Goniec

Switch to desktop Register Login

Wycieczka do parków prowincyjnych Chutes, Matinenda, Missisagi i Oastler cz. 2

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

Zauważyliśmy też sporo turbin wiatrowych wyłaniających się na horyzoncie. Owszem, zdawałem sobie sprawę, że urządzenia GPS nie są idealne, ale nie mogłem uwierzyć, że potrafią być tak beznadziejnie głupie! Wreszcie wjechaliśmy na główną drogę (którą powinniśmy jechać do początku) i dotarliśmy do ośrodka "Batman's Cottages and Campground".

Znajdowało się na nim dużo permanentnych i usuwalnych zabudowań (tzn. samochody/przyczepy turystyczne do spania oraz duże przyczepy kempingowe), które tworzyły małe, dynamiczne miasteczko, jak też było kilka miejsc biwakowych. Wybraliśmy miejsce nr 142, z widokiem na jezioro.

Cóż, mając za sobą biwakowanie na dziewiczych wysepkach, odległych i niedostępnych dla łodzi jeziorach lub też dzikich, zalesionych i skalistych brzegach, to miejsce z pewnością nie przemawiało do nas za bardzo. Ponieważ na wyspie Manitoulin nie było żadnych parków prowincyjnych, nie mieliśmy wyjścia i musieliśmy się tu zatrzymać na noc. Szybko rozpaliłem ognisko i z przyjemnością przy nim siedzieliśmy do północy. Około godziny 4.00 nad ranem obudziły nas jakieś szmery; Catherine wyszła z namiotu i szybko do niego wróciła, mówiąc, że koło namiotu chodzi nie niedźwiadek, ale jeszcze gorsze zwierzę: skunks (śmierdziel), który właśnie delektował się naszymi śmieciami! Leżeliśmy cichutko w namiocie, bo nieprowokowane skunksy nie wytryskują tej śmierdzącej cieczy, nie szukają zaczepki z ludźmi. Gdy rano wstaliśmy, skunksa oczywiście dawno nie było i jedynym śladem po jego bytności były rozrzucone śmiecie dookoła ogniska i samochodu.

Spakowawszy się, pojechaliśmy do niezwykle ciekawego miejsca "Gordon's Park", koło miasteczka Tehkummahk. Ośrodek oferował biwakowanie, namioty indiańskie "tipi" (które od razu zwróciły uwagę Catherine), domki kempingowe pozwalające na obserwację nocną nieba, edukacyjne szlaki piesze, podgrzewany bateriami słonecznymi basen, park ciemnego nieba i wiele innych atrakcji. Sympatyczni pracownicy oprowadzili nas dookoła, a nawet zawieźli paręset metrów dalej, gdzie znajdował się park ciemnego nieba i kilka domków. Miejsce się nam podobało i chętnie powrócilibyśmy do niego, zatrzymując się z innymi znajomymi w jednym z domków kempingowych – ale tym razem postanowiliśmy szukać czegoś innego: okazało się, że lada moment miała przybyć spora grupa 75 młodych ludzi i obawialiśmy się, że miejsce to będzie za głośne i ruchliwe. Zgodnie z rekomendacją pracownika Gordon's Park, pojechaliśmy kilka kilometrów na północ do ośrodka o nazwie "Kicking Mule Ranch" (Ranczo Kopiącego/Wierzgającego Muła).

Zastaliśmy ranczo posiadające cztery małe pola biwakowe i dwa skromne domki do spania, jak też kilkanaście koni i mułów, malutkie "petting zoo" (gdzie były króliki, kury, kozy i zwierzęta podobne do lam), kucyki, bardzo przyjacielskiego psa rottweilera, który, jak to głosił napis, "może zalizać was na śmierć", oraz cztery małe kociaki! Wybraliśmy miejsce biwakowe koło tipi i starego cadillaca; poza sporadycznymi jeźdźcami na koniach, nie było tam nikogo innego i byliśmy jedynymi osobami przebywającymi na noc. Miejsce to okazało się niezmiernie przyjazne! Ośmioletni wnuczek właścicielki parę razy przyszedł do nas pogadać i później widzieliśmy go, jak jechał na jednym z kucyków. Pojechaliśmy na pocztę w Tehkummahk i szukaliśmy budki telefonicznej, ale bezskutecznie; wreszcie ktoś pozwolił Catherine użyć swojego telefonu komórkowego, aby mogła zadzwonić do córki w USA.

Powróciliśmy do rancza około godziny 18.00 i ośrodek był kompletnie pusty. Przeszliśmy się do zagrody ze zwierzątkami, zrobiłem sporo zdjęć, jak też bawiliśmy się z kociakami! Kotki również przyszły do naszego miejsca i starały się wejść do namiotu. Catherine pozwoliła jednemu z nich spać z nami w namiocie, ale w połowie nocy zaniosła go do jego domku w zagrodzie. Potężny pies rottweiler wabiący się Diesel był zazdrosny, widząc, jak się bawimy z kotkami, i złożył nam wizytę w namiocie, przypominając, że on też lubi być głaskany! Oczywiście, wieczorem przez kilka godzin siedzieliśmy przy ognisku.

Następnego dnia wybraliśmy się na wycieczkę po wyspie. Co chwila widzieliśmy jeziora i rezerwaty Indiańskie. Znajduje się tam też Wikwemikong Unceded Indian Reserve – terytorium indiańskie, które nigdy nie zostało scedowane. Notabene, dziesięć lat temu odwiedziłem osadę Wikwemikong, gdzie mieści się kościół katolicki i ruiny starego, spalonego kościoła. Ponieważ znałem proboszcza tego kościoła, jezuitę Douga McCarthy'ego, miałem nadzieję, że będę mógł złożyć mu krótką wizytę, ale akurat go nie było. W tym roku niestety nie udało się nam tam dotrzeć.

