Goniec

Register Login

Szlakami bobra: Gichigami znaczy wielka woda - Lake Superior Provincial Park

Oceń ten artykuł
(9 głosów)

Zakończyliśmy naszą ostatnią opowieść w Lake Superior Provincial Park, a dzisiejszą rozpoczynamy w tym samym miejscu. Siedzimy nad mapą i debatujemy. Mamy dwa dni, czasu nie da się rozciągnąć jak gumy, niestety, trzeba dokonać wyboru, co zobaczyć. Na pierwszy ogień idzie szlak Peat Mountain, 12 kilometrów na najwyższe w okolicy wzniesienie – 518 m n.p.m. To najoczywistszy wybór, bo start jest wprost z naszego kempingu Rabbit Blanket Lake.

Pogoda teoretycznie jest cudowna, prawie 30 stopni, ale to temperatura na plażowanie, a nie chodzenie po lesie, a przez las głównie prowadzi szlak, mija strumyki i bagna, piękne wysoko położone jeziorko, naprzemiennie wspina się ostro pod górę i schodzi w dół jarów, omija głazy i skałki, wokół klony cukrowe i żółte brzozy. Żółta brzoza korę na pniu ma rzeczywiście trochę żółto-brązowo-szarą.

Pot leje się z nas strumieniami, jeszcze nie wiemy, że temperatura będzie cały czas taka wysoka i że wyprawa zostanie zapamiętana jako wakacje pod znakiem potu. Piękny widok ze szczytu na meandrującą w dolinie rzekę i torfowiska wynagradza wszelkie trudy, piękny, choć zamglony. Mamy jeszcze jedną atrakcję, cały wierzchołek porośnięty jagodami, choć raz udało nam się wyprzedzić niedźwiedzie.

Następnego dnia wycieczka już nad sam brzeg Jeziora Górnego, szlakiem o nazwie Orphan Lake. Ma tylko 8 kilometrów długości i jest bardzo popularny, o czym świadczy wydeptana ścieżka. Wspinamy się powoli do góry, omijamy otoczone wzgórzami jeziorko, znów pod górę i piękny widok na całe Jezioro Górne. Stąd szlak schodzi kamienistą ścieżką wprost na brzeg. W przeciwieństwie do piaszczystej Agawa Bay, tutaj fale wypluwają kamienie na plażę. Im dalej od wody, tym większe, wszystkie różnokolorowe, o niesamowitych deseniach, najpiękniej wyglądają te pod wodą, a woda w Jeziorze Górnym jest tak przezroczysta jak w górskim potoku, najczystsza ze wszystkich Wielkich Jezior. Spoglądamy w dal... Dla kogoś, kto wakacje w młodości spędzał na Mazurach, jezioro to woda, gdzie zawsze widać drugi brzeg, nad Jeziorem Górnym brzegu nie widać, przypominałoby Bałtyk, szczególnie gdy fale biją w brzeg, ale Bałtyk jest ciemnogranatowy, czasami czarny, wygląda groźnie, szum fal tylko podobny, no i temperatura wody, w Jeziorze Górnym średnia roczna to 4,4 stopnia Celsjusza. Gdzieś tam za horyzontem jest niewidoczna granica między Stanami Zjednoczonymi a Kanadą. USA przypadła większa część jeziora, które ma ponad 82 tys. km kw. i jest pod względem powierzchni największym słodkowodnym jeziorem na świecie, nie na darmo Odżibuejowie nazywali je gichigami, wielką wodą. Od strony amerykańskiej rozłożyły się nad nim trzy stany: Minnesota, Wisconsin i Michigan, od kanadyjskiej leży w całości w prowincji Ontario. Trudno uzmysłowić sobie taką przestrzeń, to przecież mniej więcej ćwiartka Polski. Byłoby ciekawie objechać jezioro wkoło, to 2 tys. km drogi, po tamtej stronie są podobno równie piękne miejsca, ale z kotami nie damy rady, pozwolenia, szczepienia itd., za dużo zachodu.

