Goniec

Register Login

Wywiady

piątek, 13 lipiec 2018 14:24

Opcja polityki realnej

Napisał

orientacja-na-prawoZ Józefem Białkiem, właścicielem kwartalnika „Opcja na Prawo”, z okazji 150. jubileuszowego wydania rozmawia Wojciech Trojanowski.

Wojciech Trojanowski: Jesteś, trzeba to przyznać, dość nietypowym typem przedsiębiorcy. Zamiast spijać przysłowiową piankę i przeznaczać zarobione przez siebie środki na zwiększanie komfortu własnego życia, od wielu lat inwestujesz w to dość niedochodowe przedsięwzięcie, którym jest wymagające, niszowe pismo o profilu polityczno-społecznym. Skąd się to wzięło?

        Józef Białek: Cała przygoda z polityką, wydawnictwami itd. zaczęła się dawno, dawno temu w podziemiu. Około roku 1984 uruchomiliśmy „Wyrostka”, pismo przeznaczone dla młodzieży szkół średnich, który już wtedy profilowane było w kierunku konserwatywno-liberalnym. Potem powstało pismo „Dziś” ,a następnie przejęliśmy miesięcznik „CDN – Koliber”. W redakcji „Dziś” uczestniczyli: Aleksander Popiel, Tomek Gabiś, Krzysiek Bąkowski, Waldek Czachowski, w zasadzie w tym składzie tworzyliśmy oba te pisma.
Pochłaniały was idee wolnościowe...

        Jeszcze jako dwudziestokilkuletni gówniarze określaliśmy na łamach naszej prasy, czym musi być owa wolnościowość. Także dzisiaj, mimo ewolucji poglądów, mógłbym się pod tamtymi definicjami podpisać dwoma rękami. Wolność była dla nas związana z odpowiedzialnością i zakreśleniem jej pewnych ram. Takie postawienie sprawy przez niedoświadczonych jeszcze małoletnich działaczy podziemia było, można powiedzieć, bardzo dojrzałe, choć, jak to widzę, nie w pełni jeszcze rozumieliśmy zastaną polityczną rzeczywistość. Było to już wtedy nieco inne podejście do tematu niż w przypadku współcześnie egzystujących partii libertariańskich. Może to były po prostu inne czasy. Te pisma zostały zamknięte przez ówczesne służby bezpieczeństwa. Miałem liczne rewizje. Zarekwirowano mi łącznie dwa worki książek i nielegalnej prasy. Tomek Gabiś odsiedział swoje pół roku za „CDN-Koliber”, podobnie jak Krzysiek Bąkowski.

        W środowisku podziemnym prezentowane przez was idee były powszechne?

        Jako redaktorzy wymienionej gazetki „Dziś” przeprowadziliśmy w środowiskach podziemia pewną dającą do myślenia ankietę, którą wypuściliśmy w tysiącu egzemplarzy. Jej wyniki były dla nas wielce zaskakujące. Wychodziło z nich, że idealne ustroje według działaczy podziemia panowały wtedy w socjalistycznych krajach, konkretnie w Jugosławii i na Węgrzech – wskazało je około 90 proc. ankietowanych! Wtedy zorientowaliśmy się, że mamy do czynienia z zupełnie lewicową orientacją wśród naszych podziemnych kompanów.

        Potem były dalsze doświadczenia z prasą prowadzące prostą drogą do „Opcji na Prawo”.

        Tak, Po przygodzie z „Dziś” i „CDN-Koliber” zacząłem współtworzyć pismo podziemne Solidarności Walczącej „Replika” z Pawłem Falickim, Teresą Witkiewicz, Wojtkiem Jankowskim. Ta gazeta należała również do tych bardziej niepokornych, ponieważ prezentowane na jej łamach poglądy nie całkiem przystawały do reszty podziemia.

        Gdy w 1989 roku nastąpiła w Polsce tzw. transformacja, doszedłem do wniosku, że jest czas na to, byśmy dalej krzewili idee wolnorynkowe. Z częścią ludzi z „Repliki”, m.in. z Wojtkiem Jankowskim, Tomkiem Gabisiem, założyliśmy „Opcję na Prawo”. Z początku ukazywała się ona jako miesięcznik. Trwało to jakieś dwa – trzy lata, potem wziąłem się jednak za interesy i pismo na jakiś czas zostało zawieszone. Po wielu latach, obserwując nieco z boku politykę i gospodarkę naszego kraju, doszedłem do wniosku, że nadal brakuje zdrowego, trzeźwego myślenia zarówno u rządzących, jak i opozycyjnych polityków. Przyszedł więc czas na reaktywację mojej gazety.

        Muszę tu już wtrącić, że powoli zacząłem się wtedy leczyć z ideologicznego zafiksowania na punkcie wolnego rynku. W mniej więcej równym tempie ewoluowało pismo.

        Czym to było spowodowane?

        Punktem widzenia, który miał na rzeczywistość polski przedsiębiorca. Bądź co bądź, byłem nim w całej pełni. Na moich oczach odbywała się tzw. prywatyzacja, czyli rozprzedaż polskiego majątku, otwarcie na zachodnie koncerny w imię liberalizmu, a w efekcie postępująca monopolizacja i coraz trudniejsza dla raczkującego polskiego biznesu konkurencja z wielkimi zachodnimi molochami. Im większy był gospodarczy liberalizm, tym mniejsze szanse po naszej stronie. Słowem, wolny rynek w tym wydaniu był narzędziem podboju gospodarczego naszego słabego państwa.

        Idea wolnego rynku wygląda dzisiaj inaczej niż przed nastaniem lat 80., gdy na Zachodzie tworzyły się hiperkorporacje, którym idee liberalne otwierały na oścież dowolne drzwi, tak wśród krajów Trzeciego Świata, jak i dowolnie wybranego miejsca na ziemi.

        Zresztą sama idea takiego podboju jest znacznie starsza. Wystarczy przytoczyć przykład Kompanii Wschodnioindyjskiej, prywatnej firmy, która kolonizowała Indie, siejąc poważne spustoszenie w tym zakątku ziemi.

        No dobrze, przedstawiasz wolnorynkowość w pejoratywnym świetle, co to oznacza w praktyce? Czy przedsiębiorca Józef Białek jest dzisiaj za zniesieniem praw i przywilejów przedsiębiorców?

        O nie! Są różne wyobrażenia wolnorynkowości. Większość liberałów chce w ramach swojej ideologii jak największego ograniczenia roli państwa i to właśnie najczęściej sprzyja podbojowi słabszych rynków przez korporacje. Na straży prawdziwie wolnorynkowej polityki musi stać państwo strażnik, które jest gwarantem praw słabszych rodzimych biznesów, którym jednocześnie stwarza maksymalne szansę rozwoju, minimalizując swoją opresyjność właśnie w tym przedziale. Oczywiście to w ramach obowiązującego prawa i zdrowego rozsądku i nie tak by zamknąć przed przedsiębiorcami rynki zagraniczne. To jednak trochę inna rola państwa niż ta tradycyjnie definiowana przez środowiska leseferystów, wg której państwo miało być zaledwie nocnym stróżem, strzegącym jedynie fundamentalnych zasad uczciwości.

        Przykłady propaństwowych gospodarek funkcjonują w dzisiejszym świecie i mają cechy dobrze się rozwijających. Przykład Azji, czy ściślej Chin. Tysiące sklepów działających według wszelkich zasad wolnorynkowości, a silne państwo nie dopuszcza do monopolizacji przez hipermarkety i korporacje. Trzeba tu wtrącić, że wpuszczenie na szeroką skalę obcych hipermarketów jest bardzo groźne. Jest to przejęcie i zagospodarowanie wewnątrz danego podbijanego kraju praktycznie całego handlu. W dalszej perspektywie załamanie handlu powoduje upadek i przejęcie drobnych przedsiębiorstw i kółko się zamyka. Nie dostrzegają tego kompletnie tzw. wolnorynkowe, czy szerzej – liberalne – elity. Żeby dzisiaj zapanował wolny rynek, który przyniesie nam wszystkim korzyści, musi istnieć silne państwo, ustanawiające silne prawo i ochronę przed monopolami na rzecz wolnej przedsiębiorczości. Jakie ma szanse dzisiaj powiedzmy młody przedsiębiorca, który posiada na inwestycje dajmy na to sto tysięcy dolarów, z korporacją, która posiada miliard dolarów, której naturalnym celem będzie pozbycie się wszelkiego planktonu na swojej drodze rozwoju? Tak więc przeciwstawiamy nasze idee silnego państwa chroniącego wolny rynek, panującemu obecnie modelowi silnego państwa stojącego na straży korporacji, którego to modelu okazuje się być obrońcą również nowy rząd Mateusza Morawieckiego, który wedle ostatnich doniesień zdecydował się na dofinansowanie w Polsce jednego z największych i najbogatszych molochów finansowych, jakim jest JP Morgan.

        Podałeś jako przykład Chiny. Powszechnie znany jest jednak fakt, że kraj ten wypracował swój status przodującej światowej gospodarki, stawiając właśnie na inwestycje zagraniczne. Jak to skomentujesz?

        To, co jest ważne w tym wszystkim, to trzeba zauważyć mądrość, która towarzyszyła Chińczykom. Chiny miały jasno zdefiniowany cel, którym był rozwój ich państwa, i dostosowywały do osiągnięcia tego celu środki na kolejnych etapach rozwoju. Ich instytuty określiły jasno gałęzie przemysłu, w których mogą się rozwijać, i instrumenty, które mogą temu rozwojowi pomóc. Tam gdzie potrzebne były nowe technologie, a także kapitał, otworzyły swoje rynki, na pewien czas, w sposób kontrolowany. W tym czasie ich specjaliści uczyli się od Zachodu jego technologii. Państwo wspomagało cały czas rozwój rodzimych inicjatyw. Chiny rzeczywiście wiedziały, że bez Zachodu sobie nie poradzą, więc stworzyły tzw. strefy ekonomiczne. Sprzedaż z tych stref była obwarowana. 60 proc. towarów w tych strefach musiało być wyprodukowane w Chinach. Towarów produkowanych w strefach nie można było sprzedawać wewnątrz państwa. Jeśli chodzi o amerykańskie korporacje, to warto zwrócić uwagę, że nie wpuszczono za bardzo do Chin banków i korporacji finansowych. Niektóre przedsiębiorstwa jednak wpuszczono. Wszedł np. Siemens, niektóre fabryki samochodów, widziałem nawet w Chinach market IKEA. W siedemnastomilionowym mieście jest jedna IKEA, która tak naprawdę sprzedaje chińskie meble. Jak widzimy, w tym wszystkim był jasno zarysowany propaństwowy plan.

        Dla odmiany, w Polsce mamy tylko chaos idei i brak zainteresowania wytyczeniem konkretnej strategii gospodarczej. Zamiast tego kazano nam zachłysnąć się mądrościami, które przywieźli nam w teczkach zagraniczni specjaliści od prywatyzacji. Nawet dzisiaj widać gołym okiem ten chaos i niezdecydowanie, ale i też brak kompetencji. Tu przekopywanie mierzei, tam stawianie portów lotniczych, projekty elektrycznych aut, to wszystko przypomina miotanie się. Efektem tego miotania i braku własnej strategii jest utrata całych gałęzi gospodarki na rzecz obcych podmiotów.

        Wracając do kwartalnika. Sam tytuł „Opcja na Prawo” sugeruje, że jest to kwartalnik o jasno zarysowanym prawicowym profilu, a pojawiają się w nim artykuły również osób o czasami skrajnie innych zapatrywaniach. Jak to skomentujesz?

        To właśnie kolejna, ciekawa do omówienia sprawa. Myślę, że w obecnych czasach muszą ulec zredefiniowaniu pojęcia prawicy i lewicy, których definicje są mocno przestarzałe, bo ukute jeszcze w XVIII-XIX wieku. Przez te dwieście lat świat jednak bardzo się zmienił. Sam przepływ informacji, towarów – wszystko poszło do przodu, a my nadal tkwimy w XIX-wiecznych teoriach, które niewiele mają wspólnego z rzeczywistością. W minionych wiekach nie istniało praktycznie zjawisko wielkich korporacji o takim zasięgu jak dzisiaj. Obecnie trzy grupy finansowe posiadają łącznie 12 bilionów dolarów i praktycznie rządzą tym naszym światem. Czy przeciwstawianie się im należy dzisiaj do lewicy – tradycyjnie wrażliwej na ucisk mas, czy może do prawicy, która tradycyjnie powinna odrzucać je, jako hybrydy postępu niszczące zastany porządek? Bywa, że ludzie przypisywani kręgom lewicowym mają lepsze pojęcie o tym, co dzieje się w gospodarce czy geopolityce, niż tzw. prawica. Przykładem mogą być niektóre wypowiedzi Leszka Milera.

        Z drugiej strony, wiele kręgów zarówno lewicowych w ramach aliansu z liberalizmem kulturowym, czyli tzw. postmarksizmu, jak i prawicowych, w ramach błędnego poparcia udzielanego liberalizmowi ekonomicznemu, ręka w rękę przykłada się do budowania tego nowego światowego porządku. Czym więc dzisiaj jest owa lewica i prawica? Te podziały są dziś zamazywane również na wysokich szczeblach władzy. Jeśli obecnie np. CDU tworzy koalicję z SPD, to o czym my mówimy. Czas zredefiniować cele, pojęcia i dążenia. Dla konserwatysty, ale chyba tym bardziej dla części pseudopostępowej lewicy te różnice ideologiczne postawione są na pewno na gruncie moralnym, coraz mniej na geopolitycznym czy gospodarczym. Tutaj podziały przebiegają w poprzek. Prędzej czy później ideologii globalizacji czy korporacjonizmu musi się przeciwstawić idea państwa, która może być przypisana zarówno części lewicy czy tzw. prawicy. „Opcja na Prawo” na pewno wychodzi z pozycji konserwatywnych i prawicowych w kwestiach kulturowych i moralnych. Chcemy cały czas stać na straży obyczajów, tradycji, wiary. Te idee stanowią fundament, od którego zależy być albo nie być naszej cywilizacji.

        Nasza prawica tego, o czym tu powiedzieliśmy, wydaje się nie zauważać. Zamiast tych współczesnych bolączek, mamy wciąż w przestrzeni tematy historyczne, rozrachunki krzywd, skrajny antykomunizm (czyli nienawiść do systemu, który przestał istnieć), żołnierzy wyklętych, tematy: „kto kogo bardziej w przeszłości skrzywdził”, organizację marszów i pikiet podejmowanych w tych dziedzinach, nikt jednak nie przejmuje się tym, co obecnie dosłownie wisi nam nad głowami.

        No właśnie, w dzisiejszej „Opcji” mało jest tematów stricte historycznych.

        Kiedyś, w miesięczniku pod redakcją Romka Lazarowicza, było trochę inaczej. Ja zgadzam się z linią, jaką przyjąłeś jako redaktor naczelny, że obecnie ten aspekt jest zupełnie poboczny, choć nie da się całkiem od niego odejść. Owszem, przeszłości należy się pamięć i szacunek, ale gdy zajmuje ona miejsce spraw decydujących o naszej egzystencji, czy nawet o przetrwaniu, kiedy wypiera z przestrzeni publicznej rzeczy pierwszej wagi, jak polityka moralna, gospodarcza, geopolityka, to coś jest nie tak. Mimo że elektorat PiS czy niektórych partii narodowych jest z tego zadowolony, odnosi się wrażenie, że są to specjalnie dla niego konstruowane tematy zastępcze, które mają odwrócić uwagę od tego, jak się np. w tej chwili w Polsce monopolizuje całe życie gospodarcze. Za chwilę będziemy trzydziestomilionowym krajem niewolników, pracujących w zachodnich korporacjach i na kasach w marketach, ale nikt na to nie zwraca uwagi. Oczywiście elektorat Platformy miał mniejsze wymagania i wystarczyła mu, jako temat zastępczy, „matka małej Madzi”, ale czy to ma mnie pocieszyć? Treść tematu zastępczego jest nieistotna, gdy efekt pozostaje ten sam: obudzimy się jako ludzie zależni finansowo, bez prawa głosu. O tej nowej formie kolonizacji jakoś wszędzie głucho. Mamy za to w tej chwili wręcz przesyt historyzmu w przestrzeni publicznej, ale w „Opcji” chcemy, jak wiesz, przywracać właściwą równowagę.

        „Opcja” poświęca wiele miejsca polityce zagranicznej i, jak się wydaje, również nie wpisuje się tutaj w najbardziej popularny nurt światopoglądowy.

        W epoce globalizacji i tak ogromnych wzajemnych zależności temat prowadzenia dobrej strategii geopolitycznej jest fundamentalny, jak nigdy dotąd. Tak jak mówiłem, świat się szybko zmienia, i żeby być dobrym komentatorem, żeby mówiąc kolokwialnie: wiedzieć, o co chodzi, trzeba się mocno i uczciwie, bez nadmiernego zacięcia ideologicznego temu przyglądać. Mówiąc o odmiennym nurcie światopoglądowym „Opcji”, masz zapewne na myśli to, że nie boimy się, w kontekście polskiego interesu narodowego, pisać obiektywnie na temat Rosji i Chin. Choć, jak wiesz, publikują u nas różni autorzy o różnych zapatrywaniach na tę sprawę. Poważne i rzeczowe argumenty same się obronią, a cenzury w „Opcji” nie ma. (...)

        Dlaczego nie powinniśmy kierować się sentymentami?

        Sentymentami w polityce możemy się kierować w bardzo nieznacznym stopniu. Pan Bóg dał człowiekowi rozum i nieużywanie go prowadzi do tragedii. Przykład Ukrainy. Byliśmy trzecim eksporterem towaru do tego państwa. Poparliśmy Majdan, który spowodował, że jesteśmy dzisiaj co najwyżej dziesiątym, a nasze miejsce zajęli Niemcy, Holendrzy, Amerykanie itd. Wiele polskich firm poniosło niepowetowane straty. Ta polityka jest dobrym przykładem kierowania się sentymentami. Polskie poparcie dla Majdanu miało chyba na celu tylko tyle, że zrobimy Rosji na złość. Wiadomo było, że zbliżenie Ukrainy do Europy to otwarcie drzwi w tym państwie na wymieniony wyżej wolny rynek i tym samym na zachodnie korporacje. W ślad za tym musiało pójść wyrugowanie z Ukrainy nie tylko części rosyjskiego biznesu, ale także polskiego, choć my, w przeciwieństwie do Rosji, jesteśmy przecież sojusznikami państw zachodnich.

        Wielokrotnie już mówiłem o tym, że zupełnie niezrozumiała jest w kontekście polskiego interesu gospodarczego nasza polityka wobec Rosji, która jest głównym importerem surowców do Polski. Zamiast wykorzystywać – zwłaszcza teraz, tę sprzyjającą negocjacjom, sytuację osaczania Rosji i rozmawiać o cenach gazu, ropy, wolimy kupować te surowce w Katarze, w Stanach Zjednoczonych, płacąc może i ze 40 proc. więcej za gaz.

