Goniec

Switch to desktop Register Login

Wspomnienie Bałtyku - Long Point Provincial Park

Oceń ten artykuł
(1 Głos)

Nigdy nie lubiłam jeździć nad morze. Jeśli już jechałam, to z zapasem książek na każdy dzień i nadzieją, że nie będzie upału. A i tak po trzech dniach główną atrakcją stawało się planowanie, co zjemy na obiad. Morze kojarzyło mi się z bezczynnością i monotonią, bo też ile można chodzić wzdłuż brzegu tam i z powrotem i zbierać okruchy bursztynów.

Awersja do piaszczystych plaż i morza odezwała się we mnie, gdy mój mąż w ostatnią niedzielę oznajmił, że pojedziemy na Long Point – piaszczysty półwysep wchodzący w jezioro Erie. Ale zaraz też pomyślałam, że może jednak Jackowi będzie się podobało, jako że ostatnio odkrył przyjemność zabawy w piaskownicy i chlapania wodą w przeszkodach terenowych o wilgotności 100 procent pozbawionych znaczenia strategicznego. Dodatkowo pogoda w niedzielę sprzyjała tego rodzaju wycieczkom – było raczej pochmurno i nieprzesadnie gorąco.

Zapakowaliśmy się do samochodu i ruszyliśmy w nieznane. Dla mnie było to zupełnie nieznane. Przyznam, że jeśli chodzi o geografię Kanady, mam spore braki. Może to kwestia tego, że nie mamy papierowej mapy Ontario. I jeszcze to nie ja planowałam trasę. Tak naprawdę dopiero po powrocie sprawdziłam, gdzie dokładnie byliśmy. Z Toronto dojechaliśmy do Hamilton, a następnie skręciliśmy w drogę numer 6 na południe. Za Port Dover w lewo drogą nr 24 do Port Rowan, a dalej już nas prowadziły drogowskazy na Long Point. Trasa idealna na jeden dzień, około 160 kilometrów.

Już sam dojazd był ciekawy krajoznawczo. Po przejechaniu przez most na Grand River myślałam, że wzrok płata mi figle. Po prawej stronie drogi zauważyłam bowiem blaszaną rdzewiejącą budę z szyldem informującym o sprzedaży wyrobów tytoniowych. Buda wyglądała niezbyt solidnie i biorąc pod uwagę kanadyjskie przepisy, zapachniało kontrabandą. A tu zaraz po drugiej stronie widzimy podobny punkt handlowy. I jeszcze zachęcający duży napis "1 Stop Discount Tobacco Friendly Service". Nawet jakieś samochody się zatrzymały i dobijają transakcji. Parę metrów dalej budka z frytkami i hamburgerami, obok jeszcze stoją sobie dwa namioty indiańskie, rzeczywiście przyjaźnie.

Zaczynam się domyślać, że może ludność rdzenna nie musi się tak kryć z kupowaniem papierosów jak mieszkańcy Toronto. Parę kilometrów dalej widzimy podobny punkt, tym razem w formie normalnego sklepu, już nie blaszaka. Zatrzymujemy się obok przy bankomacie. Pierwszy raz wybieram pieniądze, nie wysiadając z samochodu. To dla mnie ciągle taka amerykańska egzotyka.

W miejscowości Hagersville zatrzymujemy się jeszcze na frytki. Punkt gastronomiczny urządzony jest w samochodzie. Gdy pytamy, jak duża jest porcja rodzinna (bo w końcu jesteśmy rodziną), pani od razu stwierdza, że to dla nas za dużo. Bierzemy średnią. Porcje rzeczywiście są takie, że rodzinną najadłyby się cztery dorosłe osoby.

Po obu stronach drogi rozciągają się tereny rolnicze. Im dalej, tym więcej. Przy niektórych ustawiono stragany i przejeżdżający mogą kupować świeże owoce i warzywa. My w drodze powrotnej też się zatrzymujemy.