Siadamy na chwilę zapatrzeni w niewielkie fale delikatnie muskające brzegi plaży, jezioro wygląda przyjaźnie, jest takie jasne, spokojne, w przeciwieństwie do naszego Bałtyku, który ma w sobie zawsze jakiś element grozy. Nic bardziej złudnego, pogoda może się zmienić w każdej chwili, przeistaczając gładką taflę w ryczącego, szalejącego potwora. Odczuliśmy to kiedyś na własnej skórze, gdy na plaży w Agawa Bay na stojąco pół nocy chroniliśmy plecami namiot i siebie przed porwaniem, choć przezornie był przywiązany solidnie do drzew. Przezroczysta woda kryje na dnie tajemnice i ludzkie tragedie. Wielkie sztormy pochłonęły tu wiele ofiar. Wody przy południowym brzegu, wokół Whitefish Point, są nazywane największym cmentarzem Wielkich Jezior. Sztorm o nazwie Mataafa w 1905 roku pochłonął najwięcej statków, podobnie tragiczny był zachowany w ludzkiej pamięci Great Lake Storm w 1913 roku. Ostatnią dużą ofiarą Jeziora Górnego był statek "Edmund Fitzgerald", który zatonął 28 km od Whitefish Point w 1975 roku. W latach 90. ekspedycja poszukiwawcza odnalazła we wraku ciało, w pełni ubrane, w pomarańczowej kamizelce, leżące twarzą do dołu. Niska temperatura wstrzymuje proces rozkładu, ciała nie wypływają w górę. Tak jak mówi legenda, Jezioro Górne prawie nigdy nie oddaje swoich ofiar.

Z rozmyślań wyrywa nas pasja, imperatyw nieodparty – kamienie. Są piękne, choć urodą tym z parku Awenda żaden nie dorównuje. Jesteśmy spoceni niosąc prawie puste plecaki, ale mimo to ładujemy co cudniejsze zdobycze. Okazuje się, że przyjaciół poznaje się nie tylko w biedzie, ale i w namiętnościach. Edyta wspaniałomyślnie ofiaruje się zabrać trzy duże do swojego plecaka, a Tomek cichcem wybrany przez siebie wielki kamień niesie dla nas i ujawnia się z tym darem dopiero przy samochodzie.

Opuszczamy jezioro, szlak poprowadzono wzdłuż Baldhead River do malowniczych niewielkich wodospadów, które widać z brzegu, ale najpiękniejsze jest zwykle to, co zakryte, niesamowite kaskady nad wodospadem, do których trzeba przeskoczyć po kamieniach. Granitowe skały w różowo-czarne paski, raz cieniutkie, w innym miejscu grube, jak gdyby ktoś tortową przekładaną masę wylał niefrasobliwie w tym miejscu. Woda wygładziła skały, wyżłobiła je we wzgórki i niewielkie wgłębienia, baseniki, przez które woda przemyka niewielkimi strumieniami, chwilę potem już połączona tworząc wodospad. Najefektowniej to miejsce wygląda zaraz po deszczu, ale już w promieniach słońca, blady róż i czerń nabierają wtedy intensywności, wyrazistości, gmatwanina linii ujawnia się w całej pełni. Z lekkim żalem stąd odchodzimy, trafiliśmy niestety na słońce ledwie przezierające co jakiś czas zza chmur. Stąd już niedaleko do parkingu, jeszcze piękny fragment kładkami przez bagnisko pokryte zielonym mchem, potem ostro do góry przy równie pięknie wyrzeźbionym erozją klifie.