        Czyli co – mamy postawić na Rosję i zrezygnować z rynków zachodnich?

        Z niczego nie mamy rezygnować. Polityka jest grą interesów. Mówiąc językiem biznesowym: jeśli mamy interes do/z Niemcami, to robimy deal z Niemcami. Jeśli wychodzi, że są dla nas za mało atrakcyjni powiedzmy w porównaniu z Czechami, negocjujemy, stawiamy warunki, wybieramy lepszą, biorąc pod uwagę wszystkie czynniki – atrakcyjność finansową, jakość, jak również długofalowość inwestycji. Stawiamy się wtedy w pozycji gracza, który ma swoje karty przetargowe, i nie prowadzimy polityki klientystycznej, a z drugiej strony, nie wszczynamy niepotrzebnych awantur. To tylko biznes. Brzmi to dość cynicznie, ale to właśnie powodzenie tak pojętego naszego polskiego biznesu zagwarantuje przyszłym pokoleniom nie tylko lepszy byt, ale i niepodległość.

        Jest taki znany dowcip, w którym Rosjanin podróżuje pociągiem do Paryża, a Francuz w przeciwnym kierunku, do Moskwy. Obaj wysiadają na dworcu w Warszawie i myślą, że są na miejscu. Jesteśmy krajem tranzytowym między Wschodem i Zachodem i powinniśmy to umieć wykorzystać. Zamiast tego trąbimy o tym, jak bardzo złe jest nasze położenie pomiędzy wrogimi państwami. Zła jest jedynie nasza strategia polityczna, wrogiego nastawienia wobec sąsiadów i szukania przyjaciół za morzem. Dzisiaj potęgi nie zdobywa się militarnie. Musimy się bogacić. Wygrywać wojnę o gospodarkę. Inna prezentowana przez nas postawa to serwilizm. Ta postawa powoduje, że bezkrytycznie przyjmujemy wszystkie wytyczne zagraniczne. (...)

        Wróćmy jeszcze do doboru treści. Również na łamy kwartalnika redakcja stara się zapraszać tych, którzy mają coś mądrego do powiedzenia, ale nie zasklepiają się w utartych schematach...

        ...ale nie jest w naszym kraju dziś o to łatwo. W Polsce trudno o ludzi naprawdę znających się, powiedzmy, na geopolityce, ekonomii, których fachowość koresponduje z percepcją, pragmatyzmem, odwagą i obiektywizmem opisania rzeczywistości taką, jaka ona jest. Nasz świat, co już jest utartym sloganem, bardzo dynamicznie się zmienia, a większość polskich publicystów zachowuje się tak, jakby utknęła w swoim oglądzie na etapie lat 80.-90., co wskazuje na to, że zostali zakładnikami jakiejś ideologii, nieważne czy ta ideologia definiuje się jako lewicowa, czy nawet ultraprawicowa. Wielu nie wyrasta ze swoich małych środowisk, bo najwyraźniej się po prostu boi napiętnowania. Kluczem jest więc też odwaga. Polska scena polityczna działa jak swojego rodzaju sekta. Wyjście poza granice grozi emblematem agenta (nieważne czy ruskiego, czy żydowsko-amerykańskiego), zamiast merytorycznej odpowiedzi. To w oczywisty sposób szkodzi percepcji politycznej i odważnemu stawianiu diagnoz. Szkodzi dyskusji i wykuwaniu w jej ogniu nowych, adekwatnych do czasu i miejsca poglądów. Zachowujemy się też często jak mieszkańcy małej wioski, którym się wydaje, że jest ona pępkiem świata, a żyjemy w świecie globalnych zależności.

        My jednak możemy się poszczycić wieloma stałymi lub doraźnymi publicystami, których artykuły różnią się znacznie poziomem i obiektywizmem od konkurencji. Trzeba tu podziękować wielu zaangażowanym w nasze wydania redaktorom, których współpraca z „Opcją” okazała się dla kwartalnika bardzo cenna. Wolałbym nie zamieszczać w tym wywiadzie ich listy, w lęku, że kogoś istotnego pominę, a przewinęło się ich naprawdę wielu.

        Dokładnie. Ja jednak właśnie chciałby wymienić kilku bardzo ważnych dla „Opcji” ludzi z nazwiska, żeby złożyć swoje osobiste podziękowania: pierwszemu redaktorowi naczelnemu Ludwikowi Kluźniakowi, Romkowi Lazarowiczowi, który wiele lat wytrwale stał na czele redakcji miesięcznika, redaktorom, którzy towarzyszą lub towarzyszyli naszemu pismu przez wiele lat, a także tym, którzy są krócej, ale nadawali i nadają „Opcji” jej niepowtarzalny, merytoryczny charakter, Romkowi Konikowi, Damianowi Leszczyńskiemu, którzy wkładali wiele starań w podwyższanie poziomu naszego pisma; redaktorom Stanisławowi Michalkiewiczowi, Tomaszowi Gabisiowi, Pawłowi Falickiemu, Tomaszowi, Michałowi Krupie, Tomaszowi Cukiernikowi, Andrzejowi Szczęśniakowi, profesorowi Witoldowi Modzelewskiemu, profesorowi Stanisławowi Bieleniowi, Wojciechowi Grzelakowi, profesorowi Jerzemu Robertowi Nowakowi i wielu innym. Na koniec chciałbym wyrazić to, co myślę o dziesięcioletniej współpracy z małżeństwem Trojanowskich. Odkąd weszliśmy we współpracę i zajęliście się moim wydawnictwem, podnieśliście poziom zarówno wydawnictwa, jak kwartalnika, za co wam dziękuję. Wydaliśmy razem już blisko sto książek, a teraz mamy 150. numer kwartalnika... Mało osób zdaje sobie sprawę, że odpowiadasz nie tylko za redakcję, ale od lat osobiście nadajesz „Opcji” i książkom charakter graficzny.

        No, jeśli chodzi o podziękowania, na największe zasługuje chyba właściciel „Opcji” i wydawnictwa, który zainwestował w jej 150 wydań – tym bardziej, biorąc pod uwagę fakt, że wydawanie kwartalnika nie należy do najbardziej dochodowych biznesów, prawda?

        No tak, ale trzeba podkreślić, że taka opcja „Opcji” gwarantuje mojemu pismu dużą niezależność. Nie korzystamy z dotacji, dopłat. Wolni jesteśmy od zależności, które mogłyby ograniczyć lub wpłynąć w jakikolwiek sposób na linię programową pisma. Nie finansują nas organizacje pożytku, ani Soros, ani Putin.

        No i co najważniejsze, Ty sam bardzo powstrzymujesz się od wpływania na ograniczanie treści w „Opcji”. Przecież pojawiają się w niej artykuły, z którymi Józef Białek się nie zgadza, można powiedzieć, z lekkim przymrużeniem oka, że niektóre wywołują u niego wręcz oburzenie.

        Starałem się, aby nigdy nie zostać cenzorem. Redakcja żyje swoim życiem, choć i ja jestem jej częścią. Jeśli ktoś ma jakieś przeciwne poglądy, może je u nas wyrazić, pod warunkiem że nie ucierpi na tym zbytnio sam poziom argumentów i elementarna przyzwoitość. Jeśli tekst jest merytorycznie dobry, to nie mam nic przeciwko, żeby był u nas opublikowany, myślę też, że mamy wymagającego i myślącego czytelnika, który sam potrafi wyciągać wnioski i formułować swoje zdanie, opierając się na argumentach obu stron. Oczywiście nie chciałbym też sprawiać wrażenia liberała, którego głównym celem jest stworzenie swoistego Hyde Parku. Nie, „Opcja”, choć to się zmieniało, ma jednak jasno określoną wizję i raczej szukamy autorów, którzy w różnych aspektach patrzą podobnie i potrafią ten kierunek rozszerzyć i ubogacić. Inaczej to wszystko byłoby po nic.

        Dziękuję za rozmowę.

Wywiad pochodzi z jubileuszowego 150. wydania „Opcji na Prawo”.

Nasza „solidarnościowa” emigracja z lat 80. powoli przechodzi na emeryturę, niedawno aktywną pracę zawodową zakończył w zakładach Bombardiera Andrzej Wierus i stąd poniższa rozmowa…

Andrzej Kumor: Panie Andrzeju, można gratulować emerytury?

Andrzej Wierus: Myślę, że tak, bo wyszedłem o własnych siłach z tego zakładu (śmiech) i mam marzenia na kolejnych kilkanaście lub kilkadziesiąt lat do spełnienia.

– Szybko minęło, te czterdzieści lat, które Pan tu pracował?

– Bardzo szybko, choć w Bombardierze pracowałem tylko 13 lat. Zacząłem swoją karierę w tym sektorze gospodarki, czyli budowaniu samolotów, w 86 roku, ale z McDonnell Douglas, który później został kupiony przez Boeinga, więc u nich byłem 13 lat i 13 lat w Bombardierze.

– Proszę powiedzieć jak się Pan znalazł w Kanadzie i dlaczego?

– Znalazłem się w Kanadzie, bo opuściłem kraj w 81 roku, 5 października, i poprzez Austrię, bo taka była możliwość, przez Waldhausen, przyjechałem do Kanady na zaproszenie swojego wujka, Jurka Burskiego i cioci Krysi. Dotarłem do Kanady 5 maja 1982 roku.

– Ile miał Pan lat wtedy?

– Miałem 28 lat i byłem w piku swoich możliwości, ale jakoś nie zwrócono na mnie uwagi w Kanadzie i niestety, moje pierwsze prace nie były związane z moim zawodem.

– To proszę zacząć od tego, dlaczego Pan wyjechał i jaki ma Pan zawód.

– Jestem inżynierem górnictwa, kończyłem Akademię Górniczo-Hutniczą. Wielu moich kolegów też zawitało tu, do Kanady, między innymi Władek Lizoń i jeszcze kilku innych, wszyscy jakoś znaleźli swoje miejsce, są bardzo „successful” w swoich biznesach. Ja natomiast szukałem pracy w górnictwie, bo tylko to umiałem i przede wszystkim kochałem tę pracę, kochałem ludzi, którzy pracują w górnictwie.

– Myślał Pan o górnictwie węglowym?

– Myślałem o górnictwie węglowym w Kanadzie. Miałem już nawet pracę zapewnioną w Falconbridge – to zupełnie niewęglowe górnictwo – ale w 82, jak tutaj dojechaliśmy, to ci ludzie, którzy mogli mi coś pomóc, sami byli bez pracy. I górnictwo praktycznie w Kanadzie nie stanęło na nogi od tamtego okresu. Więc pracowałem w różnych zawodach, jako elektryk, jako hydraulik, jako ustawiacz maszyn, aż dostałem się do McDonnell Douglas w 86 roku.

– Dlatego że Pan chciał, że była taka okazja?

– Tak. Wykształcenie i znajomość techniczna im bardzo odpowiadały, natomiast mój język angielski nie był, powiedzmy, „up to par” i również „transferable skills”, takie jak „human skills”, współpraca z ludźmi itd., też im nie odpowiadały, więc nie dostałem pracy jako „supervisor”, dostałem pracę po prostu „na podłodze produkcyjnej”, na produkcji. I stamtąd krok po kroku starałem się i dostałem do biura inżynieryjnego McDonnell Douglas, później zakład został przejęty przez Boeinga i dla Boeinga pracowałem kolejne dwa lata, do roku 2000.
Od 2000 do 2006 robiłem różne rzeczy, żeby przetrwać. Jeździłem nawet truckami, bo to legendarne, marzenia młodzieńcze były u mnie też, i dopiero w 2006 Bombardier się odezwał i zaprosił mnie na „interview”. I tak się zaczęła przygoda z Bombardierem. Byłem bardzo zadowolony, że mogłem pracować w zakładzie, który wypuszcza konkretny, już gotowy produkt.

– Tu się składa samoloty?

– Tu się składa i one stąd odlatują.

– Jakie modele samolotów Pan budował?

– Od początku tutaj byłem związany z Globalem, to jest duży, prywatny jet, samoloty odrzutowe, które mieszczą od 8 do 16 osób w zależności od konfiguracji i są perłą Bombardiera. Obecnie najnowszy, 7000, ma cztery strefy, tzw. living areas, ma bedroom, ma dining room, ma salon i gabinet operacyjny.

– To są takie samoloty, których my nie znamy, to są samoloty dla ludzi szczególnych?

– Tak, dokładnie. Dla tych ludzi, których stać na 80 mln plus zabawkę tego typu.

– Co pan robił teraz, przed emeryturą, na jakim stanowisku Pan pracował?

– Pracowałem „na podłodze” jako „assembler”, operator robota. W tej chwili wszystkie linie są skomputeryzowane i wymagają pewnych „skills”, które miałem, „transferable skills”, kiedyś również kończyłem George Brown College, „computer repair and installation”.

– Czyli Pan, praktycznie rzecz biorąc, jest człowiekiem wielu profesji i z tego, co wiem, również wielu zainteresowań, bo także Pan występuje w zespołach artystycznych, to znaczy teraz w kolejnym już zespole?

– Tak. Jeśli chodzi o życie polonijne, to właściwie tylko i wyłącznie działalność w zespołach śpiewaczych, takich jak „Harfa”, „Agnus Dei”, „Art-bis”, a ostatnio nawet założony przeze mnie i Teresę Klimuszko zespół „Polskie Klimaty”.

– Jak Pan ocenia nasze życie polonijne tutaj, bo jedni narzekają, inni chwalą, jedni mówią, że tutaj jest to życie polskie intelektualne rozwinięte w porównaniu z innymi skupiskami polonijnymi, jak Pan ocenia to nasze środowisko z perspektywy właśnie tych kilkudziesięciu lat mieszkania w Kanadzie?

– Panie Andrzeju, myślę, że mamy ogromny potencjał, choćby z tego powodu, że 180 czy 200 tys. Polaków mieszka w rejonie GTA. I prawdę mówiąc, nie samą pracą człowiek żyje i sutym kontem w banku. Co przynosi radość w życiu, to właśnie dawanie. I jeśli mógłbym dać taką radę Polakom tutaj – proszę być zaangażowanym, proszę wybrać sobie jakąkolwiek dziedzinę, w każdej dziedzinie można pomóc, można coś zrobić, i będzie nam się o wiele lepiej żyło.

– A stosunek do Polski, to znaczy do tego kraju, który przecież wszyscy gdzieś tam mamy w sercu, nawet ci, którzy na tę Polskę niesamowicie narzekają, to jednak robią to w większości przypadków z miłości? Jak to jest z tą Polską u Pana?

– U mnie? Ja kocham Polskę, kocham ten naród. Zostałem wychowany w duchu patriotycznym i jeśli istnieje możliwość podparcia stanowiska obecnego rządu, to zawsze popieram. Może nie całkowicie, bezmyślnie, ale niestety, nie ma innej siły, która mogłaby pomóc nam przetrwać.

– Mówi Pan o powrocie do polityki historycznej polskiej, do tego, że wreszcie Polacy poczuli się dumni, do tego, że ten rząd jak gdyby zaczął stawiać na pierwszym miejscu patriotyzm, tak?

– To prawda, a sprawiła to Beata Szydło, nasza pani premier, która w końcu poderwała nas wszystkich z kolan, powiedziała, co myśli o zachodniej liberalnej społeczności.

– W jej przemówieniu w Brukseli, które było transmitowane?

– Tak, o jej słynnej wypowiedzi, że będziecie opłakiwać własne dzieci, jeśli nie będziecie nas słuchać. No i proszę bardzo, nie ma przydziału na imigrantów, na każdy kraj.

– Pan myśli teraz o planach na emeryturę, czy one są związane z Polską, nie zastanawia się Pan nad przeprowadzaniem do Polski, jak wielu ludzi z naszego tutaj środowiska i z naszego pokolenia?

– Pewnie tak, gdybym nie miał tutaj rodziny – mam dwie córki, które już wyszły z domu, są ustabilizowane i pracują zawodowo; jedna jest w Montrealu, pracuje w Canadian Space Agency jako inżynier, a druga pracuje dla Region of Peel w Human Resources. Kontaktu z Polską nie chciałbym zerwać, dlatego między innymi mam jakąś tam dziuplę w okolicach Częstochowy i będę jeździł – mam nadzieję – na trzy miesiące w roku. A resztę będę z przyjemnością spędzał w Kanadzie, z rodziną, z wnukami, ponieważ ktoś musi im dać przykład.

– No właśnie, nieoceniona rola babci i dziadka zawsze w wychowaniu tego najmłodszego pokolenia. Bardzo wielu młodych uczestników konkursów w szkołach polonijnych mówi, że to babcia przepytuje, babcia dopinguje do tego, żeby się uczyć, więc to jest coś niesamowitego. Ale oprócz tych planów Pan teraz poczuł wolność, więc co z tą wolnością Pan będzie robił?

– Tak, poczułem wiatr pod skrzydłami. Najbliższe dwa miesiące spędzę na cottage’u, kolejne dwa miesiące to „cruise” po Pacyfiku. Jestem troszkę przerażony, bo to jednak 60 dni, ale miejmy nadzieję, że wszystko będzie dobrze. Kiedyś chciałem być marynarzem, więc mam okazję sprawdzić siebie (śmiech).

– „Cruise”, to znaczy jak Pan się będzie sprawdzał?

– Będę się sprawdzał, czy wytrzymam na statku te dwa miesiące.

– Gratuluję tej emerytury, ale gratuluję też utrzymania polskości, tej działalności na niwie polonijnej, bo Pan od czasu do czasu jest widoczny i nas wszystkich rozbawia. Z mojej perspektywy, myślę, że gdyby takich ludzi jak Pan było więcej i tu, i w Polsce, to Polska byłaby mocarstwem.

– Wezmę te słowa ze sobą, dziękuję bardzo.

piątek, 22 czerwiec 2018 15:24

Sytuacja finansów Polonii

Napisane przez

binieckiMarek Bober, Radio Polonia 2000: Gościem jest dzisiaj działacz polonijny, publicysta, były prezes Kongresu Polonii Amerykańskiej w stanie Wisconsin. Witam serdecznie. Senat polski rozdzielił dokładnie sto i pół miliona złotych na, jak to się ładnie nazywa, opiekę nad Polonią i Polakami za granicą w 2018 roku. Wnioski były składane pod koniec 2017 roku. Najwięcej, mówiąc ogólnie, z tych środków zostanie przeznaczonych na edukację – 33 mln złotych, oraz na infrastrukturę polonijną – 17,5 mln złotych. Temat pieniędzy na tzw. Polonię jest zawsze tematem gorącym, i czy Pańskim zdaniem te pieniądze są dobrze lokowane?

