Goniec

Register Login

Zaszumiało jesienią, zapłonęło czerwienią…

Oceń ten artykuł
(3 głosów)

        Dopiero oswajamy się z Algonquin. Początek, w pierwszej połowie września, mieliśmy raczej klasyczny – trzydniowy wypad z dwoma noclegami na Little Doe Lake, z początkiem na Canoe Lake. Częściowo uniknęliśmy tłumów przez to, że było po Labour Day, pojechaliśmy w piątek, a na sobotę zapowiadali deszcz. Doszliśmy jednak do prostego wniosku, że będziemy atakować Algonqiun z innej strony niż najbliższe bramy do parku położone przy drodze nr 60, a do tego liczba przenosek jest odwrotnie proporcjonalna do liczby napotykanych ludzi.

        Rozkładamy na stole w jadalni mapę parku. Tyle samo tu plam zielonych co niebieskich. Dziwimy się, że tak wielka przestrzeń tak gęsto jest usiana jeziorami. W taką mapę można wpatrywać się godzinami, każde spojrzenie kierować w inne miejsce i snuć plany.

        Postanawiamy spróbować od zachodu – access point nr 2, Magnetawan Lake. Otwieramy stronę www.algonquinmap.com i liczymy, dokąd damy radę dopłynąć. Mapa jest godna polecenia, oprócz odległości podane są także czasy potrzebne do przepłynięcia kolejnych odcinków (Można też na niej zamówić reprodukcje pięknych starych map, najstarsza z 1893 r.). Najchętniej na miejsce noclegowe wybralibyśmy Little Misty Lake, ale jest daleko i aż 5 przenosek. U nas, niestety, bagaży jest na 4 osoby (w końcu każdy ma puchowy śpiwór i karimatę), a do noszenia tylko 2. I tak wiadomo, że Rafał będzie musiał chodzić dwa razy. Dlatego spanie wypadnie nam na Daisy Lake, a na jednodniową wycieczkę wybierzemy się na rzekę Petawawa. Rzeka kusi nas najbardziej, ma bagniste i zarośnięte brzegi, lubią ją łosie i bobry.

        Po przepłaceniu za wypożyczenie canoe w Portage Store postanawiamy podjąć wyzwanie i nauczyć się przywiązywać canoe do samochodu. Nie rzucamy się od razu na głęboką wodę i nie zamierzamy jechać z ładunkiem na dachu po autostradzie, więc robimy rezerwację w Kearney, 40 kilometrów od naszego access pointu. Wypożyczalnia Algonquin Basecamp znajduje się niemal naprzeciwko parkowego punktu kasowego. Jej właściciele piszą na swojej stronie, że mocowali już canoe na dachach praktycznie wszystkich aut. Ale i tak podjeżdżamy z pewnym wstydem – w wypożyczalni samochodów dali nam bowiem forda fusion. Dach miękki, brak porządnego zaczepu z przodu, ale Chris rzeczywiście ma doświadczenie i po jakiś 20 minutach wyjeżdżamy z canoe. Zastanawiam się tylko, jak ja to potem wszystko sama przywiążę (w naszej rodzinie zawsze jestem delegowana do prac związanych z wiązaniem/rozwiązywaniem węzłów).

        Po drodze jesień zwraca ku nam swoją kolorową twarz. Mijamy kilka niewielkich jezior, są też mokradła, na których jasnobrązowy kolor trzcin i zarośli wzmacnia czerwień klonów i żółć topól. W końcu dojeżdżamy do parkingu, odwiązujemy canoe i pakujemy się na wodzie. Nie jakoś starannie, bo wiemy, że za kilkanaście minut będziemy wychodzić. Do pierwszej przenoski jest bardzo blisko. Szybko pokonujemy 135-metrowy odcinek łączący jezioro Magnetawan z Hambone. Na Hambone, jeszcze z brzegu, zwracamy uwagę na kolorowe lasy. Trochę szkoda, że niebo jest zachmurzone. W wąskim pasie nad samym brzegiem przeważają iglaki, dopiero za nimi pojawia się ognista czerwień.

