Goniec

Switch to desktop Register Login

Szlakami bobra: Złoto i dziwna góra Cheminis

Oceń ten artykuł
(17 głosów)

        W okolicy Toronto nie ma gór, niestety. Są górki, ale na bezrybiu i rak ryba, więc gdy trafiły nam się cztery dni wolne od pracy, postanowiliśmy wybrać się 600 km na północ, gdzie znajduje się taka znana nie z wysokości, ale dziwnego kształtu górka o nazwie Mount Cheminis, licząc przy tym, że może jakimś cudem tym razem Environment Canada uda się prognoza i dwa dni będą bez deszczu. Za bazę wypadową wybraliśmy położony najbliżej góry Park Prowincyjny Esker Lakes.

        Jazda szosą nr 11 to gwarantowane piękne widoki. Postój na kawę robimy w North Bay nad jeziorem Nipissing. Za North Bay wjeżdżamy w delikatne skaliste wzgórza, dookoła jeziora, region Temagami, jedno z najpiękniejszych miejsc Ontario. Mijamy znajome parki prowincyjne, Marten River, Finlayson. Potem droga przecina żyzną dolinę Montreal River, wszędzie pola. I znów zaczynają się wzgórza i skały. Przed Kirkland Lake postanowiliśmy dojechać do celu boczną drogą 624 wzdłuż Parku Prowincyjnego Larder River. Dziko, ale droga w tak strasznych dziurach, że cudem przejechaliśmy. Łączy się z Trans Canada Highway w miejscowości Larder Lake, która nie wyróżnia się niczym specjalnym oprócz pomnika wielkiego pstrąga, zresztą niezbyt urodziwego, niewielkiego muzeum kopalni złota, bo cały region usiany jest kopalniami, i pomnikiem złotej monety i wydobywającego złoto górnika. Nie wiadomo czemu, górnik ma twarz kosmity, może miało to obrazować trud jego pracy.

        Do parku dojeżdżamy przepiękną drogą z sosnowymi laskami, piasek, pobocza pokryte łanami kwiatów wyglądających jak kocanka, tylko tu kwiaty są białe z żółtym środkiem. Sam park Esker Lakes ma już inny charakter. Położony w brzozowym lesie, a bardziej na północ pojawiają się świerki. Kilka kempingów nad jeziorami, w większości pustych. Zajęte są te blisko plaży z placem zabaw dla dzieci oraz kemping trailerów, które ludzie trzymają tu cały rok. Teraz wiemy, dlaczego Esker Lakes ominęło przekształcenie w miejsce tylko do dziennego użytku, które powoli obejmuje wszystkie parki prowincyjne położone na północ i nieprzynoszące dochodu. Teren Esker Lakes obejmuje łańcuch 29 jezior, są piękne piaszczyste plaże, idealnie przezroczysta woda, trasy wycieczkowe i canoe długie i krótkie, cisza kłująca w uszy i wiele pięknych miejsc kempingowych na skarpie z widokiem na jezioro. Nazwę park zawdzięcza Esker Munroe, utworzonemu przez rzeki z topniejącego lodowca wyniesieniu zbudowanemu ze żwiru i piasku, wysokości 8 m, długości 250 km i 5 km szerokości, który przecina park w połowie, stanowiąc jednocześnie wododział. Woda z połowy jezior spływa do James Bay i Oceanu Arktycznego, a połowa do Wielkich Jezior i Atlantyku. Obsługa parku przemiła, uprzedza nas, że drewno na ognisko trzeba kupić na zapas, bo ograniczono godziny działania biura. Kulturę obsługi poznajemy w nocy. Ranger objeżdża obozowisko, zatrzymuje samochód przy naszym miejscu i zapala światło w kabinie, żebyśmy go widzieli. Nie to co w Algonquin, gdzie nowym zwyczajem rangerzy łażą po nocy bez latarek i podglądają z ciemności. Rozbijamy namiot w mżawce, rozwieszamy na linie zbawczą plandekę, dzięki której nie musimy tkwić w namiocie i możemy sobie siedzieć na sucho, paląc jednocześnie ognisko i kontemplując przezierające przez białe brzozy jezioro. Kotom też się podoba. Wokół nie ma ludzi, czują się bezpiecznie. Pimpka nie trzeba nawet pilnować, kapiąca z bidonu woda to największa pimpkowa atrakcja, nawet nie zwraca uwagi na biegające wokół chipmunki. Ciszę przerywa tylko głos nura. Na razie jest cudnie, żeby tylko jutro nie padało.