Patryk po wycieczce koniecznie chce popływać, więc jedziemy do miejsca piknikowego do Katherine Cove, tuż przy autostradzie. W niewielkiej zatoczce przy piaszczystej plaży jest ponoć najcieplejsza woda w okolicy, zjeżdżają tu na kąpiele rodziny z dziećmi z całej okolicy. Towarzysząca nam trójka włazi do wody, my moczymy palce, o nie, ta woda jest tylko "ponoć najcieplejsza". Mimo że wychowani na kąpielach w Bałtyku, odmawiamy zdecydowanie dokonania aktu masochizmu.

Stąd jest niedaleko do jeszcze jednej bardzo ciekawej i niedługiej, trzykilometrowej trasy wzdłuż Sand River, o nazwie Pinguisibi, jak rzekę nazywali Indianie, od jej ujścia w górę do pierwszej przenoski, bo rzeką można spływać. Oprócz pięknych wodospadów i serii kaskad, płaskich skał z szarego, rzadziej różowego granitu poprzetykanego jasnoczarnym diabazem, w którym gdzieniegdzie woda, jako że jest bardziej podatny na erozję, wyrysowała finezyjne białe koronki i pajęczyny, trasa ma walory edukacyjne. Wzdłuż całego szlaku umieszczono tablice wyczerpująco informujące o życiu Odżibuejów, o tym, jak rzeka karmiła, dawała schronienie, jak ciężko, jak trudno było im przetrwać. Odżibuejowie byli plemieniem wędrownym, nad Jeziorem Górnym mieszkają od 2 tys. lat, rzeka była ich starodawnym szlakiem canoe, terenem polowań, nazywali ją Rzeką Białego Piasku. Ich życie uzależnione było od cyklu przyrody, od pór roku. Każdej wiosny rodziny zbierały się w większe grupy w celu zbioru soku klonowego, potem na lato przenosiły się do wiosek u ujścia rzek takich jak Sand River, położonych na piaszczystych łachach (widać je przy końcu szlaku, rzeka tam zupełnie zmienia charakter, z kamienistej staje się właśnie piaszczysta). W natlenionej kaskadami wodzie, idealnym środowisku dla pstrągów, Indianie łowili je przy pomocy siatek na długich kijach, zbierali leśne owoce, by jesienią znowu podzielić się na rodzinne grupy i popłynąć w górę rzeki w głąb lądu w celu przetrwania zimy.

Tyle jest jeszcze ciekawych tras w Superior Provincial Park, kilka zamkniętych, w tym droga do bardzo ciekawej Gargantua Bay, dlaczego, nie wiadomo. Nie wspomnieliśmy też na przykład o 24-kilometrowym szlaku do wodospadów Agawa. Wiele lat temu nie udało nam się tam dojść, tym razem zabrakło czasu. Może wybierzemy się tu jesienią pociągiem przez kanion Agawa, kiedy kolory liści są najpiękniejsze.

Żegnamy się z parkiem prowincyjnym Superior Lake, odwiedzając Old Women Bay, czyli Zatokę Starej Kobiety, położoną tuż przy autostradzie. Nazwę wzięła od górującego nad nią wzgórza, którego grzbiet, jak się dobrze przypatrzyć, przypomina twarz starej kobiety. Zatoka w dawnych czasach dawała schronienie przed złą pogodą handlarzom futer. Tu też można obserwować sokoły wędrowne, najszybsze ptaki na ziemi, potrafiące w czasie ataku na ofiarę osiągać prędkość 322 kilometrów na godzinę. Jezioro Górne dzięki swym licznym klifom stało się w latach 60. miejscem odbudowy populacji sokoła wędrownego, wyniszczonego stosowaniem pestycydów, głównie DDT. Piaszczysta Old Women Bay jest miejscem ich zwyczajowych uczt. My szczęścia oglądania sokołów tym razem nie mieliśmy, żegnaliśmy Lake Superior Park widokiem w lusterku samochodu zamglonej twarzy Starej Kobiety.

Joanna Wasilewska, Andrzej Jasiński

Zaloguj się by skomentować