Goniec

Register Login

Taaaka ryba!

Oceń ten artykuł
(4 głosów)

        Moja „kubańska” przygoda wędkarska trwa od wielu lat. Każdego roku staram się spędzić tam wędkarskie wakacje. 

        Tak też było w tym roku. Zaplanowany na początek września wyjazd został niestety wymazany z kalendarza poprzez wizytę huraganu „Irma”, który to przeszedł nad Cayo Coco (moje miejsce docelowe) dokładnie tego samego dnia, kiedy ja miałem tam być. 

        Z niedowierzaniem oglądałem zdjęcia pokazujące zniszczenia z tego regionu. Wszystkie hotele oraz port lotniczy uległy poważnym uszkodzeniom. Lotnisko przypominało krajobraz po bitwie! 

        Osobiście byłem przekonany, że miną lata, zanim ktokolwiek wyląduje po raz pierwszy na tym lotnisku i zanim hotele ponownie dadzą zatrudnienie wielu Kubańczykom. Jadąc na wakacje, bardzo rzadko myślimy o tych, którzy nas obsługują i dla których praca w hotelach jest jedyną możliwością utrzymania rodziny. W chwili katastrofy, jaka miała miejsce na Kubie (szczególne w rejonie Cayo Coco), wielu ludzi znalazło się bez środków do życia! 

        My, Polacy, wiemy, że „komuna” nie dba o obywatela. On się sam musi wyżywić. W takiej sytuacji nawet najmniejsza pomoc jest na wagę złota i o tym warto pamiętać. Nasi kubańscy przyjaciele nigdy nam tego nie zapomną.

        Moja podróż doszła do skutku 3 listopada. Jest to o tyle ważne, że jak się okazało, był to pierwszy „pionierski” lot do Cayo Coco po katastrofie. Kiedy wylądowaliśmy, na płycie lotniska otoczył nas tłum reporterów oraz oficjeli. Oklaski, uśmiechy, zdjęcia, wywiady! 

        Nawet obsługa lotniska włącznie z pracownikami imigracyjnymi (zwykle bardzo sztywnymi) była cała w uśmiechach. Przed lotniskiem kolejne powitania oraz uśmiechy! Wszyscy ogromnie byli wzruszeni i zadowoleni. 

        Wszak turyści to pieniądze nie tyko dla rządu, ale również dla pracujących tam ludzi. Jeden z moich zaprzyjaźnionych pracowników lotniska wyściskał mnie i ze łzami w oczach powtarzał, że jest ogromnie szczęśliwy, widząc mnie ponownie. Powiedział, że wszyscy pracownicy lotniska, wojsko i wielu ochotników pracowało przy jego odbudowie za darmo i po bardzo wiele godzin dziennie, wiedząc, że bez jego otwarcia nie będzie turystów. Bez turystów nie ma pieniędzy. Lotnisko zostało uruchomione, ale gołym okiem widać, że miną miesiące, a może lata, zanim będzie, jak było. Zresztą sama droga z lotniska do hotelu też jest pełna zniszczeń. Połamane drzewa, palmy bez liści, zniszczone hotele oraz zaplecze handlowe. 

        Wszędzie widać tłumy ochotników pracujących za darmo (lub półdarmo). W chwili gdy przybyliśmy na miejsce, jedyny funkcjonujący Hotel Sol Cayo Coco przyjął naszą 40-osobową grupę „pionierów” szampanem, przecięciem wstęgi oraz widoczną radością całej obsługi. 

        Widać było, że otwarcie hotelu kosztowało wiele wyrzeczeń i naprawdę ogromnego wysiłku, ale ja to osobiście ogromnie doceniam! Serdeczność, z jaką nas przyjmowano, ogromna, przyjazna uprzejmość, uśmiechy oraz często bardzo osobiste opowieści, jak przeżyli huragan, były bardzo przejmujące. Kto wie, jak trudno być uśmiechniętym, mając taką trudną sytuację, nie patrzy na drobne niedociągnięcia. 

        Uważam, że należy się wszystkim „normalnym” Kubańczykom wiele uznania i szacunku! W chwili obecnej otwarto kolejne hotele i zachęcam wszystkich do wakacji na Cayo Coco. Będzie to najlepsza pomoc dla wszystkich bardzo potrzebujących pomocy mieszkańców tego rejonu Kuby. I proszę być wyrozumiałym!