        Na jeziorze jest trochę ruchu, część osób płynie na duże Ralph Bice Lake. Na wschodnim brzegu jeziora dostrzegamy żółtą kartkę oznaczającą przenoskę na nie. Potem nasze jezioro węższą odnogą skręca na południe. Docieramy do przewężenia, którym przy wyższym stanie wody można przepłynąć. Teraz wody mało, ale nie chce nam się wszystkiego wyciągać na 55 metrów. Oceniamy sytuację z brzegu. Rafał mówi, że spróbuje sam z bagażami, więc idę z dzieciakami na lekko przez las. Największa trudność jest na początku. Płytko pod wodą znajduje się parę kamieni i przewróconych drzew, więc trzeba między nimi powoli manewrować. Potem już jest łatwiej. Szybko wskakujemy do canoe i wiosłujemy do drugiej „poważnej” przenoski, łączącej jez. Hambone z Daisy.

        Rafał najpierw idzie z canoe, a potem wraca po plecak i beczkę. Ja przyczepiam do drugiego plecaka namiot i różne drobiazgi, aparat na szyję, Anię za rękę i ruszamy. Nie jest jej łatwo, ścieżka prowadzi to w górę, to w dół, wystają korzenie i kamienie. Jacek idzie przed nami. Dzielnie pokonujemy 420 metrów i dochodzimy do wniosku, że na ciężko więcej niż 500-600 metrów może być nam trudno przejść. Na szczęście w przyszłym sezonie nasze możliwości się poprawią.

        Po drugiej stronie do wąskiego początku jeziora Daisy prowadzi długa kładka zrobiona z rozciętego wzdłuż pnia. Na końcu jest wygodny pomost. Tu znowu podziwiamy kolory, zwłaszcza że słońce zaczyna nieśmiało przebijać się przez chmury. Jezioro Daisy jest długie, ma pewnie z 5 kilometrów, do tego raczej wąskie. Mocno wieje, musimy wiosłować pod wiatr. Wyciągam mapę i patrzę, jak są rozmieszczone miejsca kempingowe. Z pierwszych dwóch widzimy jedno, chyba puste, ale płyniemy dalej. A dalej wszystko zajęte… Oprócz ostatniego!

        Miejsce jest świetne. Na cypelku, równe, z kilkoma zejściami do wody. Od razu ujmuje mnie miejscem na ognisko. Przy dużym głazie, jakby podciętym z jednej strony i okopconym, ułożone jest palenisko. To taki niby kominek. Rozbijamy namiot – ale równo! Pospieszam resztę, żebyśmy poszli do lasu i przerzucili sznurek przez jakąś gałąź, żeby potem powiesić beczkę z jedzeniem (to dla mnie – ze względu na strach przed miśkami – podstawowy punkt zakładania obozowiska).

        Las wygląda trochę smutno. Co chwila trafiamy na ścięte nisko kikuty drzew. Jakoś mi się nie chce wierzyć, że wszystkie były stare i uschnięte. Raczej komuś nie chciało się szukać drewna i miał ochotę się pobawić w pierwszego osadnika. Obliczam sobie, że przez lipiec i sierpień to miejsce jest pewnie codziennie zajęte… 60 ognisk… Ciekawe, ile żywych drzewek wycięli turyści w tym roku. A wystarczy wsiąść do canoe, dopłynąć do brzegu kawałek dalej i suche drewno znajdzie się bez trudu. Albo zebrać trochę podczas ostatniej przenoski.

        Po ognisku kładę się wieczorem w namiocie i słucham. Słychać jesień. To znaczy nie słychać ptaków i jeziora. Nie słychać całego tego czerwcowego i lipcowego życia, które wtedy aż huczy. Przypomina mi się bąk, który buczał wieczorem w czerwcu w Bon Echo. Jacek trochę przerażony na początku pytał, dlaczego ten ptaszek tak muczy. Mówiliśmy mu, że pewnie dopiero uczy się śpiewać. Teraz zostały tylko nury, ale i one nawołują się coraz rzadziej. Lubię to ich wołanie.

