Goniec

Switch to desktop Register Login

Szlakami bobra: W oparach mgły - Narodowy Park Pukaskwa

Oceń ten artykuł
(21 głosów)

Brzegi Jeziora Górnego zrodziły się z ognia i wody. Z ognia – bo z wypływającej lawy, z wody – bo uformowane w niesamowite kształty przez gigantyczne lodowce. Jezioro Górne nazywane bywa największym na świecie klimatyzatorem. Tak wielkie masy wody o prawie stałej temperaturze chłodzą w lecie, a ogrzewają w najmroźniejsze dni zimy. Z powodu chłodnych lat, znaleźć tu można roślinność typową dla terenów arktycznych, zimno i wiatry smagające nabrzeżne drzewa zamieniły je w wolno rosnące miniatury, natomiast efekt ogrzewania przez jezioro powoduje, że na przykład brzozy jesienią zmieniają kolor dziesięć dni później niż te w głębi lądu, a jagody można zbierać czasami aż do początków października.

Jakoś podczas naszego dwutygodniowego pobytu nad Jeziorem Górnym o tych chłodnych latach mogliśmy tylko pomarzyć, upał w dzień był cały czas potworny, ale działalność "klimatyzatora" odczuliśmy najdotkliwiej właśnie w Parku Narodowym Pukaskwa. Pracował całą parą, w przenośni i dosłownie, mgła wypełzająca z parującego w upale jeziora snuła się na brzegach, w południe rozwiewana chwilami wiatrem, wtedy rozpościerał się przed nami fantastyczny widok na wyspy i nabrzeżne klify. Wtedy też łapaliśmy za aparat, korzystając z momentu, kiedy jezioro postanowiło uchylić białego welonu, i za tę niedyskrecję Jezioro Górne boleśnie nas ukarało, o czym później.

Większość parków narodowych w Kanadzie, również Pukaskwa – jeden z pięciu w Ontario, największy – działa na zupełnie innych zasadach niż tutejsze parki prowincyjne. Na normalnych zasadach, można by powiedzieć. Zazwyczaj nie ma rezerwacji, obowiązuje zasada kto pierwszy ten lepszy (w Pukaskwa zawsze są miejsca, nawet w środku sezonu), w parkowym biurze przy wjeździe pracuje jedna osoba, a nie pięć, formalności załatwia się krótko, bo nikt nie zbiera tysiąca danych do komputera włącznie z numerem kołnierzyka, podaje się tylko rejestrację samochodu i to wszystko. Jedyny zbiorowy kemping, Hattie Cove, ma tylko kilkadziesiąt miejsc kempingowych, minusem jest ich wielkość, ale są za to położone parę minut od pięknych piaszczystych plaż, i rangersi nie łażą na piechotę i nie patrzą, co kto robi. Łazienki, chyba jeszcze z lat 70., zostały bardzo ładnie zaprojektowane, ale nigdy nieodnawiane, choć bardzo czyste, sprawiają trochę odstraszające wrażenie. Natomiast są tu takie udogodnienia, jak na przykład piecyk w prysznicu (trochę strach go było używać, taki stary model, ale o dziwo działał, grzał i prądem nie poraził) czy zlewy do mycia naczyń przy łazienkach.

Takie zlewy są w każdym parku narodowym w Kanadzie, jest to rzecz bardzo przydatna, nawet konieczna. Natomiast w Ontario w parkach prowincyjnych naczynia trzeba myć koło namiotu, a potem wylewać brudy do ubikacji. Mało komu chce się chodzić z miską pełną wody, niektórzy nawet miski nie mają, więc resztki po myciu wylewa się do lasu koło namiotu, wabiąc okoliczne niedźwiedzie. Największe świntuchy myją naczynia przy punktach poboru wody pitnej, walają się tam często resztki ryżu czy makaronu, ale można zrozumieć skołowanych ludzi, naczynia trzeba gdzieś myć i z resztkami coś zrobić. My wylewamy do ogniska, ogień wypali wszystkie zapachy. Dlaczego nie ma zlewów do mycia naczyń, pojąć tego nie możemy. Łazienki w Pukaskwa są inne od wszystkich gdziekolwiek przez nas widzianych z jednego powodu – mają biblioteczki. Tradycją jest, że ludzie zostawiają tu swoje książki. W damskiej królowały romanse, ale było parę ciekawych pozycji, w męskiej historie z Dzikiego Zachodu, kryminały i polityka.

