Goniec

Register Login

Szlakami bobra: YELLOWSTONE (4) - gorące źródła i latające błoto

Oceń ten artykuł
(28 głosów)

Jesteśmy w Yellowstone National Park już parę dni i zaczynamy się oswajać z rytmem życia parku i samego kempingu. Budzi nas stukanie drzwi od mobile homes, suwaki rozpinanych namiotów, potem odjazdy kolejnych samochodów i szczeki i skowyty zostawionych zwierząt. Kanada w porównaniu ze Stanami to raj dla czworonogów i ich właścicieli. Psa można zabrać na prawie każdy szlak, nikomu to nie przeszkadza.

W parkach narodowych i stanowych USA, które do tej pory widzieliśmy, psy muszą być zamknięte w klatkach albo w mobile homes, co odczuwają bardzo boleśnie i one, i współużytkownicy kempingu, którzy tych głośnych skarg muszą słuchać. Jeszcze byłoby zrozumiałe, że nie wolno ich zabierać na kładki wokół gejzerów, mogłyby zniszczyć delikatną, nienaruszoną strukturę wokół nich, ale na górskich szlakach, gdzie ludzie jeżdżą konno – komu by to szkodziło? Ewidentna dyskryminacja psiego rodu.

Każdy poranek zaczyna się od najważniejszego pytania, jaka będzie pogoda? Od pogody zależą zdjęcia. Jeśli jest zimno, im większa różnica między temperaturą powietrza a wody w źródła i gejzerach, tym piękniejsze wyjdą panoramiczne zdjęcia okolicy z pnącymi się wysoko słupami pary. Para jednak utrudnia robienie zbliżeń, czasami w ogóle uniemożliwiając fotografowanie – to spotkało nas przy najsłynniejszym Grand Prismatic Spring, fascynującym źródle o malachitowej wodzie z rdzawymi brzegami, od których odchodzą promieniście takież same rdzawe ramiona, zjawisku jedynym w swoim rodzaju na świecie. Widzieliśmy je na dziesiątkach zdjęć, zwykle robionych z góry z samolotów lub dronów, a jak przyszło co do czego, nawet nie dało się do niego podejść, tak spowite było parą.

Niewielkie błotne wulkany i gorące źródła fascynują nas bardziej niż wielkie gejzery – bo małe jest piękne. Każdemu nadano imię – według nas imię właśnie, a nie nazwę, bo zdają się być tworami żyjącymi swoim własnym, osobnym życiem, choć wszystkie są przecież dziełem jednego superwulkanu.

Każdy jest inny, niepowtarzalny, większości przydzielono tabliczki określające ich charakter. Ten jest zdyscyplinowany, wybucha co 15, 40 minut, co godzina, raz w miesiącu, raz w roku, inny jest nieprzewidywalny, niepokorny, zdarza mu się aktywność raz na jakiś czas, inny jeszcze nie dawał znaku życiu od wielu lat, jeszcze innemu istnienie przerwała ręka głupka, który zatkał wylot głazem. Są i takie aktywne nieustannie, bulgocące stałym rytmem, wsysają gotującą się wodę gdzieś w czeluść do środka i wypluwają po chwili, a ta, spływając, osadza na krawędziach wypłukane minerały, tworząc misterne kompozycje bulw, banieczek, wielometrowych koronkowych tarasów, wielość wzorów nieograniczona. Inne kompozycje tworzą błotne wulkany – pęcherze pary, przedzierając się przez gęste błoto na powierzchnię, wyrzucają w górę jego kawałki, budując wokół coś w rodzaju lanych nad morzem z mokrego piasku zamków. Jeszcze inne przez lata osadzały minerały, które rosnąc, przeistoczyły się w stożki termitów. Wszystko to w barwach zdających się nie być dziełem natury, a szalonego artysty malarza. Od kredowobiałych błot, mlecznoniebieskich jeziorek i malachitowych źródeł przezroczystych na wiele metrów w głąb, przez pomarańczowo-zielone wstążki wypływającej ze źródeł gorącej wody (kolory nadają im glony i bakterie, im bardziej zielone, tym woda chłodniejsza, im czerwieńsze, tym gorętsza), które plotą się jak warkocze, o dziwo nie mieszając się ze sobą, po czerwień tak intensywną, że musimy tu zaznaczyć, że nic przy niej nie majdrowaliśmy w Photoshopie. Tak jak różnorodna jest ich struktura i kolory, tak odmienne są ich głosy. Błękitne jeziorka odzywają się rzadko pojedynczymi bąblami wypływającej z głębi pary, błotne wulkany gadają stale niskim bul, bul, a fumarole syczą złowieszczo w różnych tonacjach wyrzucanymi gazami. Przy tych zdyscyplinowanych źródłach siedzą z aparatami wytrwali fotografowie, czekając na wyjątkowe ujęcia. Trochę im zazdrościmy, nie mamy czasu i musimy wszystko oglądać w japońskim tempie, właściwie dokumentując, a nie fotografując.

