Goniec

Register Login

WOŁYŃ, PODOLE - maj 2017 r. [cz.1]

Oceń ten artykuł
(3 głosów)

        Tym razem pojechałam na Ukrainę dzięki panu prof. Porowskiemu i pani dr Eli Litwin, a towarzyszyła nam pani Małgorzata Górska, wszyscy z Instytutu Wysokich Ciśnień w warszawie. Koszt niewielki, tylko 400 zł. na 6 dni, bo przejazdy autobusem opłacił Harcerski Zespół Pieśni i Tańca „Dzieci Płocka”. Sympatyczną, utalentowaną i karną 40-osobowa grupą młodzieżowo-dziecięca kierował niezmordowany druh Tadeusz Milke z trzema pomocnikami, a bogatą dokumentację fotograficzną przygotowywał pan Jan Waćkowski. Trzeba również wspomnieć 2 mistrzów kierownicy, niezawodnych i sprytnych…

        Mając tak sympatyczne towarzystwo, a przede wszystkim młodych w autobusie, zaproponowałam panu Tadeuszowi, że podzielę się w autobusie, podczas jazdy wiadomościami o miejscach które będziemy zwiedzali, bo takie sobie przygotowałam. Dostałam zgodę i gadałam!

Dzień 1

   Wyjeżdżamy z Warszawy o 7.30. W Hrebennem, na granicy czekamy dzięki kierowcy tylko 3 godziny (!), a następnie przez Rawę Ruską, omijając Lwów, pędzimy do zaprzyjaźnionych Przemyślan. Co widzimy po drodze:

- wielkie pola zaorane, obsiane rzepakiem, zbożem, trochę nieużytków na których liczne kopczyki formują nie krety, ale  mrówki (!),

- zrujnowane kościoły, liczne cerkiewki, kapliczki, biedne domostwa, podwórka zagracone, w ogródkach brak kwiatów, mało drzew owocowych,

- brzydkie pomniki zwykle złote, srebrne i białe,

- w dolnej części słupy telefoniczne i poręcze mostów pomalowane na niebiesko-żółto

- na przedmieściach Lwowa mijamy hotel „Warszawa” luksusowy na warunki ukraińskie,

- litr paliwa o 2 zł. tańszy niż u nas.

        Dojeżdżamy na nocleg do PRZEMYŚLAN i tu miła niespodzianka. Wita nas ks. Piotr Smolka wraz z liczną grupą miejscowych dzieciaków (od 3 do 15 lat) które entuzjastycznie nas witają śpiewem polskich piosenek. Są też mamy dumne ze swych pociech i też podśpiewujące. To on, ks. Piotr odbudował kościół w Przemyślanach, a teraz  pracuje przy odnowie kościoła łacińskiego w Ciemierzyńcach.

        Po sutej kolacji, z rewelacyjnym barszczem ukraińskim, polski zespół zaprosił wszystkich do wspólnych tańców w takt żywych piosenek. To było wspaniałe, to był szał! Sama chciałam zatańczyć pomimo zmęczenia, ale trzeba iść spać, bo jutro ciężki dzień.  


Dzień 2

   Wyjeżdżamy do ZADWÓRZA, po drodze mijamy liczne stawy rybne, kilka pomniczków z napisami „Sława Ukrainie” i flagami banderowskimi. 

   Tu 17 sierpnia 1920 roku miała miejsce bitwa, w czasie wojny polsko-bolszewickiej pomiędzy oddziałem 330 polskich Obrońców Lwowa pod dowództwem kpt. Bolesława Zajączkowskiego a siłami bolszewickiej Pierwszej Konnej Armii Siemiona Budionnego. Rozegrała się na dalekim przedpolu Lwowa, 33 km od tego miasta w pobliżu wsi Zadwórze tuż przy torach kolejowych. Celem obrońców było opóźnienie podejścia wojsk bolszewickich do Lwowa. Heroiczna obrona zakończyła się sukcesem operacyjnym wojsk polskich, ale znaleziono 318 ciał polskich żołnierzy, zmasakrowanych i obrabowanych. Rozpoznano tylko 106 z nich. Wszystkich poległych pochowano początkowo w zbiorowej mogile w pobliżu miejsca bitwy, ale później ciała 7 obrońców i wśród nich kapitana Bolesława Zajączkowskiego, złożono uroczyście na Cmentarzu Obrońców Lwowa w kwaterze Zadwórzaków. Pozostali zostali pochowani na wojskowym cmentarzu w Zagórzu u stóp kurhanu.