Waldemar Biniecki: Tu jest oczywiście bardzo skomplikowany problem. Proszę zwrócić uwagę, że przez ostatnie kilkanaście lat bardzo mocno wykreślano z misji organizacji polonijnych hasło „Bóg, Honor, Ojczyzna” i jak gdyby proces ten, moim zdaniem, trwa w dalszym ciągu. Proszę zwrócić uwagę, że na liście tych wszystkich beneficjentów, którzy otrzymują granty senackie, ile fizycznie jest projektów takich, które mają jeszcze w swoich misjach zapisane „Bóg, Honor, Ojczyzna”. I to jest clue całego problemu. Od 89 roku praktycznie Polonii zakazywano zajmowanie się polityką i stało się to doktryną wszystkich naszych ambasadorów, którzy wyraźnie mówili Polonii, już się nie musicie zajmować polityką, bo mamy niepodległy rząd i ten rząd już dba o interesy Polski, Polaków, więc powinniście się zajmować kulturą. I tak to wszystko było.

Proszę zwrócić uwagę, że nawet uzyskanie takich finansów przez nowo powstające projekty jest praktycznie niemożliwe. Niemożliwe jest z tego powodu, że trzeba mieć swojego agenta – używam słowa agent w charakterze handlowym – w Polsce, i to też jest bardzo określona grupa określonych podmiotów, zaczynając od Wspólnoty Polskiej i innych rozmaitych fundacji, które oczywiście powstały po 89 roku. Komunikaty z IPN-u napływały, kto tam pracował i kto być może dalej pracuje. Ja nie jestem ekspertem w tej dziedzinie, ale potrafię sobie wyobrazić na podstawie informacji IPN-u, że głównie w tych wszystkich fundacjach, organizacjach znajdowały zatrudnienie osoby związane z dawną nomenklaturą. Osoby te naturalnie nie będą wspierały hasła „Bóg, Honor, Ojczyzna” i trudno zawrzeć jakiekolwiek kontakty z taką grupą osób, które wspierają tylko i wyłącznie swoich kolegów.

Prowadząc dyskusje z licznymi przedstawicielami Polonii na całym świecie, można bardzo jasno dojść do takiego sformułowania, że im więcej ludzi się zna, tym lepiej, ale trzeba znać odpowiednich ludzi. I to jest bardzo ważny powód, że ten proces w dalszym ciągu nie jest transparentny, i wystarczy się wczytać dokładnie w dokumenty, to te dokumenty czasami podają, kto jest beneficjentem bezpośrednim za granicą, a czasami po prostu podają, że pieniądze otrzymuje dana organizacja, załóżmy Wspólnota Polska, i ta Wspólnota Polska zagospodarowuje te pieniądze. Tak że do transparentności jest nam bardzo daleko, a inne kwestie są takie, że są wręcz głosy, że Polonia amerykańska nie powinna dostawać pieniędzy z polskiego Senatu, ponieważ jest to Polonia najbogatsza i oni sami, czyli my możemy sobie sami radzić w naszych amerykańskich warunkach. To jest zaprzeczenie podstawowych ram transparentności, bo jak wszyscy, to wszyscy. Znam co najmniej takie dwa podmioty patriotyczne, które powstały, ale nikt im nie udzielił żadnej pomocy. Żeby złożyć te wszystkie wnioski itd., to trzeba mieć tego agenta w Polsce, z którym trudno czasami się naprawdę porozumieć.

– Jest jeszcze jeden element, że nie ma tutaj mechanizmu kontroli, czy i jak te pieniądze są wydawane, obojętnie w Wielkiej Brytanii czy w Stanach Zjednoczonych. I tak jest z roku na rok.

– Nie ma kontroli. Tutaj może dziwić sprawa naszych przyjaciół, Polaków na Litwie, bo w tej chwili wygraża się im, czym tylko można wygrozić. W sumie, jeśli chodzi o – pewnie Państwo wszyscy słyszeli, że doszło do pewnej scysji między marszałkiem Karczewskim, który zaczął się odgrażać, że te pieniądze, które przyznano Związkowi Polaków na Litwie, nie są wydawane w sposób, w jaki zostało opisane w grancie. Ja bym proponował, żeby przyjrzeć się, w jaki sposób są wydawane pieniądze w Europie Zachodniej albo chociażby w Kanadzie czy w Stanach Zjednoczonych. To są również bardzo duże sumy czy większe niż tam. Chociażby kwestia przyznania nagród dla pana Tuska i dla pana Owsiaka. Też poszły na to pieniądze z grantów senackich i nikt nie ma z tego powodu żadnych problemów, żadnych obiekcji. To jest dość mało obiektywne, tak jak Pan tutaj mówi, cały ten system w oparciu o Senat. Proszę zwrócić uwagę, na ostatnim kongresie „Polska wielki projekt” pani Anders jednoznacznie powiedziała, że to musi być jedno biuro do kontaktu z Polonią, natomiast pan marszałek Karczewski jak gdyby zaoponował pani Anders, mówiąc, że to dobrze, że Polacy mogą się kontaktować ze wszystkimi agendami. To jest podstawowa kwestia zarządzania, że jeśli nie ma jednego ośrodka, to rozdrabniać to, to jest po prostu droga do anarchii. I tak to bywa. Zasada jest bardzo prosta. Jeżeli się kogoś zna, to się używa tej znajomości i ta osoba takie granty gdzieś tam w Senacie przepycha. I to nie jest żadna tajemnica wielka. I mi się zdaje, że tutaj do tzw. transparentności jest bardzo daleka droga.

Wystarczy się uczyć, bo proszę zwrócić uwagę, że Irlandczycy, którzy w Europie mają największą diasporę w Stanach Zjednoczonych, bo chyba 30-milionowa jest diaspora irlandzka, oni to rozwiązali w bardzo prosty sposób. Tam jest 3 wiceministrów do spraw międzynarodowych, jest wiceminister do typowej dyplomacji, jest wiceminister do spraw europejskich i jest wiceminister do spraw diaspory. I są bardzo transparentne, przejrzyste, jasne reguły, kto może się ubiegać, że to musi być organizacja zarejestrowana w Stanach. To nie może być tak, że jakiś polityk w Polsce przyznaje środki na jakąś organizację, która nie jest zarejestrowana tutaj, w Stanach Zjednoczonych, a ja znam takie przypadki. To musi być organizacja zarejestrowana. Oczywiście prawo amerykańskie jest bardzo restrykcyjne pod tym względem. To musi być organizacja 501S i wtedy takie środki przychodzące z zagranicy można rozliczyć z amerykańskim fiskusem. Tutaj, tak jak mówię, te patriotyczne projekty mają jeszcze dużo do zrobienia, bo przede wszystkim powinny się dobrze zarejestrować. Jeżeli ten proces nie jest wypełniony, to amerykański fiskus się na pewno do czegoś takiego przyczepi, a tego nie chcemy.

– Ale to działa w dwie strony. Słuszne są argumenty Polonii amerykańskiej, że kilka, czy nawet kilkanaście ośrodków zajmujących się w Polsce Polonią amerykańską, Biuro ds. Polonii w Kancelarii Prezydenta, Wspólnota Polska, Senat itd., itd. nie ułatwia kontaktów. Z drugiej strony, głosy płynące z Polski, że Polonia amerykańska nie ma swojego jednego głównego przedstawiciela, tylko różne organizacje i organizacyjki, i to też nie ułatwia i te argumenty też można zrozumieć.

– Oczywiście, że nie ułatwia, ale proszę się przyjrzeć, co się działo w epoce II Rzeczpospolitej, kiedy II Rzeczpospolita też zabiegała o to, żeby Polonię można było w pewnym aspekcie bardziej porządkować, czy też nie chcę używać sformułowania kontrolować. Natomiast czytam w tej chwili doskonałe opracowanie nt. Światpolu. To była organizacja powołana przez rząd II Rzeczpospolitej.

Oczywiście delegacja ze Stanów Zjednoczonych nie chciała się podporządkować tej polityce rządu piłsudczyków. Dlaczego? Ponieważ Polacy w Ameryce, czy też inaczej Polacy amerykańskiego pochodzenia, my wrośliśmy czy wrastamy i wrastać będziemy w struktury niezależne, my myślimy zupełnie inaczej niż pozostała część Polonii, ponieważ kwestia wolności jest dla nas jednym z ważniejszych priorytetów. Dlatego nigdy nie było łatwo sobie podporządkować Polonii amerykańskiej. I to nie jest kwestia dzisiejsza, bo to się działo również w historii. Proszę sobie sięgnąć do badań prof. Skóry, on właśnie pisze, że rząd II Rzeczpospolitej miał bardzo duże problemy. Ale czy to właśnie o to chodzi, żeby nas podporządkować sobie i my mamy być bezwolnym narzędziem polityki rządu, czy tu chodzi raczej o działanie dla polskiej racji stanu, gdzie polska racja stanu jest na troszkę innym poziomie niż realizacja polityki rządu? I z tym problemem spotykaliśmy się w II Rzeczpospolitej, i spotkaliśmy się w okresie komunizmu, totalnie nas ignorowano i inwigilowano. Po 89 roku również mamy do czynienia z częściową inwigilacją, te słynne czarne listy.

Znam osobiście przedstawicieli Polonii amerykańskiej, którzy nigdzie nie byli zapraszani, bo byli na czarnej liście. To jest to właśnie takie traktowanie Polonii. Na tym kongresie padła bardzo cenna uwaga profesora, teraz nazwisko wypadło mi z głowy, on próbuje i ciągle mówi, że drepcze w miejscu z tym pomysłem, ponieważ to jest profesor emigracyjny, przyjechał do Polski kilka lat temu, i mówi, że ciągle jest na takim samym etapie dreptania w miejscu. Natomiast mówi, że jeśli nam się udało zorganizować narodową drużynę w piłce nożnej, gdzie większość tych zawodników to są gracze z międzynarodowych wielkich zespołów, którzy się tam nauczyli zupełnie czego innego niż w Polsce, i ta drużyna osiąga olbrzymie sukcesy, natomiast polska liga jest ciągle na zupełnie innym etapie. I on to porównanie tutaj przytacza, że jeśli chcemy rzeczywiście doprowadzić do tego, żeby Polska się rozwijała, to musimy zaangażować do tego Polonię, ponieważ Polonia ma rozmaite doświadczenia, tam są ludzie z rozmaitych zakresów, i wystarczy, żeby tych ludzi organizować w zespoły, które mogłyby wspólnie rozwijać Polskę.

– I ostatnia już kwestia. Coraz częściej spotykam się z opinią, i chciałbym wiedzieć, czy Pan się zgadza z taką opinią, że w tej chwili tracimy pokolenie 20-30-latków, ludzi zazwyczaj tutaj urodzonych, dobrze wykształconych. Tracimy ich jako element aktywności politycznej i społecznej Polonii amerykańskiej.

– Zgadzam się z Panem. Proszę zwrócić uwagę, że ostatnim ambasadorem, który pracował z młodą Polonią, był niestety pan ambasador Sznepf, który szkolił młode pokolenia polonijne. Ciągle pamiętam taki klip, na którym przyjeżdża do ambasady prezydent Duda i ci wszyscy młodzi próbują przygwoździć prezydenta Dudę i z tyłu uśmiechający się ambasador Sznepf miał wielką satysfakcję z tego powodu. „Dobra zmiana” nie ma żadnego programu pracy z młodym pokoleniem. Słyszałem również, jak oglądałem relację z kongresu „Polska wielki projekt”, no to wy macie się zapisać, wy macie się zapisać. Ale proszę zwrócić uwagę, czy choć jedna osoba w Stanach Zjednoczonych, w Chicago czy w Nowym Jorku, w ogóle wie, że istnieje taki program „Polska wielki projekt” i czy polskie media w ogóle z taką informacją do nas docierają i czy ta informacja jest spopularyzowana. Tu nie chodzi o to, że wy możecie się zapisać. Tu chodzi o to, żeby z taką informacją dotrzeć. Jeśli panie z ZUS-u mogły zrobić taką prezentację w Internecie i nie tracić pieniędzy podatnika na to, żeby przyjeżdżać na szkolenia do Stanów Zjednoczonych. Gdyby to po prostu wykorzystać, hej, tutaj mamy projekt, gdzie każdy może przyjść, możemy to również zrobić w Chicago, możemy taki projekt zacząć właśnie w Chicago, w Nowym Jorku albo w Toronto, największych skupiskach Polonii, i takie szkolenia odbywać. Nie ma takiej wizji, nie ma takiego pomysłu. Na kongresie pani Anders bez przerwy powtarzała, że Polonia jest skłócona. Odbiję pałeczkę w drugim kierunku. No dobrze, Polonia jest skłócona, ale co rząd „dobrej zmiany” robi w tym kierunku, żeby Polonia nie była skłócona? Gdzie są stypendia, gdzie są programy, gdzie są nawet jakieś spotkania? Niech przyjedzie pan Szczerski na Uniwersytet w Loyola, gdzie co 9. student ma polskie pochodzenie. Niech się z nimi spotka, niech powie im, hej, proszę, tu mamy programy takie i takie, można się na te programy zapisać. Czy mamy problem z uruchomieniem anglojęzycznego dziennikarstwa. Ja kilku dziennikarzom już dawno powiedziałem, proszę państwa, przyjedźcie na Uniwersytet w Loyola czy na Uniwersytet w Chicago, i wyłówcie tych studentów, którzy raz, że świetnie mówią i piszą po angielsku, z dziennikarstwa, a po drugie, mówią i piszą w języku polskim. I macie problem rozwiązany.

Proszę zwrócić uwagę, że każda stacja w tej chwili robi sobie malutki anglojęzyczny programik. Tu chodzi o to, żeby stworzyć jedną globalną telewizję, która mogłaby tę polską rację stanu w końcu komunikować światu. A tu też nie ma takiej wizji, „bo my w Warszawie wiemy wszystko lepiej”.

I to jest właśnie tutaj istotą problemu.

Alexander Kopacz (ur. 26 stycznia 1990 w London w Kanadzie) – kanadyjski bobsleista, złoty medalista olimpijski w dwójkach z 2018. Bobsleje zaczął trenować w 2013, do kadry narodowej trafił w 2014. Zawody w Pjongczangu były jego pierwszymi igrzyskami olimpijskimi i triumfował w rywalizacji dwójek. Partnerował mu Justin Kripps (pilot boba). Złoty medal zdobyli ex aequo z niemiecką parą Francesco Friedrich i Thorsten Margis.


Andrzej Kumor Goniec: Aleksander, przede wszystkim spóźnione gratulacje za złoty medal! Rozmawiamy po polsku i dla mnie to bardzo intrygujące, jak to jest że tak dobrze znasz ten język? Czym dla Ciebie jest Polska?

- Przede wszystkim, jestem wdzięczny że mam takich dobrych rodziców, bo to jest ich zasługa. Zawsze w domu rozmawialiśmy po polsku; w każdą sobote chodziłem do polskiej szkoły.

- Rodzice tutaj przyjechali, czy tutaj się urodzili?
Przyjechali, ja jestem pierwszą generacją urodzoną tutaj, tato pochodzi z wioski niedaleko Krakowa, a mama jest z okolic Częstochowy. Dla mnie było to zawsze bardzo ważne, żeby utrzymać polskość.
Korzenie są bardzo ważne, no bo co to znaczy tutaj w Kanadzie być Kanadyjczykiem? Przecież nie jestem tutaj kimś kto pochodzi z ludności rdzennej, nie jestem z Anglii, nie jestem z Francji. Patrzę na moich kolegów, koleżanki i widzę, że oni nie mają takiego kulturowego punktu odniesienia, żeby móc powiedzieć, określić, co to znaczy że jestem Kanadyjką, czy Kanadyjczykiem. Dla mnie kultura polska powoduje, że ja jestem Polakiem, który mieszka w Kanadzie.

Kanadyjczycy tutaj nie mają takiego kulturowego punktu zaczepienia, gdy mówią że są Kanadyjczykami. Czy dobrze zrozumiałem?
- Tak właśnie na to patrzę; dla moich kolegów, koleżanek to jest interesujące, jak ja do pewnych rzeczy podchodzę; na przykład, gdy ktoś przychodzi do mnie do domu, czy do moich rodziców to pytam od razu, czego się napijesz, czy coś zjesz? I to jest dla nas bardzo ważne w naszej rodzinie.

- Gościnność?
- Dokładnie, to są takie małe rzeczy; na przykład taniec, to też bardzo ważne dla Polaków. Tańczyłem w polskim zespole w London nazywa się Cracovia. Miałem okazję, żeby wszystkiego spróbować z polskiej kultury.

- Rodzice zadbali o to przez całe twoje wychowanie, A czy również jeździłeś do Polski?
Wiele razy. Miałem okazję, odwiedzić te miejsca, miejscowość, gdzie tato się urodził, mam wciąż liczną rodzinę w Polsce, ciotki...

- Jakie Polska robi na tobie wrażenie?
- Ogólnie, jak jestem w Europie, czuję, że jestem w domu, a gdy jestem w Polsce to tak czuję podwójnie. Czy bym się tam kiedyś przeniósł? No, nie wiem, bo jednak, jak człowiek się urodził w innym kraju, to cały ten system, który zna jest inny, wykształcenie, wszystko to pasuje do kraju, w którym się urodził. Ale jestem bardzo wdzięczny, że mogę w Polsce czuć się, jak w domu.

- Powiedz jak wyglądało Twoje wykształcenie? Chodziłeś tutaj do szkoły średniej ale też skończyłeś studia z fizyki? Czym się zajmujesz na co dzień?
- Chodziłem na studia Inżynieryjne, kierunek mechaniczny. Skończyłem University of Western Ontario i zrobiłem równolegle drugi kierunek z fizyki. Studiowałem w Kanadzie i w Niemczech.

- A na jakim uniwersytecie w Niemczech?
Karlsruher Institut für Technologie. Bardzo słynna uczelnia techniczna. Bardzo dobra, słynna szkoła w dziedzinie technologii i techniki, również informatyki i innych nauk ścisłych. Nie zdawałem sobie sprawy, jak trudne to dla mnie będzie w Niemczech, szczególnie na takim uniwersytecie, ja bym to porównywał do Harvardu w Ameryce. To była jedna z dwóch szkół, które miały fizykę i uczestniczyły w tej całej wymianie w ramach Ontario/Baden-Württemberg (OBW) program. Oni szukali wymiany jedynie Baden-Württemberg i tylko dwie szkoły miały fizykę. Bo większość studentów na wymianę szukała takich kierunków, jak polityka, marketing czy geologia, gdzie oni tam uczą po angielsku. Ja musiałem w moim pierwszym semestrze nauczyć się niemieckiego i jeszcze studiować fizykę.

