Goniec

Switch to desktop Register Login

Szlakami bobra: Przez pustynię - w stanie Utah

Oceń ten artykuł
(14 głosów)

Opuszczamy Bryce National Park, jadąc highway nr 12 na północny wschód. Nie na darmo nosi ona miano scenic road, drogi krajobrazowej. Zwą ją też drogą umożliwiającą podróż w czasie. Ma prawie 200 km, kończy się przy Capitol Reef National Park. Na trasie mnóstwo cudów, na których obejrzenie nie starczy nawet kilka dni, a tych nie mamy, a i często, żeby do nich dotrzeć, potrzebny jest terenowy samochód.

Zaraz za Bryce po prawej mijamy Grand Staircase-Escalante National Monument. Wijąca się szosa wygląda jak wstążka rozłożona na rudo-białych wzgórzach, łagodnie falując wraz z ich kształtem. Gdzieś tam w głębi są piękne kaniony, skalne łuki, wodospady, Park Stanowy Kodachrome Basin z pionowymi słupami z piaskowca w niesamowitych kolorach. Ale sam przejazd przez góry, rozpadliny, dziwne formacje dostarcza wielu wrażeń. Potem 12-tka wspina się na trzy tysiące metrów, prowadzi grzbietami gór, na horyzoncie jeszcze wyższe szczyty parku Capitol Reef. Na takiej wysokości zadziwiają nas pasące się przy drodze w sosnowym lesie krowy, choć żadnej ludzkiej siedziby nie widać.

Do miejscowości Torrey zjeżdżamy gwałtownie w dół i potem na wschód drogą 24, przecinając północną część Capitol Reef National Park. Podobno pierwszym osadnikom białe skalne kopuły kojarzyły się z Kapitolem w Waszyngtonie, a uskok Waterpocket Fold – skały nachylone w jednym kierunku, największa monoklina w Ameryce Północnej – z rafą, przeszkodą nie do przebycia, i stąd powstała dwuczłonowa nazwa parku. Największą jego atrakcją jest Cathedral Valley z czerwonymi skałami niby katedry wyrastającymi pionowo w górę z płaskiego terenu. Jeśli nie ma się terenowego samochodu, można wykupić wycieczkę dżipem z przewodnikiem. Mniejsze ciemnoczerwone formacje mijamy przy drodze nr 24.

Za Capitol Reef robi się płasko. Pustynia, pustynia, pustynia… Nieziemskie krajobrazy, czarne osuwiska, szaro-białe formacje gdzieniegdzie wyrastające z kompletnej płaskatości, wyschnięte koryta rzek. Tylko gdy zbliżamy się do rzeczki, pojawia się zieleń, czasami nawet jakieś poletka.

Pustynie są fascynujące, zdaje się, że pustkowia ciągnące się po horyzont kryją jakąś tajemnicę. Pustynie przyciągają i odpychają zarazem, bezdrzewne, surowe, czasami ozdobione tylko księżycowymi w formie skałami, intrygują odmiennością krajobrazu i budzą grozę jego jednostajnością, jakby człowiek poruszał się, a stał jednocześnie w miejscu, zatrzymany w pułapce bez wyjścia. Zachwyt, a potem chęć ucieczki do zieleni, do wody, do barw innych niż prawie że monochromatyczna szarość, biel czy czerwień. Ale gdy ktoś choć raz zasmakował pustyni, już nigdy nie zazna spokoju, jakiś pierwotny zew wezwie go do niej z powrotem.

Dziwne, że samotność nigdy nie dokucza nam w lasach północnego Ontario, a tu z ulgą i radością witamy małą miejscowość Hanksville, gdzie 24-ka skręca na północ. Nabieramy benzyny, kasa i sklepik w grocie w środku góry. Ciekawe, jak można w takim krajobrazie żyć na co dzień, może trzeba się tu po prostu urodzić. I znowu jedziemy przez pustkowia, mija nas tylko parę samochodów. Przy drodze śmieszne formacje wyglądające jak czekoladowe babeczki i drogowskaz do Goblins Valley State Park, terenu usianego niewielkimi, do paru metrów wysokości, brązowymi hoodoo w kształcie grzybków przykrytych kapeluszami.

Hoodoo przetrwały 20 milionów lat, pokonała je dopiero ludzka głupota. W 2013 roku, przewodniczący biwakującej w parku grupie skautów autorytatywnie ocenił, że hoodoo są u końca żywota i zagrażają zdrowiu i życiu turystów, więc pracowici skauci z zapałem zabrali się do roboty i postrącali kapelusze z takiej liczby hoodoo, z jakiej im się udało, po czym całą akcją pochwalili się na Facebooku. Dobrymi chęciami piekło jest wybrukowane.

