Goniec

Register Login

Szlakami bobra: Wszystkie drogi prowadzą do Algonquin

Oceń ten artykuł
(3 głosów)

Wszystkie drogi prowadzą do Algonquin, tytuł nasunął się sam, to taka oczywista oczywistość, i nie ma co się temu dziwić. Południowa część parku jest osiągalna w ciągu dwóch godzin jazdy na północ od aglomeracji torontońskiej (zakładając brak korków), a osiem tysięcy kilometrów kwadratowych puszczy stwarza nieograniczone możliwości eksploracji dla poszukiwaczy dzikiej przyrody i niebiańskiego spokoju. Z tym niebiańskim spokojem teraz to różnie bywa, szczególnie gdy trasa zaczyna się na drodze nr 60 przecinającej park i prowadzącej do Ottawy, przy której usytuowane są prawie wszystkie zbiorowe kempingi i większe wypożyczalnie canoe, a w miejscowości Huntsville luksusowe ośrodki wypoczynkowe.

Algonquin dwadzieścia lat temu wyglądało zupełnie inaczej, porównując do teraźniejszości, było to miejsce prawie że bezludne. Nie da się jednak zatrzymać czasu, aglomeracja torontońska się rozrasta, rośnie z roku na rok liczba mieszkańców, a parków prowincyjnych w południowym Ontario nie przybywa. Sława Algonquin rozeszła się w świat, ściągając turystów z całego globu, a szczególnie z Azji, a zorganizowany kilka lat temu w niewielkim Huntsville szczyt G-8 dopełnił dzieła. Miasteczko wyrosło na turystyczne centrum z luksusowymi ośrodkami, osiągając liczbę prawie 20 tys. stałych mieszkańców, przy głównym parkowym biurze na 60-tce w lecie olbrzymie kolejki nadzorowane przez policję, na licznych trasach pieszych zaczynających się przy tej szosie sznury samochodów na poboczu i nowe zwyczaje, turyści z Azji są głośni, nie znają odwiecznego obyczaju pozdrawiania się na szlaku. Miejsca odpoczynku i punkty widokowe tuż przy drodze nr 60 oblegane są całymi dniami przez liczne hinduskie i arabskie rodziny, dlaczego spędzają cały dzień w hałasie szosy, nie wiadomo, może chcą uniknąć parkowych opłat, może boją się lasu i niedźwiedzi i tu czują się bezpieczniej.

