Goniec

Register Login

Szlakami bobra: Canoe szlakiem Gibson-McDonald – Wolnoć, Tomku, w swoim domku

Oceń ten artykuł
(7 głosów)

        Jesień w Ontario nadeszła nieubłaganie, choć z temperaturą pod koniec września ponad 30 stopni Celsjusza przy olbrzymiej wilgotności, dającą odczuwalność jak 40, i prawie zero wiatru. Jesień próbowała udawać lato, ale z długością dnia jej niestety nie wyszło. Mieliśmy do wyboru dwie możliwości – siedzieć w weekend w klimatyzowanym domu (na dworze za gorąco) lub wyjechać nad wodę. Z powodu wcześnie już zapadającego zmroku i krótkiego weekendu musiało to być blisko Toronto.

        Mapa i szybka decyzja. Gibson-McDonald Canoe Route. To 56-kilometrowa trasa canoe, w większości przebiegająca przez ziemie koronne, gdzie obywatel Kanady może pływać i biwakować za darmo w miejscu, które sobie wybierze. Żadnych rezerwacji, żadnych rejestracji, żadnych ograniczeń, żadnych opłat. Wolnoć, Tomku, w swoim domku… Stara, dobra Kanada. I tylko dwie godziny jazdy na północ od Toronto. Jedynym warunkiem jest posiadanie wodnego środka transportu. 

        Z tej wolności nie całkiem mogliśmy skorzystać, bo koty nasze są stare i nie chcemy ich już ciągnąć ze sobą na canoe w interior. Musimy mieć bazę wypadową, gdzie zostaną w namiocie. Zamówiliśmy więc miejsce w Parku Prowincyjnym Six Mile Lake. Park w „Gońcu” był opisywany już wielokrotnie, więc tylko wspomnę, że położony jest przy jeziorze o tej samej nazwie, już w Muskoce, krainie domków letniskowych. Dla kogoś, kto nie lubi daleko jeździć, a chciałby tylko posiedzieć przy ognisku, poleżeć na ładnej plaży, wykąpać się w przejrzystej wodzie, popłynąć na ryby lub z dziećmi rowerem wodnym, deską, kajakiem czy zrobić krótką wycieczkę po urokliwych mokradłach, to idealne miejsce. Musi tylko być odporny na hałas, bo autostradę w parku słychać niemiłosiernie głośno. Innych atrakcji w samym parku nie ma, ale może być świetnym miejscem wypadowym na wycieczkę na Gibson-McDonald Canoe Route właśnie lub do pobliskiego Parku Narodowego Georgian Bay Islands.

        W czwartek wieczorem zapakowaliśmy bambetle do samochodu, a w piątek po pracy dopakowaliśmy koty i w drogę. Niestety, autostrada 400 na północ była zapchana, nie tylko my wpadliśmy na genialny pomysł opuszczenia miasta w taki upał. Do Six Mile Lake dotarliśmy o 9, było już ciemno, rozbijaliśmy się w świetle reflektorów, potem ognisko. Tak jak zasypialiśmy w „miłych okolicznościach przyrody”, tak obudziliśmy się na miejscu zbrodni, w dodatku położonym na „construction site”. Cały campsite był otoczony żółtą taśmą, a parę metrów od nas olbrzymi plac budowy. Bogu dzięki był weekend, koparki nie pracowały. Wprawdzie przy zamawianiu miejsca przez Internet pokazała się wiadomość, że część kempingu jest zamknięta z powodu „construction”, ale do głowy nam nie przyszło, że coraz pazerniejsza na zysk instytucja Ontario Parks ośmieli się sprzedać ludziom łaknącym kontaktu z przyrodą takie miejsce i zrobić takie świństwo. W parkowej gazetce wprawdzie już tę wielką budowę na mapie zaznaczyli, ale co z tego, gazetkę dostaje się dopiero przy wjeździe. Mieliśmy miejsce nr 102, proszę uważać i go nie rezerwować ani żadnych obok. Z postępu prac wygląda, że w przyszłym roku budowy nie zakończą, a jeśli, będą tam sterczące w górę rury od oczyszczalni ścieków z nowego zespołu łazienek.

