Goniec

Switch to desktop Register Login

Szlakami bobra: Yellowstone - kemping na wulkanie

Oceń ten artykuł
(22 głosów)

O Yellowstone słyszał chyba każdy, to najsłynniejszy i najstarszy park narodowy na świecie – powstał w 1872 r. Znajduje się w większości na terenie stanu Wyoming w USA, obejmuje też niewielkie części Montany i Idaho, razem prawie 9 tys. km kw. gór, rzek, kanionów, jezior, iglastych lasów, no i oczywiście słynnych gejzerów. W Yellowstone można podglądać wielkie stada bizonów, niedźwiedzie czarne i grizzly, jelenie i mulaki, łosie, owce kanadyjskie, widłorogi, pelikany i mnóstwo wszelakiego zwierza, ci w średnim wieku i starsi wiedzą także, że mieszka tu miś Yogi – nie wiesz, kto to, zapytaj rodziców lub Internetu. 

Yellowstone National Park jest także sławny z powodu położenia na kalderze, czyli zapadniętym stożku, po wybuchu uznawanego za ciągle czynny największego wulkanu w Ameryce Północnej, z którego powodu jest tu połowa światowych zasobów takich fascynujących zjawisk geotermicznych, jak olbrzymie gejzery, gorące źródła, naciekowe tarasy mineralne, wulkany błotne i fumarole.

Sława parku przekłada się na konkretne pieniądze, Yellowstone odwiedza wiele milionów ludzi z całego świata – ktoś, kto potrzebuje samotności i ciszy, nie ma czego tu szukać, chyba że z plecakiem pieszo lub na koniu uda się w interior.

Park obecnie to wielkie przedsiębiorstwo, generujące rocznie ok. 400 mln dol. i tworzące 6 tys. miejsc pracy, na którego sukces pracuje wiele mniejszych biznesów.

Serfując w zeszłym roku w necie w poszukiwaniu informacji, co najważniejszego zobaczyć w Yellowstone National Park – bo planowaliśmy początkowo spędzić tu tylko dwa dni – od razu natknęliśmy się na alarmujące doniesienia medialne, mniej lub bardziej rzetelne informacje hobbystów śledzących intensywność trzęsień ziemi oraz na apokaliptyczne wizje zawodowych panikarzy i sensatów – że superwulkan wybuchnie lada dzień, Armagedon jest tuż-tuż. Prym wśród nich wiedzie Tom Lupshu, donoszący o katastrofach faktycznych i przewidywanych, spiskach rządowych i działalności kosmitów na ziemi, który co i raz raportował, powołując się na dobrze zorientowane w temacie osoby związane z rządem lub parkiem, których nazwisk nie mógł z oczywistych powodów ujawnić, a to że nasiliła się liczba trzęsień ziemi w Yellowstone, a to że grunt się podnosi, a to że komora magmowa pod kalderą rozszerza się gwałtownie na wschód, że zmienił się skład gazów wydobywających się spod powierzchni świadczący o bliskim wybuchu, że gejzery są większe i mają nowe ujścia. Pod koniec lutego i w marcu 2014 informacje stały się jeszcze bardziej alarmujące, według Lupshu, część mieszkańców rejonu Yellowstone opuściła domy, specjalna jednostka wojsk USA przygotowuje się do akcji ratunkowej, rząd, planujący w związku ze spodziewaną katastrofą ewakuację większej części ludności USA, spotkał się z odmową Meksyku przyjęcia tylu Amerykanów, podobno Afryka też odmówiła, bojąc się zachwiania równowagi rasowej, podobno wywożone są rakiety balistyczne z Teksasu, a wzrost liczby trzęsień ziemi jest spowodowany sztucznymi mikroeksplozjami mającymi zmniejszyć ciśnienie magmy. Kulminacją tworzonego napięcia była informacja o ucieczce z Yellowstone wszystkich bizonów, zilustrowana kilkoma filmikami na YouTube, na których rzeczywiście widać uciekające w panice przez północną bramę parku stado bizonów.