        Rano budzi nas grzechot deszczu w materiał namiotu. Dźwięk przemiły przy zasypianiu, rano złowróżbny, wieszczący pogrzebanie wszelkich planów. Przyrządzamy śniadanie na naszym starym okopconym kocherku z lat 60., jak wiele razy pisałam, projekcie nie do pobicia. Gdyby ktoś chciał go wyprodukować na nowo z lekkiej stali, to byłby to przebój sezonu. Zastanawiamy się, co robić. Jedyne wyjście to zwiedzanie cywilizacji, czyli odległego o 40 km Kirkland Lake.

        Na początku wieku na tym terenie pojawili się inwestorzy szukający złota. Największy obóz poszukiwaczy powstał na brzegu jeziora, nazwanego Kirkland Lake na cześć panny Winnies Kirkland, secretary of the Ontario Department of Mines w Toronto, która paradoksalnie w mieście podobno nigdy nie była, a już w 1928 roku sześć większych kopalni prowadziło wokół wydobycie. Urobek z nich zasypał jezioro, od lat 80. dwie kopalnie odwracają ten proces. Kirkland Lake znane jest nie tylko z produkcji złota, ale także słynnych hokeistów, ale to już inna historia. Miasto jest czyste, zadbane, ma około 8 tysięcy mieszkańców, którzy z wielką pieczołowitością i oddaniem dbają o jego historyczne pamiątki. Gdyby ktoś nagle znalazł się w Kirkland Lake, nic o nim nie wiedząc, zorientuje się w jego charakterze natychmiast. Zabytkowe kopalnie, pomniki pamięci, sylwetki górników, murale, wszystko to mówi o tym, że to górnicze zagłębie.

        Wjeżdżamy do miasta od wschodu, wita nas tablica z nazwą i czarnymi sylwetkami górników z palącymi się lampami na głowach. Nieco dalej tuż przy głównej drodze pielęgnowane przez wolontariuszy miłośników historii miejsce kopalni Toburn. Zwiedza się je bezpłatnie na własną rękę przy pomocy ulotki. W niej opisane budynki i zwiezione z okolicy skały, między innymi te z żyłkami prawdziwego złota i pirytu, fałszywego złota zwanego złotem głupców. Takie minimuzeum geologii. Ulotka zachęca do wzięcia z górniczego wózka na pamiątkę rdzeni wiertniczych, czyli wywierconych skał w postaci długich cienkich walców, które potem rozkruszano, by wydobyć z nich złoto.         

        Zatrzymujemy się przy Miners Memorial, upamiętniającym górników, którzy zginęli w okolicznych kopalniach. Dramatyczny pomnik obrazujący ich pracę, pozłacane postacie, jakby zastygłe po dotyku króla Midasa. Przy tym trzy tablice z nazwiskami, w tym wiele polskich, za wiele.

        Zaraz za pomnikiem, jak na ironię, przepiękna rezydencja w stylu “praire/craftsman” sir Harry’ego Oakesa, właściciela kopalni, inwestora i filantropa, w której mieszkał z rodziną. Podobno Oakes przybył do Kirkland Lake w początkach 20. wieku z niecałymi 3 dolarami, wyjechał z niego w latach 30. jako milioner, zwiewając przed podatkami na Bahamy.

        Bogactwo nie przyniosło mu spokojnej starości, skończył marnie, brutalnie zamordowany. Posądzany o morderstwo niechciany zięć został uwolniony od zarzutów, prawdziwego mordercy nigdy nie znaleziono.

