy już jeziora Marten, bo z mapy to nie wynika, spięte są mostem. Z drogi nr 11 zapowiada go makieta koni i drwala z wozem, symbol jednej z atrakcji parku, jaką jest odtworzony obóz drwali z początków XX wieku. Można go zwiedzać samemu lub z przewodnikiem, albo wybrać się do Marten River na Dni Drwala, Lamberjack Days, podczas których dla turystów przygotowano wiele atrakcji, takich jak konkursy w cięciu drzewa, fasolowy lunch, do którego muzycy przygrywają na skrzypkach, mecz siatkówki, rzucanie podkową i wiele innych.

Co jeszcze można robić w Marten River Park? Łowić ryby, plażować na trzech plażach, na jednej jest plac zabaw dla dzieci, czy wybrać się na dwugodzinny Transition Trail, gdzie rośnie biała sosna w szacownym wieku 350 lat. Nie dane nam było jej zobaczyć. Właśnie wybieraliśmy się na szlak, gdy zawiadomiono nas, że w lesie zaginęła kilkuletnia dziewczynka. Zostaliśmy przy namiocie, czekając na wezwanie do zbiorowych poszukiwań. Czas wykorzystaliśmy na pieczenie kiełbasek, czynność sumiennie nadzorowaną przez kota Pimpka, począwszy od nacinania kiełbasek na stole piknikowym po obserwację procesu pieczenia na ognisku z honorowego miejsca na krzesełku turystycznym. Fifka była jak zwykle obrażona i lustrowała obozowisko z namiotu. Dziewczynka się na szczęście znalazła, ale trasa nam przepadła.

Za to udało nam się pływanie po Martin River i po okolicznych jeziorach i rzeczkach, choć okupione strasznym wysiłkiem, bo zamiast przyzwoitego canoe mieliśmy potwornie ciężką balię. I to na własne życzenie, z lenistwa. W parkowym biurze poinformowali nas, że po canoe nie trzeba jechać 40 km do miasteczka Temagami, można je wypożyczyć w ośrodku obok. Choć jest on położony naprzeciwko parku, dojechać trzeba naokoło szosą nr 11, mniej więcej jeden kilometr, mijając drodze Trading Post, gdzie można kupić wszystko, łącznie z alkoholem.

Canoe były. Mieliśmy wrażenie, że są częścią ekspozycji obozu drwali z początków XX w., mimo że fakt, że były zrobione ze sztucznego tworzywa, ewidentnie temu zaprzeczał. Właściciel ośrodka był sympatyczny, prawdopodobnie w wieku tychże canoe, i starał się nam wybrać najmniej zniszczone – dobrze, że wiosła mieliśmy własne – ale nadepnął mi na dumę. Umówiliśmy się z Andrzejem, że on odprowadzi samochód na kemping, a ja popłynę do mostu, gdzie się spotkamy. Starszy pan, widząc, jaki mamy plan, obrzucił mnie taksującym spojrzeniem od stóp do głów i zasugerował, żebyśmy może zrobili odwrotnie. O, niedoczekanie twoje, ja ci pokażę! Wskoczyłam do canoe, Andrzej mnie odepchnął, zgrabnym ruchem wiosła nakierowałam balię na most i narzuciłam tempo, którym zwykle pokonujemy bobrowe tamy albo uciekamy z jeziora przed burzą. Zamiast patrzeć na pokład, zerkałam do tyłu na starszego pana, który mnie obserwował z brzegu. Aha, widzisz teraz, jak się pływa? Pycha gubi ludzi, pycha prawie zgubiła mnie. W połowie drogi między ośrodkiem a mostem zorientowałam się, że canoe szybko nabiera wody. Puściła łata i przez 10-centymetrową szparę lała się woda. Gdybym popłynęła normalnie, byłabym blisko brzegu i mogłabym spokojnie zawrócić. A teraz, jeśli wrócę, Andrzej będzie mnie szukał, a jeśli popłynę do mostu, mogę nie dać rady i balia może zatonąć, bo kto wie, czy komory powietrzne ma w porządku. Zdecydowałam się płynąć dalej. Nigdy w życiu tak szybko nie wiosłowałam, i już nie dla popisu. Na plaży przy moście wylaliśmy wodę z canoe i w takim samym tempie, nabierając wody, popłynęliśmy do ośrodka, gdzie wymienili nam canoe na niedziurawe i nowsze.

Z nową balią pływaliśmy dwa dni po okolicy, przeciągając ją przez tamy bobrowe i przenoski, narzekając, ale uroda okolic Marten River Park była tego warta. Widzieliśmy nury lodowce, brązowe jajo, kaczki z młodymi. Po kempingu łaziły ptaki z rodziny kurowatych, z klucza do oznaczania ptaków Ontario wyszło nam, że to preriokury bażancie. Stu procent gwarancji nie dajemy, rysunki w naszym kluczu są niestety kiepskie. No i najważniejsze zwierzę, uwiecznione w nazwie rzeki, jezior i parku. Marten, czyli po polsku kuna. Nie na darmo nazwano tak park. Kun było mnóstwo, biegały wokół naszego miejsca kempingowego tak szybko, że trudno było się zorientować, ile ich jest.

Jeśli będą Państwo kiedyś w okolicy lub w drodze na Północ, warto zajrzeć do Marten River choćby na jeden dzień, tym bardziej że zawsze są tu wolne miejsca. W tym roku Lamberjack Days odbędą się w dniach 15-16 czerwca.

Wesołych Świąt wszystkim Czytelnikom życzą

Joanna Wasilewska i Andrzej Jasiński

Ostatnio zmieniany czwartek, 13 kwiecień 2017 17:38
Zaloguj się by skomentować