Parę dni później, 30 marca 2014 roku, doniesiono o największym odnotowanym od 1980 roku w Yellowstone trzęsieniu ziemi, 4,8 w skali Richtera.

Wciągnęliśmy się w zabawę codziennego śledzenia nadchodzącego kataklizmu, ale gdy pojawił się na YouTube filmik z dementi głównego rangera parku, jako wyznawcy spiskowej teorii dziejów niewierzący niezdementowanym informacjom, przestaliśmy się śmiać. Ranger uspokajał, że grunt rzeczywiście podniósł się gwałtownie o 12 centymetrów, co świadczy o wzroście ciśnienia lawy, ale to nic groźnego (w Yellowstone jest wiele punktów pomiarowych, skład gazów, poziom gruntu, ruchy lawy są stale monitorowane przez grupę geologów i geofizyków). Bizony rzeczywiście opuściły park, ale to normalne o tej porze roku, szukają jedzenia na niżej położonych terenach, gdzie śnieg stopniał. Trzęsienie ziemi rzeczywiście było największe od 1980 roku, ale to nic nadzwyczajnego, przecież w Yellowstone mikrowstrząsów odnotowuje się do 3 tys. rocznie.

A jak jest naprawdę? Komora magmowa rozciąga się na obszarze 640 kilometrów i sięga do głębokości 320 kilometrów. Kaldera wulkanu ma ponad 50 kilometrów długości i 80 kilometrów szerokości, a więc obejmuje większość spośród 182 czynnych gejzerów, które są swoistymi kraterami wulkanu.

Wulkan Yellowstone wybuchał 2,1 mln, 1,3 mln i 640 tys. lat temu, nie licząc mniejszych erupcji, a to oznacza, że kolejna może zdarzyć się jutro lub za trzydzieści tysięcy lat. W czasie ostatniej, największej, do atmosfery wyrzucił ponad 1000 km sześc. gazów i pyłów wulkanicznych. Część uznanych naukowców uważa, że wszystko wskazuje na to, że kolejny wybuch jest blisko, choć nikt nie wie, kiedy nastąpi.

Jakie byłyby jego skutki? Najbardziej prawdopodobny scenariusz przewiduje w strefie do 160 kilometrów od wulkanu kompletną zagładę i natychmiastową śmierć, do 1000 kilometrów śmierć od gazów i pyłu w ciągu kilku godzin lub dni. W Chicago spadłoby do 30 mm popiołu, a niektóre symulacje przewidują dotarcie chmury aż do Toronto. Pyły przesłoniłyby słońce na całej planecie i obniżyły temperaturę o 20 stopni Celsjusza na sześć lat. Skutek – około 5 miliardów ludzi umarłoby z głodu.

Są też symulacje, które sugerują, że Ameryka Północna rozpadłaby się na dwie części. Jedno jest pewne, tak wielkie mocarstwo jak Stany Zjednoczone z całą pewnością różne warianty potencjalnej katastrofy uwzględnia i poczyniło przygotowania do najgorszej wersji scenariusza, których odpryski przedostające się do opinii publicznej wychwytuje Tom Lupshu, a o których, żeby nie wywoływać paniki, zwykły zjadacz chleba nie będzie informowany.

Dojeżdżamy do Yellowstone National Park od wschodu, przecinając po drodze Buffalo Bill State Park ze sztucznym zbiornikiem o tej samej nazwie utworzonym na North Fork Shoshone River. Tunel w skale, za nim sztuczne jezioro, ograniczone tamą, z ujściem wody zatykanym kiedyś prześmiesznym betonowo-drewnianym korkiem w kształcie kuli, który można oglądać na punkcie widokowym za tunelem. Na horyzoncie nad Yellowstone kłębią się granatowe, groźne chmury, tam na pewno leje. Już w deszczu przejeżdżamy przepiękną trasą przez Shoshone National Forest, pierwszy państwowy las w Stanach Zjednoczonych utworzony w 1891 r., potem przez Sylvan Pass na wysokości 2600 m n.p.m., przez pasmo górskie Absaroka z najwyższym szczytem Yellowstone, Eagle Peak, wysokości 3462 m. Żal nam widoków, rzadko chmury rozsnuwają się na tyle, że widać góry.

