Goniec

Switch to desktop Register Login

Szlakami bobra: Szczyty i jaskinie Gór Czarnych

Oceń ten artykuł
(24 głosów)

Przenosimy się na kolejny kemping, nad Sylvan Lake. Kemping ładniejszy, kilka miejsc pod namioty odosobnionych, ale większość jak na poprzednim nie zapewnia prywatności, za to jeziorko niesamowite. Nazywane jest perłą w koronie Custer State Park.

Choć powstało w 1881 roku przez zbudowanie tamy, wygląda na naturalne, a jednocześnie jakby nierzeczywiste, bo jego dwa brzegi to skały w dziwnych kształtach wchodzące pionowo w taflę wody. Sylvan Lake można oglądać z brzegu z trasy wokół jeziora lub wspiąć się szlakiem na skały i podziwiać z góry. W upalne dni na plażę i na kąpiele zjeżdżają się ludzie z całej okolicy, wędkarze, można tu zamieszkać w hotelu, wynająć kajaki i łódki.

Do Sylvan Lake dojeżdżamy słynną ponad 20-kilometrową Needles Highway, prowadzącą zawijasami i tunelami wydrążonymi w skale, przez sosnowe i świerkowe lasy, z pięknymi widokami na The Needles (Igły), granitowe pasmo gór w formie katedr i szpic z najbardziej spektakularną formacją o nazwie Ucho Igielne, rzeczywiście wyglądającą na kamienną igłę. I pomyśleć, że pierwotnie tu miały powstać głowy prezydentów i zeszpecić okolicę, ale dzięki Bogu według rzeźbiarza Borgluma były za kruche na taki projekt. Z drogi, ukończonej w 1922 roku, i znad Sylvan Lake prowadzą szlaki na najwyższy szczyt Gór Czarnych i całej Dakoty Południowej, Harney Peak, wysokości 2207 m n.p.m. Szczyt nazwano na cześć generała Williama S. Harleya, dowódcy wojsk w regionie Black Hills w latach 1870. Wejście na Harley Peak i zejście zabrało nam parę godzin, szliśmy prawie że samotnie w strasznym upale, ale widoki były tego warte, a i sam szlak niesamowity, bo pokryty gęsto kruchymi płatkami miki, które w słońcu dawały takie blaski, że droga zdawała się być pokryta żywym srebrem. Tylko spalony las robił smutne wrażenie, chore, umierające i powalone drzewa, gdzieniegdzie zdrowe sosny o intensywnie rudej korze. Mijamy granicę Custer State Park, tu zaczyna się rejon Black Elk Wilderness, trzeba wpisać się do samoobsługowego rejestru i przyczepić do plecaka odcinek wpisu. Można kempingować, ale są pewne restrykcje – minimum 1/4 mili od szczytu i sto stóp od szlaku, potoków i źródeł.

Pod samym szczytem ścieżka zaczyna się bardzo ostro piąć pod górę, nagle pojawia się mnóstwo ludzi, którzy dotarli tu wieloma szlakami z różnych stron, nie tylko pieszo, ale i na koniach. Konie zostają pod wieżą przeciwpożarową, z tego miejsca trzeba jeszcze pokonać wielostopniowe strome, kamienne schody – konie obchodzimy szerokim łukiem, pomni niedobrych doświadczeń sprzed paru dni, gdy Andrzej chciał je sfotografować z bliska w wypożyczalni, ale na jego widok wpadły w szał, kopały ściany boksów i rżały przeraźliwie. Przyjęliśmy z ulgą wyjaśnienie rodzinnego biologa, że to nie nasz podły wygląd tak je zdenerwował, tylko prawdopodobnie zapach kotów, z którymi przebywamy blisko wiele godzin dziennie – dla nas niewyczuwalny, przez konie potraktowany jako woń groźnego drapieżnika, takiego jak puma.

