Goniec

Switch to desktop Register Login

Szlakami bobra: Na ziemi Śpiącego Olbrzyma

Oceń ten artykuł
(13 głosów)

Niedaleko przed miastem Thunder Bay, 50 km w Jezioro Górne wcina się półwysep Sibley, ma 10 km szerokości, jego zachodnia strona to klify sięgające 380 metrów ponad poziom jeziora, jedne z najwyższych w Ontario, wschodnia, płaska, wynurza się z wody na zaledwie 75 metrów.

Do naszego celu, Parku Prowincyjnego Sleeping Giant, mamy od Autostrady Transkanadyjskiej jeszcze 40 km jazdy. Park zajmuje 244 km kwadratowe u końca półwyspu, wyłączając wypoczynkową miejscowość Silver Islet i obserwatorium ptaków na cyplu. Ma 200 miejsc pod namioty tarasowo położonych na brzegu jeziora Marie Louise na zbiorowym kempingu i 40 miejsc w interiorze, gdzie dotrzeć można piechotą lub kajakiem.

Park powstał w 1944 roku i do 1988 nosił nazwę Sibley Provincial Park, potem zmieniono ją na Sleeping Giant, od ukształtowania skał, które sprawia, że rzeczywiście wyglądają jak leżący olbrzym, widać głowę, szyję, pierś, kolana… Olbrzym góruje nad okolicą, widać go i z kempingu, i z miasta Thunder Bay.

Jedna z wersji indiańskiej legendy mówi, że to Nanabusz, duch wodnych głębin. Olbrzym chronił Indian Odżibuejów mieszkających na północnym brzegu Jeziora Górnego przed ich odwiecznymi wrogami, Siuksami. Pewnego dnia, siedząc na brzegu jeziora, Nanabusz poskrobał skałę i odkrył srebro. Przestraszony o los swych podopiecznych, nakazał im zakopać srebro na małej wysepce i przysiąc, że nigdy nie wydadzą tajemnicy. Nanabusz wiedział, że gdy biali ludzie odkryją tajemnicę, zajmą indiańską ziemię. Pycha i próżność jednego z członków plemienia zgubiły Indian, sporządził broń ze srebra i pojmany w czasie walki przez Siuksów, zdradził tajemnicę. Parę dni później Nanabusz ujrzał wojenne canoe Siuksów zmierzające w kierunku wyspy wraz z dwoma białymi ludźmi. Wbrew zakazom Wielkiego Ducha Nanabusz wywołał sztorm, który zatopił wrogów i białych ludzi. Za karę Wielki Duch zamienił go w skałę, leży tak do dziś, na zawsze strzegąc zakopanego skarbu.

Tyle mówi indiańska legenda, ale tak naprawdę Nanabusz nie zdołał ustrzec tajemnicy. W 1868 roku na maleńkiej skalnej wysepce u końca półwyspu, w tym czasie o przekątnej zaledwie 25 metrów, biały człowiek odkrył srebro. Nazwano ją Srebrną Wysepką. Tak powstała pierwsza w Ontario kopalnia tego kruszcu, prowadzona przez Alexandra Sibleya, współwłaściciela Silver Islet Mining Company. Ponieważ wysepka wystawała z wody tylko na dwa i pół metra, zbudowano drewniane bariery przed falami i powiększano ją skruszoną skałą, przez co dziesięciokrotnie zwiększyła swoją powierzchnię. Na półwyspie naprzeciwko wysepki powstało osiedle górnicze o tej samej nazwie, Silver Islet. Jezioro Górne jednak nie chciało tak łatwo oddawać swoich skarbów. Sztormy niszczyły zabudowania na wysepce, zalewały szyby, górnicy walczyli z wodą i lodem. W 1884 roku pompy stanęły na zawsze i woda z szybów sięgających głębokości 384 metrów nie została wypompowana, kopalnia przestała funkcjonować. W ciągu 16 lat działalności wydobyto tu najwyższej jakości srebro wartości 3,25 miliona dolarów. Na kempingu w centrum parkowym jest ciekawa ekspozycja pokazująca tę historię.