Chyba otępiali wielogodzinną jazdą, wymieniamy wielce inteligentne spostrzeżenia, że śmierdzi tu siarkowodorem, doszukując się istnienia oczyszczalni czy czegoś takiego, potem że las się chyba pali, bo wszędzie widać pnące się w górę słupy dymu lub pary – no greenhorny nie wiedzą, gdzie przyjechały, i że wszędzie wokół są gorące źródła.

Objeżdżamy północną część jeziora Yellowstone do kempingu Bridge Bay, gdzie naszym przyjaciołom jakimś cudem udało się zarezerwować dwa miejsca, dwa, bo wolno mieć tylko jeden namiot – mimo że kempingów jest wiele na terenie całego parku, o miejsce w sezonie trudno, wtedy trzeba liczyć na te "kto pierwszy, ten lepszy", których nie obejmuje rezerwacja. Przy biurze tłok, kolejka przyjeżdżających i kolejka wyjeżdżających, ruch jak na Marszałkowskiej w Warszawie. Tomek, robiąc zamówienie przez Internet, zaznaczył, że chcielibyśmy być blisko. Przemiła obsługa w postaci starszych panów informuje, że leje już siedem dni, i potwierdza, mamy miejsca obok siebie, okazuje się, że na przepięknej rozległej łące, otoczonej sosenkami – inni niestety są albo na zbiorowym kempingu, albo rozlokowani blisko siebie w sosnowym lasku na miejscach dających mało prywatności.

Jest łazienka z bieżącą wodą, ale do prysznica – zdziercy, cena prawie cztery dolary – trzeba jechać kilkanaście kilometrów do jednej z kilku tzw. wiosek, gdzie jest centrum turystyczne, sklepy z żywnością, alkoholem i pamiątkami. Jeździć niestety będziemy dużo przez następne dni, bo kompleksy gorących źródeł są oddalone od siebie o dziesiątki kilometrów.

Tomek i Edyta z synem Patrykiem już są, im miejsce także się podoba. Nie mamy czasu nawet pogadać, bo szybko w przerwie między jedną ulewą a drugą rozkładamy namiot i zaszywamy się do środka, bo temperatura gwałtownie spada w nocy do 10 stopni Celsjusza, co nie jest niczym dziwnym w środku lata, bo jesteśmy na wysokości prawie 2500 m n.p.m.

Od czego zacząć zwiedzanie tego olbrzymiego terenu? Oczywiście od miejsca najbardziej znanego, czyli Upper Geyser Basin, największego kompleksu gejzerów w parku, z najsławniejszym Old Faithful, wokół którego powstały hotele i zajazdy, restauracje, sklepy, centrum edukacyjne, olbrzymie parkingi, po prostu turystyczne serce Yellowstone. Old Faithful jest najsławniejszym, choć wcale nie największym gejzerem. Erupcja trwa od półtorej do 5 minut, wyrzucając do 32 tys. litrów wrzącej wody na wysokość od 30 do 55 metrów. Nazwę nadali mu w 1870 roku członkowie ekspedycji Washburna za jego regularność wybuchów, i chociaż jest najbardziej przewidywalnym gejzerem, ta dokładność podobno jest legendarna i erupcje następują w odstępach od 50 do 127 minut, choć wszędzie rozwieszone są listy z godzinami wybuchów na dany dzień z dokładnością do 5 minut, widać jednak na jeden dzień można to przewidzieć.

