Logo
Wydrukuj tę stronę

Zimbabwe

Oceń ten artykuł
(2 głosów)

        Z Botswany skierowaliśmy się do Zimbabwe, kraju, który ma znakomity klimat dla rolnictwa. Kiedyś był spichlerzem Afryki i Europy. Do listopada 2017 roku był rządzony przez dyktatora Roberta Mugabe (93) i jego żonę Grace Mugabe (52). W przeszłości większość ogromnych farm należałoa tu do białych rolników, którzy przyczyniali się do rozkwitu tego kraju. Po dojściu do władzy Robert Mugabe często używał określenia „dobry biały to martwy biały”. Wielu farmerów straciło życie, wielu uciekło, pozostawiając dorobek wielu generacji. Kiedy to się wydarzyło, nagle okazało się, że spichlerze nie chcą się same zapełniać. Nie ma czym żywić nie tylko zwierząt, ale i ludzi. Głód i korupcja zapanowały w tym niegdyś zasobnym kraju. Nieprawdopodobna inflacja na skalę astronomiczną. Będąc w Zimbabwe, kupiłem kilka banknotów lokalnej waluty. Nominał na przykład wartości 20 miliardów dolarów (lokalnych) jest mniej wart niż 1 dolar amerykański. Aż dziwne, że taki prezydent utrzymał się przy władzy przez 37 lat. Jego powszechnie znienawidzona żona znana jest z bardzo twardej ręki i bezwzględnego traktowania ludzi. 

 

        Mugabe przez lata kradł pieniądze i lokował je w innych krajach. Sprzedawał koncesje na surowce naturalne za łapówki (głównie Chińczykom). Został odsunięty od władzy przez wojsko w listopadzie 2017 (tuż przed naszym przyjazdem do tego kraju). Motorem stojącym za tym posunięciem jest były wiceprezydent Emmerson Mnangagway. Mieszkańcy mają nadzieję na zmiany, ale czy ktoś, kto był prawą ręką prezydenta i kolegą z tej samej partii, jest w stanie to zrobić? 

        Najbardziej zastanawiające jest to, że tak jak przeczytałem kilka dni temu, Robert Mugabe staje ponownie na czele innej partii i planuje powrót do władzy! To, co się dzieje w polityce, jest też gołym okiem widoczne „na ulicy”. Już sama granica wygląda na „wymagającą odświeżenia”. Drogi są zniszczone, wszędzie widać potrzebę inwestycji. 

        Z drugiej strony, po rozmowach z kilkoma miejscowymi „białymi” mieszkańcami, potwierdzili oni, że mieszkańcy Zimbabwe są niezwykle przyjaznymi i pracowitymi ludźmi. Jeśli będą mieli szansę, że będą mogli uczciwie zarobić na życie (w normalnych pieniądzach), to ich talent do pracy jest powszechnie znany w Afryce.

        Ale tyle o polityce. W Zimbabwe odwiedziliśmy oczywiście Victoria Falls. Małe miasteczko mające jedną z największych światowych atrakcji – spektakularny wodospad na rzece Zambezi. Sam wodospad ma szerokość ponad 1600 metrów i różnicę wysokości około 100 m. Ogromna ilość spadającej wody, rozbijanej na drobne kropelki, tworzy ciągłą tęczę nad wodospadem. Nie tylko w jednym miejscu. Tęcze są wszędzie, jak tylko pojawia się słońce. A jak pojawia się podmuch wiatru, drobiny wodne są spychane na odwiedzających wodospad turystów i trwa ciągły konkurs „mokrego podkoszulka”. 

        Co jest wspaniałe, że w przeciwieństwie do Niagary, gdzie całe otoczenie wodospadu już dawno straciło naturalny wygląd, tu, w Zimbabwe, stworzono Park Narodowy. Dzięki temu wodospad ogląda się tak, jak został on stworzony.

        Inną atrakcją (i miejscem, które koniecznie należy odwiedzić) jest Victoria Falls Hotel.  Jest to kolonialny hotel należący do grupy jednych z najlepszych hoteli na świecie. Zlokalizowany w zasięgu krótkiej wycieczki pieszej do wodospadu. Z samego hotelu wodospadu nie widać, ale widać unoszące się nad wodospadem opary wody. Wspaniałe zadbane ogrody hotelu, ogromne patio, gdzie można zjeść bardzo rozsądnie wyceniany lunch. Bardzo ciekawe wnętrza z wieloma zdjęciami słynnych ludzi, którzy to miejsce odwiedzili. Stare historyczne zdjęcia sprzed stu lat pokazujące głównie mężczyzn goszczących tu na polowaniach. To miejsce powinno się wchłaniać powoli, by nasycić się historią i nowoczesnością. 

Kiedy zapytałem niezwykle dystyngowanego kelnera (czarnego w białych rękawiczkach), jak długo pracuje w tym miejscu – padła dumna odpowiedź – 29 lat. Zresztą widać było po innej obsłudze, że nikt tu nie był z nagonki czy przypadku. Wieczorem mieliśmy okazję zjeść obiad w tym samym hotelu, w czasie którego oglądaliśmy występy kilku lokalnych grup folklorystycznych. Prawdziwa uczta i dla ducha, i dla ciała.

        W samym Victoria Falls spędziliśmy dwie noce i dwa dni trochę przez przypadek. Polegał on na tym, że na skutek zamieszania politycznego lot, który mieliśmy mieć z  Harare (stolicy Zimbabwe) do Dar el Salaam (Tanzania), by tam przesiąść się na samolot na Zanzibar, został nagle wymazany z rozkładów. Była opcja, by jechać do Lusaki w Zambii, ale okazało się, że panuje tam epidemia cholery. Mogło to doprowadzić do przymusowej kwarantanny po powrocie do Kanady. Kiedy łamaliśmy sobie głowy, co zrobić, by dotrzeć na Zanzibar nie tylko na czas (skąd mieliśmy powrót do Toronto przez Istambuł), ale by mieć przynajmniej dwa dni na zobaczenie wyspy – dostaliśmy wspaniałą wiadomość. Pod wpływem trochę presji od organizatora, a trochę by naprawić błąd (pozostawienia nas na lodzie w Afryce), brytyjska firma FASTjet zorganizowała dla nas specjalny lot charterowy prosto z Harare na Zanzibar! To była nieprawdopodobna wiadomość. Dlaczego? Otóż, po pierwsze, nie straciliśmy dnia na czekanie czy podróż z przesiadkami. Ale inna sprawa była niesamowita. Firma FASTjet nie lata na Zanzibar. Był to jej pierwszy lot czarterowy, specjalnie dla nas. Wyobrażam sobie, że zorganizowanie czegoś takiego łączy się z niesamowitą koordynacją i dodatkową pracą. Chciałbym bardzo podziękować wszystkim, którzy w obrębie firmy FASTjet nam pomogli, ale szczególne podziękowania należą się dla Petera S. Barry’yego (General Manager). Prawdziwy dżentelmen, który zajął się nami, jak byśmy byli jego rodziną. Osobiście powitał nas po lądowaniu z Victoria Falls, przeprowadził nas przez labirynt lotniska, pomógł w szybkiej (poza kolejką) odprawie i jeszcze znalazł czas, by nas osobiście pożegnać na płycie lotniska. Lot był wspaniały. Mieliśmy ogromny samolot do własnej dyspozycji i wszędzie widać było uśmiechnięte i zrelaksowane twarze. Thank you very much, Peter!

Artykuły powiązane