Dzisiaj domy górników w osadzie Silver Islet na półwyspie stały się domkami letniskowymi, ale sporo tu opuszczonych siedzib, odrestaurowano też na nabrzeżu zabytkowy budynek General Store. Niedaleko osady można obejrzeć groby jej dawnych mieszkańców. Porośnięty lasem cmentarzyk budzi i zadumę nad kruchością ludzkiego życia, przemijaniem, i nad niszczejącymi śladami pierwszych pionierów, białych ludzi, którzy ciężką pracą zdobywali ten kraj. Większości grobów już nie ma, pozostało kilka, każdy otoczony pieczołowicie rzeźbionym płotkiem, zwyczaj w Polsce nieznany, może dla ochrony przed dzikimi zwierzętami. Na grobach drewniane tablice z nazwiskami, już tylko parę ledwie czytelnych. Wszystko rozpada się i znika w oczach, historia tych ludzi wraz z drewnem odchodzi w niebyt. Aż dziw, że nie znalazły się pieniądze, żeby ten materialny ślad kanadyjskiej historii ocalić od zapomnienia choć w skromnym fragmencie, ślad, którego nie zastąpią żadne pamiątkowe tablice, tak chętnie ustawiane w historycznych miejscach, jak też ta na cmentarzyku, na nią pieniądze się znalazły.

Nocą budzi nas stukot kopytek jeleni, przebiegają tuż koło namiotu, nawet za dnia nie za bardzo się boją. Jeleni w parku jest podobno bardzo dużo, stąd i dużo tu wilków, w okolicy znajdują się trzy stada. Podchodzą do samego kempingu, proszono nas, żebyśmy informowali rangerów, gdy je tu zauważymy. Nie ma natomiast łosi, wytrzebiła je jakaś choroba mózgu. Olbrzym wita nas rano pomarańczowym od wschodzącego słońca kolorem skał. Dzisiaj będziemy tam, na najwyższym miejscu na półwyspie. Pierwszym punktem na szlaku jest sztandarowa, umieszczana na wszystkich zdjęciach, nie licząc oczywiście Śpiącego Olbrzyma, formacja skalna o nazwie Sea Lion. Trwalszy od otaczających go skał diabaz oparł się procesowi erozji i może i przypomina lwa morskiego. Jest bardzo wcześnie i słońce ledwie liże skałę, nie możemy czekać dłużej na dobre zdjęcie. Osiem kilometrów idziemy płaskim szlakiem Kabeyun wzdłuż wschodniego brzegu jeziora. Widać wysepki, latarnię morską, dzikie plaże, woda płytka, tak jak płytkie jest całe Jezioro Górne, jego średnia głębokość to około 150 metrów, najgłębsze miejsce ma 460 metrów. Po płaskim szybko się idzie, lubimy takie tempo, Edyta z Tomkiem i Patrykiem zostają w tyle. Role odwracają się, gdy zaczynamy ostre podejście pod klify, gorąc okrutny, pot się z nas leje, oni młodsi prą do góry bez objawów zmęczenia. Ścieżka bardzo ostro wije się w górę, wprawdzie są ułatwienia w postaci kamiennych lub drewnianych stopni, ale nawet w Górach Skalistych szlaki prowadzi się łagodniejszymi zakosami. U góry tych, co wytrwali, wita ławka i napis: jesteś na szczycie Sleeping Giant, ale żeby obejrzeć piękne widoki, trzeba jeszcze przejść parę kilometrów. Warto to zrobić, pierwsze punkty widokowe są od wschodniej strony półwyspu, piękna panorama na jezioro i zatokę Tee Harbour z wciętym w nią półwyspem w kształcie litery T. Szlak dalej prowadzi na zachodnią stronę, widać stąd zamglone miasto Thunder Bay, klify schodzą do samego jeziora. Trasa kończy się nad niewielkim, ale imponującym kanionem zwanym Chimney. Pionowe, groźne skały, aż strach patrzeć w dół, tam jakby czeluść bez dna. Robimy mały piknik, siedzimy na Olbrzymie, kontemplujemy. Jeszcze rzut oka na Thunder Mountain na północy i z powrotem. Schodzenie ostro w dół wcale nie jest łatwe, bolą kolana, ale jest i tak przyjemniejsze niż wchodzenie.