   Zginął wówczas 19-letni Konstanty Zarugiewicz, którego matka Jadwiga Zarugiewiczowa, w 1925 roku wybrała jedną z trzech trumien ze szczątkami nieznanego żołnierza, które umieszczono w Grobie Nieznanego Żołnierza w Warszawie.

   Jesienią 1920 r. na miejscu bitwy saperzy usypali dwudziestometrowy kurhan-mogiłę, na którym w 1927 r. ustawiono 4-metrowy słup z krzyżem. II Rzeczpospolita uczciła pamięć poległych ustanawiając Krzyż Zadwórza, którym uhonorowano obrońców Kresów. W 1990 r., na jednej z kolumn Grobu Nieznanego Żołnierza, wśród tablic z pól bitewnych, umieszczono obok Lwowa – Zadwórze.

   Cały teren nekrofili Polacy odrestaurowali z wielką pieczołowitością i smakiem. Pod krzyżem były kwiaty, a my przy mogiłach zapaliliśmy znicze. Młodzi Płocczanie odśpiewali dostojnie i z powagą dwie pieśni harcerskie. 

        Tuż obok stoi chałupka, z której zaciekawiona matka z dwojgiem dzieci wyszła, aby popatrzeć kto przyjechał i kto tak śpiewa. Zapytałam jej synka czy wie, kto tu został pochowany, ale nie wiedział, tylko ciekawość…

        Dalej jedziemy do WYŻNIAN, gdzie w 2013r. parafianie z kościoła św. St. Kostki w Warszawie z pracownikami IWC postawili krzyż przed zrujnowanym kościołem św. Mikołaja. 

Kościół pw. św. Mikołaja

        Opowiadam „Dzieciom Płocka” że kościół ten pochodzi z 1400 r. Został zbudowany przez małżonków Jana i Małgorzatę Klusów. Byli oni właścicielami znacznych dóbr na Rusi Halickiej zwanych Klusowszczyzną, do których należały również Wyżniany. W pierwszej połowie XVII w., kościół był spalony przez kozaków, w 1721r. – odbudowany. W 1848r. Austriacy zniszczyli krypty z nagrobkami fundatorów oraz dobroczyńców parafii. W 1929 r. kościół rozbudowano a w latach 1942-1943, Stanisław Teisseyr’e, Stanisław Borysowski, Margarit i Roman Sielscy upiększyli wnętrze polichromią. Po II wojnie światowej władza radziecka umieściła tu magazyn kołchozu.

        Po 4 latach widać zmiany. Usunięto gniazdo wron, wzniesiono wieżę, postawiono ławki, przy ołtarzu po obu stronach umieszczono obrazy Ojca św. Jana Pawła II i ks. Jerzego Popiełuszki, a w środku matka Boża z Dzieciątkiem.

        Nasz Krzyż stoi, otoczony barierką, są kwiatki. Zapaliłam znicz i wbiłam w ziemię flagę biało-czerwoną. 

        Zanim tu przyjdziemy z mieszkańcami uczestniczymy wcześniej we Mszy św. w cerkwi Bazylianów św. Jerzego,  (św. Jura) pod hasłem „Modlitwa bez barier” (Molitwa bez kordoniw) w intencji pojednania polsko-ukraińskiego, która trwała blisko 2 godziny. Według programu w tej uroczystości mieli uczestniczyć hierarchowie i duchowieństwo z Polski i Ukrainy, ale część osób nie dopisała i podobno miejscowy proboszcz nie wyraził zgody na polsko-ukraińskie uroczystości w swojej cerkwi. Polecenie jej otwarcia dostał jednak od swojego zwierzchnika dziekana Włodzimierza Sawczyńskiego, który był obecny na uroczystości podobnie jak władyka lwowski Benedykt, władyka Teodor, a ze strony polskiej – ks. Piotr Smolka i prof. Sylwester Porowski.  Nie przyjechał żaden biskup kościoła łacińskiego, nie było ks. Michała Hołdowicza z parafii Złoczów i nie dojechała pani Zofia Romaszewska. Coś w tym jest, chyba jednak brak zgody między hierarchami katolickimi i grekokatolickimi(?).