- To jest duże wyzwanie. A powiedz jak trafiłeś do sportu bo chyba zawsze lubiłeś sport?
- Zawsze miałem smykałkę do sportu. Grałem w piłkę nożną, jak każdy dobry Polak.

- A w hokeja nie grałeś?
- Nie, w hokeja, nigdy nie grałem; mama mi powiedziała, nie pozwolę na to! Nie chciała, żebym sobie wybił zęby.

- Ze względu na kontuzje?
- No dokładnie. Dużo pływałem, grałem w piłkę nożną i jak byłem już w szkole średniej to zacząłem grać w futbol amerykański. I wtedy zobaczyłem jak pomaga mi moja siła, prędkość i ogólnie taktyka, bo człowiek musi się nauczyć odczytywać tę całą grę. Oni postawili mnie na linię, byłem napastnikiem. Ale na sam koniec grałem bez przerwy, bo w szkole średniej to człowiek tak potrafi grać na wszystkich pozycjach, i w obronie i w ataku. Wtedy zorientowałem się że jestem dobrym sportowcem, bo oni chcą mnie cały czas mieć w drużynie.
Dodatkowo poza sezonem brałem udział w jakimkolwiek sporcie, jak tylko mogłem. Zrobiłem zawody pływackie dla szkół średnich, jak przychodziło lato to zaczynałem lekkoatletykę i pchnięcie kulą. Zawsze chciałem uprawiać jakiś sport, ale nie taki, żeby to było kosztem mojej nauki w szkole i ocen.

- Nie chciałeś być zawodowym sportowcem; na przykład zawodowym futbolistą?
- Nie, zawsze myślałem, że zacząłem za późno, że nie mam szansy. Ludzie mnie namawiali, żeby spróbował, ale żeby grać w NFL to naprawdę trzeba to chcieć, lubić; człowiek musi być fanatykiem tych rzeczach, a dla mnie to było tak, że sobie patrzyłem tu i tam, oglądałem w telewizji, ale żebym się chciał temu poświęcić, to nie.

- Rzeczy, o których mówisz, to są wszystko sporty letnie, a jak to się stało, że zainteresowałeś się właśnie bobslejami?
- Jak w to wszedłem? Skoncentrowałem się na nauce, skończyłem gimnazjum poszedłem na uniwersytet, w gimnazjum wygraliśmy mistrzostwo miasta. Rodzice mówili mi, bardzo dobrze ci szło w sporcie, wiesz, że potrafisz, a teraz jest czas, żebyś zdobył wykształcenie i został inżynierem. Na uniwersytecie mnie zachęcili, żebym grał dla nich ale futbol zabiera dużo czasu, żeby grać w drużynie, żeby się kwalifikować trzeba było grać przynajmniej 60 dni.
Przez dwa lata bez przerwy chodziłem na siłownię, bo bez tego nie mogę żyć. Tam był taki gość, który mnie namawiał do pchnięcia kulą, bo tak patrzył na mnie i mówił, słuchaj zrobiłeś te podnoszenia i mnie już pobiłeś.
Jak on był w swojej najlepszej formie, do mnie przychodził i mówił, słuchaj, jesteś dobry to stwierdziłem zobaczymy jak to pójdzie, bo lekkoatletyka jest łatwiejsza w tym sensie, że nie mam zobowiązań wobec całej drużyny, tylko sam muszą być dobry; mogę ćwiczyć tak jak chcę. Zacząłem z nim razem trenować i zobaczymy jak szybko moja siła wróciła. Dla mnie lekkoatletyka była łatwa, ale tylko miałem 2 lata do końca uniwersytetu, żeby coś z tym zrobić to mój pierwszy sezon CIS, jak idzie człowiek do Nationals, to wtedy miałem 12 miejsce i już widziałem, że brakuje mi techniki. Ostatni rok skończyłem z 5. lokatą i dla mnie to był wielki sukces.

- Ile lat wtedy miałeś?
- 23 lata. Zacząłem lekkoatletykę i myślałem, że może mam szansę żeby wziąć udział w letniej olimpiadzie w Soczi. Bo jak człowiek mi tak mówi, że potrafię, ale widziałem też że brak mi techniki; widziałem u tych sportowców z którymi razem ćwiczyłem, że oni pchnięcie kulą robili już 10 lat, po formie i pozycji brakowało mi dużo, dużo godzin. Ale było też kilka takich śmiesznych sytuacji, że braliśmy udział w zawodach wewnątrz drużynowych i tam biegałem na 60 m sprint i na koniec dostałem się do pierwszej ósemki sprinterów. Trenerze nie mogli uwierzyć, że człowiek który ważył 280 funtów może tak szybko biegać na 60 m. Wtedy biegłem 7,24’. Czy to jest dobry wynik w sprincie? Nie, ale dla nas graczy to było niesamowite, że ktoś potrafi tak szybko biegać. Więc znowu mnie namawiali na futbol. Mówili że bym potrafił na NFL jakiś combine znaleźć i wtedy byłbym na 100 proc. w jakiejś drużynie.
Ale był taki jeden gość nazywa się Mike Robertson i on kiedyś reprezentował Kanadę w bobslejach. Nie był aż taki znany; był trenerem w naszej drużynie, ale nikt nie wiedział, że on robił bobsleje. On mi powiedział, słuchaj idziesz na Macmaster, oni tam mają takie próby i jak dobrze ci pójdzie, to później jest łatwo idzie się do Calgary, jak się dostaniesz to może będziesz miał szanse do Soczi. A jak zostaniesz to będziesz sobie robił bobsleje przez następne cztery lata. Sprawdziłem ich wymagania, jak szybko musisz biegać na 30 m, jak musisz pchnąć kulą, skoki...

- To wszystko ma znaczenie przy rozpędzaniu bobsleja?
- Tak, w sensie energii, watów; ile człowiek może z siebie wycisnąć. Pomyślałem, że bieganie mi nie idzie tak jak chcą, ale jak popatrzą na to rwanie, czy skoki to może mi wybaczą, że nie jestem aż taki szybki. Powiedzieli mi, masz okazję uprawiać ten sport, idź do Calgary. Pojechałem tam na tydzień. Zrobiłem pierwsze pchnięcie w Icehouse i pod koniec tygodnia powiedzieli mi, ok, dobrze pchałeś, możesz ćwiczyć z reprezentacją krajową i zobaczymy czy znajdziesz się w jakieś pozycji do drużyny olimpijskiej.
Wtedy jeszcze nie rozumiałem polityki w tym, nigdy nie miałem szansy na olimpiadę, ale oni mnie tak tylko namawiali, żeby zobaczyć co potrafię. Oficjalnie były próby na igrzyska, byłem 7. na 22 osób. Powiedzieli mi, jesteśmy zaszokowani że ci tak dobrze szło, ale niestety nie możesz dalej z nami ćwiczyć, bo nie masz doświadczenia w sporcie. Musiałem to przełknąć i jakoś dalej sobie radzić, powiedzieli, mi damy ci jakiś fundusz i zrobisz pierwszy sezon w tym roku. Tak zacząłem się uczyć sportu bobslejowego.

- W dwójkach, czy w czwórkach?
- Koncentrowaliśmy się przez pierwszy rok na dwójkach, byłem złączony z pilotem, który też jak ja zaczął sport, Najpierw piloci muszą się nauczyć jak dwójką jechać, zanim będzie czwórka. Miałem okazję, że by zrobić parę pchnięć czy pojechać czwórką, ale to na niskim poziomie, koncentrowaliśmy się na dwójkach.

- I w końcu pojechałeś na olimpiadę?
- Przez minione 4 lata, wszystkie sukcesy zawdzięczam mojemu trenerowi Olafowi Hampelowi, Niemcowi, który w 94. i 98. roku zdobył złote medale dla swego kraju. Poznałem go, jak jeszcze byłem w Niemczech na studiach. Wiedziałem jedną rzecz, że potrzebuję coś nowego, coś innego, żebym był lepszy w tym sporcie, bo byłem nowy i oni - mówiąc szczerze - nie mieli dla mnie dużo czasu, bo ja nie wchodziłem do lekkoatletyki jako jakiś słynny sprinter czy futbolista. Musiałem wszystkiego uczyć się na własną rękę.
Szukałem wielu różnych trenerów i nasz główny trener, on też był Niemcem w Kanadzie, on mnie namawiał, mówi, zadzwoń do tego faceta i może będzie ci pasowało, bo ja myślę, że on będzie najlepszy dla ciebie. Powiedziałem OK, a on mi od razu dał odpowiedź i ćwiczenia na dwa tygodnie, jako test. Mnie to zachęciło, powiedziałem, zrobię wszystko, zobaczymy jak to pójdzie to był już mój drugi semestr i nie mogłem już studiować, jak planowałem; bobsleje zajmowały mi semestr zimowy, więc brałem 2 razy letni semestr; w drugim semestrze było tak, że jeździłem do Bawarii pociągiem 3,5 godz. na koniec tygodnia i byłem tam aż do w poniedziałku rano, wracałem i szedłem na studia. Ćwiczyliśmy dwa razy dziennie. I na koniec tego latem on mnie tak zmęczył, że jak wróciłem do Kanady, to oni tutaj myśleli że ja brałem doping, bo byłem taki silny, ale oni nie wiedzieli, ile mnie to bólu kosztowało, te ścięgna w kolanach... myślałem że umrę.
On używał takich starych metod, jeszcze z DDR, był w tym, jak naukowiec i artysta. Tak mi wytłumaczył, że sport musi być kontrolowany przez naukę - kamery, dane - ale każdy człowiek, każde ciało, każdy organizm jest troszeczkę inny i podczas ćwiczeń dobry trener musi patrzeć i wtedy wychodzi z niego artysta. Widzi, że OK, może troszeczkę mniej dać nacisku na ostatni set, może więcej na pierwszy set w następny tydzień. I tak się tym bawił. Patrzył, że technika mu pasuje, używał różnych sposobów analizy wideo i rozmawialiśmy wiele na temat teorii, co to znaczy że chcemy powiększyć siłę, powiększyć prędkość; biomechanika. Dla mnie jako fizyka to było super, bo rozumiałem o co mu chodzi, mogłem go sensownie pytać czy nie można tego inaczej zrobić. On szanował moje zdanie, mówił, no słuchaj może masz rację, to spróbujmy to tak. Przez taką kooperację znaleźliśmy najszybszą, najkrótszą drogę do mojego sukcesu.
Tak to się zaczęło, a pod koniec już to prawie byłem częścią jego rodziny, chrzestnym jego dziecka i zdobyłem złoty medal.
Życie zatacza kręgi, są rzeczy, które się powtarzają jak w starych chińskich przysłowiach, że na koniec student jest mistrzem.

- Świetna historia, dziękuję że ją opowiedziałeś, słyszałem że przyjeżdżasz na Dzień Polski do Missisaugi i dałeś się namówić na udział w olimpiadzie polonijnej, żeby pokazać się w Polsce?
- Tak na odbyliśmy rozmowę na ten temat

- A jak oceniasz polskie bobsleje?
- Kolegowałem się z nimi, fajne chłopaki i każdy rok coraz mocniejsi. Zaczęli mieć lepsze fundusze; nie mieli dobrych trenerów i sprzęt mieli kiepski, ale na tych igrzyskach widziałem, że dużo lepiej im poszło, zajęli 13. miejsce. To dla Polski było super. Coraz lepiej im idzie.

- Jakie są twoje plany, jeśli chodzi o bobsleje, będziesz na kolejnej olimpiadzie?
- Zobaczymy, chęć jest, ale przede wszystkim priorytetem jest dla mnie zdrowie i kariera poza sportem; muszę o to zadbać; załatwić jakąś pracę, znaleźć jakiegoś szefa, który powie, no wiesz, dla nas to jest fajnie, że będziesz uczestniczył w tym sporcie. Jeśli to będzie dla niego OK, powie idź, ćwicz, a pracę będziesz miał, no to wtedy bym o tym pomyślał.

- W takim razie do zobaczenia w Mississaudze!
- Ja również dziękuję za cierpliwość do mojego polskiego.

- Świetnie mówisz. To dla mnie też niesamowite, że tak szybko nauczyłeś się niemieckiego żeby studiować, czy miałaś jakiś kontakt z tym językiem wcześniej?
- Nie, w ogóle, bardzo łatwo było dla mnie nauczyć się niemieckiego, może dlatego że uczyłem się polskiego, a rodzice mówią z akcentem, jak coś usłyszałem to potrafiłem dokładnie powtarzać. W języku polskim, też są takie basy. Teraz widzę, ile słów do polskiego trafiło z łaciny, no i też przez to że znałem polski nauczyłem się rozmawiać po rosyjsku. Bo polski to też język słowiański, zaczynałem więc z pewnego poziomu.

- Mówisz po rosyjsku?
- Przez ostatnie 2 lata dużo się nauczyłem, umiem czytać cyrylicę.

- Skąd zainteresowanie?
- Spotykałem dużo sportowców rosyjskich i nikt z nimi nie chciał rozmawiać, a oni nie mówili po angielsku. Ja zawsze miałem taką ciekawość, bo tata urodził się za komuny i musiał się rosyjskiego uczyć. Zawsze mi powtarzał że dobrze jest znać język wroga, więc od dawna interesowało mnie, żeby rozmawiać po niemiecku i po rosyjsku. Miałem okazję żeby codziennie poćwiczyć z tymi sportowcami, a to było tym bardziej przyjemne, że oni okazali się fajnymi ludźmi. Opowiadali mi śmieszne historie. Dziadek mojej mamy jest z obecnej Białorusi, jeden z nich też był tam niedaleko od Białorusi i mówił na mnie „Kozak”, mówił „ja, Kozak i ty też Kozak, brat”...


- Jeszcze raz dziękuję i do zobaczenia na Celebration Square


Aleksander Wierzejski: W studiu poranka Wnet pan Krzysztof Bosak, witamy serdecznie. Imigracja do Polski to jest coś, co wybuchło ostatnio. Taka dość oczywista pana konstatacja, że przyjeżdżają do Polski ludzie z całego świata, wywołała gwałtowne reakcje.

        Krzysztof Bosak: Właśnie trudno to zrozumieć, dlatego że chyba wydaje się, że mój wpis na Twitterze wywołał tę reakcję, ze względu na to, że skupiłem się na jednym konkretnym człowieku, który minął mnie, jak to napisałem, pedałując na rowerze w turbanie. 

        I to że turban, że rower, że pedałował oczywiście wywołały tysiące komentarzy, szczególnie wśród liberalnych czy lewicowych dziennikarzy, którzy poczuli się upoważnieni do tego, by serwować moralne pouczenia, że rasizm, że nietolerancja, że „wyszło z tego narodowca”. 

        Natomiast chyba każdy przy zdrowych zmysłach, kto potrafi czytać ze zrozumieniem, pojmie, że chodzi o szerszy problem niż o jednego człowieka, którego minąłem. Mówimy o tysiącach ludzi, którzy pojawili w ciągu ostatnich dwóch lat w Warszawie i na Mazowszu, ale i w całym kraju.

        Wystarczy spojrzeć na dane Urzędu do spraw Cudzoziemców. Każdy może wejść na jego stronę i po prostu pozaznaczać kraje, z których do nas ludzie przyjeżdżają, zaznaczyć pozwolenia na pobyt czasowy, z których z reguły korzystają ci, którzy pracują, są imigrantami zarobkowymi w Polsce, i łatwo się zorientuje, że tylko z takich państw, jak Indie, Nepal, Bangladesz i Pakistan w ciągu ostatnich dwóch lat, czyli za rządów PiS, które jest teoretycznie, jak to piszą w prasie zagranicznej, „nacjonalistyczne, antyimigranckie, populistyczne”, przyjechało ponad 10 tysięcy osób, więc nie mówimy o jednej osobie, mówimy o ponad 10 tysiącach osób z Azji, które pracują.

        Ja oczywiście tego nie kwestionuję, natomiast pytanie, czy potrzeby przedsiębiorców, biznesu i rynku pracy są tym, co ma sterować polską polityką imigracyjną. Skoro takie państwa, jak Czechy czy Litwa, są w stanie wprowadzać pewne ograniczenia dla imigracji zarobkowej, a my ani nie rozwiązaliśmy do końca problemu bezrobocia, ani też nie rozwiązaliśmy tej sprawy, o której była mowa, czyli umożliwienia Polakom powrotu z zagranicy i repatriacji Polaków, to dlaczego rząd właściwie otworzył  granice. 

        Dlatego że w tej chwili wojewodowie nie stosują żadnych kryteriów selekcji imigracji ani jej ograniczania, po prostu wydają te pozwolenia taśmowo.

        To jest oczywiście cała masa problemów zaczynająca się od tego, czy my mamy jakiś sposób na skontrolowanie tego, co ci ludzie robią w Polsce?

        Nie mamy żadnego, rząd zupełnie nad tym nie panuje. (...) Zwróćmy uwagę, już po tym moim kontrowersyjnym wpisie m.in. portal Natemat zrobił wywiad, w którym Hindusi jeżdżący dla firmy Uber i na rowerach odpowiadają mi na mój wpis, i pośród tych odpowiedzi typu: uczciwie pracujemy, Polska jest fajna, jest też taka ciekawostka, że dziennikarz pyta ich, czy myślicie dalej jechać na Zachód, a oni odpowiadają, nieee, tam jest dużo trudniej dostać pozwolenie i wizę.

        Czyli okazuje się, że Polska z tym teoretycznie patriotycznym niby antyimigranckim rządem ma, w mojej opinii, być może najbardziej liberalną w tej chwili politykę imigracyjną w Unii Europejskiej, dlatego że państwa zachodnie przyjęły tych tzw. uchodźców, ale jeżeli chodzi o imigrację zarobkową, prowadzą jakąś politykę. Rząd polski w tej chwili, jeśli chodzi o imigrację zarobkową, nie prowadzi polityki żadnej, poza polityką otwarcia granic. 

        I to trzeba powiedzieć wyraźnie, premier Morawiecki realizuje strategię rządu wypracowaną jeszcze w okresie, kiedy był w zespole doradców premiera Tuska, dlatego że wówczas zespół doradców premiera Tuska pod kierownictwem ministra Boniego wypracował strategię „Polska 2030” i to był pierwszy oficjalny dokument, w którym wprost powiedziano – co myśmy zresztą nagłaśniali, ale nikt tego nie słuchał, PiS się też wtedy tym w ogóle nie zainteresował, dzisiaj już wiemy dlaczego – że luka demograficzna będzie dopełniana imigracją zarobkową z całego świata i że to jest sposób. 

        I dokładnie to w tej chwili robi rząd. Przy czym chcę powiedzieć, że jest to uzasadnienie fałszywe, dlatego że patrząc z punktu widzenia luki demograficznej i nierównowagi w tej piramidzie pokoleń, my powinniśmy sprowadzać dzieci, a nie ludzi w moim wieku, ponieważ ludzi w tym wieku nie brakuje w piramidzie demograficznej w naszym społeczeństwie. Będzie brakować w naszym społeczeństwie ludzi właśnie znacznie młodszych, w wieku dzieci, więc nawet z punktu widzenia dopełniania luki demograficznej, ta polityka jest źle pomyślana.

