Goniec

Register Login

Szlakami bobra: Wszystko to jest muzyką wody… – Zion National Park

Oceń ten artykuł
(26 głosów)

Syjon. Ziemia Obiecana. Tak nazwali ten skrawek ziemi mormoni, pierwsi europejscy osadnicy. W mormońskiej tradycji Syjon to także miasto, gdzie żyją ludzie "o czystych sercach". Jakkolwiek by to tłumaczyć, nazwa została i w czasach nam współczesnych ten zadziwiający kawałek ziemi w środku pustyni w Utah objęto ochroną i utworzono na nim Zion National Park.

Park, 600 km kw. na terenie wyniesionym od 1000 do ponad 2600 metrów n.p.m., obejmuje dwa największe kaniony, Kolob i Zion, o pionowych ścianach dochodzących do 800 metrów wysokości, malownicze skalne warstwicowe formacje z wapienia, kredy i piaskowca, z dominującym czerwonym piaskowcem Navajo, wodospady, emeraldowe jeziorka. Park przecina Rzeka Dziewicza, tworząc wzdłuż brzegów w kanionie Zion oazę zieleni. Rosną tu topole i akacje, pasą się jelenie. Im wyżej, tym roślinność bardziej pustynna, żółta sosna, jałowce, jukki, kaktusy, w takim środowisku przeżyć potrafią tylko jaszczurki, skorpiony i tarantule.

Kanion przez tysiące lat umożliwiał przetrwanie w bezmiarze pustyni zwierzętom i ludziom. Schronienie znajdowały w nim mamuty i prehistoryczni Indianie, potem Pajutowie, handlarze futer, w XIX wieku osiedlili się tu mormoni. Ziemia Obiecana okazała się dla nich ziemią okrutną, Virgin River zalewała uprawy i domy. I współcześnie daje się we znaki. W 1995 roku po ulewnych deszczach osunęła się ziemia, blokując Rzekę Dziewiczą, z której powstało jeziorko, i odcinając od świata ponad czterysta osób w Zion Lodge – ludzie musieli czekać na wybudowanie tymczasowej drogi.

Paradoksalnie, ten krajobraz suchej pustyni sięgającej po horyzont i zdającej się nie mieć końca wyrzeźbiła właśnie woda. Z położonego ponad 3 tys. metrów nad poziomem morza olbrzymiego płaskowyżu Kolorado deszczowa woda miliony lat spływała w rejon parku, wypłukując piaskowce, rzeźbiąc kaniony, urwiska i klify, zlewając się setkami strumyków do Rzeki Dziewiczej, która przez pustynię Mojave podąża do rzeki Kolorado, by z jej nurtem wpłynąć do Pacyfiku. Woda stworzyła Zion Canyon, woda z czasem spowoduje jego unicestwienie.

Gdy nad okolice – odległe nawet dziesiątki kilometrów – nadciągają burze, Zion ożywa. Nagle, gwałtownie, dziesiątki strumyków, wodospadów i wodospadzików spływa ze szczytów, przecinając turystyczne szlaki, mrucząc, szumiąc, by połączyć się z Virgin River, która z płytkiej, spokojnej rzeki przeistacza się w potwora, w groźnym ryku w ciągu paru minut zalewającego dolinę i niosącego na przedzie powodziowej fali śmiertelny taran, pnie drzew, korzenie, wszystko, co zmiotła po drodze. Chyba najtrafniej to zjawisko opisał pod koniec XIX wieku John Wesley Powell, geolog i kierownik ekspedycji badającej okolice rzeki Kolorado – all this is music of waters.

Na obejrzenie Parku Narodowego Zion mieliśmy tylko jeden dzień. Kempingowanie w Zion z powodu kotów nie wchodziło grę, w lipcu średnio 40 st. Celsjusza, zostawiliśmy je więc bezpieczne w namiocie w parku Bryce. Trafiła się nam pechowo właśnie tego dnia temperatura dużo powyżej średniej, co spowodowało i serię porażek, i niespodziewanych atrakcji.

Wjechaliśmy do parku od wschodniej strony, przez Zion – Mount Carmel Highway, jedną z kilkunastu oznaczonych jako scenic road w Stanach. Rudy asfalt wijącej się szosy, rudo-czerwono-białe łagodnie uformowane skały, wyrzeźbione w tarasy i jakby oplecione sztuczną siatką, pajęczyną, co chwila punkty widokowe, niesamowity krajobraz, ale nic nie zapowiada jeszcze większych dziwów, które czekają nas za tunelem, stanowiącym jakby granicę dwóch światów. Tunel przebito w latach 20. XX wieku, umożliwiając dostęp do kanionu Zion od wschodu. Przed wjazdem korek, na skałach stado owiec kanadyjskich, wszyscy fotografują. Parokilometrowy tunel poprzedzony ostrzeżeniami, że trzeba zdjąć okulary przeciwsłoneczne. Ciemność rozjaśniona gdzieniegdzie wybitymi w skale otworami wentylacyjnymi, i nagle jesteśmy w innym świecie. W dole dolina rzeki, ograniczona pionowymi rdzawo-czerwonymi monumentalnymi skałami, tak potężnymi, że człowiek czuje się jak pyłek rzucony przez wiatr. Zjeżdżamy serpentynami pod parkowe muzeum, zostawiamy samochód i przesiadamy się do autobusu. W sezonie letnim w głąb kanionu Zion nie można wjeżdżać samochodami, parkingi po drodze nie pomieściłyby trzech milionów turystów odwiedzających rocznie park. Autobusy zatrzymują się przy wejściach na szlaki wzdłuż 10-kilometrowej drogi w kanionie, kursują co dziesięć minut, niestety nie mają klimatyzacji i okien nie da się otworzyć, a po drodze takie niesamowite widoki.

