Goniec

Register Login

Szlakami bobra: Odkryć jezioro Erie na nowo - o krwiożerczej bolimuszce i Point Pelee

Oceń ten artykuł
(9 głosów)

        Czy mogą sobie Państwo wyobrazić 15 kilometrów pięknej, piaszczystej plaży nad ciepłym jeziorem w południowym Ontario w upalny dzień, i to plaży całkowicie bezludnej, dosłownie, bez ani jednego człowieka? Wydaje się to nieprawdopodobne, a jednak! Taki obrazek powitał nas w Parku Narodowym Point Pelee nad jeziorem Erie w sierpniowy weekend. Cieplutka woda, słońce, stoły piknikowe, a tu nikogo.

        Poznanie przyczyn tego cudu zajęło nam trzy minuty. Tyle czasu wystarczyło nam na pstryknięcie zdjęcia i tyle czasu starczyło muchom kłujkom na zlokalizowanie nas. To wredne stworzenie wyglądające jak zwykła mucha domowa żywi się krwią ssaków i po polsku nazywa się bolimuszka kleparka (polscy entomolodzy to poeci, polskie nazwy owadów to cudeńka same w sobie, świadectwo bogactwa naszego języka, podobno najbardziej złożonego po sanskrycie). Bolimuszka wrednie podszywająca się wyglądem pod zwykłą muchę różni się od niej, poza posiadaniem kłujki, śmieszną rzeczą – zwykle siada na ścianie głową do góry. No i krwiożercze są tylko panie muchy, panowie wolą spijać kwiatowy nektar. O ich obecności w parku jak o wstydliwej chorobie cisza w reklamowych broszurach, odstraszyłyby turystów. Dlaczego tu są, w jakich porach roku, nie wiadomo. Jedynie przy głównej bramie ostrzegawcza mała tabliczka. Wiele lat temu informowano wjeżdżających, że park nie zwraca za pieniędzy za bilety, jeśli ktoś zrezygnuje z pobytu z ich powodu, teraz nawet tego nie ma. Dopiero przeglądając zdjęcia w domu, zorientowaliśmy się, że pustki na plaży mogły mieć i drugą przyczynę. Przy wejściu wisiała tabliczka, że w wodzie znajduje się groźna bakteria i kąpiel, a nawet brodzenie w niej, może być przyczyną choroby. Nigdzie indziej takich ostrzeżeń nie było, ale może z powodu much nie były potrzebne.

        Oj, bolało nas od kłujek bolimuszek kleparek i klepaliśmy się po całym ciele w trakcie ucieczki do samochodu, jednak park jest tak ciekawym miejscem, że postanowiliśmy stawić im czoło.

        Point Pelee, półwysep w zachodniej części jeziora Erie, to najbardziej na południe położony skrawek stałego lądu w Kanadzie, o cieplejszym klimacie niż całe południowe Ontario. Nic dziwnego, bo znajduje się na tej samej szerokości geograficznej co Rzym i Barcelona. Historia pobytu tu ludzi sięga 10 tysięcy lat, dokumentuje ją ekspozycja z badań archeologicznych, odnalezione wyroby ceramiczne, kamienne groty oszczepów. Potem półwysep, zmieniający wraz z setkami lat kształt, stał się miejscem polowań i połowów ryb Indian, aż przyszła era białego człowieka, który wyrżnął wszystko, co było do wyrżnięcia, i drzewa, i zwierzęta. Historię półwyspu świetnie dokumentuje interaktywna ekspozycja w Centrum Informacyjnym, gdzie można między innymi obejrzeć wypchanego gołębia z gatunku, którego ostatni przedstawiciel zginął w początkach XX wieku. Wszystkie wystrzelano, a przylatywało ich do Point Pelee milion rocznie. Ptakom zawdzięcza Point Pelee sławę – choć jest najmniejszym obszarowo parkiem narodowym w Kanadzie, tu zjeżdża tysiące ornitologów naukowców i amatorów, żeby obserwować odpoczywające ptaki, kilkadziesiąt gatunków, w migracyjnej drodze przez jezioro Erie na północ i południe Ameryki, wiosną i jesienią, tu odpoczywają też w drodze do Meksyku motyle Monarch.

        Opamiętanie przyszło na początku XX wieku. W tym czasie powstała większość parków narodowych i prowincyjnych w Kanadzie. Dzięki takim ludziom, jak Percy Taverner i Jack Miner – znany głównie ze swojej działalności na rzecz ochrony gęsi kanadyjskiej, którzy marzyli o tym, by Point Pelee zachować dla potomności, a których nazwiska tu przywołujemy z szacunkiem, w 1918 roku powstał dziewiąty park narodowy w Kanadzie, Point Pelee. Fakt ten uczczono symbolicznie drewnianą bramą z nazwą, której chyba replika znajduje się przy skansenie.

        Bitwa o kształt półwyspu nie toczyła się tylko między ludźmi. Od pięciu tysięcy lat walczą ze sobą ląd i woda. Każda fala, nawet najmniejsza, nanosząc i zgarniając piasek, zmienia jego obraz. Pierwszą linią frontu tej walki jest koniuszek półwyspu o nazwie Tip, który każdego dnia wygląda inaczej. Po burzach i sztormach zdaje się, że wody jeziora Erie są zwycięzcą, pochłaniając ląd, potem Point Pelee powoli odbudowuje swój stan posiadania. Na końcu półwyspu widać, jak fale z jego zachodniej i wschodniej strony zderzają się, zjawisko rzadkie na jeziorach. Przy niewielkim wietrze woda wygląda niegroźnie i zachęca do kąpieli, ale złudne to wrażenie. To najbardziej niebezpieczne miejsce do pływania na całym półwyspie. Wszędzie rozwieszono tablice z ostrzeżeniami, że fale i podwodne prądy wciągają śmiałków pod wodę na pewną śmierć, tak jak dwóch szesnastoletnich braci, których w 2003 roku fala zmyła z brzegu. Jednego uratowano, ciało drugiego znaleziono tydzień później wiele kilometrów od półwyspu.