Po południu docieramy trochę zmęczeni jazdą do miejscowości i rzeki Green River, do parku stanowego o tej samej nazwie. Wybraliśmy go ze względu na rzekę z plażą i kąpieliskiem oraz duże drzewa dające cień, gdzie będzie można spokojnie zostawić koty w namiocie i pojechać do pobliskiego Arches National Park oglądać skalne łuki. Ze zdjęć w Internecie wyglądało to jak oaza w środku pustyni. Zdjęcia nie kłamały, pokazywały tylko niecałą prawdę.

Park okazał się położony w środku miasteczka, tuż przy moście kolejowym. I wyglądał tak jak zwykły park miejski. W High Parku w Toronto byłoby bardziej dziko. Miejsc dużo, ale oprócz dwóch domków-kamperów żywej duszy. Zarządzający miejscem ranger, ubrany w kamizelkę kuloodporną i z bronią u pasa, uruchamiał wodne zraszacze na trawnikach. Upał potworny, duża wilgotność w przeciwieństwie do pustyni, nam się robiło słabo, a on nawet się nie pocił. Wyznaczył nam podlane już miejsce w słońcu za rzeczywiście niewygórowaną cenę 10 dolarów. Chcieliśmy w cieniu, zapłacimy więcej; tłumaczymy, dlaczego potrzebujemy takiego miejsca. Ranger odmawia, jak nie podleje, to trawa wyschnie – wyjaśnia – i nikt tu nie przyjedzie.

Na naszą uwagę, że i tak nikogo nie ma, mimo że trawa zielona, powtarza jak mantrę, że musi podlać. Po długich namawianiach i ostatecznej groźbie, że w takim razie jedziemy szukać prywatnego kempingu – cała dyskusja odbywała się w strugach wody z kręcących się zraszaczy – ustępuje i wyłącza w końcu sprinkler na jednym miejscu w cieniu drzew. Rozbijamy namiot na kałużach wody, które w upale znikają w oczach, pod siatką dzielącą park z prywatnym kempingiem kamperów. Siatka ogranicza nam pole pilnowania kotów do trzech stron świata. My oblewamy się potem przy każdym ruchu, a koty, dla których całe to zamieszanie, zadowolone penetrują okolicę jak gdyby nigdy nic. Zielona trawka bardzo im się podoba. Pimpek, korzystając z naszej nieuwagi, pryska nawet do dalekich sąsiadów z wizytą. Nie wiedzieć czemu, fascynują go ludzie mieszkający w domkach na kółkach.

W miasteczku, znanym z festiwali arbuzów – oczywiście kupujemy takowego na przydrożnym straganie, 5 dol. sztuka – muzeum wypraw Johna Powella i "zimnych" gejzerów – panują mormońskie obyczaje. Wina w niedzielę nie sprzedają – alkoholu w ogóle nie wolno wwozić na teren parku w żaden dzień tygodnia. Na sklepie przy wejściu tablica z amerykańską flagą i patriotycznym napisem "God bless America". Jest i druga tabliczka nad samym wejściem – "Bez butów i koszuli prosimy nie wchodzić do sklepu". To mi się podoba, dość mam spoconych facetów łażących w publicznych miejscach bez koszuli, z brzuchem w zaawansowanej ciąży, w celu narcystycznego opalenia torsu na piękny brąz.

Idziemy nad rzekę. Green River, która płynąc do rzeki Kolorado na południe, zakręca piękną zieloną nitką słynnymi dwiema podkowami, tu jest mętna i zdaje się tak brudna, że palec strach zamoczyć, o kąpieli nie wspominając. Duży plus parku to czyste łazienki z prysznicami z ciepłą wodą.

Wieczorem temperatura spada, jest znośnie, usypiamy przy dźwiękach fontanny za siatką, przejeżdżających pociągów i w zapachu guana, bo zdaje się ludzie nocą cichcem wypompowują z kamperów nieczystości do rzeki. Takiego obozowiska jeszcze nie mieliśmy, ale podobno każde doświadczenie ma swoją wartość i co cię nie zabije, to cię wzmocni.

Tydzień temu do naszego tekstu wkradł się błąd. Oczywiście mormońscy osadnicy przybyli w okolice Bryce Canyon w II poł. XIX w., a nie XVIII.

Joanna Wasilewska, Andrzej Jasiński

Zaloguj się by skomentować