Największe szaleństwo, właściwie tak można by to nazwać, wcale nie wpadając w przesadę, panuje w weekendy na Canoe Lake, które jest również punktem startu do jednodniowej wycieczki, której trasę chcemy Państwu tym razem opisać. Przy przystani jest na parterze najstarsza w parku wypożyczalnia canoe i sklep z pamiątkami, na piętrze restauracja, są też toalety i prysznice. Kiedyś pozwolenie na wejście do parku kupowało się w wypożyczalni, teraz na plaży stoi mały domek służący za parkowe biuro i tam trzeba się udać w pierwszej kolejności. Wczesnym rankiem jest jeszcze w miarę spokojnie, w trasę wyruszają ci, co szukają ciszy i spokoju w interiorze, w "godzinach szczytu" koło południa przystań przypomina wieżę Babel, zjeżdżają się autokary z Toronto i Huntsville z turystami, wszystkie języki świata mieszają się w głośnym gwarze, do wypożyczalni długie kolejki, do łodzi przy pomocy obsługi pakują się sikhowie w turbanach, zakwefione muzułmanki w powłóczystych szatach z gromadkami dzieci poupychanymi w canoe jak ulęgałki, to już zapewne nie turyści, a nowi mieszkańcy Kanady, na ich tle wyróżniają się młodzi Japończycy, moda zupełnie inna i rzucająca się w oczy, choć w europejskim stylu, dziewczyny w szpilkach, spódniczkach mini, kolorowe torebeczki, a najbardziej dziwacznie ubrani młodzi chłopcy, jakieś fantazyjne kamizelki obszyte futerkiem, takie bardziej kobiece te stroje niż męskie, finezyjne fryzury, starannie wypracowany image, widać, że do wyglądu przywiązują wielką wagę. Na ulicach Paryża czy w dyskotece byliby w tym stroju we właściwym miejscu, ale nie tutaj. Całe to towarzystwo czyni straszny harmider, dziesiątki canoe kłębią się w niewielkiej zatoczce, zderzają się, niektórzy wpadają do wody, nieliczni odważniejsi, którym trochę lepiej idzie wiosłowanie, wypływają dalej na jezioro, dziewczyny w pantofelkach wyłażą na prywatne wyspy i posesje, nie zważając na napisy "private" i gwałcąc święte prawo własności. Żeby przepłynąć tę Marszałkowską bez szwanku, trzeba umiejętności iście ekwilibrystycznych. Za każdym razem na ten widok nachodzi nas syndrom ekspedycyjny, natłok ludzi nietypowy dawniej dla tego miejsca powoduje zdenerwowanie i złość. To nie jest nasze ukochane Algonquin, czujemy się jak starzy ludzie, którym trudno pogodzić się z rzeczywistością, zaakceptować zmieniający się świat, który przestaje być światem ich młodości, i nic tu nie ma do rzeczy, że przecież ci ludzie mają takie samo prawo jak my być tutaj i korzystać z jego uroków, poczuć choć namiastkę dzikości miejsca, a turyści zostawiają tu ciężkie pieniądze. My też kiedyś byliśmy tu pierwszy raz. Ale trudno dzielić się miłością z taką liczbą ludzi. I nagle okazuje się, że to nie oni są egzotyką w tym miejscu, a my, szczególnie gdy spaleni słońcem, ubłoceni, wręcz brudni, z plecakami, w dodatku z kotami, dobijamy do przystani. Ruszają w ruch aparaty Japończyków, "kanadyjscy traperzy" uwiecznieni na zdjęciach.

Właśnie w takich okolicznościach wyruszaliśmy w południe na jednodniową wycieczkę zaplanowaną przez dziecko, które zjechało z Polski na wakacje z żoną w poszukiwaniu nastrojów ze szczenięcych lat. Przywieźliśmy dwa canoe na miejsce, zrzuciliśmy przy plaży, tu ludzi było niewielu. Udało nam się wymanewrować bez kolizji z gęstwiny łodzi, wiatr na Canoe Lake był nie za silny, minęliśmy wyspę ze starą chatką, na którą co roku bobry powalały kolejne drzewa, chcąc wypłoszyć ze swego terytorium intruzów. Canoe Lake owiane jest mroczną tajemnicą, tu właśnie w 1917 roku zginął w niewyjaśnionych okolicznościach Tom Thomson, malarz ze słynnej Grupy Siedmiu, kanadyjskich artystów uwieczniających pejzaże Północy, podejrzewano, że został zamordowany. W jeziorze, które miało stać się jego pierwszym grobem, znalazł piękno i twórczą inspirację, jego niewyjaśniona śmierć zaś stała się kanwą kilku książek, których autorzy próbowali podjąć wątki odnalezienia ciała w jeziorze po ośmiu dniach od śmierci, podobno niedbale prowadzonego śledztwa, szybkiej autopsji i szybkiego pochówku na miejscowym cmentarzu, i równie szybkiego przeniesienia ciała do rodzinnej miejscowości. Teraz na Canoe Lake są liczne domki letniskowe, kursują motorówki, inny świat, ale tajemnica, którą skrywa jezioro, świadek wydarzeń, nadal budzi grozę i żyje w opowieściach.