Jechaliśmy drogą nr 542 i dotarliśmy do Gore Bay, dość sporego miasta. Na wzgórzu znajdował się doskonały punkt obserwacyjny, z którego mogliśmy podziwiać zatokę i miasto oraz przyglądać się powoli wpływającym do zatoki łodziom oraz startującym i lądującym na wodzie samolotom. Zrobiło się wietrznie, zimno i zaczęło padać, ale udało się nam pojechać do latarni morskiej Janet Head Lighthouse i następnie drogą nr 540 z powrotem do Kicking Mule Ranch. Na szczęście u nas nie padało i burza przeszła bokiem. Następnego ranka spakowaliśmy się (towarzyszył nam cały czas jeden z ciekawskich kociaków, który chodził po samochodzie i pod kanu na dachu). Zanim odjechaliśmy, porozmawialiśmy z właścicielką rancza, która zaprowadziła nas do zagrody i wyjaśniła różnice pomiędzy koniem i mułem.

Pojechaliśmy z powrotem do Little Current, gdzie odwiedziliśmy indiańskie miejsce ceremonii "Pow Wow" i przepiękny drewniany kościołek. Również zatrzymaliśmy się w "10 Mile Point", skąd rozciągał się rozległy widok na zatokę Georgian Bay ku miasteczku Killarney i być może udało mi się dojrzeć wyspy Fox Islands, na których biwakowaliśmy w 2011 r. i 2012 r. Znajdował się też tam ciekawy sklep (Trading Post), posiadający wiele unikatowych i interesujących książek, wyrobów sztuki indiańskiej, obrazów, rzeźb i oryginalnych koszulek. Następująca inskrypcja widniała na stojącej tam tablicy pamiątkowej:

W roku 1648 ojciec Joseph Poncet, wówczas służący w St. Marie w Huronii, został uczyniony przez swojego przełożonego ojca Paula Raguenau odpowiedzialnym za misję jezuicką St. Pierre. Owa nowo utworzona misja była powołana dla mówiących językiem algonkian Indian z wyspy Manitoulin Island i z północnych brzegów jeziora Huron. Poncet, będąc pierwszym Europejczykiem mieszkającym na wyspie Manitoulin (zwanej wtedy przez misjonarzy Ile de Ste. Marie, a przez Indian Huronów Ekaentoton), służył na tej wyspie od października 1648 r. do maja 1649 r. Powrócił na Manitoulin przed końcem 1648 r., ale został zmuszony porzucić misję w 1650 r., po pokonaniu i rozproszeniu Huronów przez Irokezów.

Po zaparkowaniu samochodu w Little Current, przeszliśmy się wzdłuż brzegu, obserwując przeróżne łódki, ogromne łodzie motorowe i żaglówki.

Nawiązaliśmy rozmowę z jednym facetem z Detroit, którego imponująca łódź motorowa z kabiną była niedaleko przycumowana. Entuzjastycznie zaczął nam opowiadać o swojej olbrzymiej łajbie (która była całkiem nowa, jako że poprzednia spaliła się w pożarze przystani) i chętnie odpowiadał na nasze pytania. Okazało się, iż jego łódź może pomieścić 12 osób, posiada dwa silniki, każdy z nich 400 koni, używa ogromne ilości benzyny, kosztującej zapewne ponad 1 dol. na kilometr, jest wyposażona w najnowszy system radarowy, sprzęt elektroniczny i urządzenia GPS, które można tak zaprogramować, że właściwie łódź sama się prowadzi – a poza tym mówił o kosztach ubezpieczenia, utrzymania i różnych niebezpieczeństwach związanych z najechaniem na skałę (od których się na zatoce Georgian Bay roi). Czym więcej informacji dowiadywałem się, tym bardziej byłem szczęśliwy, że posiadaliśmy proste, lekkie, tanie, bezsilnikowe z napędem wiosłowym, niewymagające konserwacji kanu! Następnie poszliśmy na kawę i trafiliśmy na niezwykle ciekawy sklep, posiadający ogromną ilość ciekawych rzeczy po rewelacyjnych cenach.

Godzinę później przejechaliśmy po byłym moście kolejowym, oficjalnie opuszczając wyspę Manitoulin Island, i zatrzymaliśmy się w centrum handlowym w Espanola, gdzie uzupełniliśmy zaopatrzenie, kupiliśmy zimne piwo i pojechaliśmy do miasta Parry Sound, koło którego znajdował się park Oastler Lake Provincial Park. Jest to całkiem fajny park, w którym kilka razy się zatrzymywaliśmy, zazwyczaj na jedną noc, w drodze na północ lub z powrotem do Toronto. Wybraliśmy miejsce nr 132, nawet niezłe, z widokiem na jezioro i zachodzące słońce. W rekordowym czasie rozbiłem namiot, rozłożyliśmy krzesełka, otworzyliśmy puszki z zimnym piwem i jeszcze mogliśmy jakiś czas delektować się zachodem słońca, a potem rozpaliłem ognisko, przy którym siedzieliśmy do północy. Następnego dnia przez kilka godzin pływaliśmy na jeziorze Oastler Lake i wieczorem przybyliśmy do domu do Toronto.

Jacek Kozłowski http://ontario-nature-polish.blogspot.ca/

Zaloguj się by skomentować