        Ale wróćmy do ryb. Od 15 lat jestem zaprzyjaźniony z, moim zdaniem, jednym z najlepszych „fishing guide” na Kubie. Relatywnie młody (42 lata) Dunyesky Urbano Ortega, od chwili gdy go poznałem, miał w sobie nieprawdopodobny instynkt do wędkowania. Ale oprócz tego ma też ogromną wiedzę. Skończył ichtiologię, ale zamiast siedzieć w biurze i oglądać ryby na zdjęciach lub w słoikach, wybrał „wolność”, czyli pracę w terenie. Innym razem opiszę nasze liczne przygody wędkarskie. 

        Normalnie „Duny” ma swoją bazę w Don Paradon na Cayo Romano. Mała zatoczka z kilkoma słupkami, do których jest zacumowanych 4-6 łódek.  Każda maksymalnie 20 stóp długości z pojedynczym silnikiem i praktycznie bez żadnej elektroniki. Kilka lat temu „przemyciłem” dla niego ręczny GPS, który „zwinęła” mu ostatnio „Irma”. Tak więc w tym roku musiałem ponownie dokonać tej operacji. Gdy Duny otrzymał nowszy i lepszy GPS na początku naszych wakacji – miał uśmiech dookoła głowy! Jest to nieprawdopodobnie ważne urządzenie dla przewodnika wędkarskiego, bo pozwala zaznaczać punkty na bezkresnej wodzie, w których trzymają się ryby! A ryby tam są ogromne. 

        Ponieważ przystań w Don Paradon uległa zniszczeniu, tym razem Duny trzymał łódź w porcie w Cayo Guillermo. Jest to istotna informacja. Don Paradon – jest jeszcze bardzo mało znanym miejscem i znacznie mniejsza jest tam konkurencja wędkarska. 

        W Cayo Guillermo jest kilka dużych łodzi (35-50 stóp długości), znakomicie wyposażonych i głównie nastawionych na turystów z hoteli. Osobiście omijam takie łodzie z daleka. Dlaczego? Jest to, moim zdaniem, typowa pułapka na tych, co o wędkowaniu nie mają dużego pojęcia. Owszem, łódka taka jest wygodna, duża i bezpieczna. Ma dach, który daje dużo cienia, w którym to dobrze można napić się piwa. Nawet można wygodnie usiąść i oglądać wędki, kiedy godzinami statek taki ciągnie te same przynęty po powierzchni oceanu. Efekt jest taki, że ktoś nam podaje piwo, ktoś zmienia przynęty, ktoś prowadzi łódź, a my wygodnie, jak na kanapie, patrzymy znudzeni na ocean, od czasu do czasu ewentualnie wyciągając barakudę. 

        Dlaczego tak się dzieje? Jest wiele powodów. 

        Na Kubie, by obsługiwać tak dużą i szybką łódź (która może nagle obrać kurs na Miami), trzeba mieć zaufanie władzy. Niekoniecznie zaś trzeba wiedzieć, „co w wodzie piszczy”. Oznacza to, że często kapitanowie takich łodzi o wędkowaniu wiedzą bardzo mało. 

        Drugi powód to sposób łapania. Większość tak dużych łodzi jako technikę łapania stosuje „trolling”, czyli ciągnięcie przynęt za łodzią. Są to zwykle woblery typu Rapalla lub lures przypominające latającą rybę (pióra lub frędzle). 

        Zwykle taka łódź ciągnie jednocześnie od 2 do 5 wędek w nadziei na „uderzenie”. Oczywiście to się zdarza, ale jeśli uświadomimy sobie, że prawie 90 proc. wszystkich łodzi wędkarskich próbuje penetrować tylko powierzchnię oceanu (czyli pierwsze 5-40 stóp), gdzie ryba jest już bardzo przetrzebiona – to wyniki są łatwe do przewidzenia. Z takiej dużej łodzi stosowanie innych technik jest po prostu bardzo trudne i dlatego pomimo znacznie trudniejszych warunków do wędkowania (i braku miejsca do picia piwa) zdecydowanie wolę małą zwrotną łódź mojego przyjaciela. 

        Zanim przejdę do technik łapania, wspomnę o jednej bardzo istotnej sprawie, jeśli wędkujemy z małej łodzi. 