        Dziś w Oakes Hall znajduje się bardzo ciekawe Museum of Northern History. Są pozostałości wyposażenia domu państwa Oakesów, minimuzeum kopalnictwa z eksponatami z epoki, wypchani przedstawiciele miejscowej fauny, elementy wyposażenia hotelu prowadzonego przez chińskiego właściciela. Zwiedza się je za „co łaska“.

        Archiwalne zdjęcia z wręcz katorżniczej pracy górników robią wrażenie. Jakże przy tym łatwe i luksusowe wydają się początki emigracyjnego życia w Kanadzie naszego pokolenia. Przypominają nam się opowieści śp. Pana Edmunda Kamińskiego, którego mieliśmy zaszczyt poznać, żołnierza Brygady świętokrzyskiej Narodowych Sił Zbrojnych, który swój tułaczy los w Kanadzie także zaczynał w kopalni, w Rouyn-Noranda w Quebecu. To tylko niecałe sto kilometrów od Kirkland.

        Rouyn-Noranda słynie nie tylko z kopalni miedzi, ale także złota i rud żelaza. Współcześnie to duże, ruchliwe miasto, o jego początkach przypomina zachowany budynek General Store z 1924 roku nad jeziorem Osisko, gdzie powstało górnicze miasteczko z kilkuset mieszkańcami, odizolowane od świata do 1927 roku, kiedy dotarła tu kolej. Po II wojnie światowej polscy żołnierze, którzy znaleźli się na Zachodzie, bo albo nie mieli gdzie wrócić, bo ich dom nagle znalazł się po drugiej stronie granicy, albo decydowali się zostać, słysząc o losie tych, co powrócili pod sowiecką okupację, byli łatwym łupem dla kopalnianych pośredników werbujących do pracy. Przywołajmy tu wspomnienia pana Kamińskiego.        

        „Do nas przyjechał amerykański kupiec, wagę przywiózł. To mi mówili chłopacy, bo tam przeszło pierwszych stu zabrali do kopalni, do pracy, że oni stawiają na wagę. To ja sobie kamieni powkładałem (śmiech). To patrzą i mówią, gdzieś robił, to ja że w kamieniołomach, bo to na kopalnię, to coś musiałem mówić. I przyjął mnie. (...) Tak że w 48 roku na Boże Narodzenie byłem na okręcie, a na Nowy Rok w Halifaksie i stamtąd przywieźli nas do Norandy. W Norandzie było nas trzydziestu chłopaków, bo amerykańska kompania, Noranda, jest słynna. Wie pan, ile nam płacili na początku? 86 centów na godzinę, sześć dni robiliśmy. (...) Mieszkałem koło kopalni, tam było jedzenie i spanie. Przyjechałem w styczniu, 1 stycznia, a żona przyjechała dopiero we wrześniu. A jak skwitowałem kopalnię, to co mogłem zarobić, to było dolar osiem. Jak sobie teraz wyobrażam, wiesz pan, jak nas Amerykanie doili, pięć lat robiłem za dolara.(...) Nie było żadnych ubezpieczeń, żadnych emerytur, nic. Rok był kontrakt, trzeba było odrobić.”

        Jedziemy na pobliski cmentarz. Cmentarze więcej mówią o historii niż niejedno muzeum. Byli żołnierze sprzymierzonych armii spoczywają w jednej kwaterze. Wszędzie polskie nazwiska. Jak pokazują archiwalne zdjęcia i wspomnienia pana Kamińskiego, Polacy organizowali się, kochali, żenili, rodziły się dzieci. Czy byli szczęśliwi? Czy bardzo tęsknili za Polską? Czy śnili sen emigranta, niewytłumaczalne zjawisko dotykające prawie wszystkich Polaków zmuszonych opuścić kraj? Wielu dożyło tu, na obcej ziemi, późnej starości, inni zginęli w kopalniach. Większość z nich Ojczyzny, której ich pozbawiono lub z której wygnała ich bieda, nigdy więcej nie zobaczyła.

