Goniec

Register Login

Tylko droga, mróz i śnieg (2)

Oceń ten artykuł
(4 głosów)

W środę zaczynamy od obfitego śniadania – jajecznicy z kiełbaskami. Okazuje się, że o. Gerard nie umie robić jajecznicy. Nie wie też, jak rozpalić piec (typu koza na drewno, takie piece stoją we wszystkich domach, również tam, gdzie my śpimy), dlatego korzysta tylko z ogrzewania elektrycznego. O. Marcin tłumaczy, że misjonarze z Afryki często nie znają rzeczy, które nam wydają się oczywiste, i potrzebują, żeby ktoś im to pokazał.

O. Gerard opowiada o życiu w rezerwacie. Przede wszystkim tłumaczy nam, że ludność rdzenna na tych terenach to Innu (spolszczona nazwa Innuici), a nie Inuici (ang. Inuit). Innu to Indianie leśni żyjący we wschodnim Quebecu i na Labradorze, Inuici – rdzenni mieszkańcy obszarów arktycznych. Nauczył się języka Innu i w nim odprawia Mszę św. Niestety częstym problemem w wiosce są narkotyki i alkohol. Rzeczywiście stoi tu kilka tablic z hasłami w rodzaju "Z miłości do swoich dzieci, nie dawajcie im narkotyków". Mówi o korupcji i podaje przykład hali, która miała mieścić lodowisko. Wioska dostała na ten cel 2 miliony dolarów. Wystarczyło na postawienie ścian i szkieletu dachu. Teraz budynek niszczeje, a jak zapytać rady plemienia, czy będzie kończyć budowę, gdy przyjdą kolejne fundusze, jej członkowie odpowiadają, że nie – hala będzie zburzona i zbuduje się nową, lepszą.

Śniadanie przeciąga się do południa, a naszym dzieciom zaczynają się zamykać oczy. O. Marcin zostaje z o. Gerardem i mają się przejść po wiosce. Zaglądają do kilku rodzin (co ciekawe, Innu nie pukają do drzwi, tylko po prostu wchodzą, nie zamykają też domów). O. Marcin jedzie też do wioski oddalonej godzinę jazdy skuterem na północ, w której od kilku miesięcy nie było kapłana. Wiedząc, że po nim przez dłuższy czas nikt do jej mieszkańców nie przyjedzie, świętuje z nimi Wielkanoc. Przywozi mięso świeżo upolowanego karibu, które jemy na obiad następnego dnia. W smaku jest podobne trochę do wołowiny, trochę do wątróbki.

Spotykamy się znowu o 17.00 na Mszy św. w kościele w rezerwacie. O. Gerard odprawia w języku Innu, o. Marcin głosi kazanie po francusku, które jest tłumaczone. Przychodzi może 10 osób. W niedziele wiernych jest nieco więcej, około 20 (w La Romaine w niedzielnej Mszy św. uczestniczy nawet 100 osób). W wiosce wszyscy są ochrzczeni. O. Gerard mówi, że niedługo będzie miał kolejny chrzest. Rodzice dziecka mają po 15-16 lat, obawia się, że później już ich w kościele nie zobaczy.

W czwartek rano nasza gospodyni pyta o. Marcina, czy mógłby odprawić Mszę w "wiosce francuskiej". We francuskim Natashquanie też jest kościół, jednak ksiądz zachorował i wyjechał, nikt nie przybył na jego miejsce. O. Marcin się zgadza, ale zauważa, że przecież mieszkańcy mają księdza, mieszka 5 kilometrów stąd. Na to pani odpowiada, że to jest ksiądz od Innu, a nie nasz. Poza tym tutaj Msza też jest o 17.00. Nic więcej nie trzeba wyjaśniać w kwestii stosunków między Natashquanem a Nutashkuanem.

Po śniadaniu wszyscy jedziemy dalej drogą numer 138 do miejscowości Kegaska. Tam droga się kończy. Robię zdjęcie końcowej tabliczki. Jeszcze niedawno nie moglibyśmy tu dojechać. Drogę do Kegaski dociągnięto 26 września 2013 roku, w tym czasie zbudowano też most na rzece Natashquan. Obecni mieszkańcy są potomkami kilku rodzin przybyłych z Perth w Ontario, dlatego większość mieszkańców mówi po angielsku.

Po drodze kolejny raz zauważamy, jak zmienia się krajobraz. Lasów jest coraz mniej, za to częściej pojawiają się płaskie, rozległe przestrzenie z wystającymi gdzieniegdzie kikutami karłowatych drzew. Płasko jak okiem sięgnąć, czasem w oddali widać jakieś góry. Takie tereny pojawiały się już wcześniej na naszej trasie. W Port Cartier przekroczyliśmy pięćdziesiąty równoleżnik.

