Goniec

Register Login

Szlakami bobra: W krainie ametystu

Oceń ten artykuł
(7 głosów)

Dawno, dawno temu, wódz Odżibuejów otrzymawszy wiadomość o nieuchronnym ataku odwiecznych wrogów, plemienia Siuksów, przedstawił swej córce, Green Mantle, dramatyczny plan uratowania szczepu. Green Mantle niby pomyłkowo dotarła do obozu Siuksów nad rzeką Kaministiquia i udając zagubioną, błagała o życie, w zamian za to obiecując doprowadzenie do obozu ojca. Usiadła na dziobie canoe i poprowadziła Siuksów wprost na wodospad Kakabeka na śmierć, kosztem życia ocalając członków własnego plemienia. Podobno wpatrując się intensywnie mgiełkę wodną unoszącą się nad wodospadem, można zobaczyć jej postać na skale ze zerodowanego łupku rozdzielającej wodę na dwa nurty. Stoimy przy 40-metrowym Kakabeka Falls, którym ciemne, brunatno-żółte wody rzeki Kaministiquia spadają z hukiem w wielki wąwóz, powstały z wód topniejącego lodowca, w dalszą drogę do Jeziora Górnego. Nie na darmo Indianie nazywali go Grzmiącą Wodą (inne źródła podają, że Kakabeka oznacza wodospad nad klifami).

Wpatrujemy się w mgłę, ale Green Mantle nie udaje nam się dojrzeć. Jako życiowym optymistom, bardziej podoba nam się wersja legendy, w której dziewczynie udało się wyskoczyć z canoe i dopłynąć do brzegu. Legendy różnych kultur mogą mieć wiele wspólnego, przecież ta od razu kojarzy się z historią naszej polskiej Wandy, co nie chciała Niemca i rzuciła się w nurty Wisły. Ten najwyższy wodospad w północnym Ontario przez setki lat stanowił wyzwanie dla Indian, europejskich odkrywców (pierwszym odnotowanym białym człowiekiem, który tu dotarł w 1688 roku, był Pierre-Jacques Paten de Noyan), potem żołnierzy, misjonarzy i podążających za nimi osadników, którzy musieli przenosić łodzie prawie półtora kilometra w górę rzeki, stanowiącej główną drogę na północny zachód Kanady.

Kakabeka, z powodu swej wielkości i łatwości dostępu nazywana Niagarą Północy, stanowi serce parku o tej samie nazwie o powierzchni 5 kilometrów kwadratowych.

Można tu kempingować, jest 17 km szlaków, także wzdłuż malowniczego wąwozu poniżej wodospadu, otwartych również zimą dla narciarzy na biegówkach. Odwiedzając park, nie spodziewajmy się dzikiego miejsca i spokoju. Kakabeka położona jest tuż przy Autostradzie Transkanadyjskiej, stanowi centralny punkt we wszystkich przewodnikach po okolicy, a sam wodospad otoczony jest ze wszystkich stron mostkami i platformami widokowymi, na których kłębią się codziennie tłumy ludzi.

Położony niedaleko za miastem Thunder Bay wodospad Kakabeka był najdalszym punktem na zachód naszej podróży, wracamy do Thunder Bay, na którego zwiedzanie za każdym razem brakuje nam czasu. Tym razem postanawiamy choć przejechać przez miasto, największe po Sudbury na północy Ontario, i zajrzeć do portu. Miasto ma około 110 tys. mieszkańców, jego początki sięgają XVII w., kiedy przybyli tu francuscy handlarze futer. Thunder Bay jest miastem portowym, to port był siłą napędową jego rozwoju, to stąd płynęły statki z ziarnem, surowcami, drewnem z zachodniej Kanady do USA i przez Wielkie Jeziora i Rzekę Św. Wawrzyńca na wschodnie wybrzeże i do Europy. Po wybudowaniu trasy kolejowej w porcie powstały wielkie elewatory zbożowe. Lata świetności miasta to czasy I w.św. Uwieczniamy na zdjęciu budynek głównej stacji kolejowej, wtedy jeszcze w mieście o nazwie Port Arthur, bo Thunder Bay powstało z połączenia Port Arthur właśnie i Fort Williams, dwóch największych portów zbożowych na świecie, a jego dzisiejsza nazwa została wyłoniona w drodze referendum dopiero w 1970 roku. To na tej stacji wysiadali imigranci, między innymi Polacy, których sporo tu do dziś. Fotografujemy też tzw. Pagodę, najstarszy nieprzerwanie działający punkt informacji turystycznej w Kanadzie. Od jakiegoś czasu przemysł w mieście podupada, tak jak w całej Ameryce. W Port Arthur jeszcze toczy się jakieś życie, cumują prywatne żaglówki, jest wielu turystów.

