Goniec

Switch to desktop Register Login

Szlakami bobra: Nad rzeką Kolorado - Arizona

Oceń ten artykuł
(23 głosów)

Kolorado to legenda, dramatyczne kaniony, z największym Grand Canyon, wodospady i katarakty, zapierające dech widoki znane na całym świecie. Rzeka, ze źródłem w Górach Skalistych, płynie 2330 km, przez płaskowyż Kolorado na południowy zachód, przez stany Kolorado, Utah, Arizona, Nevada, Kalifornia, mija granicę USA i w Meksyku uchodzi do Zatoki Kalifornijskiej.

Tak wynika z mapy, choć od połowy XX wieku jej najniżej położony 160-kilometrowy odcinek z powodu gwałtownego wzrostu zużycia wody prawie wysechł i tylko 1 proc. jej zawartości dociera do Oceanu Spokojnego. I nic w tym dziwnego, bo Kolorado daje życie na pustynnych terenach 40 milionom ludzi.

Z rzeką Kolorado spotykać się będziemy jeszcze wiele razy, teraz jedziemy, zostawiwszy koty w Bryce National Park w namiocie na wysokości ponad 2000 metrów w znośnej temperaturze 27 stopni i zacienionym miejscu, 300 kilometrów na południowy wschód do Glen Canyon. I znów poznajemy świat zza szyby samochodu, utrwalając w pamięci migawkowe obrazki. Piaskowe biało-różowe wzgórza pokryte sosenkami, wydmy, jaskinie z jeziorkami, w jaskiniach także stajnie, koniom dzięki temu nie trzeba zapewniać w upale klimatyzacji. Małe miejscowości, większe Kanab z górującą nad nim olbrzymią czerwoną skałą z wielkim białym K, pierwszą literą nazwy. Wszystkie miejscowości po drodze stosują takie oznaczenie, nie wiadomo po co, może dla helikopterów? Za Kanab po prawej stronie płaska pustynia po horyzont, po lewej czerwono-białe piaskowcowe formacje kształtem przypominające Monument Valley. Od czerwonej skały odbijają się krzewy, z daleka wyglądające jak zielone kropki. Mijamy co jakiś czas małe i większe domy o przeróżnej architekturze, czy to domy letniskowe, czy siedziby stałych mieszkańców, nie mamy pojęcia.

Mijamy granicę stanów, wyjeżdżamy z Utah, naszym celem jest miasteczko Page nad Kolorado, już w stanie Arizona. Pojawiają się coraz wyższe, ale łagodne wzgórza i dziwne w kształtach formacje. Dzięki Internetowi i telewizji, jadąc w popularne turystycznie miejsca, z reguły każdy wie, czego się spodziewać, widział wszystko na zdjęciach i filmach. Ma to swoje plusy, bo pozwala wybrać z góry rzeczy warte zobaczenia i nie tracić czasu. Ma i minusy, bo podróże straciły element niespodzianki. Staramy się oglądać przed wyjazdem trasę w wymiarze skróconym do niezbędnego minimum, w większości przez to coś nas omija, ale czasami mamy ten niezapomniany moment, kiedy zobaczymy coś, czego się zupełnie nie spodziewaliśmy. Tuż przed miejscowością Page objawił nam się taki właśnie niezwykły widok. W rudoszarych barwach pustyni nagle pojawiła się tafla wody w kolorze, no właśnie, aż trudno określić – modrym, lapis-lazuli czy lazurowym? Może to wszystko na raz. Dziesiątki jachtów, olbrzymich i małych, wyrastających z pustynnego krajobrazu na tle wysokich, rzeźbionych skał Glen Canyon zdawało się obrazem absolutnie nierzeczywistym.

Jezioro Powella, położone w większości na terenie Utah, nazwane tak na cześć Johna Wesleya Powella, który badał rzekę na trzech drewnianych łodziach w 1869 roku, o licznych odnogach, na mapie wygląda jak wzór na szybie wyrysowany przez mróz. Powstało w Glen Canyon przez spiętrzenie wody na Kolorado. Budowę 216-metrowej Glen Canyon Dam rozpoczęto w 1960 roku. Na terenie jeziora utworzono Glen Canyon National Recreation Area, który odwiedza 2 mln spragnionych ciepłej wody turystów rocznie. To drugi co do wielkości sztuczny zbiornik w USA, trudnej do wyobrażenia pojemności 3.000.110 m sześciennych wody. Do zaplanowanego poziomu zbiornik wypełniał się aż 11 lat. Sielankowy widok zakłóca świadomość, że budowa tamy od początku budziła wielkie kontrowersje, kosztowała życie 13 osób, zniszczyła bezpowrotnie naturalne środowisko w 80 kanionach i zalała cenne rysunki naskalne dawnych Indian.

