Goniec

Register Login

Szlakami bobra: Temagami - w cieniu starych drzew

Oceń ten artykuł
(10 głosów)

        Za oknem śnieg, mróz, wyjść z domu się nie chce, zima dopiero się zaczyna i na letnie wojaże trzeba będzie czekać długie miesiące. Ale ten czas ma swoisty urok. Można przejrzeć zdjęcia z lata, na co nie było wcześniej czasu, powspominać, i – co jest równie przyjemne jak same wyprawy – rozłożyć mapę i planować wycieczki na następny sezon.

        Patrzymy na mapę, gdzie nas jeszcze nie było, a gdzie dojechać z Toronto można na długi weekend lub na parę dni więcej. Pojawia się plan, to Wakimika Triangle, 25 kilometrów  kwadratowych lasu z podobno najstarszymi na świecie, mającymi prawie 400 lat czerwonymi i białymi sosnami, nad Obabika Lake w rejonie Temagami. Administracyjnie Temagami to gmina o powierzchni około 2000 kilometrów kwadratowych, z miasteczkiem o tej samie nazwie położonym na jeziorem również noszącym to imię, licząca około 1000 mieszkańców, odległa niecałe 500 kilometrów na północ od Toronto. Rozwój region zawdzięczał na początku otwarciu punktu Kompanii Hudsona, potem przemysłowi drzewnemu i odkrytym złożom złota, kobaltu, miedzi i srebra. Kopalnie są czynne do dnia dzisiejszego. Natomiast dla Kanadyjczyków Temagami współcześnie to pojęcie szersze, daleko wykraczające poza administracyjne granice, obejmujące kilkanaście parków prowincyjnych, dziesiątki jezior i rzek, 4 tysiące kilometrów tras canoe, dziką przyrodę i wakacje w letnich domkach.

        Dla mnie natomiast Temagami to miejsce magiczne, związane z dzieciństwem. Z wypiekami na twarzy czytałam podsuniętą przez Tatę książkę „Pielgrzymi puszczy”. Opowieść człowieka, który z kanadyjskiego drwala, trapera, łowcy skórek stał się obrońcą przyrody, człowieka, który zabijał w okrutny sposób bobry, kiedy w Europie modne stały się bobrowe czapki, a później stał się tych bobrów największym obrońcą. Archibald Belaney, znany jako Grey Owl – Szara Sowa, Anglik z zamożnego domu, który dotarł do Kanady i przez całe dorosłe życie udawał Indianina, spełniając marzenia z dzieciństwa, prawdopodobnie bigamista, strzelec wyborowy w czasie I wojny światowej. Zaprzestał polowań, skazując siebie i żonę, pół-Indiankę Anahareo, na prawdopodobną nędzę, a nawet głód. Mieszkał z oswojonymi bobrami w chacie w kanadyjskiej puszczy i o bobrach pisał. Pisał tak pięknie, że stał się sławny w Europie i Ameryce. Zapoczątkował modę na ochronę kanadyjskiej przyrody. W Temagami właśnie, na Wyspie Niedźwiedziej, gdzie znajduje się rezerwat Odżibuejów, Szara Sowa zaczynał w początkach XX wieku swoją przygodę z Kanadą jako traper, ranger i przewodnik dla turystów.  

        Temagami kojarzy nam się też z imigracją do Kanady. Przełom lat 80. i 90., w telewizji obrazy ludzi walczących o wstrzymanie wycinki w Temagami ostatków pierwotnej puszczy. Zajęci walką o przetrwanie w obcym kraju, nie zwracaliśmy uwagi na te informacje, Kanada zdawała się oazą dzikiej przyrody, państwem, które chroni swoje zasoby z jak największą starannością, a do tego byliśmy tu jeszcze obcy, te drzewa nie były nasze, polskie, ich unicestwienie nie raniło tak duszy. Dopiero z upływem lat przyszła świadomość, jak rabunkową gospodarkę prowadzą kolejne rządy Kanady, niezależnie od proweniencji politycznej, fakt zupełnie nieznany w świecie. Mało kto wie, że w Ontario odbywała się kompletna wycinka, w prowincji pozostało tylko kilka miejsc, gdzie można obejrzeć drzewa mające ponad 200 lat. Temagami jest jednym z nich.

        Ale nie starodrzew ani Szara Sowa ściągnęły nas pierwszy raz do Temagami, a fakt, że na tym terenie, w Parku Prowincyjnym Lady Evelyn Smoothwater, znajduje się najwyżej położony punkt Ontario, Ishpatina Ridge, 693 m ponad poziomem morza. Trzy razy próbowaliśmy go zdobyć, dwa razy bez powodzenia –  górka jest łagodna, ale dotarcie do niej canoe wymaga czasu, przewodniki zalecają pięć dni, my mieliśmy tylko trzy –  za trzecim razem się udało. Gwoli kronikarskiej dokładności trzeba wspomnieć, że na najwyższej górze Ontario był i kot Pimpek, prawdopodobnie jedyny w historii koci jej zdobywca. O Ishpatinie już pisaliśmy, zainteresowanych odsyłamy do archiwum internetowego „Gońca”.