Pierwszy raz Harney Peak został użyty jako przeciwpożarowy punkt obserwacyjny w 1911 roku, w latach 20. XIX w. zbudowano w tym celu drewnianą konstrukcję, a kamienna wieża pochodzi dopiero z roku 1938. Wygląda trochę jak średniowieczny zameczek, dramatycznie zawieszony nad stromym urwiskiem. W 1967 roku zaprzestano obserwacji z tego miejsca, teraz służy turystom, można opuszczoną wieżę zwiedzać, rozpościera się z niej piękny widok na całe Góry Czarne, w czasie upalnych dni trochę zamglony. Siedzimy na skale, kontemplując widoki i dumając nad burzliwymi dziejami tej ziemi, głównych ich bohaterów, które się symbolicznie zbiegły i w tym miejscu. Prawdopodobnie pierwszym białym człowiekiem, który wszedł na Harney Peak, był pułkownik Custer, jedna z głównych postaci dramatu Gór Czarnych. Drugim człowiekiem, bohaterem drugoplanowym tej historii, który wszedł na szczyt rok po Custerze – Custer według niektórych źródeł podobno nie doszedł do samego wierzchołka – jest dr Valentine McGillycuddy, nazywany przez Indian Holy White Man (Wasiku Wakan). Był topografem, a później agentem Pine Ridge Indian Agency. Był przyjacielem Szalonego Konia i świadkiem jego śmierci w 1877 roku. Harney Peak uznano za miejsce godne jego pochówku, tablica na szczycie wskazuje miejsce, gdzie spoczęły prochy McGillycuddy'ego.

Wracając, schodzimy jeszcze na krótką trasę pod piękną formację skalną Cathedral Spires, gdzie spotykamy sympatycznych Polaków z Chicago. Miło się rozmawia, mają przyjaciół w Ontario – spotkania z rodakami trafiają nam się w najdziwniejszych miejscach, bo z nacji ciekawej świata pochodzimy. Jeszcze idziemy na Little Devils Tower, właściwie to się wdrapujemy, bo trasa nie jest najłatwiejsza i trzeba na wierzchołek włazić przy pomocą nóg i rąk. Little Devils Tower jest niewiele niższa niż najwyższy szczyt Gór Czarnych, ma 2125 metrów wysokości. Widać z niej w oddali kamienną wieżę na Harney Peak. W drodze powrotnej, zajęci obserwowaniem żuka w herkulesowym wysiłku mozolnie toczącego kulkę-spiżarnię pod górę, w dodatku z pasażerem na gapę na grzbiecie, nie zauważyliśmy samca jelenia z dorodnym porożem, który tą ścieżką podążał w przeciwną stronę. Panowie, znaczy się Andrzej i kozioł, mierzyli się wzrokiem przez parę sekund, żaden nie chciał ustąpić, wreszcie jeleń postanowił zaatakować.

Zrobił kilka skoków w naszym kierunku – Andrzej wytrzymał psychicznie, miał większą motywację w postaci kobiety za plecami – i metr przed nim zrejterował, skoczył w bok i popędził do lasu.

Dla przeciwwagi dnia spędzonego na szczytach, następnego planujemy zejść głęboko pod ziemię, do jaskiń, z których również słyną Góry Czarne. Po drodze wjeżdżamy na Mount Coolidge Lookout wysokości ok. 2000 m. Podobno w pogodne dni widać stąd Rushmore, Szalonego Konia, a nawet Park Narodowy Badlands, ale główne widoki to jasnozielone wzgórza pokryte ciemnozielonymi plamami lasu. Fotograficznie kompletnie do kitu, na szczycie zabytkowa kamienna wieża obserwacyjna przeciwpożarowa, wszędzie maszty i druty, nie da się zrobić zdjęcia.