        Ubranie. 

        Na dużej łodzi mamy dach, pod którym możemy szukać schronienia przed słońcem (i pić piwo). Na małej „łupinie” nie mamy szansy na cień. Owszem, można pojechać na ryby w podkoszulku lub krótkich spodenkach, bo bryza będzie nam dawała komfort temperatury, ale nieosłonięte części ciała dadzą nam w kość wieczorem i w praktyce ryzykujemy życie. Dlatego bardzo ważne jest, by planując takie wyprawy w tropiki, mieć odpowiednie ubranie z długimi nogawkami, rękawami, kapelusz oraz maskę na twarz. Tu nie ma żartów. 

        Lata temu (25), kiedy zacząłem moją przygodę połowów na oceanach (Floryda) i kiedy przeżyłem frustrację nowicjusza, gdy to bardzo kolorowe przynęty z Canadian Tire były zupełnie nieprzydatne, nauczono mnie, że na oceanie ryba jest zawsze głodna i zawsze bardzo agresywna. 

        Często prosty haczyk i kawałek ryby czyni cuda. 

        Ta najprostsza technika będzie zawsze skuteczna. Jeśli mamy hak, a nie mamy ciężarka, możemy spróbować „driftu”, pozwalając przynęcie swobodne opadać i być unoszoną przez prąd. Jeśli mamy „chum”, czyli poszatkowane kawałki odpadków rybnych w specjalnej siatce za łodzią, to nasz sukces jest murowany, bo zapach i kawałki ryb niesione przez prąd zanęcą ryby z ogromnego obszaru.

        Tak jak napisałem wcześniej, powierzchnia oceanu jest bardzo przetrzebiona, dlatego sięganie głęboko pod powierzchnię ma dużo sensu. 

        Głęboko to nie oznacza 5 – 10 m. To jest od 40 do 250 metrów. Tak, nawet 250 metrów jest bardzo atrakcyjnym miejscem, bo tak głęboko próbuje tylko niewielu wędkarzy, a wiele ryb, jak duże grupery czy snapery, żyje w dużej liczbie. 

        Wędkując tak głęboko, ważne jest, by nasza naturalna przynęta cały czas dotykała dna. Przy sporych prądach wymaga to poważnych ciężarków, nawet 250-500 gramów. Niestety, zaczepy oraz zerwanie zestawu jest typowym problemem. 

        I jeszcze jedna uwaga. Tak zwane „circular hooks” są jedynymi, jakich warto używać, i powinny być one stosunkowo duże – przynajmniej numer 3.

        Inna technika, która również pozwala sięgnąć głęboko, nazywa się „vertical jigging”. Czasami też znana jest pod nazwą „butterfly jigging”. Zachęcam do obejrzenia kilku filmów na YouTube. 

        Generalnie polega to na otworzeniu kołowrotka spinningowego i pozwoleniu przynęcie, którą jest bardzo ciężki specjalny jigg (250-450 gramów) na swobodne opadanie, do momentu gdy dotknie on dna. Następnie należy taki jigg bardzo szybko wyciągać, próbując nadawać mu bardzo nieregularne ruchy, by przypominał chorą czy uszkodzoną rybę. 

        Brzmi to prosto, ale to tylko pozory. Po pierwsze, sam sprzęt nie jest przypadkowy. Wędka krótka, bardzo elastyczna i ogromnie wytrzymała. Kołowrotek o ogromnym przełożeniu z plecionką minimum 90 funtów i pojemnością przynajmniej 300 metrów plecionki. Zwykle łowimy od 80 metrów i głębiej. Jeśli ktoś rzuci taki jigg 10 razy i wyciągnie go na powierzchnię, to nawet bez ryby jest to ciężka praca. Osobiście od jakiegoś czasu używam kołowrotka elektrycznego, co pozwala mi na godziny wędkowania bez nadmiernego zmęczenia. Istnieje jeszcze inny rodzaj jiggu, szczególnie skuteczny na grupery. Shimano Lucanus jigg. Inna technika łapania, ogromnie skuteczna i mniej męcząca. Zachęcam do zobaczenia filmików na YouTube. Obie techniki stosuję od dawna. Po raz pierwszy przywiozłem je na Kubę wraz z Pawłem Świtalskim, moim przyjacielem, 12 lat temu. Duny patrzył wówczas na to z ogromnym pesymizmem i niewiarą. Dziś jest on mistrzem tej techniki i wielkim jej promotorem. Praktycznie używając tej techniki, zawsze jesteśmy w stanie złapać „złotą rybkę”.

