Goniec

Switch to desktop Register Login

Szlakami bobra: Tam gdzie rzeki płyną w przeciwne strony - Park Prowincyjny Wakami

Oceń ten artykuł
(9 głosów)

Jesteśmy w Wawa już drugi raz w ciągu dwóch tygodni. Za drugim razem liczne sztuczne gęsi cieszą tak samo jak za pierwszym. Uzupełniamy zapasy i na dobre opuszczamy rejon Jeziora Górnego, bo to już nieuchronny powrót w stronę Toronto. Przed nami 200 km do pokonania, z Wawa zjeżdżamy w drogę numer 101 na wschód do Chapleau.

Za miasteczkiem piękne wzgórza, jeziora, cottage'e, po drodze niewielkie parki prowincyjne. Za zjazdem do miejscowości Chapleau 101-ka dalej prowadzi do Timmins, my skręcamy w szosę nr 129, a po kilkudziesięciu kilometrach w drogę 667, już zaznaczoną na mapie jako dużo gorszej jakości, ale jedzie się dobrze, mijamy tylko kilka samochodów. Kilkadziesiąt kilometrów na północ od Chapleau znajduje się Park Prowincyjny Missinaibi. Park zaczyna się na jeziorze o tej samej nazwie, oglądać tu można rysunki naskalne, dalej obejmuje przez prawie 800 kilometrów dalekiej Północy obrzeża rzeki Missinaibi aż do miejscowości Moose River, gdzie jej wody łączą się z rzeką Moose i płyną do Zatoki Hudsona na Oceanie Arktycznym. Widzieliśmy park na zdjęciach, piękne miejsce, ale czas nas goni i nie damy rady go zwiedzić nawet tylko w obrębie jeziora, nie mówiąc o przepłynięciu całej rzeki, na to potrzeba czterech tygodni. 

Za zjazdem do Chapleau prawie dziko, lasy, lasy, lasy… głównie rośnie tu sosna Banksa (po angielsku Jack pine), mniejsza od białej sosny, odporna na mrozy, z niewielkimi wymaganiami glebowymi. Piszemy prawie dziko, bo nie ma starych drzew, wkoło trwa kompletna wycinka, tzw. clear cut, nie ma zwyczaju, jak w Polsce, zostawiania choć kilku starych drzew. Tylko wzdłuż szosy wąski pasek lasu, pewnie wcale nie dla pięknych widoków dla podróżnych, ale by śnieg nie zasypywał drogi.

Znajdujemy się dokładnie na dziale wodnym, na południe od szosy zaczyna się zlewnia Atlantyku, a na północ wszystkie rzeki płyną do Oceanu Arktycznego.

Nagle pojawiają się starsze drzewa, mają może kilkadziesiąt lat, to znak, że zbliżamy się do naszego celu, Parku Prowincyjnego Wakami położonego nad jeziorem o tej samej nazwie. W parkowym biurze jakiś powiew dawnych czasów i normalności – młody sympatyczny ranger nie ma kamizelki kuloodpornej, nie spieszy się i próbuje nas zniechęcić do rejestracji. Rozbijcie się, gdzie chcecie, zapłacicie jutro. Chcemy załatwić formalności od razu, jutro rano wyjeżdżamy w dalszą drogę. Zrezygnowany przystępuje do biurokratycznych czynności. Od wielu lat jesteśmy zarejestrowani w komputerowym systemie Ontario Parks, po co za każdym razem podawać te same dane? Nie wiadomo. Wszystko trwa długie minuty, drukarka szwankuje, a i tak dwa ostatnie papierki dla nas wypisuje ręcznie. Kiedyś nie było komputerów, a rejestracja trwała dużo szybciej i ludzi do tego zatrudnionych było mniej. Przed biurem ogłoszenie, że trzy szlaki w parku są zamknięte. Pytamy dlaczego. Zawaliły się przejścia i dachy nad ekspozycją, to zagrożenie dla życia, zamknięte, może za kilka lat znajdą się pieniądze na remont. Pieniędzy na remont nie ma, mimo że opłaty za kemping wzrastają drastycznie co roku, ale na komputery i trzy nowe pick-upy stojące przed biurem się znalazły. Trzy nowe samochody, a kemping ma zaledwie 65 miejsc, w większości pustych, i 65 kilometrów tras canoe w interiorze, do których samochód nie jest potrzebny.