Kegaska to nieduża miejscowość, właściwie niczym nie różni się od innych w tej okolicy. Niskie domy tak samo otoczone śnieżnymi zaspami. Podjeżdżamy do portu. Miasteczko usytuowane jest nad niewielką zatoką, z portu widać je jak na dłoni. Mróz szczypie w nosy, wieje silny wiatr.

Zaglądamy też na lotnisko. Mamy szczęście – akurat startuje samolot linii Air Labrador. W wielu miejscowościach są tego rodzaju niewielkie lotniska.

Jeden pas startowy, jeden niewielki budynek – terminal. Akurat stoi przed nim dodge caravan, śmieję się, że to taki "airport shuttle". Lotnisko jest przy bocznej drodze, z ciekawości jedziemy nią dalej. Zaspy wyższe od samochodu, zastanawiamy się, czy damy radę zawrócić, czy przyjdzie nam jechać na wstecznym. Okazuje się jednak, że jest zawrotka – specjalnie odśnieżona na miejscowym wysypisku. Przed droga powrotną, liczącą 43 kilometry, zatrzymujemy się jeszcze w sklepie.

Robimy obiad (dzisiaj karibu!) i we francuskim Natashquanie chcemy zobaczyć jeszcze jego główną atrakcję turystyczną – domki rybackie les Galets położone na piaszczystym półwyspie w centrum miasteczka. W 2006 roku zostały uznane za prowincyjne dziedzictwo historyczne. Mają 150 lat. Pierwsi osadnicy przybyli w to miejsce w 1855 roku. Zimą nie da się do nich dojść, wszędzie leży śnieg. Wchodzę chociaż na wydmę, żeby zrobić zdjęcie.

Słońce jest już nisko. Ładny widok. Można się domyślić, że plaża jest piaszczysta i latem przyciąga wiele osób. Teraz, przy temperaturze poniżej -20°C i silnym wietrze, nie sposób wytrzymać tu dłużej niż parę minut.

Wieczorem zaczynamy już myśleć o powrocie. Rozważamy pokonanie trasy w dwa dni, bez noclegu w Montrealu. Pakujemy się. Rafał, wynosząc rzeczy do samochodu, zwraca uwagę, że niebo jest wyjątkowo czyste. Sprawdza, jakie są szanse na zorzę polarną. Niby niewielkie, ale uznajemy, że możemy się przejechać. Jedziemy we dwójkę w kierunku Kegaski. Niestety zorzy brak.

Rano w piątek opuszczamy Natashquan. O. Gerard towarzyszy nam do Havre-Saint-Pierre, gdzie zatrzymujemy się na wczesny obiad, i do położonej kawałek dalej wioski Mingan. To jego druga parafia. Tu się rozstajemy. Ponownie nocujemy w Baie-Comeau, tym razem w centrum, nad Rzeką Św. Wawrzyńca w hotelu Le Manoir – budynek pochodzi z 1937 roku. A w sobotę realizujemy plan powrotu do Toronto bez noclegu w Montrealu. W domu jesteśmy w niedzielę nad ranem. Nie spodziewałam się, że drogi w Quebecu będą tak dobrze utrzymane. Są wspaniale odśnieżone, często mija się pracujące pługi. Raz, jadąc, zauważyliśmy w oddali wielki tuman śniegu. Gdy się zbliżyliśmy, okazało się, że to właśnie pług, który wydmuchuje śnieg na bok. Już wiadomo, jak tworzą się olbrzymie burty wzdłuż drogi. Mieliśmy też szczęście, że nie trafiliśmy na duże opady śniegu. Dzięki temu nawierzchnia była sucha, raczej czarna, lód pojawił się na drodze do Kegaski. Stan dróg można sprawdzać w Internecie na stronie quebeckiego ministerstwa transportu (podany jest stan nawierzchni i widzialność).

Gdy wyruszaliśmy, droga była dla mnie celem samym w sobie. Bardziej chodziło o to, żeby jechać, niż żeby zobaczyć coś konkretnego. Żeby zaznać drogi, mrozu i śniegu. Chyba trudno mieć inne nastawienie, gdy więcej czasu spędza się w samochodzie niż w miejscu docelowym. Teraz jednak bym powiedziała, że podróż miała cel – były nim odwiedziny u o. Gerarda, który w pewnym momencie stwierdził, że ma tu więcej niż niejeden proboszcz w Afryce, ale brakuje mu ludzi. Odwiedziny może nawet bardziej potrzebne jemu niż nam. W Wielkim Poście odbyliśmy już swoje rekolekcje.

Katarzyna Nowosielska-Augustyniak

Zaloguj się by skomentować