Czekamy na to wydarzenie w pobliskiej kafeterii, przez okno obserwując zbierających się ludzi. Leje jak z cebra, zasiadamy na ławkach ustawionych wokół gejzeru jak na arenie, chroniąc parasolami aparat, właściwie nie wiadomo po co, bo zdjęcia i tak będą fatalne – żeby słup wody był dobrze widoczny, niebo musi być dla kontrastu niebieskie. Woda spływa nam po plecach, wokół tłum głównie azjatyckich turystów, ulewa ich nie zraża, zapłacili za tę podróż pewnie kupę pieniędzy i po prostu muszą wszystko zobaczyć niezależnie od pogody. Na horyzoncie wszędzie słupy pary z pomniejszych gejzerów, wokół których po kładkach wędrują takie same tłumy. Wreszcie przy głośnym aplauzie rozentuzjazmowanej widowni, głośnych "ach" i "och", w górę strzela imponujący słup wody. Widowisko spektakularne, trwające niestety krótko, ale bardziej emocjonująca jest konstatacja, że oto siedzimy na czynnym wulkanie, na milionach metrów sześciennych gotującej się lawy 10 km poniżej, która wody gruntowe doprowadza do stanu wrzenia i wypycha na powierzchnię ziemi.

Całkowicie przemoczeni, idziemy się ogrzać i przy okazji obejrzeć znany hotel Old Faithful Inn. Stajemy w środku oczarowani. Pierwszy raz bardziej nas zachwyca dzieło rąk ludzkich niż natury.

Hotel, zbudowany w 1904 roku, jest największą w Ameryce Północnej rustykalną budowlą z bali, może i największą na świecie. Olbrzymie wielopoziomowe balkony otaczają lobby z kamiennym kominkiem z metalowym zegarem, kominek, wysokości prawie 30 metrów, jest centralnym punktem przestrzeni. Do budowy ściągano powyginane, pokręcone konary, tworząc z nich misterne wzory balustrad, poręcze wykańczano pniami z przedziwnymi naroślami, wszystko to tworzy niepowtarzalną atmosferę. Na balkonach oryginalne stoliki z epoki z lampami, oczami wyobraźni widzimy zamożne panie w sukniach do ziemi piszące piórami ze stalówkami długie listy do znajomych o cudach, które zobaczyły w Yellowstone. Czas bez Internetu na pewno miał wtedy inny wymiar. W skrzydłach znajdują się pokoje gościnne (najtańszy, ze wspólną łazienką, kosztuje ponad sto dolarów, apartament ponad 500 dolarów za noc), jadalnia, kawiarnie, jest obszerny taras widokowy na gejzery, a na szczycie dachu jaskółka do oglądania Old Faithful, niestety zamknięta z powodu naruszenia konstrukcji przez trzęsienia ziemi. Architektem tej bajkowej budowli był 290letni Robert Reamer, który zrealizował w ten sposób wizję zrodzoną w marzeniach.

Ulewa ustaje, wracając na kemping, postanawiamy po drodze zajrzeć jeszcze do West Tumb Geyser Basin tuż przy brzegu jeziora Yellowstone znajdującego się w centrum parku. To najwyżej położone jezioro w Ameryce Północnej, 2357 m n.p.m., o 227 km linii brzegowej, z pięknym widokiem na horyzoncie na ośnieżone szczyty gór Absaroka. Gorące źródła znajdują się wzdłuż brzegu, niektóre pod jego powierzchnią, te obserwowane są przez ciekawskich z kajaków. Śmieszny jest bulgocący stożek wystający z wody, jeden z najczęściej fotografowanych obiektów w parku. Wokół źródeł zbudowano kładki, można podziwiać malachitowe i zielono-rude zbiorniki z przezroczystą wodą, zdaje się, że widoczne w nich bąble pary wodnej wypływają ze środka ziemi, a także białe, zamulone zbiorniki, wszystko to paruje, tworząc niesamowity krajobraz. Intensywne kolory źródłom zależnie od ich temperatury nadają glony i bakterie, a także przepuszczalność światła przez wodę. Jezioro jest tu cieplejsze niż gdziekolwiek indziej, a to za sprawą 12 tys. gorącej wody ze źródeł dziennie, mimo to temperatura w lecie nie przekracza 7 st. Celsjusza.

Nie mamy szczęścia do pogody, znowu pada, wracamy na kemping do kotów i na ognisko.

Joanna Wasilewska Andrzej Jasiński

Ostatnio zmieniany piątek, 30 styczeń 2015 15:54
Zaloguj się by skomentować