   Wierni wychodzą z cerkwi. Kobiety i dziewczynki wystrojone w koronki, kuse sukienki, wysokie obcasy, mężczyźni i chłopcy noszą koszule z haftami ukraińskimi na rękawach i przy szyi. Niektóre babuszki też silą się na nowoczesność i np. przy wszechobecnych chustkach na głowach mają niesymetryczne lub wycięte w zęby – spódnice. Pod krzyżem z łacińskimi literami, stoi balia z woda święconą i batiuszka leje nią wszystkich solidnie i po kilka razy.

   Tu spotykam miejscowego Polaka, który mi mówi, aby zabrać flagę sprzed Krzyża, bo ją zbeszczeszczą. Oddałam ją więc innemu rodakowi, który ją ucałował, potem mnie ucałował i dziękował, dziękował…

        Idziemy procesyjnie do kościoła św. Mikołaja, gdzie ks. Smolka ma poprowadzić nabożeństwo majowe i widzimy 10 policjantów, którzy kogoś pilnują (kogo i przed czym?) oraz krowy, które włączają się w procesję. Wchodzimy do kościoła św. Mikołaja, odmawiamy litanię i znów zaskoczenie, aby nie drażnić miejscowych w litanii loretańskiej nie ma wiersza - „Królowo Polski módl się za nami” ale „Królowo nasza…”.

        Pieśni śpiewają nasze dzieci i profesjonalny chór cerkiewny dziewcząt z Zastawnego. Władyka Teodor przypomina postać ks. Jerzego Popiełuszki, którego poleca nam naśladować i zło dobrem zwyciężać i jeszcze powiedział, że nikt nie zniszczy tego dobra, które jest między Polakami i Ukraińcami. Przypomniał, że już 1.200.000 Ukraińców jest w Polsce. 

   Podjeżdża samochodem władyka Benedykt i bierze udział w uroczystościach w kościele św. Mikołaja. Gdy wychodził, podchodził do swoich wiernych i błogosławił. Zobaczyłam, że ma dobre oczy i powiedziałam Mu o tym. Chyba się zdziwił! Ciekawa jestem, czy bp. Mokrzycki też tak uważa? 

   Po poczęstunku przygotowanym przez miejscową ludność dowodzoną przez uroczą, uśmiechniętą Panią Nadię, którą zdjęto ze stanowiska burmistrza (?) odbył się koncert chóru cerkiewnego, głównie dla miejscowych, którzy otaczali władykę. My jako goście staliśmy przy zastawionych stołach w przedsionku i nikt nas nie zaprosił do wysłuchania koncertu. Oczywiście ja się tam wkręciłam i nie żałuję. Śliczne młode kobiety, o pięknych głosach, pod dyrekcją żony dziekana Sawczyńskiego dały znakomity spektakl.

        Ze „względów bezpieczeństwa” nie odbył się też przewidziany w programie występ Dzieci Płocka” wspólnie z dziećmi ukraińskimi.

        I to tu właśnie, w Wyżnianach, władyka Benedykt odradzał naszym przewodnikom wyjazd w dniu jutrzejszym do Huty Pieniackiej i Podkamienia ze względów bezpieczeństwa, zwłaszcza z uwagi na dzieci. Zastanawiałam się nawet czy przypadkiem nie chodzi tu o to, aby Polacy zapomnieli i nie przyjeżdżali w te miejsca zbrodni UPA.

        Z małą grupką, pod dyktando Małgorzaty, udaliśmy się na cmentarz w Wyżnianach, aby zapalić znicze na starych, zapuszczonych mogiłach Polaków, mieszkańców tej ziemi. Znaleźliśmy partę grobów z czytelnymi napisami i datami zgonów. I tak np. Juliusz Bobolewski (1886), Hania Pasternak (1920), Józefa z Hamerów Lewińska (1881), w Grobowcu Marcichowskich złożono Stanisławę Zarębinę (1909), Karol Sikora (1933), Marcin Kędzierski (1839) i obelisk dwóch kapłanów – Wawrzyńca Puchalskiego, proboszcza wyżniańskiego, kanonika honorowego kap. lw. (1920) i wikariusza, ks. Józefa Sobolewskiego (1920). Był jeszcze jeden pomnik z piękna metalową rzeźbą Ukrzyżowanego, całkowicie ukryty w krzakach. Na Ukrainie, o polskości tych ziem mówią tylko mogiły!