Do Wakami przyjeżdżają głównie starzy bywalcy, klasa średnia na emeryturze, zapaleni wędkarze, namiotów prawie nie ma, jest kilkanaście tzw. mobile home, domków-przyczep. Wakami słynie z ryb, szczupaków i whitefish, pierwszy raz widzimy w parku prowincyjnym przy przystani specjalny stół do ich oprawiania. Miejsce mamy nad samym jeziorem. Fifka i Pimpek od razu idą na brzeg, ktoś wciągnął do wody piknikowy stół, który staje się doskonałym miejscem obserwacji dla nas i dla kotów. Na jeziorze wysepki, musi być płytkie, bo głazy wystają daleko od linii wody. Na głazach kormorany suszą skrzydła, a przy brzegu stado kaczek kręci się wokół nas, wyraźnie oczekując jakiejś gratyfikacji. Kaczki okazują się być tak oswojone, że nie zwracając uwagi na koty, wyłażą z wody i maszerują pod kempingową przyczepę u sąsiadów po stałą porcję papu. Brzegi jeziora piaszczyste, piękne plaże, płytkie, woda przezroczysta, upał, aż się chce wykąpać, ale tablice ostrzegają, że w jeziorze jest bakteria, która niby niegroźna dla ludzi, powoduje jednak po kąpieli zaczerwienienie skóry. Rezygnujemy, tym bardziej że niektóre biedne kaczki mają stan zapalny skóry wokół oczu i jakieś narośla, może właśnie z tej przyczyny.

Coś nam się w tym dużym jeziorze wydaje dziwne, konstatujemy, że brzegi są płaskie i piaszczyste, jest tu trochę jak na Mazurach, a my zdążyliśmy przez dwa tygodnie przyzwyczaić się do stromych klifów i wysokich wzgórz. Na drugim brzegu Wakami są tylko niewielkie, łagodne wzniesienia.

Zwiedzamy kemping, pryszniców nie ma, tylko prymitywne ubikacje, takie same od kilkudziesięciu lat, choć czyste. I znowu, pieniędzy na remont tras i ubikacji nie ma, za to jest nowiusieńka tabliczka na starej sławojce, że tu palić nie wolno. Złości nas to, jaki sens ma taka tabliczka setki kilometrów na północ od miast, gdzie dym z ognisk snuje się po ziemi, a ubikacje stoją w środku lasu. Ile pieniędzy nas, podatników, kosztowała praca urzędnika, który to wymyślił w imię politycznej poprawności, i ile zarobiła firma, która wyprodukowała tysiące tych tabliczek dla wszystkich parków w Ontario?

Rozpalamy ognisko, Pimpek zajmuje krzesełko koło 12-letniego Patryka, dawno temu nie wiadomo dlaczego przypadli sobie do gustu, teraz to dwóch kumpli. Na kempingu wszyscy się znają, dlatego nasz przyjazd wzbudza zainteresowanie. Odwiedza nas starsza pani, Polka, poznana przez Edytę i Tomka na przystani. Pani przyjeżdża tu z mężem od lat, mieszkają w Oakville niedaleko Toronto, i jest skarbnicą wiedzy o parku. Opowiada nam o polowaniu na niedźwiedzia, który zakłócał spokój kempingowiczom, o człowieku, który miał jakiś wkład w działalność parku i w podzięce spełniono jego życzenie i pochowano go po śmierci na wyspie na jeziorze, które ukochał. Przy takich okazjach nie może zabraknąć opowieści o naszych emigracyjnych losach, dramatycznych niejednokrotnie drogach ucieczki z komunistycznego raju. Droga naszego gościa wiodła do Kanady z Polski w początkach lat 70. przez Republikę Południowej Afryki. Pani żali się, że w Kanadzie nie uznano jej dorobku naukowego, mężowi powiodło się zawodowo lepiej. Przybycie męża z wędkarskiej wyprawy wypłasza naszego gościa, trzeba oprawić ryby. Wieczór i część nocy niespodziewanie przymusowo spędzamy kulturalnie przy dźwiękach koncertu operowego. Nikt się nie przejmuje ciszą nocną. Polka odwiedza nas jeszcze raz rano, zachęcając do zajrzenia na punkt widokowy na końcu jeziora i na indiański cmentarzyk.

