Goniec

Register Login

W podwodnym świecie - Goniec zaprasza do Ripley's Aquarium

Oceń ten artykuł
(5 głosów)

Gdyby nie Jacek, pewnie nigdy nie wybralibyśmy się do torontońskiego Ripley's Aquarium. Rafał obiecał wcześniej Jackowi, że pojedziemy na lotnisko oglądać samoloty, ale w ostatnią niedzielę pogoda nie zachęcała do takich wycieczek. Musieliśmy więc wymyślić jakąś alternatywę. Dlaczego by więc nie pooglądać rybek...

Akwarium znajduje się w centrum miasta, obok Rogers Centre i CN Tower. Dojazd jest prosty – metrem do stacji Union, a potem pieszo. Można też podjechać tramwajem 509 lub 510 z Union do przystanku Lower Simcoe Street i stamtąd przejść. My podjechaliśmy – urzekł nas kontrast starego tramwaju, który wjeżdża na nowiutki podziemny peron na stacji Union. Pętla ma tak mały promień, że obserwując skręcający tramwaj, mieliśmy wrażenie, że zaraz przytrze dachem o ścianę.

Ale wracając do akwarium... Trzeba przyznać, że nie jest to tania wycieczka. Bilet dla osoby dorosłej kosztuje 30 dolarów, dla seniora (powyżej 65 roku życia) i dziecka w wieku 6-13 lat – 20 dolarów, a dla dziecka mającego od 3 do 5 lat – 10 dolarów. Po godzinie 19.00 wstęp jest o 5 dolarów tańszy. W niedzielę o tej porze kolejek do kas nie było.

Główną atrakcją Ripley's Aquarium jest podwodny tunel pod olbrzymim zbiornikiem o pojemności prawie 2,5 miliona litrów, w którym pływają rekiny, płaszczki i ławice mniejszych kolorowych ryb. Można też wypatrzyć żółwie. Jest to najdłuższy tego rodzaju tunel w Ameryce Północnej. Rzeczywiście robi wrażenie. Dla leniwych część korytarza zastąpiono taśmowym chodnikiem, więc można oglądać podwodne stworzenia, nie ruszając się z miejsca.

Ekspozycja zaczyna się od prezentacji mieszkańców rodzimych wód. Mamy więc akwarium z rybami żyjącymi w Wielkich Jeziorach, mniejsze akwaria z ośmiornicami, homarami czy niezbyt urodziwymi murenami, które jednak bardzo zainteresowały Jacka. Na końcu tej części znajduje się jedno duże wysokie akwarium, w którym imitowane jest falowanie oceanu u wybrzeży Kolumbii Brytyjskiej.

Następnie zatrzymujemy się przy zbiorniku mieszczącym rafę koralową. Żyje w nim ponad 100 gatunków ryb mieniących się wszystkimi kolorami. Potem przechodzimy przez wspomniany podwodny tunel i kierujemy się do centrum edukacyjnego. Kto chce, może np. dotknąć krabów, jest też mały tunel dla dzieci prowadzący przez akwarium z kilkoma niedużymi rekinami (akurat na wysokość Jacka) czy walcowate akwaria z kopułami od spodu, oferujące możliwość obserwacji ryb z bliska.

W drugiej części mamy galerię z dziwnymi gatunkami, takimi jak np. konik morski, który bardziej przypomina wodorosty niż coś, co żyje. Dalej siadamy przed wielkim akwarium, w którym pływają płaszczki. Niektóre pozostają przy dnie, inne majestatycznie przepływają przed naszymi oczyma. W następnym pomieszczeniu oglądamy galaretowate, zmieniające kolory meduzy.

Kolejna część ekspozycji ma dawać wyobrażenie o tym, jaka maszyneria jest potrzebna, by wszystkie gatunki miały odpowiednie warunki do życia. Znajdują się tu zbiorniki, filtry i setki metrów rur.

Ostatnią atrakcją jest płytki basen połączony ze wspomnianym wcześniej akwarium z płaszczkami, w którym każdy może zanurzyć rękę. Pływają tu nie tylko płaszczki, lecz także małe rekiny, ale obsługa upomina, by tych drugich nie dotykać. Jacek jednak nie chce dotykać płaszczek. Łapie tylko za rękę Rafała i ją zanurza w wodzie. Można tu też popatrzeć z góry na ogromne akwarium z podwodnym tunelem. Droga do wyjścia prowadzi przez sklepik.

Jackowi akwarium od razu się spodobało. Co chwila powtarzał "plum" (w jego mowie oznacza to rybę) i chodził od szyby do szyby, nie bacząc, czy podążamy za nim. Z racji wieku nie korzystał jeszcze z oferty edukacyjnej, a my też, starając się dotrzymać mu kroku, niespecjalnie mieliśmy możliwość zapoznania się z treścią plansz czy stanowiskami interaktywnymi. Nie oznacza to jednak, że osoba dorosła z wizyty w akwarium nie korzysta. Przy dużych zbiornikach np. z płaszczkami czy kolorową rafą koralową są zrobione podesty, na których można posiedzieć i poprzyglądać się podwodnemu światu. Na szczęście dziecko też się wtedy przygląda, a nie pruje do przodu. Nawet nie wiadomo, kiedy traci się poczucie czasu. Człowiek znów czuje się mały wobec potęgi przyrody.

Tylko nasuwa się pytanie, czy warto za to płacić aż 30 dolarów... Raz, z dzieckiem lub gośćmi z Polski, owszem można, ale czy częściej...?

Katarzyna Nowosielska-Augustyniak

Ostatnio zmieniany wtorek, 05 styczeń 2016 21:14
Zaloguj się by skomentować