Mamy jeden dzień, w planie dwie wycieczki, Emerald Pools i Angels Landing Trail, sztandarowe szlaki reklamowane we wszystkich przewodnikach.

Trasa do ciemnozielonych jeziorek, parokilometrowa i pozornie łatwa, staje się drogą przez mękę. Jest czterdzieści parę stopni Celsjusza, w południowym prażącym słońcu co kilkanaście metrów stajemy, łapiąc oddech w nikłym cieniu rachitycznych sosenek i jałowców. Tłum się przerzedza, coraz mniej ludzi idzie do góry. Robimy przystanek przy niewielkim zagłębieniu wypełnionym wodą. Olbrzymie, parocentymetrowe kijanki już z wykształconymi tylnymi odnóżami zadają kłam wyobrażeniom, że na tej wysokości jest tylko pustynne życie. Do emeraldowych jeziorek mamy już nie więcej niż kilkadziesiąt metrów w górę. Rezygnujemy, po prostu nie da się w tym upale iść dalej, porażka bolesna, tak samo jak rezygnacja z wejścia na Lądowisko Aniołów, szlak zakończony przejściem przez wąską grań z przepaściami z obydwu stron, zabezpieczonym łańcuchami, i spektakularnym widokiem na kanion. Piękny, ale i niebezpieczny, zginęło tu już pięć osób.

Spoceni, umęczeni, jedziemy parkowym autobusem do ostatniego przystanku, u wejścia do Narrow, najwęższego odcinka kanionu Zion, gdzie kończy się szeroka dolina i Virgin River płynie wąską szczeliną wśród pionowych, ponad trzystumetrowej wysokości skał, które u samego końca, czy raczej początku, zwężają się do szerokości sześciu metrów. Tłumy ludzi, dzieciaki taplają się w płytkiej zamulonej rzece dającej pozorną ochłodę. Przy końcu półtorakilometrowego deptaku tablice z dwoma ostrzeżeniami. Pierwsze – nie karmić wiewiórek, zobrazowane zdjęciem objedzonej w trzy minuty do kości ręki dobroczyńcy. Nikt się ostrzeżeniem i karą stu dolarów nie przejmuje, wiewiórki utuczone do niebotycznych rozmiarów, a tłuściochy dalej żebrzą o daninę. Drugie ostrzeżenie – jeśli zwykle klarowna rzeka robi się nagle zamulona, rośnie poziom wody i niesie kawałki drewna, natychmiast uciekać, a przed wejściem do kanionu zasięgnąć informacji w parkowym biurze. Informacji nie zasięgamy, chociaż woda jest mętna, uspokajają nas wycieczki ludzi w wypożyczonych wodoodpornych butach z potężnymi kijami w rękach. Widać powodziowa fala przeszła niedawno.

Andrzej nie chce iść na ośmiogodzinną trasę rzeką, szkoda mu górskich butów, tego nie mieliśmy w planie. Zawiesza buty na plecaku i idzie na bosaka. Po kilkudziesięciu metrach rejteruje. Prąd wartki, kamienie śliskie, nie da się iść. Ktoś kończący wycieczkę oddaje mi kij do podpierania, nieoceniona pomoc. I nagle już nie żal butów i emeraldowych jeziorek. Kanion niesamowity, pionowe skały w przedziwnych kolorach, to czerwone, to w biało-czarne paski, słońce prawie nie dochodzi do rzeki, a za kolejnymi jej zakrętami coraz to inne widoki. Z każdym kilometrem ubywa ludzi, nagle zostajemy sami. Woda, niedająca ochłody, a tylko ulgę w upale, zaczyna sięgać miejscami do pasa, oceniamy strukturę skał, czy w razie powodzi dałoby się wspiąć na jakąś półkę.

Po paru godzinach wędrówki kanionem, mokrzy i ubłoceni, z chlupiącą wodą w butach, jedziemy do trasy na Angels Landing. Może zdążymy i uda się wejść, kręta ścieżka jest już w cieniu, narzucamy tempo. Z wysoka autobusy wyglądają jak dziecięce zabawki, może wygramy z czasem i zdążymy przed godziną odjazdu ostatniego. Nie dochodzimy do szczytu, musimy zawrócić, gorycz porażki osłodzona pięknym widokiem z góry na ciemniejący w zachodzącym słońcu kanion Zion, miejsce najpiękniejsze ze wszystkich, które widzieliśmy w Utah.

Joanna Wasilewska
Andrzej Jasiński

Ostatnio zmieniany czwartek, 02 kwiecień 2015 23:31
Zaloguj się by skomentować