Ze Sleeping Giant do kempingu można wrócić tą samą drogą, ale żeby było ciekawiej, Tomek, organizator, zaplanował przejście wąską doliną między Śpiącym Olbrzymem a Thunder Mountain na wschód Telus Lake Trail i powrót Sawyer Bay Trail. Oglądamy mapę i układ poziomic, wygląda, że dużych podejść już nie będzie, trasa wygląda na łatwą. W jakimże błędzie jesteśmy. Póki idziemy pod klifami, jest jako tako, ale ścieżka wąska, mało kto tędy chodzi, robi się bardzo dziko, upał staje się nieznośny, wypijamy resztki trzech litrów wody. I nagle zaczynają się podejścia, nikt tu się nie bawił w wytyczanie szlaku zakosami, idzie na krechę, prosto prawie w pionie pod górę, potem w dół, i znowu w górę, i znowu w dół. Docieramy do małych jeziorek, szlak wije się wśród dwumetrowych zarośli, nie widać co przed nami i co z tyłu, a co chwila natykamy się na świeże niedźwiedzie kupy, chyba nie może być w jednym miejscu tylu niedźwiedzi, pewnie jeden łazi ścieżką, bo mu wygodniej. Szlak mija piękne małe jeziorka pod klifami, wchodzi na skalne rumowisko olbrzymich głazów, które trzeba forsować przy pomocy rąk. Jeziorka i strumyki są zbawieniem. Zlewamy się lodowatą wodą, napełniamy butelki, licząc, że żadnych groźnych bakterii nie ma, najwyżej dostaniemy bobrowej gorączki i biegunki. Dochodzimy do jednokilometrowej Chest Trail prowadzącej do punktu widokowego na klifie, rezygnujemy, mamy dość drapania się pod górę. Teraz już w dół wzdłuż strumienia, jaka ulga. Wreszcie szlak dociera do Sawyer Bay Trail łączącego oba brzegi półwyspu. Znów musimy iść w górę, ale łagodna szeroka leśna droga to już pestka. Wokół świerki, białe i żółte brzozy, piękny las, trochę w klimacie Beskidów. Na kempingu sprawdzamy GPS, przeszliśmy 27 kilometrów, 700 metrów podejść pod górę. Edyta ocenia, że trasa nie była trudna, może i ma rację, ale nas zmordował upał.