Pod koniec zjeżdżamy w boczną drogę nr 16, chcemy przejechać przez mniejsze miejscowości – Saint Williams i Port Rowan. Odległość ta sama, a trasa ciekawsza. W Port Rowan czeka nas niespodzianka. Już na wjeździe do miasteczka jest korek. W miarę zbliżania się widzimy, że droga jest zamknięta. Policja tłumaczy każdemu, jak powinien pojechać w zależności od tego, dokąd się udaje. My, zawracając, jedziemy źle, ale dzięki temu mamy szansę pojechać kawałek przez miasto. Widok ciekawy, przed każdym domem rozłożony co najmniej koc, a najczęściej rozstawione krzesła. Stoją w rzędach wzdłuż ulicy, jak w kinie. W jednej z uliczek dostrzegamy formującą się paradę. Już wiadomo, skąd to zamieszanie.

Zawracamy jak trzeba i w końcu dojeżdżamy na Long Point. Przejeżdżamy przez most na Big Creek u nasady półwyspu, zaczyna się jezioro. Zatoka odgrodzona półwyspem przy brzegu jest porośnięta szuwarami. To pewnie raj dla obserwatorów ptaków. Widać łódki i wędkarzy. Zaraz też pojawiają się pierwsze przystanie, a dalej – domy letniskowe. Nawet nie ma dużo ludzi. Spokojnie i leniwie. Jakieś pojedyncze punkty z jedzeniem i drogowskazy na plażę. Pobocze z jednej strony jest szerokie, ale stoją przy nim tabliczki ograniczające czas parkowania w miesiącach letnich do czterech godzin.

My jednak chcemy dojechać do parku prowincyjnego. Tutejszy park został założony w 1921 roku i jest czwartym najstarszym w Ontario. Znajduje się tu światowy rezerwat biosfery UNESCO i najstarsze w Ameryce Północnej obserwatorium ptaków (z 1960 roku). Wiosną nad półwyspem przelatuje 30 000 łabędzi czarnodziobych.

Chcielibyśmy przejść się kawałek plażą. Ale już na punkcie poboru opłat za wjazd (koszt 14 dolarów) pani przy kasie informuje nas, że do końca półwyspu mamy jakieś 40 kilometrów. Poza tym duża część półwyspu jest własnością prywatnej organizacji Long Point Company, która nie życzy sobie obcych na swoim terenie. Do latarni na końcu półwyspu pewnie można dostać się tylko od strony wody. Czyli pozostaje nam plażowanie.

Parking znajduje się niedaleko za kasami. Od plaży oddziela nas wysoka, długa wydma. Z pewną nieufnością patrzymy na "miasteczko namiotowe" jakiejś rodziny hinduskiej ustawione na owej wydmie. Uświadamiamy sobie, że nie wzięliśmy nawet jednego ręcznika. Tacy z nas doświadczeni plażowicze. Składanych krzesełek oczywiście też nie posiadamy. Stajemy na samym końcu parkingu i wchodzimy jak najbardziej bocznym wejściem. Horyzontu nie widać. Jezioro faluje, a już na wydmie czuć przyjemny wiatr. Zastanawiam się nawet, czy nie będzie nam chłodno. Z ulgą stwierdzamy, że ludzi na plaży jest niewielu. W pobliżu wejścia stoi jeden stół, akurat jest wolny. Zostawiamy plecak i idziemy do wody. Z początku wydaje się zimna, ale szybko można się przyzwyczaić. Jeśli o mnie chodzi, to mogłabym nawet zaryzykować kąpiel. Jacek najpierw jest niepewny, ale szybko zaczyna wygrzebywać połamane muszelki z tego, co woda naniosła, i wrzucać je z powrotem do jeziora. Moczy nogi do kolan, a potem nawet chce wejść dalej. Biega na golasa i pokazuje palcem mewy. A Rafał się ze mnie śmieje, że nawet nie ma śmieci. Ciągle pamięta, jak byłam zdegustowana torontońskimi The Beaches, gdzie pierwszą rzeczą, którą zauważyłam, był kapsel leżący na piasku – i to odwrócony do góry nogami!

A Erie jest prawie jak Bałtyk. Tylko woda słodka. I plaża mniej zatłoczona. Może nawet polubię takie "morze".

Katarzyna Nowosielska-Augustyniak

Ostatnio zmieniany piątek, 05 wrzesień 2014 18:52
Zaloguj się by skomentować