        Tu chciałam zrobić zdjęcie i… okazało się, że zgubiłam komóreczkę. Nie mam już kontaktu z rodziną, nie mam numerów telefonów znajomych, utraciłam wszystkie zdjęcia i już nie zrobię ani jednego, chyba że fotograf, miły pan Jan prześle coś na moją pocztę e-mailową. Trudno, ale za to poświęciłam więcej czasu na czytanie polskich nazwisk na grobach, których jeszcze tam nie powalono.

        Wracamy do Przemyślan, gdzie na podwórcu odbywa się próba tańców „dzieci Płocka”. Patrzyłam cały czas, pełna radości i dumy z młodych i ich choreografów, a potem ks. Piotr dostał od nas darowiznę na swoją działalność, w tym od Joleczki Warszawianeczki.

        Wieczorem, tuż przed snem Małgorzata, moja współmieszkanka zadziwiła nas pamięcią. Recytowała trzy patriotyczne wiersze po moim występie z przedwojennym poematem żydowskim, który potem powtórzyłam w autobusie dla wszystkich. 

        Tu opuścili naszą grupę pan prof. Porowski i półAmerykanin, półPolak Romuald Puławski, (z tych Puławskich!) mówiący nieźle po polsku, właściciel posiadłości Manor and Farm w Olsztynku


Dzień 3

   Wstajemy o 4.30, aby dotrzeć na poranną Mszę św. w Kamieńcu Podolskim. Musimy pokonać 248 km również bocznymi, lokalnymi kiepskimi drogami. Jedziemy przez Złoczów, Tarnopol, Zborów, Terespol, Kopyczyńce, Borszczów i Skałę. Jest słonecznie i bardzo ciepło! Rozglądam się wokoło i co widzę! Złote cerkwie i cerkiewki, szafirowe dachówki, niebieskie płoty, nawet dziewczęta mają niebieskie i żółte wstążki we włosach. Na przydrożnych motelach napisy: restauracja, cafe, sauna! Przejeżdżają osobowe pociągi – ruina, brudne, klekoczące, ale ekspresy są już w miarę nowoczesne. Mijamy po drodze malutkie śmieszne autobusiki, jak zabawki i stare samochody osobowe. Wzdłuż dróg wąskie pasy nasadzeń, (głównie graby), które chronią drogi przed zaspami śnieżnymi. W wioskach Markety, Produkty (spożywcze) meble, apteki. 

        Ogromne pola czarnoziemu uprawione, dużo rzepaku, mało sadów. Nieużytki spotyka się tutaj sporadycznie. 

        W każdej miejscowości są jakieś pomniki. Na szczęście Bandery i Szuchczewicza nie widziałam, ale i te które widać od drogi są w złym guście. Najwięcej jednak jest kapliczek Matki Bożej, świętych, kilka Szewczenki i Chmielnickiego. W jednym z ogrodów biały, wielki pomnik jelenia, nieco dalej pomnik armaty z czasów 1940-1945. Ukraińscy kierowcy nie przejmują się żywymi stworzeniami na drogach. Widziałam przejechanego kota, wiewiórkę i jeża. Na pastwiskach bardzo mleczne krowy, konie, oraz kozy, kury i gęsi z małymi. Mijamy przedwojenna granicę Polski na Zbruczu, mijamy Skałę i dojeżdżamy do ukończonego w zeszłym roku katolickiego Sanktuarium Najświętszego Serca Jezusa w KAMIEŃCU PODOLSKIM nad Smotryczem. Posługę sprawuje tu dwóch polskich księży, liturgia o 8 rano po polsku, o 12.00 po ukraińsku. Trafiamy na radosną Mszę św. dla dzieci i młodzieży. Młodzi i dzieciaki śpiewają, przygotowują modlitwy wiernych. Na koniec ksiądz odmawia modlitwę do św. Michała Archanioła, potem wszystkich solidnie skrapia woda świeconą.