        Na poznanie Temagami nie starczy życia. Jeziora, wyspy, łagodne rzeki i górskie, gdzie wybierają się tylko zaprawieni w bojach kajakarze, miejsca dzikie, jeden z najgłębszych kanionów w Ontario, skaliste klify, wszystko to na wyciągnięci ręki, parę dni wiosłowania od cywilizacji, a nawet parę godzin. I w zeszłym roku odwiedziliśmy Temagami ponownie, tym razem w zupełnie cywilizowanym miejscu.

        Finlayson Provincial Park, położony prawie w centrum miasteczka, naprzeciwko dużej przystani, nie jest miejscem ani dzikim, ani cichym –  słychać ruchliwą szosę nr 11, motorówki startujące z przystani do domów letniskowych, lądujące i startujące wodoloty. Ma jednak parę plusów. Jest dużo ładnych, odosobnionych miejsc kempingowych, niektóre z widokiem na jezioro, na tych za cyplem jest ciszej, szosy tam nie słychać, można wynająć rustykalny domek na skale, z kominkiem, są dwie piaszczyste niewielkie plaże. A przede wszystkim zawsze jest tu miejsce, nie trzeba rezerwować i Finlayson doskonale nadaje się na bazę do jednodniowych wypadów, jeśli ktoś nie chce płynąć w interior. Upewniliśmy się, że raczej nie ma niedźwiedzi, więc koty mogliśmy spokojnie zostawić w namiocie.

        Wczesnym rankiem stawiliśmy się w wypożyczalni canoe w miasteczku Temagami. Tu rozczarowanie, wszystkie lekkie canoe wypożyczone. Szkoda, canoe mają tu świetne. Kiedyś z dużym trzyosobowym canoe, tak idealnie wyważonym, że nie musiał go podtrzymywać rękami, Andrzej przeszedł jednego dnia 8 kilometrów przenosek. Na pytanie, czy w odległym o 15 km Lady Smoothwater Outfitters mają lekkie łodzie, chłopak zrobił zakłopotaną minę. Aha, konkurencja, nie udzieli nam informacji. Mieli, może nie najlżejsze, ale lekkie. Sympatyczny ośrodek, sympatyczni ludzie, sympatyczne psy i koty witające się z gośćmi – o tych chodzących luzem futrzakach informowały tablice wzdłuż dojazdowej drogi, żeby czasem któregoś nie przejechać. Zaplanowaliśmy pętelkę po małych jeziorkach okalających jezioro Temagami, zaczynając od Iceland Lake. Wystartowaliśmy w parku, w potwornym upale. Chciałoby się wiatru, a jednocześnie wiatr na Temagami jest zabójczy. Jezioro jest olbrzymie, nieregularne, ok. 50 kilometrów z północy na południe i 35 kilometrów ze wschodu na zachód, z wieloma odnogami i prawie 1300 wyspami. Na mapach zaznaczone są ostrzeżenia przed wiatrem. Wypływaliśmy z odnogi zwanej Northerneast Arm, a wydawało się, że to już główna część jeziora. Wiosłowanie po wielkiej wodzie jest trochę monotonne. Mijaliśmy malutkie i większe wyspy z cottage’ami, nas mijały motorówki, w obie strony sunęły na pływakach, pyrkocząc silnikami, śmieszne małe domki. Taki domek ma minisypialnię i pokoik dzienny, oszklony jest ze wszystkich stron, a na końcach dwie werandki z barbecue. Pewnie silnik żre strasznie dużo paliwa, ale dla kogoś, kto chce popłynąć w interior i mieć trochę lepsze warunki niż spanie w namiocie, wypożyczenie takiego domku i przycumowanie go do miejsca kempingowego to idealne wyjście.

        Dziko i pięknie zrobiło się, gdy wpłynęliśmy do wąskiej South Tetapaga River. Grążele, gdzieniegdzie wystające skały, żadnego człowieka. Pierwsza 500-metrowa przenoska była drogą przez mękę. Zwalone olbrzymie kłody, kamieniste dno rzeki, która gdzieś zniknęła, wyglądało, że prawie nikt tędy nie chodzi. Dwa następne portage’e udało nam się przepłynąć między zwalonymi kłodami.

        Jak podobno mawiał Grey Owl, tylko głupi ludzie mają przygody i on cieszy się, że jest głupim człowiekiem. My też chyba należymy do takich. Gdy dotarliśmy do przenoski przez Central Lake Temagami Access Road, okazało się, że jest tam mały parking przy drodze, mogliśmy tu podjechać z canoe i oszczędzić sobie kilku kilometrów płynięcia jeziorem Temagami. Nie było go na mapie, trzeba było podpytać miejscowych. Wracaliśmy pod wieczór tą samą trasą, na jeziorze powietrze drgało z gorąca, ledwie było widać na horyzoncie wieżę obserwacyjną, miejscową turystyczną atrakcję. W taką pogodę nie było po co tam włazić, widok byłby zamglony, niewyraźny.