        Wracając do trollingu jako techniki wędkowania. Jest on ciągle skuteczny, ale wiele osób łapie tylko barakudy. By zwiększyć szanse złapania waho-waho czy sail fish, należy zwiększyć szybkość łodzi, co rzadko ma miejsce przy dużych łodziach, bo większa prędkość równa się znacznie większe zużycie paliwa. Operatorzy takich łodzi wiedzą, że klient i tak nie wróci na połowy, czyli pracują na pół gwizdka, bo po co się wysilać i spalać benzynę? 

        Z drugiej strony, ciekawość jest pierwszym krokiem do piekła. Kiedy każdego dnia wracając do portu, mieliśmy łódź pełną ryb (20 – 35 sztuk), i to znacznej wielkości, gromadził się wokół nas tłumek ciekawskich. Ponieważ inne łodzie (te duże) wracały do portu w tym samym czasie – ich kapitanowie oraz klienci – patrzyli z niedowierzaniem i zazdrością na nasze połowy. My mamy na nabrzeżu pełny wybór bardzo smacznych i atrakcyjnych ryb; oni jedną lub dwie barakudy. Wypytywanie o technikę łapania nie miało końca. 

        Odpowiedzi pozostawiłem Duny’emu – on fantastycznie potrafił „ciągnąć łacha” z zestresowanych konkurentów, wymyślając różne zabawne historie. Efekt był taki, że na następny dzień niektóre łodzie próbowały podążać za nami, „śledząc”, co my robimy. Na szczęście Duny wiedział, jak się pozbyć „big brothers”. 

        Powstaje pytanie, co robiliśmy ze złowionymi rybami? Czy jest powód, by tyle ich łowić? 

        Odpowiedź brzmi – TAK. Każda złowiona ryba trafiała do miejscowej rodziny, dla której był to często jedyny posiłek, jaki miała prócz ryżu. Na Kubie nie ma Costco czy Starsky’ego. Sklepy są tak samo puste, jak za komuny w Polsce. Złowione ryby są czyszczone i dzielone wśród potrzebujących. Część była dostarczana do lokalnego szpitala w Moron. Małą porcję zatrzymywaliśmy do własnej konsumpcji. 

        Niestety, pomimo że Kuba ma dostęp do oceanu, nie każdy wie, jak właściwie przygotować rybę. Najczęściej kucharze mają tendencje do jej przegotowania (smażenia na podeszwę). Trudno jest im wytłumaczyć, że ryba musi być na wpół surowa, by była dobra. W tym klimacie i przy rzadkim dostępie do tak świeżych ryb obawa przed bakteriami robi swoje. Następnym razem muszę zabrać wasabi i sos sojowy. To będzie najlepsze sashimi na Kubie! 

        Te wakacje miałem przyjemność spędzić z moim zięciem Arturem, dla którego były to pierwsze wakacje wędkarskie na oceanie. Zawsze w takim przypadku istnieje obawa, że ktoś może mieć chorobę morską i będzie bardzo szybko po zabawie. Na szczęście Artur okazał się prawdziwym wilkiem morskim. Natomiast zupełnym zaskoczeniem była dla niego siła, z jaką wszystkie złapane ryby walczyły. Wiele razy opowiadałem o tym, jak silne są to ryby i jak należy z nimi walczyć, ale… jak to zawsze jest – małe niedowierzanie. 

        Kiedy zahaczyliśmy pierwszą (wcale nie za dużą rybę – może 5 kg) Artur po jej wyciągnięciu długo dochodził do siebie. Na szczęście po kilku podpowiedziach, co robić i jak robić, bardzo szybko przeszedł od nowicjusza do profesjonalisty. 

        Pięć dni na oceanie i bardzo męska przygoda były znakomitym sprawdzianem męskości i przyjaźni! 

        Artur, dzięki za wspaniały czas! 

        A wszystkim ojcom i synom gorąco polecam taką przygodę!

Maciej Czapliński

Zaloguj się by skomentować