        Jeszcze na jedną rzecz chcę zwrócić uwagę, nie mamy żadnej gwarancji, że ci imigranci, których w tej chwili ściąga rząd, poza tym że nie było żadnej demokratycznej dyskusji na temat tego, czy oni mają tu być, czy mają tu zostać, czy się na to zgadzamy, do których powiatów i w jakiej liczbie. Na przykład z samego Nepalu, Indii, Pakistanu i Bangladeszu na Mazowszu – mówimy głównie o Warszawie, to nie jest jedna osoba, którą ja minąłem, to jest 8 tysięcy. 8 tysięcy przyjęto w ciągu ostatnich dwóch lat. 

        Ludzie w reszcie kraju nie mają o tym pojęcia, bo ich nie widać. Ich widać w kilku punktach. Na przykład duże korporacje współpracują z agencjami rekrutacyjnymi, i tam gdzie duża korporacja otwiera swój zakład, tam oni ich ściągają, punktowo. Natomiast reszta ludzi nie ma o tym pojęcia. To oczywiście wpływa na rynek pracy, i powiedzmy to – to wpływa na pensje, które nie rosną. Tak jak robotnik ukraiński w tej chwili konkuruje płacowo z robotnikiem polskim na tej samej budowie... Te stawki, na które zgadzają się pracownicy z Ukrainy, bywają często 30 procent niższe niż te, na które gotowi są zgodzić się Polacy, więc w oczywisty sposób to cały czas powoduje wypychanie Polaków na emigrację, utrzymywanie stawek Polaków na niskim poziomie i po prostu konkurencję płacową, jak powiedziałem, robotnika z Mołdawii, Białorusi, Ukrainy z robotnikiem polskim na polskiej budowie – na budowie w Polsce, bo to często są korporacje zagraniczne, które tu wpuściliśmy w radosny sposób, w ogóle się nie przejmując, kto zarabia na robieniu biznesu w Polsce. 

        Natomiast centra na przykład logistyczne, firmy, korporacje międzynarodowe, polski pracownik z okolicznych gmin i powiatów konkuruje z pracownikiem z Nepalu, z Bangladeszu, z Indii.

        I teraz ktoś powie, to są uczciwi ludzie, którzy chcą po prostu pracować, nie łamią prawa. To prawda. Co do zasady to prawda i to dotyczy także pracowników z Ukrainy. To są ludzie spokojni, uczciwi, którzy ciężko pracują. Pytanie, czy to, że ktoś spokojnie, uczciwie i ciężko chce pracować, jest wystarczającym argumentem, żeby przesiedlać go masowo do Polski, bo w ten sposób możemy do Polski przesiedlić 50 milionów ludzi albo 50 tysięcy.

        Indie liczą miliard ludzi, Pakistan 150 milionów, Bangladesz 130.

        Mówimy o ogromnych rzeszach ludzi. Analizowanie tego wyłącznie przez indywidualistyczną perspektywę typu „ja go poznałem, on jest OK, napił się ze mną wódki, mówi dzień dobry, dziękuję, kocham was”, naprawdę, to jest tak infantylny sposób rozumowania. Musimy to rozpatrywać w ogólnych kategoriach, jak to przekształca nasze społeczeństwo. I teraz pytanie, które chcę postawić, jest następujące, jaki odsetek imigrantów na naszym rynku pracy, ci, którzy są tacy liberalni, otwarci i tolerancyjni, dopuszczają? 

        Niech powiedzą to otwarcie. 5 procent, 15, 25 czy 50? Niech po prostu powiedzą to otwarcie i zaczniemy dyskusję o liczbach. Ja na przykład uważam, że dopuszczalny dla mnie i akceptowalny poziom obecności imigrantów – przy ich równomiernym rozproszeniu, bez żadnego skoncentrowania i tworzenia gett, a już w Warszawie zaczyna się gettoizacja zarówno imigrantów muzułmańskich, których wbrew temu, co się mówi, pojawiło się w Warszawie sporo – był o tym film Witolda Gadowskiego, można go obejrzeć na YouTube, polskie służby graniczne nie panują nad granicą. Oczywiście wszyscy są cicho, bo oni głównie chcą przenikać na Zachód, natomiast to jest fakt. 

        Druga sprawa to są ci nowi imigranci z Azji, z Indii czy hinduscy, tak ich umownie nazwijmy. Poza tym jest duża fala cały czas wpuszczana imigracji z Chin, Wietnamu. To jest kolejne ponad 10 tysięcy. 

        Jeżeli do tego dodamy inne państwa, to nam wyjdą dziesiątki tysięcy w ciągu ostatnich dwóch lat za rządów PiS. I teraz jeszcze jedna rzecz bardzo interesująca, którą chcę powiedzieć. 

        Rząd nad tym nie panuje. Co to znaczy? To znaczy rząd dał zgodę wojewodom, odpowiadają za to bezpośrednio właśnie ministrowie spraw wewnętrznych, czyli obecnie minister Brudziński, wcześniej minister Błaszczak, a bezpośrednio za to premier Szydło, premier Morawiecki i prezes Kaczyński. 

        Oni dali zgodę wojewodom, żeby taśmowo wydawać zgody. U wojewodów jest taki departament, który wydaje te zgody, decyzje legalizacyjne. To są zgody czasowe, ktoś powie. To prawda. One upływają. Tylko jak wygląda procedura? Procedura wygląda tak, że jeżeli skończy się zgoda na pobyt czasowy, to można dostać decyzję, że trzeba wyjechać. Natomiast od tej decyzji można się odwołać i tych odwołań jest w tej chwili tak dużo, że Urząd ds. Cudzoziemców, który zgodnie z Kodeksem postępowania administracyjnego takie decyzje powinien rozpatrywać w ciągu miesiąca, nie wyrobił się jeszcze z odwołaniami z 2016 roku. 

        Urząd ds. Cudzoziemców całkowicie stracił kontrolę nad kontrolą odwołań od decyzji o upływającym pobycie czasowym, co oznacza, że żadne media nie zajmują się sprawą, iż my w tej chwili straciliśmy kontrolę nad polityką imigracyjną.        

        Więc jeszcze raz podkreślam, nie chodzi o jednego Hindusa w turbanie, pedałującego na rowerze dla firmy Uber Eats, chodzi o dziesiątki tysięcy osób, które bez żadnej debaty zostały wpuszczone na polski rynek pracy, które płacowo konkurują z polskim pracownikiem. 

        I moim zdaniem, jest to sytuacja, której kapitaliści, liberałowie nie chcą przyjąć do wiadomości, w której interes pracodawców zaczął rozmijać się z interesem narodowym, dlatego że w naszym długoterminowym interesie narodowym jest to, aby, po pierwsze, mniejszości w Polsce nie były zbyt liczne, po to żeby nasze pokojowe współżycie trwało, po to żebyśmy byli narodem gościnnym, tolerancyjnym, a nie żeby wróciły konflikty narodowościowe, jakie mieliśmy w dwudziestoleciu wojennym. 

        A tam gdzie jest dużo mniejszości, duże ich skoncentrowanie, tam zawsze znika asymilacja, znika integracja, pojawiają się konflikty. W szczególności będzie to widać na rynku pracy. 

        Już w tej chwili zawiązują się ukraińskie związki zawodowe i ja im się nie dziwię, to chcę powiedzieć. 

        Więc chcemy pokojowego współżycia. Żeby było pokojowe współżycie, tolerancja, integracja, asymilacja, mniejszości musi być statystycznie mało, one nie mogą stanowić żadnych większości, żadnych skupisk ani w miejscach zamieszkania, ani w szkołach ich dzieci. I poza tym przede wszystkim polska kultura musi być kulturą dominującą. Ta cała wiara w wielokulturowość, w dodatku na tzw. prawicy, to jest jakiś obłęd. Za tym stoi taka koncepcja...

(...)

        Nasi politycy, co gorsza nasi biskupi wydają listy, o tym że wielokulturowość to nasza wielka tradycja Rzeczpospolitej. 

        Jakiś totalny anachronizm. W każdej sprawie chcemy być nowocześni, ale w kwestii wielokulturowości nagle wszyscy stali się miłośnikami I Rzeczpospolitej. A czemu nie są miłośnikami monarchii w takim razie? 

        Zapominają, że ta wielokulturowość szła w parze z monarchią. A czemu nie są miłośnikami feudalizmu, czemu nie są miłośnikami na przykład odrębności sądownictwa dla mniejszości narodowych, tak jak mieli Żydzi? 

        Dlaczego wybierają sobie tylko jeden relikt z przeszłości, a nie wybierają wszystkich? I tak naprawdę sprzedają nam koncepcje, które są na Zachodzie, które totalnie poniosły porażkę. Bo to wszystko, o czym ja mówię, działo się na Zachodzie.

        I na przykład redaktor Memches, którego skądinąd znam, lubię i szanuję, mówi mi, że jeżeli oni przyjeżdżają do pracy, to nie jest multi-kulti. Jak to nie? Przecież ci wszyscy imigranci, którzy stanowią tak liczne społeczności imigranckie na Zachodzie, to są potomkowie tych, i ci, którzy przyjechali do pracy. Ta fala uchodźców to jest zupełnie nowa sprawa. 

        Jeszcze raz podkreślę, nie chodzi wyłącznie o imigrantów muzułmańskich. Oczywiście jest tak, że z imigrantami muzułmańskimi ze względu na pewną ekspansywność religii muzułmańskiej jest może na Zachodzie najciężej, ale to nie znaczy, że inne narodowości nie stanowią problemu. Dam prosty przykład. Niedawno rozmawiałem z dyrektorem szkoły katolickiej w Belgii, w Brukseli konkretnie, w ich stolicy. Ten dyrektor szkoły katolickiej w szkole katolickiej ma zaledwie 4 procent katolickich dzieci, reszta to są dzieci innych wyznań. I to jest zagrożenie.

        Szkoła katolicka jest szkołą dobrą, uczy wartości i bogaci muzułmanie chętnie do takich szkół wysyłają swoje dzieci.

        I bogaci, i biedni. Natomiast pytanie, którego nie zadają sobie z powodu swojego zbyt dobrego samopoczucia liberalnie nastawieni, wielokulturowi, superotwarci Polacy, z prawicy i z lewicy, tutaj różnica zniknęła zupełnie, jest takie – czy my jesteśmy w stanie rozwijać polską kulturę bez Polaków? 

        To znaczy moja opinia i narodowców opinia jest taka, że żeby rozwijać polską kulturę w jej tradycyjnej formie, przy całej wewnętrznej różnorodności, nie tylko w wydaniu endeckim, ale niech tam i w wydaniu piłsudczykowskim, romantycznym, insurekcyjnym, katolickim, laickim, wszystkie nurty polskiej kultury, weźmy te wszystkie nurty razem – czy jesteśmy w stanie rozwijać się w oparciu o Hindusów, mieszkańców Chin, Pakistanu, Indii, Bangladeszu, a nawet Mołdawii, Białorusi czy Ukrainy? 

        W mojej opinii, nie jesteśmy. Co oznacza, że z każdym imigrantem, któremu przyznamy obywatelstwo – a kwestia obywatelstwa stanie, nie w tej chwili, to za dwa – trzy lata, jak władzę przejmie lewica i liberałowie, rząd PiS,  może na razie rząd Morawieckiego tylko się odezwali, żeby szybko nadawać obywatelstwo, szybko, szybko, bo wyjadą. Na zachętę rozdawajmy obywatelstwo polskie... 

        Oczywiście, po PiS-ie przejmie władzę lewica, liberałowie, nie w tych wyborach, to w następnych, ale to niestety nastąpi. I wówczas na stole oczywiście znajdzie się kwestia obywatelstwa. Jeżeli będziemy tu mieli 100 tysięcy obcokrajowców...

        Jak przyjedzie milion Hindusów, to oni tam tego nie zauważą, tam się nie zrobi luźniej w Indiach.

        Tam się nie zrobi, ale tutaj zaraz nas oskarżą, że redaktor Wierzejski sprowadza do absurdu, jaki milion, jak Bosak widział jednego w turbanie, a co mu jeden przeszkadza i w ogóle świetna kuchnia indyjska, ja sobie jadłem u Hindusa i było super. 

        Więc nie mówmy o milionie, mówmy o liczbach, które są w Urzędzie ds. Cudzoziemców. Mówimy w tej chwili o dziesiątkach tysięcy za ostatnie dwa lata i przy utrzymaniu trendu – pracodawcy mówią, że trend trzeba utrzymać, i mówią o milionach – będziemy mówić już o milionach w perspektywie iluś lat. 

        Teraz, jakimi argumentami ta tzw. polska prawica, pożal się Boże, ma zamiar to odpierać w debacie o rozdaniu im obywatelstwa? A jeżeli rozda się obywatelstwo, to polska prawica może już nigdy nie wygrać wyborów w Polsce, dlatego że szeroko pojęta prawica, włączając w to PiS, który jest dla mnie taką fejkową prawicą, wygrywa niewielką większością. Przecież wszyscy to wiemy, że z całej jakby puli Polaków, społeczeństwa, to mniejszość poparła PiS i w wyniku pewnego splotu korzystnych okoliczności PiS ma w tej chwili samodzielną władzę. To się może nigdy nie powtórzyć. 

        A w Wielkiej Brytanii w tej chwili analizy pokazują, że na przykład w Londynie prawdopodobnie konserwatyści nigdy już nie wygrają wyborów, dlatego że są zbyt biali, jak mówią publicyści. Tam wygrał wybory Sadiq Khan, potomek imigrantów z Azji, jako burmistrz Londynu.

        I pytanie, czy chcemy iść w tę stronę, dlatego że to nie jest tak, że potrzeba mieć 50 plus 1 procent obcokrajowców, żeby nie móc wygrać wyborów. 5 czy 10 procent w danym okręgu wyborczym wystarczy. Na przykład rozmawiałem z kolegą z powiatu, narodowcem, który teraz działa w PiS-ie – są, niestety, tacy. On mi powiedział, jak to działa w jego powiecie, gdzie jest silne, dobrze zorganizowane, zwarte skupisko mniejszości ukraińskiej. To ta mniejszość decyduje, kto wygra wybory samorządowe. PiS, żeby wygrywać, musiał się dogadać z mniejszością ukraińską, bo inaczej wygrywała zawsze lewica albo Platforma. I to jest kilka procent, ale to jest kilka procent, które jest języczkiem u wagi. 

        Mam wrażenie, że nikt nie odrobił lekcji z dwudziestolecia wojennego.

        Dlaczego narodowcy byli zablokowani politycznie jeszcze przed zamachem majowym? Między innymi dlatego, że lewica, czyli obóz Piłsudskiego, zawierała sojusze z mniejszościami narodowymi. 

        Możemy powiedzieć narodowcy źli, antysemici, powinni się podogadywać z Żydami, a nie politycznie z nimi konkurować. To jest już temat na inną dyskusję, natomiast faktem jest, że tam, gdzie pojawiają się liczne mniejszości obdarzone prawem obywatelskim, stają się języczkiem u wagi. 

        A jaki takie mniejszości popierają program polityczny? Liberalno-lewicowy, idący w kierunku multikulturowości, wielokulturowości, czy w kierunku umacniania polskości, umacniania katolicyzmu? 

        Niech każdy rozsądny katolik czy Polak sobie na to odpowie i pójdzie po rozsądek do głowy, bo robienie z tego, że ma rosnąć PKB, wyznacznika naszej polityki to jest jakiś absurd. ZUS ma służyć Polakom, a nie Polacy ZUS-owi. Postęp gospodarczy ma służyć Polakom, a nie kompozycja społeczeństwa postępowi gospodarczemu. To jest dla mnie tak oczywiste, że nie rozumiem, dlaczego inni stali się tak kosmopolityczni, że nie robi im już zupełnie różnicy, kto w Polsce będzie mieszkał. 

        To Polacy walczyli choćby z germanizacją w okresie zaborów czy rusyfikacją, żeby teraz dobrowolnie się zazjatyzować, zafrykanizować, zislamizować? 

        Zadajmy sobie te wszystkie pytania, zacznijmy o tym dyskutować. Jeszcze raz to powiem, 10 – 50 czy to Arabów, czy Hindusów nie robi dla mnie żadnego problemu. Mieszkam w Warszawie od kilkunastu lat. Ludzie, którzy prowadzą tu restauracje, są pewnym kolorytem tego miasta. Nikt z nas, narodowców, nie miał z tym problemu. 

        Te obrazki, które krążą w Internecie, żeby demaskować narodowców, że po Marszu Niepodległości zjedli kebaba. No tak, ja też wiele razy w życiu zjadłem kebaba, zjadłem w restauracji hinduskiej, takiej, owakiej. Lubię różnorodność światowej kuchni, ale widzę różnicę pomiędzy jednym prowadzącym restaurację, jednym kucharzem, przedsiębiorcą, nauczycielem, imigrantem, Wietnamczykiem, który uciekał przed komunizmem, czy Koreańczykiem, a pomiędzy zastępowaniem naszej siły na rynku pracy poprzez ściąganie masowej imigracji.

        Przy czym jeszcze raz chcę to powiedzieć, my musimy rozpatrywać wszystkie dyscypliny, dziedziny gospodarki łącznie, dlatego że to nie jest tak, że superwykwalifikowana imigracja w dużej ilości też nam się opłaca, dlatego że jeżeli zezwolimy na przykład firmom, które zatrudniają informatyków, ściągać informatyków z Indii, to Indie są nam w stanie także dostarczyć dowolnie dużą liczbę informatyków. I teraz powstaje pytanie, czy jeżeli my prognozujemy, że na polskim rynku pracy w perspektywie na przykład 10 lat potrzebujemy dodatkowych 10 tysięcy informatyków, to czy my spośród trzydziestokilkumilionowego narodu i młodszej generacji, która liczy ileś tam setek tysięcy, jesteśmy w stanie wykształcić każdego roku plus tysiąc informatyków na naszych wydziałach, co zajmuje powiedzmy te 3 – 4 lata, jak ktoś jest zdolny i sam się uczy, czy my chcemy ich już teraz ściągnąć z Indii? Otóż ja uważam, że my powinniśmy, póki mamy takie możliwości, a mamy, wykształcić swoje kadry.

        Zacznijmy wreszcie o tym dyskutować, bo to że ktoś posiada obywatelstwo, nie czyni go Polakiem, albo że się z nami napije wódki.

        To jest nic, nie ma „polskości instant”, to zawsze będzie jakaś „fake polskość”, to będzie po prostu oszukiwanie. Jesteśmy w stanie uznać kogoś jako cudzoziemca, który uczciwie pracuje. 