        Sobota wita nas słońcem. Aż się chce wstawać i ruszać na eksplorację. Bierzemy tylko najpotrzebniejsze rzeczy i ruszamy na rzekę Petawawa. Musimy przepłynąć jeszcze kawałek naszego Daisy Lake. Już na początku mijamy grupę chyba z 10 canoe. Ładnie wyglądają, wszystkie żółte. Jezioro się zwęża, a na końcu leży w nim w poprzek chyba kilkadziesiąt przewróconych pni drzew. Tu trzeba wysiąść i przejść 135 metrów, tu zaczyna się rzeka. Płynie kaskadami po skałach. A potem zaczyna się wić. Pewnie była kiedyś szersza, ale stopniowo zarasta. Zarośla są raczej niskie, chociaż miejscami zupełnie nie widać, że ktoś płynie z przeciwka. Albo widać tylko ruszającą się czapkę. Gdzieniegdzie sterczą szare kikuty drzew, w innym miejscu przy brzegu rosną jakieś krzewinki z czerwonymi jak korale jagodami. Ale zwierzaków ani śladu, pora niewłaściwa. Wieczorem może jakiś łoś by się trafił.

        Druga przenoska, tym razem dłuższa – 450 m. Omijamy odcinek, w którym Petawawa jest wąska i wystają z niej kamienie. Na końcu jest niewielki wodospad. Wchodzimy do canoe jak najszybciej, ponieważ na brzegu rozłożyła się duża grupa młodzieży w wieku licealnym. Ich canoe piętrzą się wzdłuż ścieżki, a oni na brzegu jedzą sobie lunch.

        Płyniemy jeszcze kawałek, krajobraz podobny, choć zarośla trochę wyższe. Rzeka zaczyna się rozszerzać, kiedy nagle napotykamy na przeszkodę w postaci bobrowej tamy. Przeszkoda niewielka, nawet nietrudna do sforsowania, bo wystarczy wyjść na brzeg i bokiem przeciągnąć canoe. Jest trochę błota i tylko ja wychodzę. Podziwiam zdolności inżynierskie bobrów. Różnica poziomów wynosi z 30 cm. Ciekawe, o ile opadłby poziom wody, gdyby w tamie zrobiła się dziura.

        Patrzymy na zegarek i robimy szybką kalkulację. Będziemy wracać, żeby jeszcze posiedzieć przy ognisku. Po drodze zbieramy drewno.

        Powrót w niedzielę to swego rodzaju wyścig z deszczem. O 7 rano pada dość mocno, ale potem stopniowo przestaje. Zwijamy się szybko i odbijamy. Inne miejsca na naszym jeziorze są już puste. Udaje nam się przepłynąć prawie całe Daisy, zanim zaczyna siąpić. Płynie się świetnie. Cicho i w równym tempie suniemy po idealnie gładkim lustrze wody, w którym przegląda się szare niebo i jesień, która przysiadła na wzgórzach. Deszcz tylko straszy i za pierwszą przenoską znów nie pada. Na Hambone znowu tylko my przecinamy taflę jeziora. Pierwszych ludzi spotykamy na przenosce między jeziorami Hambone i Magnetawan, odcinek krótki, za to ruch jak na Marszałkowskiej. Zanim dobijemy do przystani i wrócimy do samochodu, kręcimy się trochę po jeziorze, leniwie pływamy slalomem wokół małych skalistych wysepek. Znowu zaczyna padać, więc czas na nas. Pakujemy się i ładujemy canoe na dach. W drodze powrotnej wlokę się niemiłosiernie, bo nie ufam swoim nowo nabytym umiejętnościom w zakresie przywiązywania canoe. Ale w wypożyczalni mnie chwalą.

        Przez większość drogi do Toronto leje, i to tak że czasem ledwo widać samochody przed nami. Nie da się ukryć, że jesień idzie. Skończyliśmy sezon. Przed nami wieczory nad mapą.

Katarzyna Nowosielska-Augustyniak

Zaloguj się by skomentować