Goniec

Switch to desktop Register Login

Szlakami bobra: Przeklęte złoto Gór Czarnych, Szalony Koń i szalony rzeźbiarz

Oceń ten artykuł
(32 głosów)

Góry Czarne, indiańska nazwa Paha Sapa, to jedne z najważniejszych świętych miejsc Indian Ameryki Północnej, cel tradycyjnych pielgrzymek i teren ceremonii, odprawianych do dziś. I dla Polaków Black Hills nie są tylko turystycznym punktem na mapie, lecz miejscem sentymentalnym, a to za sprawą trylogii dla młodzieży Alfreda i Krystyny Szklarskich "Złoto Gór Czarnych" opowiadającej o dziejach Dakotów, ich obyczajach, o pierwszych kontaktach z białymi ludźmi, walce z nimi i ostatecznej przegranej.

Co sprawiło, że ten odizolowany łańcuch górski długości 160 km na terenie Dakoty Południowej, jawił się Indianom jako magiczny? Może sprawiło to jego odizolowanie, może wielkie jaskinie, mikroklimat powodujący częste zmiany pogody i burze, może olbrzymie złoża ołowiu i złota. To złoto stało się przekleństwem Dakotów…

Spór między Indianami a białymi osiągnął apogeum w połowie XIX w. po jego odkryciu – najpierw w Kalifornii (gdy przez okolice gór wędrowało na Zachód kilkadziesiąt tysięcy białych osadników rocznie), a następnie w Górach Czarnych. Przejeżdżaliśmy przez pierwsze miasteczko poszukiwaczy złota, Deadwood. Może dlatego, że lało jak z cebra, wydało nam się ponure, ponure i architekturą, i historią miejsca, tymczasowością życia jego dawnych mieszkańców, bo przecież nie przyjechali tu na stałe, tylko aby wzbogacić się szybko i odjechać. Szczęścia zaznało niewielu, inni żyli nadzieją. Miasteczko ściągało awanturników z całej Ameryki, w czasie gorączki złota liczyło 5 tys. ludzi, rządziło tu prawo pięści i szybkość strzału z colta, morderstwa były na porządku dziennym – miejscowy cmentarz na wzgórzu to miejsce wiecznego spoczynku znanych postaci Dzikiego Zachodu, zmarłych zazwyczaj śmiercią nienaturalną, słynnych strzelców, hazardzistów, właścicieli licznych saloonów i domów publicznych. Gdy gorączka złota minęła, stało się spokojnym górniczym miastem.

Złoto w Górach Czarnych odkryła ekspedycja płk. George'a Armstronga Custera z 1874 roku, on też założył Deadwood. Pułkownik Custer, używający też stopnia generała, to postać barwna i kontrowersyjna, warta choć krótkiego opisania. Był uważany za hulakę i narwańca. Podobno często upijał się do nieprzytomności i podejmował niezrozumiałe, kontrowersyjne decyzje. Częściej niż w mundurze, który ozdabiał nieprzewidzianymi w regulaminie kolorowymi apaszkami i bogato zdobionymi guzikami – z tego powodu oficerowie przezywali go klaunem – widywano go w żółtawej skórzanej kurtce z frędzlami, skąd kolejne przezwisko – Cavalier in Buckskin. Kochał kobiety i one go kochały. Wsławił się masowym wybijaniem bizonów, a po śmierci pozostał w pamięci jako bezlitosny, potwornie okrutny i zajadły wróg Indian.

Odkrycie złota stało się przyczyną sławy i chwały płk. Custera, złoto stało się też przyczyną jego śmierci. Zginął 25 czerwca 1876 roku w wieku 37 lat w bitwie nad Little Bighorn pomiędzy dowodzonymi przez niego żołnierzami 7. Regimentu Kawalerii US Army a Dakotami, pod wodzą Szalonego Konia i Siedzącego Byka. Custer bitwę przegrał, prawie wszyscy uczestniczący w niej żołnierze (265 zabitych i ponad 50 rannych) oraz towarzyszący im cywile zginęli (Indianie stracili około 100 ludzi).

Bitwa przyniosła wieczną sławę indiańskiemu wodzowi Szalonemu Koniowi, ind. Tasunka Witko, ang. Crazy Horse, synowi szamana i bratankowi wodza, uważanemu przez Dakotów za przywódcę powstania w obronie Gór Czarnych, Wielkich Równin i niezależności Dakotów (Siuksów), choć nie powstrzymała podboju Dzikiego Zachodu przez białego człowieka. W 1877 roku Szalony Koń z 800 obdartymi i wygłodzonymi wojownikami ze względu na ich stan poddał się i zamieszkał w rezerwacie. Zginął w wieku prawdopodobnie 29 lat (data urodzenia nie jest pewna), dźgnięty bagnetem przy próbie ucieczki przed internowaniem przez wojska gen. Crooka.