Pierwsza jaskinia to Wind Cave, Jaskinia Wietrzna, położona w parku narodowym o tej samej nazwie, graniczącym z Custer Provincial Park. Wind Cave jest głównym turystycznym celem w parku, ale są tu i trasy wytyczone na wzgórzach prerii mieszanej, i kemping z bieżącą wodą. Wind Cave jest piątą – niektóre źródła podają, że czwartą lub szóstą – co do wielkości jaskinią na świecie, ma 226 km długości odkrytych korytarzy – wielkości te się zmieniają, bo co roku odkrywane są kolejne kilometry – jest też jedną z najstarszych na świecie, ocenia się ją na ponad 300 mln lat. Jaskinia ma tylko kilka niewielkich otworów łączących ją z powierzchnią i zmiana ciśnienia na zewnątrz, a w Górach Czarnych jest ona częsta i gwałtowna, powoduje wyrównywanie się ciśnienia w jaskini i silne wiatry, dochodzące do 130 km na godzinę. Stąd wzięła się jej nazwa i dzięki temu zjawisku została odkryta przez Europejczyków – Indianie podobno o niej wiedzieli od zamierzchłych czasów i uważają ją za miejsce święte. W każdym razie za odkrywców uchodzą bracia Tom i Jesse Binghamowie, których w 1881 roku zaciekawił świst wiatru dochodzący z jednego z półmetrowych otworów. Gdy nachylili się nad nim, wiatr gwałtownie zerwał jednemu z nich kapelusz. Uciekli przestraszeni, ale ciekawość zwyciężyła i powrócili w to samo miejsce kolejnego dnia. Tym razem jaskinia wessała kapelusz do środka. W 1890 właścicielem terenu została South Dakota Mining Company, a 16-letni syn jej menedżera, Alvin McDonald, jako pierwszy penetrował wnętrze przy użyciu świeczki w puszce jako latarki i sznurka. W 1903 roku decyzją prezydenta Theodore Roosevelta utworzono tu pierwszy park narodowy mający chronić jaskinie.

Wind Cave ściąga turystów z całego świata licznymi niesamowitymi formami naciekowymi, jak kwiaty kalcytowe, heliktyty, formy igiełkowe wyglądające jakby je ściął mróz, ale główną atrakcją są tzw. boxwork, unikatowe formy blaszek kalcytu w kształcie kasetonów, niektórzy przyrównują je do plastra miodu, z wszystkich istniejących na świecie 95 proc. można znaleźć właśnie w Wind Cave. Wszystko podświetlone w różnych kolorach, tworzy bajkową atmosferę. Tras do przejścia z przewodnikiem jest kilka, każda innej trudności, którą liczy się na czas i liczbę stopni schodów do przejścia. Wybieramy najdłuższą, chcąc jak najwięcej zobaczyć – rzeczywiście boxwork były niesamowite, ale okazuje się, że najkrótsza trasa umożliwia oglądanie jeziorka i kwiatów kalcytowych. Zjeżdżamy windą ponad 60 metrów w dół i czekamy na swoją kolejkę przed sztormowymi drzwiami. Przewodnik opowiada, że gdy wiatr jest bardzo silny, drzwi nie daje się otworzyć i windy stają, a jaskinia jest dla nich najlepszą pogodynką, bo działa jak barometr i wiele godzin do przodu oznajmia zmianę pogody.

Jesteśmy ostatnią turą i młody, chudy przewodnik-ranger prowadzi zbyt liczną grupę szybko do przodu, może spieszy się już do domu. Podążamy na samym końcu, by spokojnie robić zdjęcia, i nagle okazuje się, że grupa zniknęła. Jesteśmy sami, cisza niesamowita, błąkamy się w poszukiwaniu wyjścia, bo żadnych oznaczeń nie ma. W końcu natrafiamy na inną wycieczkę, przewodniczka przez telefon informuje o naszym cudownym odnalezieniu. Okazuje się, że nasze zniknięcie wywołało panikę, teraz wiem, dlaczego przewodnik upierał się, żebym zostawiła plecak w samochodzie – podejrzewał nas, jak to się już im zdarzało – że może zaplanowaliśmy pozostanie i eksplorację jaskini na własną rękę bez zezwolenia. Przewodnik wraca po nas i jeszcze raz przechodzimy trasę, tym razem za karę w tempie maratonu, ale facet uśmiecha się i zapewnia, że nic się nie stało. Dla nas gratka, obejrzeliśmy sobie wszystko za darmo drugi raz.