Jedziemy do przemysłowych nabrzeży, gdzieniegdzie zardzewiałe statki na lądzie, opustoszałe elewatory, puste doki, nieczynne zakłady przemysłowe - nabrzeże duchów. Na moście nad Kaministiquia River, z którą spotykamy się ponownie, przepiękne metalowe rzeźby ryb, mało kto je ogląda, bo na terenach ofiarowanych miastu przez bankrutujące firmy utworzono słabo dostępny rezerwat. Na tle fabrycznych ruin sarna, dokarmiana jabłkami, jakby symbol, dzika przyroda obejmuje ziemię ponownie we władanie. Na horyzoncie na Jeziorze Górnym zamglony Śpiący Olbrzym, jakby czekał na czas, kiedy pełen pychy biały człowiek dokona samozagłady swej cywilizacji.

Na przedmieściach większość ludzi na ulicach to Indianie, obserwujemy scenę brutalnego aresztowania jednego przez policję, to samo w innym miejscu widzieli Edyta i Tomek, nie jest to więc widok niezwykły. Dziesięć lat temu w centrum wczesnym rankiem mijaliśmy leżących na chodnikach kompletnie pijanych Indian, mężczyzn i kobiety, widok niewymownie przykry. Za to w centrum nie widać kryzysu, życie zdaje się kwitnąć, kościoły, eleganckie sklepy, zadbane ładne domki, wielu ludzi na ulicach. To wszystko jakby zaprzeczało wieszczonej powolnej śmierci miasta.

Wyjeżdżamy ponownie na Trans-Canada Highway, tym razem na wschód. Ten odcinek autostrady nazwano Courage Highway na cześć młodego człowieka Terry'ego Foxa, lekkoatlety. Terry Fox jest postacią znaną każdemu Kanadyjczykowi, o jego heroicznej postawie zrobienia czegoś dla innych w obliczu śmierci, uczą w szkołach dzieci, co roku odbywają się maratony jego imienia gromadzące tysiące uczestników. Terry Fox, chory na raka, postanowił zebrać pieniądze na badania i walkę z tą chorobą. W St. John's w Nowej Fundlandii rozpoczął Maraton Nadziei przez cały kraj w stronę zachodniego wybrzeża. Biegł 153 dni, pokonał 5373 kilometry, a wszystko na jednej nodze i protezie, bo choroba pozbawiła go drugiej kończyny. Choroba i śmierć pokonały Terry'ego Foxa niedaleko przed Thunder Bay, w tym miejscu uhonorowano go pomnikiem.

Z Thunder Bay do naszego celu, Parku Narodowego Pukaskwa, mamy ponad 300 kilometrów. Po drodze postanawiamy jeszcze zobaczyć tyle, na ile czas pozwoli. Pierwsza atrakcja to kopalnia ametystów kilka kilometrów na północ od drogi. Ametysty w okolicach półwyspu Sibley nad Jeziorem Górnym są wszędzie. Amethyst Mine Panorama jest najbogatszym złożem w Kanadzie. Odkryta w 1955 roku w czasie budowy drogi do wieży przeciwpożarowej, rozpoczęła wydobycie w 1960 roku i czynna jest do dzisiaj. Prowadzi produkcję od wydobycia, klasyfikacji, szlifu, do sprzedaży już w postaci biżuterii. Reklamuje się, że posiada kwarcyty w najpiękniejszych barwach purpurowo-fioletowych i o największej przezroczystości, co demonstruje pani w sklepiku przy wejściu, podświetlając latarką ametysty, można tu też kupić gotowe wyroby. Pani równie chętnie służy jako przewodnik. Przy sklepiku jest też piękna wystawa olbrzymich brył skrystalizowanych minerałów, nie tylko w fiolecie. Zaraz za nią wyrobisko, gdzie nadal prowadzi się prawie ręczne wydobycie, i hałda skalnych odpadów. Piszemy odpadów, bo raczej nikt tam nie znajdzie żadnych rarytasów, chociaż ziemia usłana fioletem. Mimo to wszyscy mają przednią zabawę, nie tylko dzieci, łażąc z kubełkami i grzebiąc z zapałem metalowymi prętami w gruzowisku, okazy widziane w sklepiku podniecają wyobraźnię. Potem nie mniej ważne jest płukanie zdobyczy przy stole w wodzie, żeby wybrać najpiękniejsze sztuki. Wejście kosztuje 20 dolarów, każdy znaleziony funt ametystu, zazwyczaj przyklejonego do skały, jest liczony dodatkowo, dlatego pod pozorem zagrożenia skaleczeniem nie wolno odłupywać znalezionego kamienia od skały. Wzdłuż autostrady jest mnóstwo sklepików z o wiele tańszą biżuterią, przy prywatnych domach ludzie wystawiają na sprzedaż swoje zdobycze, bo na własną rękę dziubią w skale, dlatego kopalnia prowadzi agresywny marketing. Jednym z reklamowych chwytów jest stworzona na potrzeby kopalni legenda połączona z indiańską historią o Nanabuszu zamieszczona w ulotce, którą warto przytoczyć, bo wymagała niemałej wyobraźni lub poczucia humoru od autora. Według niej, okazuje się, że Nanabusz nie tylko strzegł srebra, ale także szlachetnych kamieni. Miliony lat wcześniej bożek wina Bachus, zły na ludzi, zawołał tygrysa ludożercę, żeby za karę zeżarł pierwszego napotkanego człowieka. Piękna księżniczka o imieniu Ametyst podróżowała z wybrzeża Jeziora Górnego do świątyni Diany na wzgórzu, słysząc bestię, a nie mogąc znaleźć canoe nad Elbow Lake, gdzie znajduje się kopalnia, schowała się do kryształowej jaskini. Bogini Diana, słysząc modlitwy księżniczki Ametyst o ocalenie, zamurowała jaskinię. Bachus, zawstydzony, wylał czerwone wino na jaskinię, barwiąc kryształy na fioletowo.