Na kempingu mamy problem. Jedno z pustych miejsc wokół nas, naprzeciwko drogi, poprzedniego dnia zajęła kobieta z dwoma psami. Psy sympatyczne, kobieta mniej. Psy przychodzą się witać, Pimpek, wiadomo, tchórz, chowa się do namiotu, Fifka ostentacyjnie rozłożona na krzesełku łypie złym okiem. Prosimy panią, żeby trzymała psy na smyczy, tak jak nakazują przepisy, bo mamy koty i one się boją. Nic, żadnej reakcji, psy co chwila wpadają do nas z wizytą, w stosunku do nas miłe, atakują jednak swoich współbraci przechodzących drogą z właścicielami. Awantura za awanturą, ludzie grożą, że zawołają rangerów. Kobieta nie reaguje, wygląda na feministkę, żylasta, wysportowana, krótko ostrzyżona, o męskich rysach twarzy – one wszystkie jakby z jednego klucza dobrane – taka, co zawsze ma rację i świat do niej należy. Wreszcie psy się uspokajają. W ostatniej chwili udaje nam się zażegnać kolejną awanturę. Fifka, po długim namyśle, mając zapewne w intencji ochronę potomstwa w postaci Pimpka, wprawdzie już bardzo dorosłego, bo dziesięcioletniego, ale dziecko to dziecko, postanawia zrobić z psami porządek. Zdecydowanym krokiem z napuszonym ogonem i wojowniczym wyrazem mordy maszeruje na wyprawę wojenną na kemping naprzeciwko, łapiemy ją już na wrogim terytorium, oj, byłaby psia jatka, widzieliśmy ją już w takich akcjach. Feministka się pakuje i odjeżdża, za to pojawia się ranger przytłoczony obowiązkiem zaprowadzenia porządku i wykazania się wobec skarżących się ludzi. Winowajczyni nie ma, więc skupia się na nas. Koty mają być na smyczy, czy mamy smycze? Mamy, odpowiadamy, ale przecież to stare koty, Fifka ma ponad trzynaście lat, nie będą polować, nie stanowią żadnego zagrożenia, hałasu nie robią, bo nie szczekają. W tym momencie Pimpek wypryskuje z miejsca jak młodzieniaszek w pogoni za wiewiórką, bodajby go... Rangera to jednak nie obchodzi, według niego koty będą przeszkadzać innym. Przecież wokół nikogo nie ma, miejsca puste, tłumaczymy. Argument nie trafia, wprawdzie nie ma konkretnego przepisu o kotach, mówi, ale mają być na smyczy. Cholerny służbista, nikt nigdy się do naszych kotów nie przyczepiał, wprost przeciwnie, raczej budziły sympatyczne zainteresowanie. Nie ma co dyskutować, twarz z wypisanym IQ dużo poniżej średniej nie stwarza pola do kompromisu. Po półgodzinie przyjeżdża znowu, ale staje kilkadziesiąt metrów dalej i pewnie obserwuje nas przez lornetkę, koty na szczęście siedzą akurat w namiocie. Nas natomiast nurtuje coś innego, coś co było w jego wyglądzie takie nietypowe, nowe, czego nie zauważyliśmy wcześniej, a co nas zaniepokoiło. I nagle konstatujemy, że on był w kamizelce kuloodpornej. Od kiedy rangersi na kempingach chodzą w takich kamizelkach? Przed kim mają one ich chronić? Przed rodzinami z dziećmi? Kiedyś tego nie było, kiedyś ranger to był człowiek przyjazny dla turysty, teraz wygląda jak policjant, a my staliśmy się potencjalnymi przestępcami.

Następnego dnia wybieramy się na krótką trasę Joe Creek Nature Trail. Nabraliśmy się na zdjęcie wodospadu w przewodniku. Zdjęcie nie miało skali, okazało się wodospadem metrowym, ale pierwszy kilometrowy odcinek trasy wzdłuż potoku bardzo ciekawy. Wody w lecie niewiele, ale dno strumienia to płaskie różowe skały ze stopniami, wygląda to jak sztucznie zrobiony deptak. Na pocieszenie wybieramy się jeszcze na pięciokilometrową Middlebrun Bay Trail do zatoki Finley po wschodniej stronie półwyspu. Do jeziora szlak prowadzi przez świerkowe lasy porośnięte zwisającymi brodami mchu, gdy mgła z jeziora osiądzie w lesie, mech jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki ożywa i nabiera koloru. Dalej trasę wytyczono plażami nad dwiema zatokami, piasek, płaskie różowe płyty granitu prześwitują gdzieniegdzie pod wodą, widoki po horyzont, pusto, prawie nie ma ludzi.

W nocy przed wyjazdem burza, teraz wiemy, skąd się wzięła nazwa Thunder Mountain. Każdy grzmot góry zwielokrotniają, głos piorunów, uwięziony w zboczach, dudni odbijany od skał, mruczy, cichnąc powoli…

Sleeping Giant Park można odwiedzać również w zimie, jest 50 kilometrów tras narciarskich, a dla tych, którzy nie lubią namiotów w lecie lub chcieliby przyjechać właśnie zimą, przygotowano stylowe sześcioosobowe domki nad samym jeziorem Marie Louise, z wyposażoną kuchnią, elektrycznym ogrzewaniem i romantycznym kominkiem.

Joanna Wasilewska/Andrzej Jasiński

Zaloguj się by skomentować