        Kolejny dzień przeznaczyliśmy na obejrzenie tego, czego białemu człowiekowi w Ontario nie udało się zniszczyć do końca. Jedno z kilku takich miejsc zachowanych w tym rejonie. Las białych i czerwonych sosen w wieku około 250 lat na wyspie Temagami, największej na jeziorze o tej samej nazwie. Dojeżdża się tam Central Lake Temagami Access Road, którą poprowadzono wzdłuż Northeast Arm, tą samą, którą przekraczaliśmy poprzedniego dnia. Na przystani tłok, jeden parking zarezerwowany dla Indian mieszkających na Bear Island, drugi dla pracowników kopalni miedzi na południowej części wyspy. Stąd startują też ludzie w interior, wokoło mnóstwo przepięknie położonych miejsc kempingowych. Od przystani do wyspy niedaleko, około kilometra wiosłowania. Wytyczono na niej kilka niedługich szlaków, w sumie parę kilometrów, i dwa miejsca startowe. Wyciągamy canoe na brzeg i wchodzimy w las.

        Są, stoją, pną się w górę do nieba, dostojne, piękne. Ostatni leśni patriarchowie Ontario, spoglądają z wyżyn na zmienioną wokół przez człowieka ziemię. Pod nimi, na miejscu dawnych towarzyszy – bo na wyspie dwadzieścia parę lat temu wyrżnięto większość drzew, zostawiając tylko część –  rośnie leśna młodzież, korzystając ze światła. Przy szlaku natykamy się na porzucone zardzewiałe mechanizmy, narzędzia mordu. Po co tak niedawno wycięto to wszystko, dlaczego nie zostawiono choćby niewielkich obszarów pierwotnej puszczy jako atrakcji turystycznej dla całego świata, która przyniosłaby w perspektywie więcej pieniędzy niż doraźny zysk z drewna? No właśnie, dla większości ludzi to drewno, nie drzewo. Może wcale nie byłyby atrakcją.

        Czerwone sosny nazwę zawdzięczają rzeczywiście czerwonawej, o przepięknej fakturze korze. Natomiast w przeciwieństwie do poczciwych polskich sosen, które blask zyskują dopiero w dojrzałym życiu, szczególnie gdy podświetla je na pomarańczowo zachodzące słońce, białe sosny są urodziwe od maleńkości puchatą zielenią. Najpiękniejsze z najpiękniejszych, niestety, Indianie okaleczyli metalowymi przypinkami, oferującymi „adopcję” drzewa, z czego dochód ma być przeznaczony na coś tam na Bear Island. Przechodzimy całą trasę, co chwila zadzierając głowy do góry i próbując dojrzeć wierzchołki. Nawet nie żal nam, że na końcu szlaku o nazwie Północny Widok tego widoku na położoną niedaleko Bear Island i całe jezioro nie ma. Górka zarosła młodymi drzewami.          

        Wracamy tą samą Central Lake Rd., przy leśnym dukcie wysypisko śmieci, przy bramie kilka niedźwiedzi. Pierzchają we wszystkie strony, gdy wyciągam aparat. Zostaje dwójka najmniejszych, pewnie najbardziej głodnych, wylizują papiery pod napisem „Uwaga niedźwiedzie”. Stali stołownicy wysypiska.

        Na kempingu jesteśmy po godzinie piątej. Koty zadowolone z naszego powrotu. Pojawiają się sikorki, jedzą nam z ręki. Chcemy rozpalić ognisko, ale biuro zamknięte, okazuje się, że ani w parku, ani w miasteczku w niedzielę o tej godzinie nie kupimy drewna na ognisko. Oczywiście wokół jest mnóstwo materiału do palenia, ale zbieranie jest zabronione. Wyrżnąć obok kilkusetletni las można, ale gałązki podniesionej z ziemi spalić nie wolno. Andrzej dopada młodą rangerkę w kamizelce kuloodpornej, pochodzi stąd, wygląda na Indiankę. Strażniczka proponuje, że chociaż biuro zamknięte, to ma klucz, i choć to nie jest jej obowiązek, bo ona tu jest od pilnowania porządku, to sprzeda nam drewno. Andrzej na to, że nie może siąść za kierownicę, bo wypił jedno piwo. Dziewczyna przywozi nam opał, chwaląc Andrzeja za obywatelską i odpowiedzialną postawę. Polityczna poprawność dotarła do Temagami. Jeszcze starsi rangerzy są normalni, młodzi nawet tu, na północy, to już nowe, inne pokolenie.

        Kończymy wspominki w mroźny grudniowy wieczór, grzejąc się przy kominku. Latem ruszymy do Wakimika Triangle, obejrzeć sosny, które mają ponad 400 lat.

        Życzymy Wesołych Świąt Bożego Narodzenia, a w Nowym 2017 Roku ciekawych bliższych i dalszych wycieczek.

Joanna Wasilewska, Andrzej Jasiński

Zaloguj się by skomentować