Rano jedziemy na punkt widokowy przy olbrzymiej plaży, cmentarzyka nie udaje się nam znaleźć. Jak to Polacy, jeśli coś jest zabronione, musimy sprawdzić dlaczego. Idziemy na zamknięty dla naszego bezpieczeństwa 30-minutowy Logging Exhibition Trail. Szlak jest przepiękny, w starym sosnowo-świerkowym lesie zrobiono pętlę obrazującą życie drwali i początki przemysłu drzewnego w tym rejonie. Ktoś wiele lat temu zadał sobie naprawdę wiele trudu, żeby stworzyć tę ekspozycję. Odtworzona chata drwali z przedmiotami codziennego użytku z przełomu XIX i XX w., kuźnia z mnóstwem narzędzi z tego samego okresu, pieczołowicie uwieczniona historia pionierów drwali na tablicach z archiwalnymi zdjęciami, wiele zabytkowych maszyn pod walącymi się wiatami. Wspaniałe leśne muzeum, chyba równie ciekawe jak to znane w Algonquin Park. Koszt odbudowania wiat i odnowienia zagrzybionych tablic może równy kosztowi tabliczek zakazujących palenia przy sławojkach na kempingu.

Zwiedzanie takich miejsc to nic przyjemnego dla miłośników przyrody. XIX wiek to rabunkowa gospodarka leśna, pogarda natury, kompletna wycinka odwiecznej puszczy, bezwzględna eksploatacja podbitego terytorium. Opamiętanie przyszło na przełomie wieków XIX i XX, kiedy zaczęto traktować ten kraj jako nową własną ojczyznę, tworzono parki prowincyjne i narodowe, żeby ocalić dla przyszłych pokoleń choć cząstkę jego zrujnowanego piękna.

Mimo to minimuzea takie jak to w Wakami są warte jak największej troski. To materialny ślad Europejczyków, którzy w trudzie i znoju, w strasznych warunkach budowali bogactwo Kanady. Dlaczego nie znalazły się niewielkie pieniądze na jego renowację? Dla nas, jako wyznawców spiskowej teorii dziejów, odpowiedź jest jedna. Nasza łacińska cywilizacja umiera, za pięćdziesiąt, może trochę więcej lat, przy takiej jak obecna celowej polityce imigracyjnej, tym krajem rządzić będą Hindusi, Chińczycy i Arabowie. Przyjechali na gotowe, po co ich drażnić muzeami, które będą przypominały, że potęgę i kulturę tego kraju budowali chrześcijańscy biali emigranci z Europy... A może my się mylimy, i to po prostu tylko niekompetencja czy niefrasobliwość ontaryjskich urzędników...

Wyjeżdżamy z Wakami Lake na drogę 667 na wschód, która kończy się w miejscowości Sultan. Stąd Tomek zaplanował przejechanie tzw. lumber road, czyli szutrową drogą dla ciężarówek z drewnem, kilkadziesiąt kilometrów do drogi nr 144 z Timmins do Sudbury, którą mamy dotrzeć od Killarney, naszego ostatniego postoju. W Sultan gubimy się, w końcu trafiamy na właściwą trasę. Szeroka, szutrowa droga, po prawej stronie kamienista bruzda.