Oglądamy jezioro z punktu widokowego niedaleko tamy, rangerka zbiera papierki i bacznie obserwuje turystów, zdaje się jest tutaj do pilnowania, by jakiś terrorysta nie rozwalił budowli rakietą. W centrum turystycznym przy samej tamie roi się od rangerów i tajniaków, ale o dziwo, w przeciwieństwie do Yellowtail Dam na Bighorn River, tutaj można na tamę wejść i są punkty widokowe. Andrzej musi zawrócić do samochodu i zostawić nóż przypięty do pasa, broni palnej i noży nie wolno wnosić do centrum. Tuż przy tamie, z pionowych skał wyrasta stalowy most spinający wąski w tym miejscu Glen Canyon. Jest ładnie zaprojektowany, niby sztuczny twór, a jednak jakoś nie narusza harmonii kanionu.

W miejscowości Page naszym celem jest Antelope Canyon. To dwa szczelinowe kaniony, górny i dolny, wysokości około 30 metrów, a szerokości kilku. Do dolnego schodzi się po drabinach, do górnego trzeba dojechać terenowymi samochodami. Kaniony w piaskowcu rzeźbiła przez miliony lat woda, spływająca do nich po gwałtownych burzach. Faktura skał wyrysowana w falujące łagodnie linie, złamane w niespodziewanych momentach raz delikatnie, innym razem pod ostrymi kątami, tworzące przedziwne wgłębienia i wypukłości. W jakiś niesamowity sposób wpadające od góry światło rozszczepia się, odbija od ścian, malując bajkowy krajobraz w wielu odcieniach pomarańczu i fioletu. Najlepsze światło w lecie jest o godzinie jedenastej, słońce sięga wtedy dna kanionu. Wtedy też Nawahowie, na których terenie znajdują się oba kaniony, żądają 40 dolarów za wejście, a za fotograficzną sesję tych cudów 80 dolarów, ale cena nie zraża chętnych, na zdjęcia zjeżdżają ludzie z całego świata. W innych godzinach półtoragodzinna wycieczka kosztuje 25 dolarów od osoby, plus 8 za bilet na wjazd na teren rezerwatu, wielokrotnego użytku na wszystkie atrakcje, jak np. Monument Valley.

Interesy z Indianami to historia sama w sobie, nieodłączny chaos, bałagan i zdzierstwo. Oba kaniony można zwiedzać tylko z indiańskim przewodnikiem, pretekstem do tego stała się w 1997 roku śmierć jedenastu turystów w czasie gwałtownej burzy i zalania dolnego kanionu, ocalał jedynie przewodnik. Dlatego też podczas złej pogody kaniony są nieczynne. Czas pozwala nam na obejrzenie tylko jednego, na chybił trafił wybieramy górny. Na godzinę drugą nie ma miejsc, bierzemy dwa ostatnie na godzinę trzecią, płatne z góry. Stawić się trzeba 15 minut przed wyznaczoną godziną.

Mamy czas na pogawędkę ze spotkanymi sympatycznymi Polakami z USA z córką. Natrafiamy na rodaków w najdziwniejszych miejscach, nasz naród ma w sobie jakiegoś podróżniczego bakcyla. Niby przelotne krótkie spotkanie, niby rozmowa o niczym, bo co sobie mogą przez parę minut powiedzieć kompletnie obcy ludzie, ale jakże sympatyczne. Nam miło, im chyba też, taka radość ludzi, których łączy język, tysiąc lat wspólnych emocji i losów, historii, której nie muszą sobie tłumaczyć.

Godzina wyjazdu dawno minęła, kilkadziesiąt osób stoi w ścisku pod niewielkim płóciennym zadaszeniem, ze wszystkich leje się pot. Jest ponad 40 stopni Celsjusza w cieniu. Napoje w coolerach, które młodzi Indianie sprzedają po wygórowanych cenach, wykupione. Jakby jeden skoczył do sklepu i przywiózł wodę, sprzedałby wszystko na pniu, ale żadnemu taki pomysł nie przyszedł do głowy. Wreszcie przyjeżdżają pick-upy z ławkami wzdłuż burt owiniętymi karimatami i przewodnicy. Każą nam ustawić się w słońcu, wyczytują imiona i pakują na samochody. Listy pomylone, ludzie pomyleni, wszyscy wkurzeni, a my najbardziej, bo czas ucieka, a wraz z nim słońce, które schodzi niżej i niżej – z każdą minutą warunki zdjęciowe w kanionie będą gorsze. Tak na oko wygląda, że na każdym pick-upie zmieści się do 10 ludzi, a oni pakują i pakują, coraz ciaśniej, jak sardynki do puszki. Ludzie zaczynają się podśmichiwać, a ładowanie trwa dalej.