        Natomiast jeszcze jedną rzecz chcę powiedzieć na koniec. Ja uważam, że wszyscy ci tolerancyjni, otwarci, superotwarci, lewicowi, prawicowi Polacy są głęboko nieuczciwi względem tych obcokrajowców. 

        Uważam, że oni ich traktują instrumentalnie, nie traktują ich jak chrześcijanie. 

        Uważam, że jak przyjdzie do dyskusji o obywatelstwie, wielu z nich będzie przeciw. Uważam, że jak przyjdzie do dyskusji o przywilejach socjalnych, wielu z n ich będzie przeciw. Uważam, że jak przyjdzie do dyskusji o równych wynagrodzeniach, wielu z nich będzie przeciw. 

        Uważam, że oni mają gdzieś, czy ci ludzie mają ubezpieczenie zdrowotne i czy mieszkają w ośmiu w jednej izbie, czy jeden w jednej izbie.

        Uważam, że oni mają gdzieś to, za jakie stawki ci ludzie są zatrudniani, w jakich warunkach mieszkają. A w poprzednie wakacje podjąłem się prac sezonowych nad polskim wybrzeżem i mieszkałem dokładnie w takich samych warunkach jak imigranci ukraińscy i nie były to dobre warunki, muszę powiedzieć, jeżeli się przyjrzymy, co się proponuje sezonowej imigracji, która pracuje nad polskim morzem na przykład. 

        W związku z tym uważam, że ci wszyscy superotwarci są oderwani od rzeczywistości, mają bardzo mało kontaktu z realnym rynkiem pracy i tak naprawdę nie traktują po chrześcijańsku tych ludzi, traktują ich instrumentalnie. Wielu z nich patrzy na to jak na tabelki w Excelu, żeby tylko mieć takie poczucie wyższości, bo już nagle uważają, że oni będą tą lepszą kastą, która będzie wykonywać tylko prace biurowe, a te proste prace, których rzekomo Polak się nie chce podjąć, co jest kłamstwem, bo wielu Polaków pracuje fizycznie i robi dobrą pracę, to będzie teraz im wykonywał obcokrajowiec. Moim zdaniem, jest to jakaś kolejna odsłona polskiej megalomanii, jakiegoś głupiego polskiego snobizmu.

Krzysztof Bosak

Spisane z taśmy z Radia WNET

piątek, 11 maj 2018 08:20

Samochody odżywają na propanie…

Napisał

– Sądzę, że wszyscy, którzy myślą nad tym, żeby zaoszczędzić połowę pieniędzy, powinni zastanowić się nad przestawieniem samochodu na propan. Jeżeli ktoś wydaje 10 tysięcy dolarów na paliwo w ciągu roku, to będzie wtedy wydawał 5 tysięcy... Z Robertem Jękoszem z firmy LGP Pro Experts rozmawia Andrzej Kumor.


Andrzej Kumor: Proste pytanie, dlaczego nie jeździmy na propanie? Przecież system ten jest bardzo czysty, tzn. jeżeli mówimy o środowisku naturalnym itd., to spalanie propanu jest o wiele czystsze niż spalanie benzyny, nawet tej tzw. czystej. 

        Dlaczego nie ma programu rządowego, który by zachęcał do przestawiania samochodów na propan, czy nawet produkcji samochodów już z możliwością wykorzystywania propanu, przecież Kanada ma gaz?

        Robert Jękosz: Nie uwierzy Pan, w Kanadzie latem spala się tyle propanu, że miasto Barrie, wszyscy mieszkańcy mogliby jeździć cały rok za darmo.

        Palimy to znaczy?

        Wypalamy do atmosfery. Propan jest produktem ubocznym petrochemii. Czyli jeżeli robimy benzynę, to im więcej oktanów benzyna ma, tym więcej propanu nam zostaje ubocznie. I w zimie to jest dobre, bo ogrzewamy tym domy, wszyscy są zadowoleni, jest sezon kukurydziany, kiedy jest kukurydza wyparzana. Natomiast w lecie jest problem ze składowaniem propanu. No i jeżeli nie mamy tego gdzie trzymać, to musimy to wypalać.

        Nas się tutaj obciąża jakimiś podatkami węglowymi, nie wiadomo czym, a potem „pali się gazowe ognisko”.

        Tak, płonie ognisko przez całe lato, bo jest tak mało samochodów propanowych, że nie są w stanie spalić tego propanu, który jest nadwyżką w produkcji. 

        Kiedyś mieliśmy 750 dolarów upustu, które dawał rząd, żeby przełożyć samochód na propan. Zostało to wycofane w momencie, kiedy HST powstało. Dwa podatki połączyli i stwierdzili, że ani federalny rząd nie chciał dawać tych 750 dolarów, ani ontaryjski rząd nie chciał dawać, więc że najlepiej to zlikwidować. I zlikwidowali.

        Ile kosztuje przestawienie samochodu na propan?

        Przestawienie kosztuje między cztery a pięć tysięcy dolarów. 

        To jest pokaźna kwota.

        Tak, to jest pokaźna kwota. Dla normalnego człowieka, niezarabiającego na jeździe samochodem, to są duże pieniądze. Teraz na przykład trzeba przejechać 20 tysięcy kilometrów, żeby się w jeden rok zwróciła ta inwestycja. Ale w wypadku taksówki zwraca się to w niecały miesiąc, na przykład taksówki wożące ludzi na lotnisku robią 25 tysięcy kilometrów miesięcznie.

        Gdy ktoś często jeździ latem na cottage, to też wyrabia kilometry...

        To jest właśnie te 20 tysięcy. Po 20 tysiącach już jest system spłacony.

        Dzisiaj jechałem samochodem, benzyna jest po 1,36 – 1,40 dolara.

        Prawda. A propan jest po 50 centów.

        On jest trochę mniej kaloryczny, więcej się go wypala?

        Tak. Traci się około 15 do 10 procent na dystansie, czyli jeżeli, dajmy na to, cena propanu wynosi 50 centów, dokładamy do tego 10 procent, 20 procent dołóżmy, czyli to będzie 10 centów, czyli w sumie 60 centów.

        To jest mniej niż połowa ceny benzyny.

        Przejeżdża Pan tyle samo za 60 centów co za 1,37 dolara. Propan jest lepszy dla silnika, ma więcej oktanów. Samochody naprawdę „żyją” na propanie, chcą jeździć. 

        Mamy teraz problem z nowymi samochodami, bo mają direct injection...

        Firmy w Europie pracują nad tym, żeby to pokonać. Tam są wtryski włożone w komorę spalania. Jeżeli nie przepuścimy przez to paliwa, to się po prostu spalą, bo one są w temperaturze 1200 stopni. Systemy, które są zrobione do tych samochodów, wtryskują również małe ilości benzyny, żeby ochładzać injectory. 

        Są samochody, które można zamówić w fabryce, na przykład fordy. W Fordzie za 280 dolarów można zamówić silnik, który jest przygotowany do spalania propanu, czyli robią specjalne „siedzenia” pod zawory, które są wzmacniane, przez co silnik dłużej jeździ na propanie.

        Czyli nie tylko mogą się nad tym zastanawiać ludzie, którzy zarabiają samochodem, ale również tacy, którzy po prostu dużo jeżdżą; których samochody mają duże przebiegi, bo wtedy to naprawdę eksploatacja samochodu kosztuje pół ceny.

        To jest troszkę więcej niż pół ceny. Sądzę, że wszyscy, którzy myślą nad tym, żeby zaoszczędzić połowę pieniędzy, powinni zastanowić się nad przestawieniem samochodu na propan. Jeżeli ktoś wydaje 10 tysięcy dolarów na paliwo w ciągu roku, to będzie wtedy wydawał 5 tysięcy.

        To jest poważna kwota, można nowy samochód za to spłacać.

        Ci, co jeżdżą taksówkami, w ciągu trzech lat oszczędzają na nowe samochody. Przez trzy lata mają pieniądze oszczędzone z propanu.

        Nie wiem, czy Pan zauważył, że wszyscy taksówkarze, kierowcy limuzyn, oni wszyscy jeżdżą na propanie. Nie robią tego zwykli ludzie.

        No właśnie, dlaczego?

        Jest tego kilka powodów. 

        To przejdźmy do tego, co jest złego. Co się dzieje, jak jest wypadek? Jak to jest, jeśli chodzi o kwestię ubezpieczenia? Czy jest wtedy inna stawka, jak to wygląda?

        Według mnie, są tylko dwie złe rzeczy związane z propanem. Po pierwsze, trzeba zapłacić za conversion, a po drugie, trzeba znaleźć miejsce na zbiornik. Wszystko inne to są same plusy, ale przede wszystkim oszczędzamy pieniądze.

        Jeździmy i na benzynie, i propanie? Bo zbiornik benzynowy zostaje?

        Tak, zostaje, i trzeba zamontować drugi zbiornik na propan. To są dual systems, czyli jeżeli propan się skończy, system się automatycznie przełącza na benzynę. 

        Jest jeszcze jedna rzecz, nie ma dużo stacji. One powstają, tylko to nie jest jak w Europie, że co 500 metrów jest stacja propanowa. Jeżeli się zacznie jeździć na propanie, to się wie, gdzie są te stacje – po prostu widzi się, przejeżdżam 500 km, jest tu i tu stacja i tam jadę zatankować.

        Nie ma takiej sytuacji, że staniemy, bo nie ma propanu, dlatego że mamy benzynę, możemy zatankować benzynę i jechać dalej na benzynie, zasięg takiego samochodu się wydłuża.

        Oczywiście, przeważnie się podwaja. Następna sprawa, bezpieczeństwo. Wszystko jest zaaprobowane przez kanadyjski rząd. Zbiorniki mają wszystkie DofT proof, czyli Department of Transportation, one przeszły testy wytrzymałościowe na zderzenie, na wybuchowość. Te zbiorniki nie wybuchają. Te samochody się palą, benzyna się pali, ale nie wybuchają. Nie ma czegoś takiego, że jedzie Pan, zapali papierosa i samochód Panu wybuchnie, nie ma takich rzeczy. 

        Co do ubezpieczeń, jest kilka firm, które nie lubią propanu, ale na przykład w State Farm nie ma żadnego problemu z ubezpieczeniem. TD jest jedyny, który robi problemy. Nie znamy powodu, ale mieliśmy parę przypadków, kiedy TD odmówiło ubezpieczenia samochodu na propan. W pozostałych firmach nie ma najmniejszego problemu, jeżeli coś się stanie z samochodem, wypłacają co do grosza za całą instalację.

        Czyli ta instalacja jest traktowana też jako wartość samochodu?

        Tak, podnosi wartość samochodu o tę sumę, na którą jest rachunek wystawiony.

        Przejdźmy do kolejnej rzeczy. Jeśli ktoś postanowi sprzedać samochód, ile kosztuje przełożenie instalacji do kolejnego? I jak długo ten system będzie służył oraz co trzeba w nim wymieniać, jaki jest czas żywotności?

        To tak jak z samochodem, trzeba robić serwis. Trzeba przyjeżdżać, wymieniać filtry – co 50 tysięcy wymieniamy dwa filtry, co 100 tysięcy trzy filtry. Jeżeli się to robi systematycznie, to w zasadzie taki samochód jest na całe życie. Kanadyjska pogoda nie pomaga nam w utrzymywaniu tego systemu przez wiele lat. Myślę, że po sześciu – ośmiu latach trzeba wymieniać wiązkę elektryczną, ale to są koszty rzędu 400 – 500 dolarów. I ten system może jeździć całe życie z tym samochodem.

        Koszt przełożenia systemu z samochodu do samochodu wynosi między 1500 a 2000 dolarów, czyli mniej więcej połowa tego, co kosztuje.

        Jak jest z temperaturami, czy trzeba się obawiać upałów czy bardzo niskich temperatur? Czy przy bardzo niskich samochód startuje bez żadnego problemu?

        Nie trzeba się obawiać. Samochody zawsze startują na benzynie, dopiero jak temperatura silnika osiągnie 35 stopni, wtedy samochód się automatycznie przełącza na propan, tak że te wymogi kanadyjskie, które powstały w 50. latach, że samochody muszą przechodzić testy na minus 40 stopni, to jest totalna bzdura, bo takich samochodów już nie ma. Startujemy w zimie, w lecie, nieważne, czy jest gorąco, czy jest ciepło – wiadomo, w lecie się bardzo szybko przełączy na propan, nawet czasami  w ciągu 2 sekund czy sekundy, w zimie to trwa około 1,5 - 2 minut.

        Czy to jest bezpieczne, jeśli zostawiamy samochód, a on się nagrzewa? Można oparzyć się od dotykania, czy dalej ten zbiornik jest bezpieczny?

        Zbiorniki mają specjalne zawory. Jeżeli wzrośnie ciśnienie, to te zawory upuszczają propan. To nie jest tak, że spuszczają cały propan, tylko upuszczają trochę, żeby zmniejszyć ciśnienie. Ciśnienie spuszczone, wszystko jest w porządku i bezpieczne.

        Panie Robercie, wracam do pierwszego pytania. Może to jest teoria spiskowa, ale dlaczego nie jeździmy na propanie, skoro mieszkamy w Kanadzie, kraju zasobnym w gaz, w ropę, i mamy do dyspozycji paliwo, które jest o wiele lepsze, czystsze od zwykłej benzyny?  Jaka jest Pana teoria?

        Nie wiem. Ja mam dwa wytłumaczenia. Pierwsze, jesteśmy bogaci, nasze społeczeństwo tutaj, dobre pieniądze zarabiamy i ludzie często zmieniają samochody. W Europie samochód jeździ 8 – 10 lat z tym samym właścicielem, tutaj wszyscy chcą leasy 3 lata, 2 lata. To się opłaca. 

        Naprawdę opłaca się zmienić samochód na propan, ale ta inwestycja, te 4 czy 5 tysięcy dolarów, wszyscy, których na to stać, pytają, a kiedy mi się to zwróci? Są sceptyczni, bo mają doświadczenia z tymi systemami, które były lata temu.

        W których lało się do gaźnika?

        Tak, to były gaźnikowe systemy. Kanadyjczycy naprawdę się sparzyli. Naszymi klientami są oczywiście Polacy, ale głównie Europejczycy, którzy mieli już doświadczenie z instalacjami gazowymi, albo taksówkarze, którzy robią tych kilometrów tyle, że dla nich nie jest ważne jaki system, oni muszą oszczędzać pieniądze, a to jest sto dolarów oszczędności więcej każdego dnia.

        Jeżeli ktoś ma samochód, który pije tę benzynę, jak właśnie jakiś SUV.

        Wszystkie samochody piją benzynę.

        Ale mówię o takich, które spalają 14-15-16 litrów, bo jak jeździmy dużym SUV-em, to tyle nam pali, to tutaj oszczędność jest olbrzymia.

        To są kolosalne pieniądze, które naprawdę mogą nam zostać w kieszeni. Z drugiej strony, rząd nie pomaga.

        Jaka jest Pana teoria, dlaczego nie pomaga?

        Dlaczego nie pomaga? Wiadomo, podatki! Od propanu jest tylko może 3 procent podatków plus podatek drogowy, carbon tax i HST. Nie ma tych narzutów 60 czy 70 procent jak w benzynie, tylko mały podatek.

        Rządowi w ogóle się nie opłaca propagować tego czystego paliwa. Jedyna instytucja, którą znam, a która jeździ samochodami na propan, to jest policja w London. To jest jedyna policja – mają pięć czy sześć cruiserów – w całej Kanadzie, która używa propanu. Są zadowoleni, ale „po cichu”. 

        Na przykład teraz w Stanach Zjednoczonych policja zaczyna jeździć na propanie. Bardzo dużo jest na Florydzie policyjnych samochodów, które jeżdżą na propanie. U nas – my jesteśmy po prostu za bogaci. 

        Czyli jeśli ktoś jest nie za bogaty, to przestawienie samochodu na propan ma naprawdę sens, bo zostaną mu w kieszeni grube tysiące dolarów.

        Musimy policzyć, że w ciągu 3 lat to się zwróci, zależy oczywiście, ile kto jeździ. Jeśli jeździ 20 tysięcy, to jest 5 tysięcy dolarów na rok oszczędności.

        Czyli przez pierwszy rok ma spłacony system, a potem to już tylko oszczędności.

        Nie ma ludzi w Kanadzie, którzy robią 20 tysięcy kilometrów rocznie, przeważnie to jest 40 tysięcy. Nawet wyjazd na Kaszuby to jest 400 kilometrów w jedną stronę, czyli 800 w jeden weekend, do Montrealu wyskoczyć to jest 500, czyli 1000 już.

        To są jednak przebiegi i posiadanie takiego taniego paliwa zaczyna powodować, że się zastanawiamy, jak zaoszczędzić.

        My jesteśmy w Ontario, to jest 1,37 dolara, a w Kolumbii Brytyjskiej to już jest 1,60 dol. I wszyscy straszą, że to przyjdzie do nas. Jeżeli przyjdzie... Nawet jeżeli propan to jest połowa ceny benzyny, to z dolara to jest tylko 50 centów, z 1,60 dolara to jest już 80 centów oszczędności.

        Panie Robercie, to miejmy nadzieję, że to przyjdzie do nas i klienci przyjdą do Pana.

        Nie, ja wszystkim życzę dobrego życia. My mamy bardzo dużo klientów tutaj, około 3 tysięcy, i ja życzę wszystkim dobrego życia. Ci, co przyjdą do nas, to są ludzie, którzy myślą o swoich portfelach, a zaoszczędzone pieniądze mogą wykorzystać na coś innego.

        Chodzi też o środowisko naturalne, bo ten propan się czyściej spala.

        Tak. Nasz rząd nie myśli o tym, ale my musimy myśleć za rząd.

        Dziękuję bardzo.

       

Osoby zainteresowane założeniem instalacji gazowej w samochodzie mogą się kontaktować z 

LPG Pro Experts 

tel. 9058559600

email Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

2568 Royal Windsor Dr, 

Mississauga, 

ON L5J 1K7

piątek, 11 maj 2018 07:53

Wolność na osiemnastu kołach

Napisał

Jako mały chłopak widziałem film, w którym amerykański żołnierz jedzie ciężarowym studebakerem po zbombardowanej, niemieckiej autostradzie z ładunkiem szampana. Rok 1945. I był tam taki moment, kiedy mu się ten studebaker psuje, a on nie dbając o awarię, wyciąga butelkę szampana i odbija szyjkę o zderzak. Mnie się to tak spodobało, że postanowiłem – o ile tylko nadarzy się w życiu okazja – zostać właśnie takim kierowcą!