Góry Czarne stały się w następnych latach terenem amerykańskiego osadnictwa i eksploatacji przemysłowej, a później – masowej turystyki. Według Indian, gwałci to ich prawa własności i narusza prawa do wolności praktyk religijnych oraz świętość Gór Czarnych. Wyroki sądów amerykańskich z lat osiemdziesiątych XX wieku potwierdziły historyczne prawa sześciu plemion Siuksów do Black Hills i przyznały im wielomilionowe odszkodowania, jednak domagają się oni zwrotu części Gór Czarnych w naturze i większego udziału w zarządzaniu terenami publicznymi położonymi w górach.
Spór trwa ponad dwieście lat, a toczy się współcześnie nie tylko na salach sądowych, ale i w dziedzinie sztuki, a konkretnie w postaci dwóch słynnych rzeźb w Górach Czarnych. Pierwsza to Mount Rushmore, 18-metrowej wysokości wyrzeźbione w skale głowy czterech prezydentów USA, George'a Washingtona, Thomasa Jeffersona, Theodore Roosevelta i Abrahama Lincolna, władczym okiem spoglądające na okolicę. Tych czterech prezydentów ma symbolizować 150 lat historii i ekspansji terytorialnej Stanów Zjednoczonych. Rzeźbę, na zamówienie rządu, wykuwano w skale przez czternaście lat (1927–1941), pod nadzorem amerykańskiego rzeźbiarza Gutzona Borgluma pracowało nad nią 400 rzeźbiarzy i robotników z ciężkim sprzętem. Mount Rushmore National Memorial jest miejscem pielgrzymek Amerykanów, odwiedza go rocznie podobno ponad dwa miliony ludzi.

Oglądaliśmy Rushmore lipcowego dnia, przelotne deszcze nie wystraszyły ludzi, wszędzie był tłum. Wielopoziomy parking, trochę chaosu, pracownicy kierujący ruchem. Do tarasu widokowego przechodzi się kamienną aleją z kolumnami udekorowaną flagami wszystkich stanów Ameryki, każdy stan ma też swoją kamienną tablicę na kolumnach. Na tarasie taka liczba fotografujących się na tle głów, że trudno dopchnąć się, żeby zrobić zdjęcie bez ludzi. Najbardziej ciekawscy mogą jeszcze dojść szlakiem pod samą skałę. Głowy prezydentów, z oczami tak wyrzeźbionymi, że zdają się patrzeć jak żywe, widać z wielu miejsc gór. Czasami widać je wszystkie, czasami tylko jedną.

Mount Rushmore Memorial uważany jest przez Indian za profanację ich świętego miejsca i symbol dominacji białych. Nic dziwnego, że Indianie postanowili stworzyć rzeźbę własnego bohatera, Szalonego Konia, choć część Indian protestowała przeciwko temu, jako takiej samej profanacji świętych gór. Wódz Dakotów Stojący Niedźwiedź wybrał do tego zadania pracującego przez jakiś czas przy Mount Rushmore rzeźbiarza Korczak-Ziółkowskiego. Tak pisał do niego w liście: "Wszyscy moi bracia wodzowie i ja chcemy, by biały człowiek dowiedział się, że i czerwonoskórzy ludzie mieli swoich bohaterów".

I tak rozpoczęła się praca trwająca po dziś dzień, bo dzieło nie zostało jeszcze ukończone. Postać Indianina na koniu, w odległości 15 kilometrów od Rushmore Memorial, będzie największym pomnikiem na świecie, rzeźba będzie miała 195 metrów długości i 172 metry wysokości. Na wykonanie takiego zadania, przy ograniczonych środkach finansowych i możliwościach technicznych, mógł się porwać tylko człek szalony, a takim szaleńcem mógł być tylko Polak, choć Korczak-Ziółkowski swą polskość odkrył dopiero w dorosłym życiu. Urodził się w 1908 roku w Bostonie z rodziców Polaków, którzy zginęli w wypadku, gdy miał niecałe dwa lata. Dzieciństwo miał ciężkie, jako sierota, wędrował z sierocińca do sierocińca, do irlandzkich rodzin zastępczych, gdzie go wykorzystywano i poniżano. Ciekawostką jest, że nigdy nie ukończył szkoły artystycznej, choć od najmłodszych lat przejawiał duży talent rzeźbiarski. Po ukończeniu technikum podjął pracę jako cieśla okrętowy w stoczni, gdzie w wolnym czasie zaczął rzeźbić w drewnie, co uczyniło zeń cenionego twórcę mebli artystycznych. W 1932 zaczął rzeźbić zawodowo. Sprzedawał swoje prace w Bostonie i Nowym Jorku. Powrót do polskości zaowocował wielkim sukcesem, w 1939 roku jego marmurowe popiersie Paderewskiego zdobyło pierwszą nagrodę na Wystawie Światowej w Nowym Jorku.

Korczak-Ziółkowski przystąpił do pracy przy pomniku Szalonego Konia z wielkim zapałem. Wykupił za własne pieniądze teren wokół Thunder Mountain i licencję górniczą. W kieszeni zostały mu 174 dolary. Rozpoczęcie projektu przerwała wojna. Wstąpił na ochotnika do armii amerykańskiej, ale został ranny w Normandii podczas lądowania na plaży Omaha i wrócił do USA. W 1947 roku na stałe zamieszkał w Górach Czarnych, początkowo w namiocie u stóp góry. W 1948 roku dokonał pierwszej eksplozji dynamitu.