        Nie mieliśmy czasu ani chęci interweniować i zmieniać miejsca, zamknęliśmy koty w namiocie w cieniu, wypożyczyliśmy wcześnie rano parkowe canoe, w miarę lekkie, za niestety wyjątkowo zdzierską sumę 60 dol. za 24 godziny, i w drogę w pierwszą część trasy. Gibson-McDonald Canoe Route to pętla. Umownie wyznaczając jej początek w Six Mile Lake Park, trzeba pokonać jezioro, niewielką rzeczką przepłynąć do Gibson Lake, a stąd już ziemie koronne wokół Gibson River. Potem trasa przecina Georgian Bay, zatokę jeziora Huron, dociera do McCrae Lake, gdzie na 2 tys. hektarów utworzono Provincial Wilderness Area, potem rzeką McDonald do jeziora o tej samej nazwie i stąd przez Six Mile Lake do parku i pętla się zamyka. Postanowiliśmy zacząć od końca.

        Pływanie dużym jeziorem, jakim jest Six Mile Lake, jest nużące. Przez parę kilometrów oglądaliśmy domki letniskowe – przed każdym obowiązkowo ustawione na pierwszym planie Muskoka chairs, których kształt się nie zmienia od dziesiątków lat, a tylko moda narzuca inne kolory – co chwila ustawiając canoe pod fale od przepływających motorówek – debila poznać, że nie zwalnia, widząc canoe. Woda w jeziorze pięknie przezroczysta na parę metrów. 

        I ciekawostka. Na horyzoncie dziwne drzewo, nie widzimy go wyraźnie – w ogóle wszystko jest zamglone, szczególnie dalsze plany, wilgotne powietrze w gorącu drga, zdjęciowo to oględnie mówiąc niezbyt dobre warunki. Okazuje się, że to maszt z antenami, stylizowany na drzewo iglaste. Kilka lat temu czytaliśmy, że będą takie instalować w Ontario. Pomysł świetny, rodem z Kalifornii. Wprawdzie drzewo nie wygląda na miejscowe, raczej może na sekwoję, ale mimo to maszt nie psuje krajobrazu.  

        Wreszcie tama, jezioro McDonald i cisza. Jeszcze na pożegnanie cywilizacji dudniący odgłos autostrady, gdy przepływamy pod nią tunelem, przed którym bobry sobie zbudowały tamę. Nad McDonald jest bezpłatny parking, stąd startuje większość ludzi, choć na forach internetowych ostrzegają, że nie jest on zbyt bezpieczny i lepiej zapłacić i zwodować się w Six Mile Lake Park. Pierwsze namioty, to ci, którzy z parkingu doczłapali się na piechotę nad jezioro, nie mając wodnego transportu, lub leniuszki, którym się nie chciało zrobić 250 metrów portage’u koło mostu i McDonald River dotrzeć do McCrae Lake. Na jeziorze, mimo że to już koniec sezonu, mnóstwo młodych ludzi. Cyple i cypelki pozajmowane, trudno wyobrazić sobie, co tu się dzieje w sezonie. Nie ma się czemu dziwić, ceny w parkach prowincyjnych za kemping pewnie niedługo osiągną wysokość średniej klasy motelu, młodych na to nie stać. No i dobrze. Znaczy się nie dobrze, że ceny wysokie, ale że wyjeżdżają w interior. Niech biwakują, hałasują po nocy, żaden ranger im nie powie, że o 10 wieczorem to jest cisza nocna, niech kąpią się, siedzą przy ognisku, rąbią drewno, wiosłują, obcują z przyrodą, zamiast spędzać weekend przy komputerze lub w knajpie. 

        Niby ludzi sporo, ale im dalej w głąb jeziora, tym spokojniej, bez trudu znaleźliśmy ładne miejsce na skale na upichcenie obiadu. Na McCrae jest pięknie. Granitowe skały, wyrzeźbione w przedziwne wzory, typowy krajobraz Georgian Bay, wyspy i wysepki. Dopłynęliśmy do przenoski, gdzie McCrae przelewa się do jeziora Huron wąskim przesmykiem przy wysokim, pionowym klifie. Tutaj na skałach tłum ludzi. Z Georgian Bay przypływają jachty i motorówki na kąpiel, bo woda w jeziorze jest cieplejsza niż w zatoce.

        Wracamy tą samą trasą, zrobiliśmy mniej więcej w tę i z powrotem 30 kilometrów, zajęło nam to około 7 godzin, wliczając czas na robienie zdjęć i obiad.