Andrzej Kumor: Przez kilkadziesiąt lat jeździłeś dużymi ciężarówkami. To ciężka praca, ale ma chyba też niesamowity urok. Pokonywanie przestrzeni, zmiana krajobrazów, klimatów... Patrząc teraz, z pozycji człowieka, który już tego nie robi, już ma to za sobą, czy zrobiłbyś to drugi raz, wybrałbyś po raz drugi tę ścieżkę?

        Marcin Baraniecki: Prawdopodobnie tak, ale właściwie bardzo trudno wczuć się w tamtą sytuację z początku lat 80., kiedy zaczynałem. Inna rzecz, że chyba zawsze chciałem być kierowcą. Po szkole średniej nie bardzo wiedziałem, co właściwie chcę studiować.

        Jednocześnie siedziała we mnie dość dziecinna myśl, że najbardziej to chciałbym być kierowcą dalekobieżnej ciężarówki. Jako mały chłopak widziałem film, w którym amerykański żołnierz jedzie ciężarowym studebakerem po zbombardowanej, niemieckiej autostradzie z ładunkiem szampana. Rok 1945. I był tam taki moment, kiedy mu się ten studebaker psuje, a on nie dbając o awarię, wyciąga butelkę szampana i odbija szyjkę o zderzak. Mnie się to tak spodobało, że postanowiłem – o ile tylko nadarzy się w życiu okazja – zostać właśnie takim kierowcą!

        Taka magia wizerunku.

        Tak. Potem szukałem w ojcowym atlasie i znalazłem najdłuższą możliwą trasę. Z Lizbony do Władywostoku. Tak to sobie wymyśliłem. I także to, że będę jechał z ładunkiem korka. Ładunek szampana wydawał mi się trochę za bardzo tłukący. Korek był bezpieczny! Ten obraz został mi w głowie na całe lata, niemniej jednak trzeba go było na razie zawiesić na kołku... 

        W każdym razie w momencie przyjazdu do Kanady wiedziałem, że teraz przyszedł czas na realizację tego dawnego marzenia. Miałem to szczęście, że trafiłem na niejakiego Hansa Strohackera, który w Surrey, BC prowadził małą firmę transportową. On mnie zatrudnił i u niego zdobywałem pierwsze szlify. Później, po dwóch miesiącach przeniosłem się do Toronto.

        Jakie rzeczy najbardziej pamiętasz? Bo ludzie mówią, że to jest monotonia.

        Tak bym tego nie nazwał. A jeśli chodzi o wspomnienia, to pamiętam bardzo dużo – nawet z tych odległych już dziś lat. Żeby nie zapomnieć, napisałem o tych początkach książkę pt. „Książęta highwayu”, potem dwie inne...

        Jeździłeś jako singel?

        Tak, ale zdarzały się na samym początku sytuacje, że musiałem jeździć z pomocnikiem. Dowoziliśmy wtedy szafki kuchenne na rozmaite budowy, głównie po Ontario, ale także do północnego Quebecu i innych prowincji. Byliśmy nawet w Hay River na Terytoriach Północno-Zachodnich.

        W wielu przypadkach jeździło się po zabłoconych budowach. Warunki były prawie „poligonowe”.

        Lubisz jeździć sam? Być sam ze sobą?

        Wtedy, podczas pierwszych kroków w truckingu, nigdy nie byłem sam, ale z chwilą gdy skończyłem z tymi szafkami i znalazłem się na dalekiej trasie, ogarnęła mnie ogromna ulga, która brała się stąd, że chyba pierwszy raz w życiu miałem czas na spokojne myślenie. Wiem, że to brzmi trochę śmiesznie, ale tak było. Pamiętam chwile, gdy wychodziłem z trucka, żeby go zatankować, i o niczym innym nie marzyłem, tylko o tym żeby być z powrotem na drodze. Nawet ta krótka chwila na stacji benzynowej wytrącała mnie z równowagi, bo przerywała moją samotność. Pamiętam dokładnie ten moment, kiedy uświadomiłem sobie, że mam czas dla siebie samego. I ten moment pamiętam do dzisiaj!

        Medytacja na drodze.

        Powiedzmy. Ostatecznie krajobrazy, które widzi się wzdłuż dróg, często gęsto nie są ani ciekawe, ani nawet ładne... Na przykład Radisson Highway w Quebecu. Las, las i jeszcze raz las, wypalone sosny, żwirowa droga i w sumie nie ma gdzie oka zawiesić. To samo jest w Manitobie czy w ogóle w interiorze, w Saskatchewanie. Jasne, że to jest ogromny, wspaniały kraj i mówienie o tym, że nie jest ładny, zakrawa na bluźnierstwo, ale jestem szczery. Pewnie, że jest wiele wspaniałych scenerii, piękne krajobrazy w Rocky Mountains, drogi nad Pacyfikiem i inne, ale są też bardzo nijakie – powiedzmy nudne.

        Czyli trzeba potrafić być samemu ze sobą, bo są ludzie, którzy tego nie lubią, którzy szukają towarzystwa?

        Do pewnego stopnia. Mam przyjaciela, który jest wielkim samotnikiem i bardzo lubi być sam, ale jeździ z psami. Mówi, że doskonale się rozumieją.

        Powiedz, jak się zmienił trucking na przestrzeni tych trzydziestu iluś lat, bo dzisiaj są GPS-y, ograniczenia, logbooki elektroniczne itd.

        Ogromnie się zmienił. Przede wszystkim jest bardzo dużo regulacji, które odzierają trucking z kolorytu. Po prostu nie ma już tego powabu, który był dawniej, kiedy trucker był panem sam dla siebie.

        To nie są już ci książęta highwayu?

        Nie są. Tamte lata minęły bezpowrotnie. Tak samo jak te, w których ja sam zaczynałem. Lata 80. nijak się miały do tego, co było w latach 60. – 70. Tamtą epokę najlepiej obrazuje film „Konwój”. Trochę humorystycznie, ale duch został przekazany. Spotykałem wielu kierowców, którzy jeździli w tamtych latach, nawet jeszcze wcześniej, i opisywali różne stare zwyczaje i wymagania, które wtedy obowiązywały. Nie było Trans-Canada Highway i nie było 401. Do Montrealu jeździło się Hwy 2. To był zupełnie inny trucking. 

        Trochę humorystyczny przykład. Przewóz świeżej żywności wyglądał w ten sposób, że w naczepie zamontowana była nad przewożoną żywnością krata posypana lodem i co jakiś czas trzeba się było zatrzymywać i ten lód przecierać, żeby opadał na towar i go chłodził. Wszystko to przeszłość. Wydaje się, że prawie nierealna.

        Czyli więcej było uroku, więcej było wolności?

        Bez porównania.

        A czy było też więcej pieniędzy?

        Nic podobnego. Tak wtedy, jak i dziś w transporcie nie ma żadnych kokosów. Bardzo wielu ludzi idzie do transportu dla pieniędzy, ale też wielu gorzko się rozczarowuje. Oczywiście, jeśli buduje się firmę transportową, to jest inna kwestia, ale jeżeli jeździ się dla kogoś lub jest się owner-operatorem jednej ciężarówki, to w moim przekonaniu trudno zostać milionerem.

        Godziwe życie, tak?

        Godziwe życie? Tak, ale jednocześnie życie pochłaniające ogromnie dużo czasu. Nieproporcjonalnie dużo w stosunku do zarobków. W domu jest się gościem.

        No właśnie, jak to jest z rodziną?

        Trzeba mieć bardzo wyrozumiałą żonę albo się nie żenić! Można też jeździć z żoną, ale to pod warunkiem, że nie ma się dzieci.

        Wyrozumiała żona to skarb. Zawsze mówię, że najważniejszym zadaniem mężczyzny jest znalezienie dobrej, mądrej, wyrozumiałej żony. Jeżeli ma się szczęście i znajdzie się taką, to wszystko inne przyjdzie samo. Jeżeli ma się taką osobę, która cię popiera i rozumie, to jest się wygranym. Tak właśnie było i jest ze mną.

        I te długie nieobecności w domu odbijają się też na wychowaniu dzieci?

        Z całą pewnością. No, chyba że robi się to, co ja później robiłem, to jest jeździ się na krótkich dystansach, czyli na mieście. Pewnie, że ciągle jeszcze to jest jakieś 300 – 400 km dziennie, ale jest się codziennie w domu. Bo co jest ważne, nie tylko dla kierowców, ale dla wszystkich, to to, żeby być codziennie w domu. Ja nie mówię, żeby być non stop i gotować z żoną obiad, ale żeby przyjść chociaż na parę godzin do domu, wziąć prysznic, pocałować żonę, zobaczyć dzieci... Mówię to z perspektywy 70 lat życia! (śmiech).

        Zmieniła się też technologia, wspomniałem o GPS-ach, jest Skype, ludzie mogą słuchać tej samej stacji radiowej przez cały kontynent. Jak to było w tych starych czasach, miałeś mapy?

        Tak, oczywiście.

        Jak się znajdowało klienta?

        Używało się mapy, bardzo często wyrysowanej przez dyspozytora na kawałku kartki. Nie było w tym nic złego. Ja bardzo lubię mapy i do dnia dzisiejszego ich używam, nie używam GPS-u. Ale pytasz mnie o te wszystkie nowe rzeczy. Oczywiście to jest zupełnie nowy świat. I trzeba docenić ten postęp. Przecież nie można siedzieć cały czas w przeszłości, jak mój sąsiad, jeszcze w Polsce, który twierdził, że miotła jest lepsza od odkurzacza. Albo na przykład mówił, że trawę skosi lepiej kosą niż kosiarką!

        Miałeś swojego trucka?

        Tak. Zacząłem od czterech, ale to było wtedy trochę za szybko i za odważnie. Zatrudniałem czterech kierowców i czterech pomocników, bo jak już wspomniałem, rozwoziliśmy szafki kuchenne, które wymagały ręcznego rozładunku. Ale okazało się, że to było dla mnie odrobinę za dużo i musiałem zwinąć interes i zostać z jednym truckiem.

        Czy trudno było znaleźć kierowców?

        I tak, i nie. To była trudna i niewdzięczna praca. Ręczny rozładunek mebli kuchennych. Proszę to sobie wyobrazić. Na budowach, często po śliskiej desce, którą kładliśmy pomiędzy naczepą a nowo budowanym domem. I wszystko przenoszone na plecach!

        Nie było ramp?

        Nic nie było. Pamiętam, jak przyjechaliśmy do osiedla Manitouwadge w północnym Ontario. Błoto do kolan! Ledwo wjechałem. Dobrze, że przy wyjeździe pomogli nam tamtejsi Indianie, ale to, że się wtedy z tej błotnej topieli wyrwałem, graniczyło z cudem. To był prymityw i ciężka praca. I do takiej pracy trudno było znaleźć kierowców.

        To bardzo szeroki temat.

        Cały czas jest droga przed Tobą?

        Zawsze coś się dzieje. Dajmy na to przyjeżdża się na jakieś zakazane przez Boga i ludzi odludzie, żeby wziąć przygotowany do drogi trailer. Ciemna, zimowa noc, zamarznięty trailer, nie możesz się zaczepić, bo jest ślisko, wreszcie się zaczepiasz, ale nie możesz podnieść łap naczepy, bo wszystko jest zamarznięte, więc szarpiesz się, pot spływa po plecach... To są chwile, gdy ma się wątpliwości, czy się dobrze wybrało.

        Cały czas mówię o tych pierwszych latach. Wtedy były logbooki, trzeba było je wypełniać, ale dużo ludzi oszukiwało, czy były wypadki, że ludzie zasypiali?

        Naturalnie, takie sytuacje były zawsze, nie tylko w Ameryce i Kanadzie, ale w Europie tak samo.

        Czy spedycja wymagała, żeby tak jeździć, tzn. żeby jeździć ostro?

        Bywały takie sytuacje. Aż nazbyt często. Każdy z nas, który jeździł, ma w życiorysie sytuacje, o których nie chce wspominać. Zdarzało się, że dyspozytor wydawał nieludzkie polecenia, bez liczenia się z jakimikolwiek przepisami. Wyrażało to się na przykład w takim postawieniu sprawy: albo jedziesz, albo możesz zaparkować i już nie wracać do tej pracy. W sytuacji, kiedy się miało mortgage, troje dzieci i niezarabiającą żonę, trzeba się było dobrze zastanowić, czy zaparkować tego trucka. Więc jechało się. Czasem bez odpoczynku po dwudziestu godzinach przebytej już drogi.

        Z jaką prędkością? Czy były wtedy ograniczenia tak jak teraz do 104 km na godzinę?

        W Ontario ograniczniki szybkości wprowadzono bardzo niedawno. Trucki nie mogą jechać szybciej niż 104 kilometry na godzinę. W Europie chyba 90. 

        Zacząłeś pisać książki o tym. Czy dlatego, żeby choć trochę zachować klimat tamtych czasów, tamtej rzeczywistości, który może się rozpłynąć i nikt nie będzie o nim pamiętał?

        W dużej mierze tak. Z pisaniem zawsze byłem bardzo blisko, nawet jeszcze w Polsce. Wzięło się to z mojego hobby, jakim jest genealogia, którą interesuję się od przeszło 50 lat. Robiłem opracowania genealogiczne głównie na potrzeby rodziny i stąd chyba wzięły się późniejsze próby esejów, opowiadań. Tu, w Kanadzie, najpierw zacząłem pisać do miesięcznika „W drodze”, a potem od 1999 roku dla prowadzonego przez Marzenę i Romana Wiktorowiczów truckerskiego magazynu „Truck and Roll”.

        A czy w tym zdominowanym przez mężczyzn świecie jest miejsce dla kobiet?

        Kobiety w truckingu to wdzięczny i bardzo szeroki temat.

        Ludzie opowiadają o jakichś legendarnych wyjazdach do Meksyku...

        Ja bym powiedział, że to jest margines, nie ma o czym mówić. Mało ciekawy, raczej, powiedziałbym, smutny margines.

        Właśnie miałem użyć tego słowa.

        Inna rzecz, że nikogo nie można sądzić! Różnie bywa i różne są ludzkie losy. 

        No właśnie, życie jest niesamowicie bujne i bogate, człowiek by nie przewidział, pisząc scenariusze. Zapytam więc o jakąś jedną historię związaną z truckingiem. Coś niezwykłego, niesamowitego?

        Było ich tak wiele! Pisałem o nich w moich książkach. „Książęta highwayu”, „Łoś z Pagwa River”, „Pretorianie” czy „Bulldog”. Wszystkie one pełne są najprzeróżniejszych, często fascynujących truckerskich przygód! Zapraszam do czytania!

        Cieszę się, że piszesz dla „Gońca”. Dziękuję za rozmowę.

        Cała przyjemność po mojej stronie.

Z Marcinem Baranieckim 

rozmawiał Andrzej Kumor


Książkę 

"Kasa, Kobiety i inne opowiadania". można kupić od Autora
Tel. 905 464 04 09
e-mail: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

piątek, 04 maj 2018 07:57

Kosmetyki nie muszą truć…

Napisał

Wpływ kosmetyków na zdrowie często jest lekceważony,  ludzie uważają, że jeżeli się czymś posmarują, to zostaje na zewnątrz i nie ma to wpływu na ich organy, tymczasem kosmetyki zawierają szereg składników niezdrowych czy wręcz trujących; mają różne substancje chemiczne, utrwalacze itp., i to wszystko przenika do organizmu przez naszą skórę.

                  Andrzej Witowski, właściciel firmy Elma Skin Care: Po pierwsze, gdy Pan mówi, że  kosmetyki mają wpływ na nasze zdrowie, trzeba pamiętać, że skóra jest największym organem człowieka. To jest osiem kilogramów i według starej nomenklatury polskiej ma trzy przedrostki: włosy, paznokcie i genitalia.

                  To wszystko to jest skóra. I z jednej strony, ona nas chroni, a z drugiej strony, jest odbiciem tego, co się dzieje w całym organizmie.

                  Działa do wewnątrz i na zewnątrz?

                  Tak, ona jest lustrem tego, jak się czujemy, jak ją odżywiamy, jak nasz metabolizm działa i na co chorujemy, a z drugiej strony, wszystkie urazy skóry, może nie urazy, bo ona się regeneruje bardzo dobrze, ale wszystkie jej choroby, wszystkie jej infekcje oddziałują na cały organizm, osłabiają go.

                  Natomiast jeśli chodzi o dbanie o skórę, to często zarówno kosmetyki, jak i nasze codzienne nawyki powodują, że gdy wydaje nam się, że dbamy o skórę, często ją właśnie osłabiamy. Jeśli chodzi o przemysł kosmetyczny, to jest on nakierowany na zarabianie pieniędzy i często bardziej szkodzi niż pomaga.

                  Szkodzimy skórze, myśląc, że o nią dbamy. Co należy robić, żeby skórę zachować w dobrym stanie?

                  Po pierwsze, jeżeli chodzi o higienę, wydaje nam się, że jeżeli się często myjemy dobrym mydłem czy dobrym szamponem – a te szampony są coraz mocniejsze – to my o nią dbamy. Tymczasem ją odtłuszczamy. Na przykład, jeżeli często myjemy włosy, a tak bywa,  jeżeli ktoś chodzi na basen, to ta woda wypłukuje lżejsze frakcje z tych tłuszczów, które są w skórze (po ang. body oil), wypłukuje oleje, a pozostają woski (waxes), które powodują między innymi czopowanie porów, przez co skóra nie oddycha. Ktoś skarży się, że ma problem ze skórą na głowie, a przecież myje ją tak często...

                  Podobnie z tzw. uchem pływaka; woda wypłukuje lżejsze frakcje tłuszczów z ucha, pozostają woski i po pewnym czasie ucho się zatyka i po prostu się nie słyszy czy woda się dostanie i nie wypływa.

                  Innym problemem jest to, że używamy kosmetyków, które mają ogromne ilości konserwantów. To, co my nazywamy kosmetykami, to są w 90 procentach emulsje tłuszczów i wody. Żeby to zemulgować, potrzebny jest silny detergent, mniej więcej taki jak w płynie do mycia naczyń. I ten detergent właśnie pozostaje na skórze. A żeby te kosmetyki się nie psuły, czyli nie ulegały dekompozycji, potrzebny jest bardzo silny konserwant, po polsku, a po angielsku preservative. Jeżeli on zabija bakterie gnilne w kremie, to także zabija dobrą florę bakteryjną na skórze, która jest naturalną ochroną skóry.

                  Innym czynnikiem są warunki, jakie mamy w domach. Ogrzewanie, przesuszone powietrze to jest drugi czynnik, który zabija tę najważniejszą ochronę skóry, jaką jest dobra flora bakteryjna.

                  Pan jest z wykształcenia chemikiem?

                  Jestem chemikiem, właściwie to fizykochemikiem. Miałem się zajmować wyszukiwaniem punktów szczególnych, czyli azeotropowych, w mieszaninach wieloskładnikowych cieczy, w równowadze ciecz – para, ale tak się złożyło, że zostałem wysłany, żeby robić destylację rozpuszczalników w zakładzie, który produkował antybiotyki. Uruchamiałem też produkcję dwóch nowych antybiotyków, ale potem pracowałem w galwanizerniach i robiłem farby.