Trafia nam się młoda dziewczyna jako przewodnik, o kształtach zamkniętych w kwadracie. Nie wiedzieć czemu wydawało nam się, że Nawahowie powinni wyglądać jak Winnetou, a nie jak otyli ontaryjscy Odżibuejowie. Mimo tuszy dziewczyna nie jest nawet spocona, widać są przyzwyczajeni do upału. Dla nas przeznaczyła miejsce na długiej kanapie w szoferce, nie wiemy, czy to kara, czy wyróżnienie. Pick-up z tyłu wygląda OK, pytam debilnie, czy ma klimatyzację. Ironiczne spojrzenie jest odpowiedzią bez słów. Oceniając stan zabytku po desce rozdzielczej, może to lata 70., a nawet 60. Zaczyna się 20-minutowa jazda do wejścia do kanionu, Indianka odgradza się od nas plecakiem jak od jakiejś zarazy. Teraz już wiemy, po co te parciane pasy z tyłu. Skaczemy w kabinie, momentami waląc głowami w dach, a aparatem w przednią szybę. W lusterku widzę spływających potem ludzi na pace, spadających na twarde siedzenia. My przynajmniej lądujemy na miękkiej kanapie i szoferka chroni nas od słońca. Zdaje się, że ten przejazd jest większą atrakcją niż Antelope Canyon.

Jedno trzeba dziewczynie przyznać, jest świetnym kierowcą, ktoś inny od razu by się zakopał w grząskim piachu. Jest też świetnym, prawdopodobnie przeszkolonym znawcą fotografii i przewodnikiem. Nastawia każdemu aparat, żeby cokolwiek wyszło w ciemnym już na dole kanionie. Mamy godzinę opóźnienia, słońce sięga ledwie jego połowy. Zdjęcia bez statywu będą marne, a i światło rozszczepia się na mniej kolorów. Dziewczyna pokazuje rozświetlone kontury u szczytu kanionu, jedne mają przypominać niedźwiedzia, inne serce… Wie, że zdjęcia wyjdą kiepskie, ale każdy będzie miał jakąś pamiątkę. Wie także, gdzie zrobić zdjęcie z lampą błyskową, fotografuje wszystkich po kolei. W kilkumetrowym kanionie tłumy, okazuje się, że Indianie dogadali się co do cen, ale nie w sprawie skoordynowania wycieczek. Jest wiele firm, każda prowadzi swoich ludzi – okazało się, że są lepsze firmy i mają klimatyzowane samochody!

Złość nam mija, mimo wszystko jest przepięknie, skały zmieniają się z pomarańczowych w ciemno- i jasnofioletowe, tworząc przedziwne kolorystyczne kompozycje. Warto było tu przyjechać, choć mamy świadomość, że Antelope Canyon to taka namiastka niedaleko położonego The Wave, ósmego cudu świata. Wpuszczają tam do 20 osób dziennie, wejście losuje się on-line cztery miesiące do przodu, los kosztuje 5 dolarów. Warto spróbować.
Wracamy tą samą drogą. Na koniec wszyscy dają napiwek, my nie, to za to godzinne opóźnienie i za to, że już nie mówiąc o statywie, nie dała nawet fotografować z podparciem monopodu i Andrzej musiał robić zdjęcia, podpierając się o skałę.

Jedziemy jeszcze do odległego o 8 km od Page Horshoe Bend, gdzie rzeka Kolorado zakręca gwałtownie w formie podkowy. Potężny kanion, w dole nitka szmaragdowej wody, wysokie, strome klify. Robimy ledwie parę zdjęć, bo niskie słońce oślepia, a niezwykle mocny wiatr wali w twarz i obiektyw piaskiem jak okruchami lodu, raniąc skórę, a na filtrze obiektywu zostawiając wyraźne rysy. Prawie na wyciągnięcie ręki, 200 km stąd na południe, jest słynny Grand Canyon, a jeszcze bliżej od wschodu Monument Valley. W życiu jest zawsze coś za coś, gdyby nie koty… nie zniosłyby tej temperatury.

Page żegna nas o zachodzie słońca ciemnoniebieskim kolorem jeziora, pomarańczowa pustynia ciemnieje, robi się chłodniej, skały na horyzoncie przestają drgać w gorącym powietrzu. Do Bryce docieramy w nocy.

Witają nas dwie stęsknione kocie mordy wyczekujące w namiocie, warte dziesięciu Wielkich Kanionów.

Joanna Wasilewska
Andrzej Jasiński

Ostatnio zmieniany piątek, 20 marzec 2015 23:14
Zaloguj się by skomentować