Rozbrojeni obecnością tylu bogów na raz w tak niewielkim miejscu, kupujemy spory kawałek skały z ametystami na pamiątkę, ale pomijając aspekty marketingowe, z dzieciakami warto tu przyjechać, bo to i zabawa, i kawałek kanadyjskiej historii, i spora porcja wiedzy o geologii.

Niedaleko jest jeszcze jedno miejsce, które obowiązkowo trzeba zobaczyć. To trzykilometrowy Ouimet Canyon, kilkanaście kilometrów na północ od autostrady. Nie zabiera to więcej niż pół godziny, bo park prowincyjny udostępnia do zwiedzania zaledwie ułamek tego cuda. Na brzeg kanionu prowadzą drewniane mostki, kładka, z platform można oglądać kanion stumetrowej głębokości, szerokości 150 metrów, jak powstała ta wielka szczelina, nie wiadomo, jest kilka teorii, ale widok zapiera dech w piersiach. Dno kanionu to rzeczywistość z innego świata, powietrze lodowate przez cały rok, wilgoć i krótkie okresy słońca spowodowały, że przetrwała tam arktyczna roślinność, którą znaleźć można tysiąc kilometrów na północ od tego miejsca. W celu jej ochrony schodzenie w dół kanionu jest zabronione. Wzdłuż zbocza prowadzi kilometrowa zaledwie trasa z pięknym widokiem na północ na uformowany w pionowe kolumny diabaz tworzący przedziwne figury, a na południu widać Jezioro Górne.

Kilka kilometrów od Ouimet kolejna miejscowa atrakcja, firma Eagle Canyon Adventures oferuje przejście, jak się reklamuje, najdłuższym w Kanadzie, 182-metrowym mostem podwieszonym nad kilkudziesięciometrowym kanionem. Ta przyjemność kosztuje 20 dolarów, a za 40 dodatkowych dolarów można przeżyć 60 sekund grozy i zjechać na linie na specjalnym urządzeniu również najszybszym zjazdem w Kanadzie – 72 km na godzinę, i najdłuższym – prawie kilometrowym, jak twierdzi firma. Edyta z Tomkiem fundują tę przyjemność Patrykowi, my rezygnujemy, życie i tak dostarcza wystarczająco emocji.

Robimy na autostradzie krótki odpoczynek na stopie dla ciężarówek, kierowcy tirów to sikhowie w turbanach, Hindusi i Arabowie, w tym azjatyckim pejzażu niespodziewany polski akcent. Na parkingu wymalowany ręcznie w kwiatki hipisowski busik z lat 70. ubiegłego wieku z napisem Nikaragua i Gwatemala. Właściciele przesympatyczni, zagadują, opowiadają o podróży przez Kanadę. Jeden Indianin, co do tego nie ma wątpliwości, wygląda, jakby właśnie wyszedł z dżungli, drugi z bardziej europejskimi rysami, jaśniejsza cera, pewnie z domieszką krwi hiszpańskiej. Okazuje się, że to potomek Polaków. Mówi, że babka miała na nazwisko Węgierski, i o dziwo nawet wymawia przy tym ę. Niepasującą do nich i o wiele młodszą prześliczną dziewczynę o orientalnej twarzy przedstawia jako pochodzącą z Azerbejdżanu, ta poprawia, że jest Ormianką, ale widać, że dla niego to żadna różnica. Co połączyło tę niezwykłą trójkę? Chcielibyśmy wiedzieć, ale na dłuższe rozmowy nie mamy czasu. Zatrzymujemy się jeszcze w indiańskim rezerwacie tuż przy autostradzie, skuszeni reklamą wędzonych ryb. Rezerwat nietypowo porządny, spore domy, Indianin – Andrzej długo puka do drzwi, usiłując oderwać go od laptopa, widać to przez okno – ma bogatą ofertę, różne gatunki ryb i stopień uwędzenia do wyboru.

Dojeżdżamy przed nocą do Parku Narodowego Pukaskwa z nadzieją, że ryba nie zwabi wszystkich niedźwiedzi z okolicy.

Joanna Wasilewska/Andrzej Jasiński

Ostatnio zmieniany poniedziałek, 11 styczeń 2016 21:34
Zaloguj się by skomentować