Do drugiej jaskini słynnej w Górach Czarnych jaskini, Jewel Cave National Monument, trzeba jechać 21 kilometrów od miasteczka Custer nazwanego tak na cześć płk. Custera. Jego mieszkańcy uważają Custer za najstarsze w Górach Czarnych i chwalą się najszerszą główną ulicą w Stanach Zjednoczonych, na której w XIX w. mógł zrobić kompletne koło wóz zaprzężony w woły. Teraz miasto liczy około 2 tys. mieszkańców, jest biedniejsze niż Deadwood, co widać na pierwszy rzut oka – głównie parterowa zabudowa, żadnego przemysłu. Mimo to mieszkańcy starają się, żeby było atrakcyjne, ozdabiając je pomnikami bizonów w niesamowite wzory.

Jewel Cave jest trzecią pod względem długości jaskinią świata, ma 267 km korytarzy. Historia jej odkrycia jest podobna do historii Wind Cave. Frank i Albert Michaudowie odkryli jaskinię w 1900 roku, kiedy poczuli zimne powietrze wypływające z małego otworu w kanionie. Powiększyli otwór dynamitem i znaleźli komorę pokrytą kalcytowymi kryształami. Sądzili, że znaleźli kamienie szlachetne, stąd w nazwie klejnot, Jewel Cave, i zdobędą fortunę. Prawda wyszła szybko na jaw i rozczarowani bracia postanowili zarobić chociaż na turystach, udostępniając jaskinię do zwiedzania.

Zjeżdżamy windą sto metrów na dół, w porównaniu do upału na górze wreszcie przyjemny chłód kilkunastu stopni. I znów jesteśmy w świecie bajki, gdzie woda była głównym architektem wnętrz – na ścianach i sufitach prawdziwe klejnoty, oprócz pięknych, błyszczących kalcytowych kryształów w różnych kształtach i barwach, będących największą atrakcją jaskini, są tu metrowe stalaktyty i stalagmity, formacje z kwarcytu, draperie, czerwono-pomarańczowe wstążki wyrastające ze skał zwane bekonem i dziwne metaliczno-srebrzyste twory w postaci wiszących jakby baniek, po angielsku nazywane hydromagesite balloons (polskiej nazwy nie udało się nam znaleźć), które można spotkać tylko w kilku jaskiniach na świecie – niestety na trasie dostępnej tylko dla początkujących speleologów bez śladów klaustrofobii.

Ciekawostką jest, że Jewel Cave National Monument objął ochroną jedną z największych (700 sztuk) na Zachodzie USA kolonii zimujących w jaskini nietoperzy długouchych (Corynorhinus townsendi) i wspomaga walkę z chorobą, White Nose Syndrome, która od 2006 r. spowodowała śmierć około 5 – 6 milionów nietoperzy w całych Stanach. Bidaki wiszą w stanie hibernacji, nieświadome, że obrastają na pyszczku i skrzydłach grzybem, przez co później wybudzają się i przejawiają nietypową aktywność zimową powodującą utratę tkanki tłuszczowej i w rezultacie śmierć. O tej historii i o innych ciekawostkach można dowiedzieć się więcej, zwiedzając ciekawą ekspozycję przed wejściem do jaskini.

Wracamy na kemping, to nasza i kotów ostatnia noc w Custer State Park.

Joanna Wasilewska, Andrzej Jasiński

Zaloguj się by skomentować