        Na Tip zawiozły nas parkowe wagoniki kursujące co 15 minut spod Centrum przez las wyglądający jak dżungla, z drzewami obrośniętymi pnączami, korony drzew zwierały się w górze, tworząc zielone katedralne sklepienie i ledwie czasami dając prześliznąć się słońcu. Bolimuszki przy Centrum pojawiały się jeszcze w akceptowalnej liczbie. Potem – horror. Po zachodniej stronie końca półwyspu, skąd widać 22-hektarową Middle Island, stanowiącą część parku i archipelagu wysp Erie, a jednocześnie najbardziej na południe położony kawałek Kanady, dosłownie kilka metrów od granicy na Erie z USA, żarły jak wściekłe, będąc przyczyną kompletnej porażki naszej wycieczki pod względem fotograficznym. Były motyle, w tym Monarchy, niestety nieliczne – Monarchy przelatują przez Erie od końca lata do połowy października, ale nie da się przewidzieć kiedy, zależy to od pogody. 90 procent kanadyjskiej populacji tych motyli wyginęło w ostatnich latach, oficjalnie tłumaczy się to zanikiem milkweed, rośliny, na której żerują jej larwy, ale są też teorie, że przyczyną ich śmierci są eksperymentalne uprawy genetycznie zmienionej żywności w południowym Ontario – widzieliśmy też przedziwną niewielką jaszczurkę o jaskrawo niebieskim ogonie. No nie da się ustawić ostrości, walcząc jednocześnie z setkami żrących much. Udało nam się tylko sfotografować świerszcza, który w locie wyglądał jak motyl, i dzikie indyki. Na cyplu złapaliśmy trochę oddechu, bolimuszka odpuściła, a większość turystów wracała do przystanku plażą po wschodniej stronie cypla, gdzie much było niewiele. Natomiast podczas oczekiwania na wagoniki sceny tragikomiczne, ludzie biegali, podskakiwali, klepali się po całym ciele, wymachiwali rękami. Z tego szpitala wariatów wybawił nas przyjazd parkowego pociągu. Przy Centrum trafiliśmy na prezentację oswojonych ptasich drapieżników, potem miał się odbyć pokaz węży i żółwi, z możliwością dotykania, wielka frajda dla dzieci.

        I to był koniec naszych spotkań z bolimuszką kleparką. Nie wiedzieć czemu, nie było jej w środku lasu, na Cactus Trail, przepięknym fragmencie dębowej sawanny, z dębami o angielskiej nazwie chinquapin oak, o liściach podobnych do orzecha, gdzie podobno rosną opuncje – niestety nie znaleźliśmy ich – nie było much także w skansenie obrazującym życie pierwszych osadników na półwyspie, gdzie zachowano gospodarcze budynki i dom rodziny DeLaurierów, w którym mieszkała od 1885 roku do końca lat 60. XX wieku. Malutki domek, ubogie sprzęty, ale i skrzypce, i zdjęcia już z początku XX wieku, utrwalone na kliszy radosne momenty z ich życia. A na miejscowym cmentarzyku tylko nazwiska dwóch rodzin pozostały, w tym DeLaurierów, innych żywot znaczą tylko bezimienne drewniane białe krzyżyki.

        Pojechaliśmy jeszcze na wschodni brzeg półwyspu, gdzie kilometrami rozciągają się bagna pokryte trzciną. Poprowadzono przez nie kładki, przyrodę można podglądać też z wieży obserwacyjnej. Jest parkowy sklepik, są lody, pamiątki, canoe lub kajaki w wypożyczalni, można wybrać się na grupową wycieczkę wielkim wieloosobowym canoe z przewodnikiem albo wypożyczyć rower. Na przystani był tłok, oprócz pragnących eksplorować bagienne jeziora, pewnie było wielu ludzi, którzy pragnęli tylko jednego – przez bagna dostać się na wschodni brzeg Point Pelee, gdzie wreszcie będzie odetchnąć od bolimuszki kleparki.

        W Point Pelee nie ma można biwakować, są tylko domko-namioty do wynajęcia. Natomiast można się rozbić w niedaleko położonym Parku Prowincyjnym Wheatley lub skorzystać z bazy hotelowej w pobliskim miasteczku Leamington, które, jak się samo reklamuje, jest pomidorową stolicą Ontario, co nietrudno było stwierdzić, gdy zakleszczyły nas na drodze traktory z pomidorami. Wokół pomidorowe pola, pomidorów przemysłowych, do przerobu, i szklarnie, z pomidorami do jedzenia. Zajrzeliśmy w Leamington do portu, prom na Pelee Island pod koniec sierpnia już nie kursuje, trzeba jechać do Kingsville. Ale historia słynącej z winnic Pelee Island to już odrębna opowieść…

Joanna Wasilewska/Andrzej Jasiński

Ostatnio zmieniany piątek, 09 wrzesień 2016 17:10
Zaloguj się by skomentować