Musimy trzymać się prawej strony, bo po lewej z prędkością sto na godzinę mkną ciężarówki z kłodami drzew, wzniecając kurz i waląc kamieniami na boki. Bruzda robi się coraz wyższa, zaczyna szorować nam po podwoziu, niestety nie mamy terenowego samochodu. Zawracamy. Jedziemy z powrotem na zachód do drogi 129, nią na południe do Trans-Canada Highway. Droga pusta, mijamy jedną ciężarówkę i parę osobowych samochodów, głównie wędkarzy, żadnej miejscowości po drodze. Aż trudno uwierzyć, że zbudowano taką dobrą szosę, 200 kilometrów, znikąd donikąd, a w Polsce trzeba walczyć o każdy kilometr autostrady. Jedziemy przez góry, piękne widoki. W połowie trasy szosa zaczyna kręcić wzdłuż meandrów Mississagi River, utworzono wokół jej brzegów park prowincyjny, dostępny tylko na canoe. Już nam nie żal ponad stu nadłożonych kilometrów, warto było.

Dojeżdżamy do Autostrady Transkanadyjskiej, stąd znaną trasą przez Sudbury jedziemy do Killarney Provincial Park na ostatni postój przed powrotem do domu, na brzydkich betonowych wiaduktach sympatyczne rysunki zwierząt. Na miejscu jesteśmy prawie równo z Edytą i Tomkiem, oni nie zrejterowali, trafili na maszynę, która wyrównywała bruzdy na drodze, ale i tak nie mogli jechać szybciej niż 30 km na godzinę, czasowo wyszło na jedno.

Ostatni dzień przed powrotem do Mississaugi. Na kempingu w Killarney tłumy ludzi różnych nacji, czujemy się nieswojo, odzwyczailiśmy się przez dwa tygodnie od cywilizacji, to chyba syndrom ekspedycyjny, zjawisko opisane w literaturze, nadmiar ludzi zgromadzonych w jednym miejscu w otoczeniu dzikiej przyrody, wywołujący agresję. Ranger w kamizelce kuloodpornej wizytuje na piechotę każdych kempingowiczów.

Mżawka, pierwszy dzień złej pogody od dwóch tygodni, mimo to idziemy na dwukilometrową Granite Ridge Trail, z różowego granitowego wzniesienia piękne widoki na jezioro, i trzykilometrową Chikanishing Trail wzdłuż brzegu Huron. Skały mokre i potwornie śliskie, ale trasy warte przejścia niejeden raz. Kończymy dzień smażoną rybą w miasteczku Killarney, które opisywaliśmy parę tygodni wcześniej, jak i cały park prowincyjny (odsyłamy do archiwum Gońca w dziale Turystyka), a noc mamy nieprzespaną dzięki kotom, które podekscytowane walczą przez ścianę namiotu z wizytującymi obozowisko szopami. Szopie gęby spozierają na nas i niuchają oddzielone tylko siatką, wreszcie odchodzą, do jedzenia nic u nas nie ma, a na bitkę z kotami nie mają ochoty. Już prawie udaje nam się zasnąć, gdy budzą nas głośne śpiewy. To 1 września, rocznica rozpoczęcia II wojny światowej, Polacy na kempingu gdzieś niedaleko, ewidentnie pod wpływem wody ognistej, postanowili tę rocznicę uczcić bojowymi okrzykami i patriotycznymi pieśniami. Kompletny surrealizm, Kanada, północne Ontario, kwarcytowe góry Killarney, szopy dobierające się do namiotu, a my usypiamy przy słowach Na koń, na koń, bolszewika goń, goń, goń...

Joanna Wasilewska, Andrezj Jasiński

Ostatnio zmieniany piątek, 01 listopad 2013 21:56
Zaloguj się by skomentować