Goniec

Switch to desktop Register Login

Szlakami bobra YELLOWSTONE (3) - Rzeka Żółtej Skały

Oceń ten artykuł
(21 głosów)

Yellowstone National Park nazwę zawdzięcza Yellowstone River, której źródła znajdują się Wyoming, w górach Absaroka na terenie parku. Niektórzy uważają, że tę nazwę, od jaskrawo żółtych skał Wielkiego Kanionu Yellowstone, nadali jej Indianie Minnetaree, choć ci nigdy nie mieszkali w jej górnym biegu.

Inni sądzą, że nazwa została nadana przez plemię Kruków od także żółtych piaskowych klifów w jej dolnym biegu. W każdym razie francuscy traperzy przyjęli przetłumaczoną nazwę Roche Jaune (Yellow Rock), a nazwę angielską rozpowszechniła wyprawa Lewisa i Clarka, która rzekę odkryła i opisała w 1806 roku.

Yellowstone ma ok. 1100 km długości, po połączeniu z Bighorn River w Montanie. jest największym dopływem Missouri. Właściwie to powinna się nazywać rzeką dającą życie – kiedyś stanowiła ważną arterię komunikacyjną dla Indian, dzięki niej docierali tu pierwsi europejscy osadnicy, a od XIX wieku zależał od niej ich byt – wykorzystywana jest do czasów współczesnych do nawadniania Doliny Yellowstone, umożliwiając uprawy.

Yellowstone River wpływa od południa do jeziora o tej samej nazwie, a wypływa z niego na północy. Mijamy to miejsce wiele razy, przekraczając most na rzece, w drodze z kempingu Bridge Bay do wioski Fishing Bridge na codzienny prysznic. Za każdym razem wygląda ona inaczej, rano zwykle snują się po powierzchni wody opary mgły. Niedaleko stąd do jeziora z Doliny Pelikana wpływa rzeczka o tej samej nazwie, i białe pelikany rzeczywiście są tu codziennie, trudne do sfotografowania, bo płochliwe i trzymające się z dala od ludzi. Rzeka od jeziora około 30 km płynie to szerokim nurtem, przecinając rozległe doliny, to zwęża się w skalnych przeszkodach, by potem na kolejne 40 kilometroów zapaść się w kanion głębokości średnio 200 metrów, a miejscami dochodzącej do 370, przez który przedziera się, tworząc widowiskowe wodospady.

W Yellowstone, wybierając się na wycieczkę, nie można niczego zaplanować dokładnie. Czas rozłazi się jak guma, ciągle go mało. Ruszając z kempingu, już mamy pierwszy postój, stado jeleni łazi koło namiotów. Drugi, już znany nam przystanek to dołek bizona; bizon jest, w stałej pozycji zadem do gawiedzi, musimy odczekać swoje w korku. Potem stada bizonów w dolinach, wszyscy fotografują, znowu trzeba czekać, i rzadsza atrakcja, czarna niedźwiedzica z dwoma małymi. Rangerzy zatrzymują ruch, próbują opanować tłum turystów żądnych fotografii i zrobić zwierzętom przejście przez szosę. Miśki ciężko sfotografować w wysokiej trawie, choć nie próbują się kryć i lekceważą tłum tak samo jak bizon samotnik. I jeszcze natrafiamy na jelenie mulaki. Po drodze gorące źródła, punkty widokowe na wodospady dopływów Yellowstone River, wiele szlaków turystycznych, i wreszcie Wielki Kanion Yellowstone z widowiskowymi wodospadami. Wszyscy je fotografują zawzięcie, oprócz gejzerów i bizonów są wizytówką parku, uwiecznianą we wszystkich folderach i na pocztówkach. Wodospady rzeczywiście są imponujące, ale nas bardziej fascynuje sam kanion o stromych, dramatycznie wyrzeźbionych zboczach tak intensywnie kolorowych, że aż wydają się nienaturalne. Barwy nadały wulkanicznej skale gorące źródła, a gejzery i fumarole, miejsca uchodzenia gazów na powierzchnię, są cały czas aktywne na zboczach. Dominuje żółć, przemieszana gdzieniegdzie z rudawo-czerwonym, który skale nadało żelazo. W dole błękitno-zielona Yellowstone River, zdająca się z góry być niewielką rzeką, rwie zakolami wśród potężnych urwisk.

Kanion oglądamy niejako po drodze, bo głównym celem jest Mount Washburn, najwyższy szczyt w północnym Yellowstone wysokości 3122 metrów. Na wierzchołek prowadzi szeroki łatwy szlak długości 12 kilometrów tam i z powrotem – 500 m różnicy wysokości. Po drodze świerkowe lasy, łąki, wraz z nabieraniem wysokości mimo lipcowego upału pojawiają się łaty śniegu. Przepiękne widoki, skały obrośnięte intensywnie pomarańczowym porostem, ukwiecone łąki, a wszystko spowite upajającym zapachem dzikich białych goździków. Po drodze trafia się nam spotkanie z bizonem, dużym stadem owiec kanadyjskich i pasiastym sympatycznym chipmankiem – gryzoniem z rodziny wiewiórkowatych, który w ogóle się nas nie boi i pozuje do zdjęcia – zdaje się nie robi tego bezinteresownie, pewnie turyści go dokarmiają. W pogodne, niegorące dni z wierzchołka rozciąga się malowniczy widok na rozległe doliny i ośnieżone szczyty. Krajobraz przecina wyraźna linia Wielkiego Kanionu Yellowstone – szerokości od pół do ponad kilometra. Wszystko wokół, mimo że odległe o wiele kilometrów, zdaje się być tuż-tuż. Na górze sporo turystów, to popularne miejsce wycieczek.

Szczyt, zdobyty i nazwany w 1870 roku na cześć Henry'ego D. Washburna, kierownika ekspedycji Washburn–Langford–Doane, należy do pasma Washburn, jednego z dwóch pasm górskich znajdujących się całkowicie na terenie parku. Na wierzchołku wybudowano platformę widokową, są łazienki, a na piętrze punkt obserwacyjny dla rangerów zamknięty dla zwiedzających, z prywatnym mieszkaniem oszklonym ze wszystkich stron – widok z najpiękniejszego apartamentu świata możemy obejrzeć tylko na zdjęciu. Kiedyś pełnił funkcję wieży przeciwpożarowej. Rola dyżurującego rangera zmieniła się wraz z rozwojem techniki, teraz nie wypatruje przez lornetkę dymu płonącego lasu, a na przykład, tak jak za naszej bytności, śledzi stado kanadyjskich owiec, właśnie przechodzących szlak i mijających ludzi – samce są agresywne i nie wiadomo, co z takich spotkań może wyniknąć.

Jemy kanapki, kontemplując widoki i rozmyślając głośno o własnym życiu z lekką nutką destrukcyjnej zazdrości, że może troszkę szkoda, że nasze życiowe losy potoczyły się tak, a nie inaczej, że pięknie byłoby być zawodowym rangerem i siedzieć na tej górze cały rok… Pomarzyć można, pozostaje nam tylko wpisać się do książki gości.

Wracając na kemping, stoimy w niewielkim korku, bizon jest w miejscu pracy, dołek oblężony przez turystów, zad pogardliwie wypięty w stronę publiki. Ot, i zagadka, co go tu trzyma?

Joanna Wasilewska, Andrzej Jasiński

Zaloguj się by skomentować