Pomnik Szalonego Konia stał się dziełem jego życia, zmarł w trakcie pracy na zawał w 1982 roku, a misję ojca kontynuuje siedmioro z jego dziesięciorga dzieci z Ruth Ross, miłośniczką sztuki i asystentką (Ruth zmarła w tym roku, oboje są pochowani u stóp góry). Początkowo prace przebiegały bardzo mozolnie i prymitywnymi środkami, bo Ziółkowski odmówił przyjęcia wsparcia finansowego od rządu amerykańskiego zgodnie z indiańską zasadą, że Góry Czarne nie są na sprzedaż. Zbudował drabiny na szczyt , na filmie dokumentalnym o nim, prezentowanym w centrum niedaleko pomnika, widać, jak mały synek nosi ojcu do góry laski dynamitu, rzecz w dzisiejszych czasach nie do pomyślenia.

Korczak-Ziółkowski jawi się w tym filmie jako człowiek śmiejący się i wielce dowcipny. Opowiada, ile razy, gdy wspiął się już do góry, słyszał pyr, pyr, pyr milknącego agregatu i musiał schodzić z powrotem. Brakuje w tym filmie polskich wątków, ledwie wspomina się polskie korzenie Ziółkowskiego, a przecież zwiedzając niewielką wystawę i starą pracownię artysty, żaden Polak nie będzie miał wątpliwości, jakiej narodowości był twórca – jest tam popiersie Paderewskiego, model Orła Białego, apostolskie błogosławieństwo od Jana Pawła II, zdjęcia naszego Papieża czy herb Ziółkowskich – Korczak – który dodał do swojego nazwiska. Jego klasyczne rzeźby są przepiękne, aż trudno uwierzyć, że wyszły spod ręki samouka. Najpiękniejszy jest jednak Szalony Koń, z ręką wskazującą coś w oddali. Można by sądzić, że uchwycona w dramatycznym geście postać prowadzi do ataku na wroga, podobno jednak Szalony Koń, tułający się ze swymi współplemieńcami i odmawiający zamknięcia w rezerwacie, gdy zapytano go ironicznie, gdzie jest jego ziemia, wskazał palcem przed siebie i powiedział: "Moja ziemia jest tam, gdzie pochowani są moi przodkowie" – i ten właśnie moment uwiecznił rzeźbiarz.

Pomnik Szalonego Konia można oglądać z tarasu na piętrze centrum, tu także znajduje się jego model w skali 1/34 autorstwa Korczak-Ziółkowskiego, tak często fotografowany na tle rzeźby w skale. Mieliśmy pecha, zapowiadał się deszcz i okazało się, że gipsowy model w takich wypadkach na szynach zjeżdża pod zadaszenie. Zwiedziliśmy wielkie, w porównaniu do wystawy o Ziółkowskim, hale poświęcone kulturze indiańskiej, obejrzeliśmy indiańskie występy, podglądaliśmy Dakotów malujących obrazki na piórach orła, Indianki nadziewające koraliki i tworzące z nich misterne wzory, kupiliśmy ręcznie robiony szalik z wełny lamy – szaliki, narzuty i inne rzeczy były piękne i niedrogie, kupilibyśmy więcej, ale sprzedający je Indianin miał bardzo nieprzyjemny wyraz twarzy. Oni wszyscy byli mało przyjemni, czy to wyniosłość, czy niechęć za doznane krzywdy od białych ludzi, z których przecież jednak teraz żyją, czy może sposób bycia, godny i poważny, nie wiem, w każdym razie w biznesie im to nie pomaga.

Część bardziej tradycyjnych Dakotów nadal uważa, iż oba pomniki wypaczają historię i uwłaczają pamięci bohaterów plemienia, pozostali Indianie nie mają jednak nic przeciwko wykorzystywaniu możliwości ekonomicznych i edukacyjnych, które stwarza istnienie obu centrów turystycznych. Nietanie bilety od rzeszy turystów oglądających pomnik Szalonego Konia i prywatne dotacje zasilają niedochodową prywatną fundację Crazy Horse Memorial, której celem jest finansowanie dalszych prac przy pomniku oraz ochrona i zachowanie dziedzictwa Indian północnoamerykańskich, a w przyszłości stworzenie tutaj wielkiego muzeum indiańskiego i takiegoż uniwersytetu.

Szalony Koń żyje uwieczniony w skale, obok pułkownika Custera, którego uhonorowano nadaniem jego imienia parkowi stanowemu w Black Hills, spór o Góry Czarne zdaje się nie do rozstrzygnięcia.

Wracamy na kemping, koty wyłażą zaspane ze śpiworów. W nocy kolejna burza, w górach huk grzmotów roznosi się po szczytach, błyskawice, rozświetlając niebo, tworzą wielki spektakl głosu i światła.

Tekst i zdjęcia
Joanna Wasilewska, Andrzej Jasiński
Mississauga

Ostatnio zmieniany niedziela, 04 styczeń 2015 04:31
Zaloguj się by skomentować