  Natrafiamy na grób tragicznie zmarłego dr. Andrzeja Ożegowskiego. To o nim chyba opowiadał Gońcowi pan Kamiński. „Do Norandy przyjechał też doktor A. Ożegowski, krótko pracował w kopalni, potem dostał posadę u angielskiego lekarza, gdzie przyjmował pacjentów. Został zamordowany nożem przez pacjenta pochodzenia ukraińskiego. Sąd uznał, że zabójca był umysłowo chory. O tej sprawie głośno było w całej Kanadzie. My straciliśmy lekarza, doktora Ożegowskiego wszyscy żegnali z bólem.”

        Wreszcie wychodzi słońce, podświetlając rząd krzywych białych krzyży, w tle, w oddali, na miejscu kopalni, teraz huta przerabiająca odpady miedzi, złota i platyny. Symboliczny widok.

        Kolejny dzień. Nie pada, choć jest parno i chmurno. Jedziemy wdrapać się na górę, po drodze mijając górnicze Virginia Town. Jaki kontrast w stosunku do Kirkland Lake, bida i brzydota wyziera z każdego kąta, jakby miasteczko przygniótł widok górującej nad nim Mount Cheminis, choć przecież to nie jest Everest, ledwie 500 metrów n.p.m. Dziwna to góra, w kształcie kopuły o pionowych bokach z zupełnie płaskim wierzchołkiem. Wszystkie opisy posadawiają ją na granicy Ontario i Quebecu, ale przyglądając się mapie, wygląda na to, że jednak jest po quebeckiej stronie, co postanowili przypieczętować frankofoni, oszpecając ją w samym środku od strony Ontario niebieską lilią. Boczna droga do parkingu rozmyta deszczami, więc nadkładamy parę kilometrów na piechotę do startu szlaku. Potem to już niecała godzina na wierzchołek. Pod samym podnóżem robi się ostro pod górę, ktoś tu zainstalował druty i sznury do pomocy. Jest potwornie ślisko po deszczu. Ostatnie tak na oko 10 metrów to już prawie pion. Ktoś zawiesił linę. Włazimy na górę, jeszcze kilkadziesiąt metrów płaską już ścieżką i widok na okolicę naprawdę wart trudu, choć horyzont zamglony. Wejść łatwo, zejść trudniej. Palce się w ogóle “nie kleją” do mokrej skały, wyślizganej setkami rąk i nóg, buty też się ślizgają. Mam trochę stracha, kombinuję, czy nie złazić na bosaka. Najłatwiej byłoby zejść, trzymając się liny, ale wydaje się bardzo stara i nie mam do niej zaufania. Na szczęście mamy karabinek, wpinam się do liny na pasku od spodni i złażę asekurowana przez Andrzeja.

        Ale na samą górę nie trzeba się koniecznie pchać. Z rumowiska u podnóża też jest piękny widok. Wracając, napychamy torbę koźlakami, będziemy je potem suszyć na ognisku. Spotkani po drodze Francuzi próbują nawiązać z nami kontakt. Oni pięć słów po angielsku, my tyleż samo po francusku, ale słowo Pologne wprowadza ich w wielką sympatyczną radość, więc my się też cieszymy.

        Wypożyczamy jeszcze potwornie ciężkie plastikowe canoe w parku, żeby przez kilka godzin popenetrować kilka okolicznych jeziorek. Nie bardzo nadaje się na portaże, ale co zrobić, innych nie ma. Niektóre trasy zawalone kłodami, mało uczęszczane. Krajobraz nieco obcy, zupełnie inny niż w południowym Ontario. Nie pada, świeci słońce. Nic więcej do szczęścia nam nie potrzeba. Na do widzenia śpiewa nam nur lodowiec.

Joanna Wasilewska
Andrzej Jasiński
        Wspomnienia pana Edwarda Kamińskiego można znaleźć tutaj

Ostatnio zmieniany sobota, 07 maj 2016 09:07
Zaloguj się by skomentować