Pod koniec jeziora trasa rozdziela się, płyniemy w prawo do Joe Lake. Po pierwszej 300-metrowej przenosce, na której jeszcze spotykamy sporo osób, po minięciu pod spodem mostu kolejowego, ludzie jakby rozpraszają się, znikają, każdy płynie w swoją stronę, robi się dziko, prawie pusto, nie do wiary, że godzinę stąd kłębi się ten cały tłum. Jeszcze dwa – trzy domki letniskowe, wpływamy na Tepee Lake, gdzie znajduje się ostatni bastion cywilizacji, obóz dla dziewcząt i chłopców. Jezioro zwęża się, robi się naprawdę pięknie, powyginane korzenie sosen wrośnięte w wysokie granitowe skały, kanał przechodzi niezauważalnie w malutkie jezioro, że to jezioro, mówi tylko mapa, nadano mu nawet nazwę, Fawn. Z niego wpływamy w Littledoe Lake i zaraz po lewej stronie szukamy przejścia do kolejnego jeziora. Nie tak łatwo je znaleźć, zarośnięte jest wodną roślinnością, charakterystycznym punktem jest duża bobrowa tama istniejąca tu od dziesiątków lat, trzeba przez nią niestety canoe przeciągnąć. I znowu duch Toma Thomsona nie daje nam o sobie zapomnieć, wpływamy na jezioro jego imienia. Na nim kilka zalesionych wysokich wysepek, śmiesznie sterczących z wody jak sztucznie usypane kopce. Tu na skałach gotujemy na maszynce wodę do zalania torebkowego obiadu, gdzie te czasy, gdy gotowało się na ogniu! Przed nami kilka jezior i przenosek, pierwsza ponad 1200 metrów, ścieżka na nim wąska, mało komu chce się tyle nosić canoe, świeże kupy niedźwiedzia, Patrycja uderza co chwila wiosłem o wiosło, ostrzegając go, że idziemy. Spuszczamy canoe na malutkim Pathfinder Lake.

Zarośnięte grążelami, trzciną, niewielkie plamy lustra wody przebłyskują wśród zieleni, idealne miejsce dla łosia. I jest, zajada grążele, podpływamy do niego ostrożnie. Chcemy Patrycji i Kubie zrobić z nim zdjęcia, ale kiepsko to wychodzi, canoe buja się na wietrze, słońce właśnie zachodzi, chmury, szarówka, będą nieostre.

Kuba zaczyna pospieszać, bo czas nas goni. Jeszcze jedna przenoska, jeziorko z wybielonymi przez wodę zwalonymi pniami, znów przenoska i Potter Lake, z niego wypływa Potter Creek, który doprowadzi nas z powrotem do Canoe Lake. Wiosłujemy, ile starczy sił, ostatni kemping przed rzeczką, ludzie do nas wołają, czy wiemy, co robimy, bo to ostatnie miejsce do rozbicia się na trasie. Uspokajamy ich, że wiemy, co robimy, ale zdaje się sami nie jesteśmy tego pewni. Potter Creek okazuje się przepiękny, meandruje mocno, po pierwszej przenosce robi się kamienisty. I tu niespodzianka, do Canoe Lake nie jest daleko, ale woda tak płytka, że co chwila trzeba ciągnąć canoe, jeszcze dwie przenoski i dopływamy do konstrukcji starego mostu, stąd już kilkadziesiąt metrów do Canoe Lake. Lustro wody gładkie, aż dziw, bo zwykle jest mocno rozfalowane – jedna przeszkoda mniej, ale zapada ciemność. Pozostaje problem, jak przepłynąć jezioro, po którym kursują motorówki. Mści się niezabranie latarek, co zwykle przezornie czynimy.

Pozostaje nam sygnalizacja obecności przy pomocy telefonu komórkowego, którym Kuba świeci, słysząc zbliżający się głos silnika, i trzymanie się dla bezpieczeństwa brzegów. Orientacji tu stracić nie można, drogę wskazują oświetlone domki, a przystań widoczna z daleka, dopływamy do niej w całości.

Jeśli wypłynie się wcześnie rano, spokojnie można tę pętlę pokonać w osiem – dziewięć godzin.

Joanna Wasilewska, Andrzej Jasiński

Zaloguj się by skomentować