Na kempingu jest sklepik, gdzie można napić się kawy, kupić dzieła miejscowych artystów, przewodniki, odznaki, mapy, za darmo wziąć sobie rzecz naprawdę wyjątkową – obrotową mapę nieba, pokazującą układ gwiazd w każdym okresie roku, dla dzieci i dorosłych to fantastyczna zabawa nauczyć się rozpoznawać i nazwać każdą gwiazdę, a z tarasu przed sklepem jest piękny widok na zatokę Hattie Cove.

Rozpoczynamy zwiedzanie. Na pierwszy ogień idą dwie krótkie, dwukilometrowe trasy, zaczynające się na kempingu, po drodze tablice wyczerpująco opisują geologiczną historię i otaczającą przyrodę. Prowadzą na dwa cyple otaczające Horseshoe Bay. Wspinamy się na skały na pierwszym półwyspie.

Mgła jakby na zamówienie na chwilę cofa się do jeziora, wyspy, wysepki… Szlak schodzi do pierwszej plaży w zatoce, otoczonej wysokimi skałami, a pokrytej wyplutymi przez jezioro wyszlifowanymi do białości kłodami drzew, ale piaszczysty brzeg tuż przy granicy wody jest czysty, woda przezroczysta, parę osób się kąpie, przy takim upale wejście do lodowatego jeziora wymaga odwagi i samozaparcia. Przechodzimy kilkaset metrów plażą i znów podejście w górę. Stoimy na drugim cyplu, na skale, która ma trzy miliardy lat i powstała w czasie tworzenia się skorupy ziemskiej. Widok przepiękny. I powtórnie zejście do następnej kilkusetmetrowej plaży. Tutaj już nikogo nie ma, jesteśmy sami, możemy posiedzieć chwilę sam na sam z Jeziorem Górnym. Mgła znowu nas goni, wracamy na kemping. Obchodzimy jeszcze niewielkie śródlądowe jezioro Halfway, mgła i tu dociera. Szlak wspina się na różowogranitowy wysoki klif, piękne widoki, w nie wplecione na tablicach wzdłuż trasy równie piękne indiańskie historie nauczające o miłości, wierności, mądrości, współczuciu i odwadze. Taka nowa moda się pojawiła, że opisy w języku Odżibuejów są umieszczane jako pierwsze, taki ukłon w stronę Indian, potem w angielskim. Odżibuejowie pisma nie znali, nie wiemy, jaką zasadę zapisu przyjęto. Po co ta akcja, nie wiadomo, Indianie z rezerwatu przy parku raczej nie będą chodzić po szlaku, a angielski jest im bliższy niż zapomniany własny język, którego uczą się od nowa w szkołach.

Następnego dnia w planie mamy 18-kilometrową wycieczkę do wiszącego mostu na White River, to fragment 60-kilometrowego Coastal Hiking Trail. Ci z największym samozaparciem wynajmują łódź w parku za 700 dolarów (jak się zbierze większa grupa, wychodzi wtedy taniej, można też wynająć przewodnika), która wywozi ich na początek szlaku i przechodzą te 60 km wzdłuż wybrzeża na piechotę z powrotem do kempingu. Koty zostawiamy w namiocie osłoniętym plandeką, żeby się nie nagrzał. To dla nich rutyna, chowają się od razu na długie spanie do śpiworów. Startujemy przy parkowym sklepiku, zaraz obok niego odtworzone pokryte brzozową korą chaty i obozowisko Indian, których rezerwat położony jest tuż przed parkiem i którzy w dużej liczbie są jego pracownikami. Tutaj w płóciennym wigwamie można poznać ich historię, raz w tygodniu opowiadaną przez członków plemienia.