Tych, którzy przyjeżdżają tu zimą czy wiosną, przy źródłach czeka dodatkowa atrakcja, schodzi do nich licznie z okolicy zwierzyna w poszukiwaniu ciepła i pożywienia pod roztopionym gorącem śniegiem, ale i w lecie bizony gromadzą się wokół nich wieczorami, bo noce na tej wysokości są zimne, a wytarzanie się w wapiennym błotku dodatkowo chroni przed insektami. Ta bliskość źródeł kończy się dla nich czasami tragicznie, śmiertelnymi poparzeniami.

Gorące źródła w Yellowstone są wszędzie, gdziekolwiek się spojrzy, widać słupy pary, ale te najciekawsze zgrupowane są w kilku kompleksach i żeby je obejrzeć, trzeba przejechać kilkadziesiąt kilometrów. I znowu ruszamy w drogę, i znowu bizon samotnik, wypięty zadem do szosy, na stanowisku pracy – pogarda wobec ludzkiego gatunku chyba jest powszechna, bo kilka jemu podobnych widzieliśmy też koło szlaków. Jeleń też jest tam gdzie zawsze. I potworny korek w rozległej dolinie otoczonej zielonymi wzgórzami, na krzesełkach amatorzy zdjęć wyczekujący wiele dni na fotografię życia.

Wszyscy przy aparatach. Setki bizonów w dolinie przekracza rzekę, widok niesamowity.

Robimy pętelkę wokół centralnego Yellowstone. Mud Volcano Area, Norris Geyser Basin – tu podobno lawa jest najbliżej powierzchni i źródła są najgorętsze, Lower Geyser Basin, Upper Geyser Basin, Biscuit Basin… W niektórych miejscach następuje niewytłumaczalny szczyt ruchu, tłumy turystów, większość z Azji, gwar, przepychanki – im się bardzo spieszy, chyba bardziej niż nam. Znosimy to z czasem jakoś łagodniej, zdaje się, że przyzwyczajamy się powoli do ludzi. Jeden z błotnych wulkanów razi obserwujących z drewnianych kładek białymi packami, wszyscy uskakują. Imię nadano mu odpowiednie – "Latające Błoto". A nas zastanawia, że ślady na drewnianych poręczach są świeże, widać jeszcze wczoraj nie był tak aktywny. Czyżby doniesienia Toma Lupshu o wzrastającej aktywności superwulkanu nie były tylko sensacjami?

Skręcamy w boczną drogę wzdłuż Firehole River. Góry tu wysokie i rzeka górska, przedziera się przez skały, piękne widoki i nagle niespodziewane kąpielisko. Dziesiątki ludzi moczy się w jednym miejscu, gdzie gorące źródła nadały wodzie taką temperaturę, że nawet nie trzeba pływać, żeby się rozgrzać. Pierwsza myśl, jaka przychodzi nam do głowy, to dołączyć do nich, kostiumy mamy w bagażniku, ale apokaliptyczne przestrogi Toma Lupshu, latające nietypowo daleko błotko i sceny z filmu o wybuchu Mt. St. Helens o nagle ugotowanych żywcem w gorących źródłach ludziach jednak zniechęcają nas do pomysłu. Kończymy pętlę do jeziora Yellowstone, przejeżdżając przez Craig Pass na wysokości ponad 2500 metrów i dwa razy przez umowny kontynentalny podział wodny, rzeki stąd płyną na wschód i na zachód, do Pacyfiku lub do Atlantyku.

Na naszej łączce rozpalamy ognisko, wymieniamy wrażenia. Odwiedza nas pięcioro Japończyków z kempingu obok z prośbą o pomoc, dziewczyny i chłopcy, chyba nie mają dwudziestu lat. Kupili drewno na ognisko, drewno jest mokre, w dużych kłodach, nie umieją go rozpalić, nawet nie wiedzą, jak się do tego zabrać. Tomek idzie z siekierką, łupie drewno na mniejsze kawałki i draski, rozpala im ogień. Efekt tej drobnej przysługi wprawia nas w osłupienie. Spokojni młodzi ludzie wpadają w jakiś szał radości, wręcz ekstazę, krzyczą, skaczą przez płomienie przez dwie godziny, zdaje się, że to był kulminacyjny punkt ich programu w dzikim Yellowstone. Czy w Japonii nie pali się ognisk? Następnego dnia przychodzą z podziękowaniem, wyjeżdżają już do domu, zostawiają nam japoński makaron z instrukcją obsługi i jakieś jedzeniowe drobiazgi, chcą też oddać przysługę, według nich największą z możliwych uprzejmości – zrobić nam zbiorowe zdjęcie, żebyśmy wszyscy byli na fotografii. Nie zachowaliśmy się grzecznie, wręcz ku ich rozczarowaniu niepolitycznie odmówiliśmy, za pozowaniem do fotografii żadne z nas nie przepada.

Joanna Wasilewska
Andrzej Jasiński

Ostatnio zmieniany piątek, 20 luty 2015 20:10
Zaloguj się by skomentować