        Czekając na występ naszej gromadki z Płocka, która przebiera się w stroje regionalne w sąsiadującym z kościołem Centrum Świętości Jana Pawła II, zwiedzam sanktuarium i zadziwiam się niepomiernie, bowiem znajdują się w nim m.in. relikwie: św. Jana Apostoła, św. Urszuli Ledóchowskiej, św. Jerzego i św. Jana Pawła II. Skąd je mają, zadziwiające!

        Po świetnie przyjętym występie „Dzieci Płocka”, w którym nie zabrakło poloneza, oberka i kujawiaka, znów wspólne tańce z miejscowymi dzieciakami, które najpierw wstydzą się, a potem wchodzą w ten taniec. Od tego pokolenia można zacząć bratanie się, a najlepiej przez taniec i śpiew.

    Po obiedzie zwiedzamy miasto malowniczo położone na wzgórzu. Mijamy pomnik upamiętniający ofiary wojny w Afganistanie, zagłębiamy się w targowisko pt. Festiwal Średniowieczny i stajemy w parku, nad wodospadem przy sztucznych stawikami, w których pływają dwa białe łabędzie zwane Romeo i Julia, oraz dwa czarne zwane Mistrz i Małgorzata

        Dalsze nasze kroki kierujemy do twierdzyNajpierw pokonujemy Most Turecki, a tuż za nim znajduje się najpotężniejsza forteca Rzeczpospolitej. Miasto składało się z trzech części: polskiej, ruskiej i ormiańskiej. Przez wiele lat Kamieniec nie został zdobyty mimo wielu prób tureckich i kozackich. W sierpniu 1672 r. słabo obsadzona twierdza skapitulowała po oblężeniu stutysięcznej armii Mehmeta IV. Kilkuset obrońców w tym bohaterski pułkownik Jerzy Wołodyjowski wyleciało w powietrze, gdy dowódca artylerii Heyking podłożył ogień w składzie amunicji. Turcy wywieźli do Stambułu łupy w 100 wielkich wozach. Kamieniec udało się odzyskać dopiero w 1699r.

   Twierdza ma ponad 10 wieżyczek o różnej wysokości i średnicy oraz niedostępne mury obronne wznoszące się wysoko nad doliną Smotrycza. My wspięliśmy się z mozołem po półschodkowej drabinie na basztę Lanckorońską, skąd można było podziwiać niezapomniany krajobraz.

        Po zwiedzeniu zamku poszliśmy w stronę katedry św. Piotra i Pawła, ale było już tak późno, że jej wrota były zamknięte. Na podwórzu pomniczek Jerzego Wołodyjowskiego z napisem „życie to szereg poświęceń”, nagrobki Polaków z lat 1830-199 i pomnik Jana Pawła II z sentencją po ukraińsku:

        „Nie bijcie się. Otwórzcie drzwi Chrystusowi. Chrystus będzie wasza siłą i wasza radością.” 2001.

        Po okresie panowania Turków przy katedrze pozostał 33.5m minaret, który wieńczy złota figura Matki Bożej, stojącej na muzułmańskim półksiężycu. I to czego nie zobaczyliśmy:

- we wnętrzu zachował się minbar, ażurowa kazalnica,

- przy wejściu przepięknej urody biała, marmurowa, leżąca piękność. To rzeźba Brodzkiego – Laura Przeździecka. Obok napis: „Laura dziewica, zgasła w lat kwiecie, cudem jej lica w lepszym są świecie”.

- na ścianie była tablica (czy jeszcze zachowała się?) poświęcona dr Antoniemu Rolke, lekarzowi i historykowi, zmarłemu w Kamieńcu w 1894r. z takim epitafium: „Syn tej ziemi, przeszłość jej umiłował, odgrzebywał i opowiadał, skarby jej czcić uczył, niech odpoczywa w pokoju”.

- i kolejna tablica kardynała Sulimy Przyborowskiego, zm. w 1876r. z taka treścią: „Sulima Przyborowski ukochał ojczyznę, ludzkość i prawdę. Cześć jego zasługom, pokój jego duszy” Nie wiem czy ktoś z miejscowych czyta po polsku, czy ktoś pamięta, że była tu polska ziemia?