Niedaleko sklepiku kawał celowo spalonego lasu, strażacy urządzili tu sobie ćwiczenia, których dramatyzm obrazują specjalne tablice. Potem robi się bardzo dziko, trasa nie najłatwiejsza, omszałe skały, mech rośnie olbrzymi zasilany dużą ilością wilgoci. Wąska ścieżka w górę i w dół, widoki na jezioro żadne, mgła zasnuła wszystko, ale w lesie jest zbawieniem, chłodzi, jesteśmy jak w lodówce. Przechodzimy przez bagna kładkami, potem znowu w górę. Jest bardzo ślisko, niejeden raz robimy przy zejściach na skałach bolesną "siad-pupkę". Pierwszy przystanek w zatoczce na kempingu w interiorze. Bardzo urokliwe miejsce, osłonięta cyplami piaszczysta plaża, metalowa skrzynia na żywność w odpowiedniej odległości, dla ochrony przed niedźwiedziami. Wiele lat temu, gdy byliśmy w Pukaskwa tylko parę godzin, spotkaliśmy Polaków. Zagadnęli nas na parkingu, bo mieliśmy pieprzowe gazy u pasa, właśnie zeszli z tego szlaku wypłoszeni przez niedźwiedzia, szedł za nimi ścieżką parę kilometrów, pewnie nie w celu ataku, a dla wygody, jednak na pewno nie było to komfortowe towarzystwo. Namawiali nas, niby uzbrojonych, bo gaz pieprzowy niestety jest niby-bronią, do zostania na następny dzień i przejścia trasy już wspólnie, nie skusiliśmy się, żałując parę lat tej decyzji. Teraz wreszcie tu jesteśmy. 

Szlak odchodzi od jeziora, wokół przez parę kilometrów las Baby Jagi, omszałe sosny i świerki z długimi brodami porostów, w zielonym mchu pokrywającym ziemię jak dywan dziwne, nieznane nam grzyby. Wypatrujemy karibu. Podgatunek karibu (woodland caribou), wciągnięty na listę zwierząt zagrożonych wyginięciem, od początków XX w. przenosi się coraz bardziej na północ. Te zamieszkujące liściaste lasy karibu są większe i ciemniej ubarwione od swych braci na dalekiej Północy, podobno ostały się nieliczne w Pukaskwa na Otter Island, niektórzy mówią, że czasami uda się jakiegoś zobaczyć, choć nie jest to łatwe, bo są bardzo płochliwe. Nie mamy, niestety, tego szczęścia. Las Baby Jagi się kończy, wreszcie most. White River z hukiem spada w dół kaskadami głębokim, pięknym kanionem. Wygląda słońce, robi się gorąco, most drży przy każdym kroku, strach patrzeć w dół przez metalową kratkę. Przed nim wielka tablica ufundowana za ciężkie pieniądze, nas, podatników, przez rząd, informuje, jak rząd o nas zadbał, budując nowy most, jaką wykazał troskę. Pod tablicą książka wpisów, dużo ironicznych, chciałoby się napisać, żeby zamiast tablicy wyremontowali łazienki w Pukaskwa, byłoby to rozsądniejsze wykorzystanie naszych podatków. Edyta i Tomek postanawiają się wpisać, nie podglądamy. Powrót – mgła zniknęła, gorąc potworny, wypacamy resztki nadwagi, i tak wróci szybko po wakacjach.

Na pożegnanie Pukaskwa idziemy na plażę na oglądanie zachodu słońca, podobno są tu najpiękniejsze na świecie. Jezioro zdaje się nam sprzyjać, mgła odpływa na chwilę, chmury lekko odsłaniają słońce, wyrzucone na brzeg białe pnie wydają się nagle różowe. Mgła niespodziewanie powraca, płynie w naszym kierunku gęstą falą, nie chowamy aparatu. Błąd, jaki straszny błąd. Mgła spowija nas na parę minut białym, lodowatym płaszczem, znów się cofa, zachodzące słońce ponownie wyziera zza chmur, ale w wizjerze pojawia się duża plama. Wilgoć wlazła do obiektywu. Próbujemy w łazience podsuszyć aparat suszarką, na nic. Strata sprzętu, nawet jeżeli nie za bardzo profesjonalnego, bardzo bolesna, resztę podróży dokumentujemy, kombinując, żeby plama nie była widoczna na jasnym tle. Nic to, jak mawiał pan Wołodyjowski, wypada pogodzić się z haraczem, który każdemu wedle swej miary wyznaczy Jezioro Górne.

Wyjeżdżając, zaglądamy jeszcze do sklepiku ze stacją benzynową w rezerwacie. Sklepik się zmienił, duży wybór towarów, a ekspedientka nie pali w czasie obsługi klientów. Wszędzie reklamy papierosów indiańskiej produkcji, a te normalne taniutkie, Indianie nie muszą płacić podatków. Kolejny już raz jedziemy w kierunku Wawa, miasta gęsi.

Joanna Wasilewska/Andrzej Jasiński

Ostatnio zmieniany sobota, 26 październik 2013 12:59
Zaloguj się by skomentować