        W weekend tydzień później znów jesteśmy w Six Mile Lake Provincial Park. Tym razem mamy świetne miejsce (nr 80). Nikogo wokół, na skałach, z widokiem na mokradła, na których rano obserwowaliśmy bobra. Kotom też się podobało, tym bardziej że po obozowisku buszowało mnóstwo wiewiórek.

        Zaplanowaliśmy, że przepłyniemy kolejny odcinek trasy, Gibson River od Three Rock Chute do jeziora Gibson i z powrotem, startując z Go Home Lake. Zamówiliśmy canoe ze strony internetowej. Niestety, canoe okazało się nie mieć nosidła, z dziurą zalepioną odpadającym kitem podlepionym taśmą. Zrezygnowaliśmy. Katastrofa. Szykował się nam zmarnowany dzień. Podjechaliśmy jeszcze bez żadnej nadziei do Minors Bay Marina nad Go Home Lake. Tak jak myśleliśmy, nie mieli canoe, przystanie są tu nastawione głównie na obsługę dojeżdżających motorówkami do domków letniskowych. Jednak biały orzełek na karoserii zdziałał cuda. Pani Ania zagadała do nas ludzkim głosem, czyli po polsku. Gdzież to nas, Polaków, losy nie zagnają. Okazało się, że marina od 30 lat jest w polskich rękach, właścicielem jest pan Jan Beczala. Przesympatyczna pani Ania za jedyne 30 dol. wypożyczyła nam swoje prywatne canoe. Blaszane, ale nieduże i w miarę lekkie. I miało nosidło, choć tylko w postaci metalowej rurki. Na taką okoliczność Andrzej zawsze wozi podlepianą gąbkę. Byliśmy uratowani. Na pamiątkę polską marinę uwieczniliśmy na zdjęciu. 

        Przeprawiliśmy się z Go Home Lake do rzeki Gibson przenoską obok tamy. Woda rwała tam w niewielkim kanionie, rozlewając się w groźnie wyglądającą zatokę na rzece, ale nawigacja nie była trudna. Three Rock Chute są warte obejrzenia. Ich nazwa pochodzi od trzech formacji skalnych, które rozdzielają wodę. Przenoska, płynąc z biegiem rzeki, jest po prawej stronie, a z lewej jest wysoki klif, z którego dobrze widać kaskady. Popłynęliśmy potem w górę rzeki Gibson, która wygląda raczej na jezioro; że to rzeka, dopiero widać, gdy zwęża się do małych przesmyków wśród wysokich skał. Było bardzo dziko, prawie nie było ludzi, minęliśmy może trzy canoe. Zrobiliśmy sobie obiad na brzegu, zlani potem z powodu upału, zmywaliśmy go, kąpiąc się w nieprawdopodobnie ciepłej jak na koniec września wodzie. Liście drzew i grążeli nie dały się jednak oszukać pogodzie, porzucając zieleń na rzecz żółci i czerwieni, a niebo przecinały klucze odlatujących na zimę gęsi i kaczek. Widzieliśmy tracze wylegujące się na skałach, nura karmiącego potomstwo rybą, której to zdaje się z powodu wielkości nie było w stanie skonsumować, czaple i kormorany. 

        Przepłynęliśmy tam i z powrotem dwadzieścia parę kilometrów. Oddając pani Ani canoe, z zazdrością wysłuchaliśmy opowieści o tym, jak płynie ich życie w Muskoce, że mieszkają tu, jakby byli prawie że cały czas na wakacjach. Dwa światy jak dwie odległe galaktyki. Nam przyszło wracać do cywilizacji. 

        Gibson-McDonald Canoe Route nadaje się dla początkujących canoeistów. W opisach trasy w Internecie radzą przeznaczyć na nią cztery dni, ale wydaje się, że w trzy dni spokojnie da się ją przepłynąć. Można poprosić o orientacyjną mapkę w biurze Six Mile Lake Provincial Park, a najlepiej zaopatrzyć się w mapę topograficzną oznaczoną jako Penetanguishene  31 D/13. Więcej zdjęć i mapka w Internecie na stronie „Gońca” w dziale turystyka.

Joanna Wasilewska

Andrzej Jasiński

Ostatnio zmieniany piątek, 29 wrzesień 2017 09:40
Zaloguj się by skomentować