   Dzieci poszły na targowisko, ja do kościoła oo. dominikanów, gdzie zostawiłam kolejne 50 zł od Staszka – Warszawiaka, ale było warto, bo zakonnicy przygotowali otwartą teraz wystawę tekstów Sienkiewicza po polsku, a na ścianie świątyni umieścili w 2016r, tablice poświęconą pisarzowi. O godz. 10.00 w niedziele w tym kościele jest Msza św. dla Polaków. Przychodzi ok. 150 osób.

   O 19.00 jedziemy do JAZŁOWCA na kolację i nocleg.


Dzień 4

   Zwiedzamy klasztor widząc przez okno, że na wieży zamku umieszczono dwie chorągwie: ukraińską niebiesko-żółtą i banderowską. W klasztorze są tylko trzy siostry Niepokalanki i personel pomocniczy, ale hotel, stołówka, ogród i podwórzec są w idealnym porządku. Pokoje 2 i 3 osobowe z łazienkami, czyściusieńkie. Siostry martwią się, że nie ma nowych powołań, bo chciałyby tu prowadzić przedszkole. 

        Wchodzimy do kaplicy, gdzie po modlitwie oglądamy kopię rzeźby Sosnowskiego Matki Boskiej Jazłowieckiej. Kopia jest tak piękna jak oryginał przewieziony stąd do Niepokalanowa. Siostra przełożona prowadzi nas do muzeum bł. Marceliny Darowskiej, założycielki Zgromadzenia Sióstr Niepokalanego Poczęcia NMP. W 1862r. przenosi ona zgromadzenie do Jazłowca, do majątku Błażowskich. Już 1864r. otwarta została bezpłatna szkoła elementarna dla dzieci z okolicy. Zadaniem Zgromadzenia jest dobre wychowanie i kształcenie kobiet, bo „aby świat przemienić, trzeba zacząć od przemiany, od oczyszczenia, udoskonalenia kobiety, od przygotowania mu niewiast znających Boga, miłujących Go w przykazaniach jego, w bliźnich, w obowiązkach stanu” i dalej „jaka jest kobieta-taka będzie rodzina-takim społeczeństwo”. 

   Matka Marcelina była mistyczką, wizjonerką. Założyła klasztory w Słonimiu, Szymanowie, Nowym Sączu i Jarosławiu w których uczyły wykształcone kobiety z ziemiaństwa.    

     Matka Darowska zmarła w 1911r. i pochowana została wraz ze wszystkimi zmarłymi w tym miejscu siostrami, w klasztornym grobowcu, który można teraz nawiedzać. Na pogrzebie przemawiał abp. Teodorowicz.

         W 1946r. siostry musiały opuścić klasztor, ale zabrały ze sobą cudowna figurę Matki Bożej. W transporcie do Czortkowa pomagali im w tym żołnierze radzieccy.

        Gdy przyjechałam tu poprzednio, na początku lat 90-tych, było tu sanatorium przeciwgruźlicze. Miejsce jest przepiękne, tajemnicze, otoczone sosnowym lasem, ale wtedy było przeraźliwie smutne. Zginęło w tym miejscu w czasie wojny i później, wielu żołnierzy i cywilów, Polaków i Żydów, a potem umierali chorzy. Wszędzie widać było bezgraniczną nędzę, brud i bylejakość. Cienie ludzkie krążyły bez celu po dziedzińcu i po wilgotnym kompleksie parkowym Czuło się tu dotyk śmierci. Zastanawiałam się dlaczego?  Czyżby nastrój każdego miejsca był suma zdarzeń podniosłych i radosnych, które tu miały miejsce (9 lipca 1939r. koronacja statuy MB) i od nich trzeba odjąć wszystko to, co wydarzyło się zbrodniczego, przeklętego, nieszczęsnego?

   Po beatyfikacji Matki Marceliny Darowskiej w 1996r., w Rzymie dokonanej przez Jana Pawła II, już w 1997r. władze Ukrainy zezwoliły siostrom Niepokalankom na reaktywowanie działalności w klasztorze.

   Dziś Jazłowiec liczy ok. 600 mieszkańców. Do klasztoru przybywają mieszkańcy i z pobliskich wiosek, z różnych zakątków Ukrainy. Tu odprawiają rekolekcje, odpoczywają. 

Magdalena Jęczmykowa

 

Zaloguj się by skomentować