                  Jeżeli chodzi o moją pierwszą pracę, byłem związany z przemysłem farmaceutycznym, co mi nie bardzo pomagało w Kanadzie, bo tutaj trafiłem do przemysłu kosmetycznego, a miałem troszeczkę inne standardy...

                  Widział Pan przemysł kosmetyczny z pierwszej ręki...

                  Osiemnaście lat pracowałem i robiłem kosmetyki czy formułowałem kosmetyki dla bardzo różnych firm, tanich i drogich, i widziałem, na czym to polega.

                  Założył Pan własną firmę, chce Pan to robić inaczej? 

                  Pomimo tego, że pracowałem, to zawsze miałem jakąś swoją firmę i w Polsce, i tutaj, ale już był czas, że się wybierałem na emeryturę, i się zdarzyło, że moja wnuczka dostała łuszczycy.

                  Szukaliśmy leków, to co było oferowane, to były tylko steroidy, i w jej wieku – 12 lat, to było bardzo niewskazane.

                  I tak z kolegami z Polski, z którymi jestem bardzo związany, zaczęliśmy szukać czegoś, co by jej pomogło. To, co żeśmy znaleźli, to sposób ekstrakcji, żeby uzyskać komórki macierzyste roślinne, które są skarbnicą wszystkich substancji odżywczych – które są potrzebne dla skóry – ochronnych, bo także antyoksydantów i kinetyny, która przyspiesza regenerację skóry.

                  To spowodowało, że ja właściwie nie robię samych kosmetyków, ale różne maści, a część z tych maści działa jak bardzo dobre kosmetyki.

                  Mają również właściwości lecznicze?

                  Tak, pierwsza maść, którą zrobiłem – Elma 01, działa praktycznie na wszystko, od ukąszenia komarów – powoduje, że nie ma śladu po nich, poprzez łuszczycę, egzemę, oparzenia, obrzęki, leczenie ran, do leczenia hemoroidów.

                  Na czym polega ten tajemniczy sposób, w który sprawia, że można wszystkie te przypadłości wyleczyć przy pomocy jednej maści?

                  Nagroda Nobla w 2012 r.,  pokazywała, jak można cofnąć transformację komórki macierzystej skóry do tych komórek pierwotnych i uzyskiwać różne organy.

                  Uzyskać komórkę macierzystą z normalnej komórki?

                  Nie, z komórki macierzystej skórnej uzyskać taką komórkę macierzystą, która była pozyskiwana przedtem tylko i wyłącznie z zygoty czy z krwi pępowinowej i jakby obejść ten problem moralny.

                  Oni właściwie wyjaśniali sposoby i przyczyny transformacji komórek macierzystych skórnych, cofanie albo na przykład z komórek, które się przekształcają w mieszki włosowe, albo wytwarzają więcej kolagenu, albo odtwarzają skórę. Z wiekiem te komórki też się starzeją, czyli po prostu ich aktywność spada, i oni znaleźli sposób, jak można tę aktywność podnieść i regenerować skórkę jakby od środka. Na przykład, jeżeli używamy kolagenu, który jest świetnym środkiem, doskonałym – tylko jest jeden problem. Jeżeli go kładziemy w kremie, zwłaszcza jeżeli nasza skóra jest jeszcze stosunkowo młoda, to nasza własna produkcja kolagenu spada, bo skóra jest leniwa. Tymczasem, jeżeli uda nam się zdopingować komórki macierzyste skóry do wytwarzania większej ilości kolagenu, elastilu, to skóra nabiera sprężystości, gładkości i po prostu się odmładza.

                  Pan znalazł sposób, jak to zrobić?

                  Mniej więcej wiemy, jak odżywić te komórki, tylko ja znalazłem sposób, jak efektywnie wyekstrahować z komórek macierzystych roślinnych te substancje, które będą biologicznie czynne na skórze (a nie na półce), i żeby one w kontakcie ze skórą się uaktywniały; dawały efekty, które polegają jednocześnie na leczeniu różnych przypadłości, odmładzaniu skóry i powstrzymywaniu wypadania włosów czy powodowaniu odrastania włosów. W tej chwili pracujemy nad maścią, która będzie powodowała niwelację bólów, takich jak ból kręgosłupa, stawów czy innych. To  przez działanie zewnętrzne miejscowe, a nie przez branie jakichś silnych środków przeciwbólowych.

                  Takie znieczulanie poprawia cyrkulację krwi, wzmacnia te wszystkie systemy immunologiczne, które powodują, że infekcje są zwalczane.

                  Skąd te komórki?

                  Komórki, tak jak mówiłem, roślinne – teraz wszyscy mówią macierzyste komórki roślinne – jeszcze aktywne, ale wszyscy, którzy coś sadzili albo coś hodowali, to wiedzą, w którym miejscu przyciąć pomidory, wiedzą, w którym miejscu przyciąć gałązkę jabłoni, bo wiedzą, gdzie te komórki macierzyste są zgrupowane, zmagazynowane, kiedyś, w starszej biologii, nazywano to stożkami wzrostu.

                  Wystarczy więc znaleźć takie rośliny, które mają tych komórek najwięcej.

                  Prosta sprawa – jeżeli Pan sadzi pomidory lub ogórki w ogródku i raz w tygodniu ma Pan czas, żeby je opielić, to po tygodniu zielsko jest większe od tych sadzonek, i tak wkoło. Dlatego że te zielska, te zioła, mają taką siłę, że wystarczy kropla deszczu i one nagle „eksplodują”.

                  W tradycyjnej literaturze mamy bardzo dużo wskazówek, które z tych roślin – w Polsce to są calendula (nagietek), babka, bardzo popularne – w Chinach żeń-szeń, ale to nie ma takiego znaczenia, bo natura obdarzyła nas po równo. Nie ma miejsca na świecie, gdzie jest złote zioło, które na wszystko działa. Tylko myśmy stracili zainteresowanie tym, co mamy pod nosem.

                  Oczywiście, są pewne rośliny, jak żywokost, których składniki powodują odbudowę chrząstek czy więzadeł. Ja korzystam jednocześnie z wiedzy z przeszłości i z tego, co w tej chwili jest przyszłością.

                  Czyli jest to jak gdyby ziołolecznictwo przetworzone?

                  To jest przetworzone ziołolecznictwo i z tym ziołolecznictwem to jest tak, że bardzo dużą szkodę robią ci, którzy zajmują się ziołolecznictwem, a nie mają odpowiedniej wiedzy – ja nie wiem, jak je stosować, bo nie jestem lekarzem – ale wiem, jak wydobyć, to co w tych ziołach jest cennego.

                  Że to nie jest takie śmieszne to ziołolecznictwo, to wspomnę, że stosunkowo niedawno, chyba trzy lata temu, przyznano Nagrodę Nobla dla Chinki, która znalazła w ziołach w czasie wojny wietnamskiej substancję zwalczającą malarię, która to choroba zabiła więcej Wietnamczyków niż Amerykanie. Ona dostała za to Nagrodę Nobla i w końcówce lat 60. tę produkcję rozpoczęto; do dzisiaj te substancje są używane w środkach przeciw malarii.

                  Jak ktoś krzyczy, że tylko postęp i nowoczesność, to często trzeba się obejrzeć, żeby zobaczyć, w którym kierunku idziemy. Często się okazuje, że wpuszczamy się w ślepe uliczki w pogoni za jakąś publikacją z fałszywymi danymi i postęp często nie jest postępem, ale zboczeniem.

                  Ta maść pomogła Pana wnuczce?

                  Łuszczyca jest straszną chorobą, na szczęście się okazało, że u niej była bardzo łagodna, bo była to hormonalna łuszczyca.

                  Łuszczyca atakuje nie tylko skórę, ale są wewnętrzne objawy. Ta maść nie leczy łuszczycy, tylko leczy objawy. Na przykład, gdy moja wnuczka chodziła na basen, to nie musiała nosić długiego rękawa, bo nie było widać plam na rękach, co było w tym czasie jej największym problemem. Tak że to nie jest maść na zwalczanie łuszczycy.

                  W łuszczycy są ważne różne rzeczy, jak np. dieta, ale objawy dla wielu ludzi są bardzo istotne. Przy czym gdy objawy nie są leczone, łuszczyca się rozwija gwałtownie i może dojść do uszkodzeń serca, więzadeł, żołądka. To nie jest tylko kwestia kosmetyki, lecz ma znaczenie ogólne, ale niestety ta maść nie zwalcza przyczyn.

                  Jaką gamę produktów Pan oferuje? Jedna maść może być na wiele chorób?

                  Tak, ale nie na wszystko. Jeżeli sobie założyłem, że konkretna maść będzie dobra też na odrastanie włosów, to posmarowałem nią głowę i pobrudziłem poduszkę, w ogóle nie dało się umyć przez tydzień itp.

                  Tak że w zależności od konsystencji i na jakiej bazie są te produkty, mamy 3 – 4 maści na bazie lanoliny, mamy 3 – 4 oleje na opryszczkę, na łuszczycę, która występuje na twarzy albo na egzemy na twarzy, no i na przeciwdziałanie wypadaniu włosów.

                  Trzecia grupa produktów jest na bazie shea butter, które jest jeszcze lepsze niż coconut butter, świetny surowiec.

                  Co to jest shea butter?

                  W Polsce nazywało się to wiśnią afrykańską, bo wyglądem przypomina ogromną wiśnię lub podwójną czereśnię. Jest to orzech, który ma czerwoną skórkę, wielkości wielkiej czereśni, a w środku tylko miąższ. Ten orzech jest używany do produkcji Philadelphia Cheese, do produktów spożywczych, jest świetną substancją w produkcji kosmetyków, w naturalny sposób chroni przed promieniowaniem ultrafioletowym, ma także bardzo dużo antyoksydantów.

                  Shea jest w sumie świetna, ale trochę kłopotliwa, bo dosyć twarda – żeby jej używać jako kosmetyku, trzeba coś z nią zrobić. Ja do shea dodaję moich ekstraktów ziołowych i czasami kwasu hialuronowego. Otrzymuję w ten sposób skin revitalizer, który powoduje młodszy wygląd i leczy też drobne infekcje, drobne skazy.

                  Mówił Pan, że w kosmetykach używa się bardzo dużo konserwantów, ale przecież nie bez powodu, bo chodzi o to, żeby ten kosmetyk „żył” długo na półce. Pan używa konserwantów?

                  Nie używam. Czasami mówię o wodzie, wtedy wszyscy się dziwią. Zauważyłem, że woda w kosmetykach jest bardzo ważna z dwóch powodów.

                  Po pierwsze, nadaje kremom dobrą konsystencję. Kremy zawierają jej od 30 do 60 proc.; lotion od 70 do 90 proc. Woda powoduje, że kosmetyki są łatwe w aplikacji, rozsmarowują się, trzymają zapach. Tylko że jeśli się używa wody, trzeba też używać bardzo silnych konserwantów. To jedno.

                  A po drugie, woda to najtańszy surowiec chemiczny i świetnie zwiększa zysk.

                  Zwiększając objętość?

                  Oczywiście, i przez to zwiększa zysk, tylko żeby zemulgować wodę z tłuszczem, który zawiera wszystkie substancje odżywcze dla skóry, trzeba użyć emulgatora albo emulsifiera, różnie to nazywają, ale to jest silny detergent, na ogół po polsku to jest sulfobursztynian. To jest właśnie ten wynalazek, że można myć naczynie po śledziach gorącą wodą, bo i tak nie będzie zapachu, bo on wszystko rozpuszcza. Taki detergent robi emulsję przyjemną w użyciu, ale nie jest dla skóry obojętny, a poza tym trzeba użyć dużo konserwantu.

                  Ponieważ ja robię wszystko bez wody, moje produkty są trzy – cztery razy droższe od innych. Z kolei używa się ich bardzo mało, choć nie są tak łatwe w użyciu, takie przyjemne, bo trzeba je rozetrzeć – mają z tego powodu swoje minusy.

                  Ale przede wszystkim właściwości bakteriobójcze calenduli, czyli nagietka, wystarczają w zupełności i moje produkty mogą stać w łazience długi czas. Pierwsza maść, którą zrobiłem i którą ciągle daję do sprawdzenia bakteriologicznego, stoi już cztery lata, odkryta, i ciągle jest sterylna. Calendula nie tylko dostarcza substancji z komórek macierzystych, nie tylko powoduje lepszą cyrkulację krwi, to jeszcze dezynfekuje i skórę, i samą maść.

                  Klienci są zadowoleni?

                  Sprzedaję na razie w bardzo małych ilościach.  Poza tym rynek, konkurencja jest taka, że można by tu przytoczyć kopernikańskie powiedzenie, że zły pieniądz wypiera dobry; wszystko jest oparte na tym, żeby zrobić ładne opakowanie, co przy naszej niewielkiej skali jest bardzo drogie, dobre zapachy, no i konsystencję, a jak ten kosmetyk działa, to się po prostu zmienia zapach, zmienia kolor i reklamuje, że to jest coś nowszego, coś jeszcze lepszego, i tak w kółko.

                  Do moich produktów ludzie się muszą przekonać, ale mam świadectwa, które pokazują, że działają fantastycznie.

                  Pozostaje mi życzyć, żeby przekonał Pan jak najwięcej ludzi, żeby przestali sobie szkodzić, kupując rzeczy tylko dlatego, że są ładnie opakowane. Jak dotrzeć do ludzi, żeby byli zainteresowani, jaki Pan ma pomysł?

                  Na początku próbowałem robić ogłoszenia w „Mississauga News” czy docierać do ludzi przez website. Mój website bardzo dobrze działa, ale Google ogranicza liczbę wchodzących ludzi, lewarowanie, pozycjonowanie w wyszukiwarce – jeśli szuka ktoś kosmetyków, to pierwsze dwie – trzy strony są zajęte przez firmy kosmetyczne, które są potentatami, a nikt dalej nie szuka, nie widzi.

                  Jeśli chodzi o angielski rynek, to była porażka z „Mississauga News”, natomiast polski rynek rozwija mi się najlepiej.

                  My jeszcze wierzymy w zioła, a może dlatego, że w Polsce jest jeszcze trochę linii dobrych polskich kosmetyków. Począwszy od kremu Nivea, który był najlepszym kremem, jaki kiedykolwiek został zrobiony, a polski Nivea z Poznania był najlepszą walutą, bo był dwa czy trzy razy lepszy od tego już zmodyfikowanego niemieckiego.

                  To zresztą jeden wielki skandal, bo to przypadło Polsce i to jest polski produkt, wymyślony przez polskiego Żyda, który nie mówił po niemiecku, tylko po żydowsku. Krem Nivea był doskonały, dlatego że jego twórca znalazł  rodzaj tłuszczu, który absorbuje 35 proc. wody. W tej chwili to jest już za drogi surowiec – on był chyba też z lanoliny wyselekcjonowany – a po drugie, te 35 proc. wody to jest za mało i dlatego ciągle robi się modyfikacje.

                  Ale polskie zioła... Gdy w Polsce prowadziłem firmę kosmetyczną, to kontaktowałem się z różnymi ludźmi. Były na przykład ekstrakty polskie tatarakowe, superremedium na wypadanie włosów. To nie wyszło, dlatego że okres przechowywania tataraku był pięcio- czy może siedmioletni, żeby uzyskać ten ekstrakt. No i całe przedsiębiorstwo zostało skasowane w 1939 roku. Aroma, która w Henrykowie pod Warszawą, która miała to produkować, potem się skoncentrowała tylko na zapachach syntetycznych.

                  Jest wiele polskich osiągnięć w tej dziedzinie?

                  Polskich osiągnięć mamy mnóstwo w każdej dziedzinie.

                  Tylko nie potrafimy ich wykorzystać i sprzedać?

                  Zazwyczaj ktoś inny zabiera i to robi.

                  Cóż, mam nadzieję, że to nie jest nasza ostatnia rozmowa. Pan ma olbrzymią wiedzą na temat chemii użytkowej i chciałbym, żeby Pan  pomógł nam rozeznać się w  tym świecie.

                  Jak włosy wypadają, to nie boli, ale dam taki przykład, że jak ja wychowywałem moją córkę, to prałem 30 pieluch dziennie i myłem ją dziesięć razy dziennie, za każdym razem jak się zsikała.

                  W tej chwili mamy suche pieluchy, które są „bardzo ekologiczne”; potrzebują 600 lat do rozpadu w środowisku. One są suche w dotyku, ale uryna wpływa cały czas na skórę dziecka, na najbardziej wrażliwe miejsca. Kiedyś dziecko uczyliśmy, żeby po ośmiu miesiącach maluch już nie siusiał w pieluchy, dzisiaj się zdarza, że dzieci idą z pieluchami do szkoły, skoro to jest takie wygodne. Jeżeli jeszcze do tego używa się taniego kremu (na diaper rush), to nie tylko, że się buduje alergię od moczu, który jest po to wydzielany, żeby już nie był w organizmie, ale się jeszcze buduje alergie związane z konserwantami.

                  Tworzymy w ten sposób pokolenie alergików, a alergia może być przyczyną wszystkich innych chorób skórnych, przez łuszczycę, egzemy itd. To jest właśnie przykład takiego działania na skróty – to jest wygodne, każdy chce tego użyć, ale nikt się nie zastanawia, jakie to ma konsekwencje.

                  Zrobiłem krem na diaper rush, właściwie nie dla dzieci, tylko dla Murzyna, który ważył osiemset funtów i w lecie nie mógł chodzić, bo się odparzał. Ten krem działa, ale to jest właśnie ten problem, żeby trafić do odbiorców z informacją, jak można temu zapobiegać. Trzeba również dzieci uczyć, żeby te pieluchy były tylko do czasu, kiedy są naprawdę konieczne.

                  Z wypadaniem włosów jest podobnie. Często nam się wydaje, że dbamy o głowę, a robimy coś przeciwnego.

                  Człowiek sobie nie zdaje sprawy, że sam sobie zaszkodził, i narzeka na żywność. Alergeny atakują ze wszystkich stron, ale są miejsca, gdzie można w sposób łatwy je zahamować.

                  Dziękuję za rozmowę. I do następnego razu. 

piątek, 27 kwiecień 2018 07:38

Jestem dumny, że jestem Polakiem

Napisał

Z właścicielem „Miami”, nowego polskiego sklepu hurtowego w Mississaudze, o sklepie i potencjale handlu z Polską rozmawia Andrzej Kumor.

        Andrzej Kumor: Nie było tutaj jeszcze takiego sklepu, nikt nie wymyślił czegoś takiego, żeby zrobić sklep niskokosztowy. Skąd pomysł, kiedy Pan wpadł na to, żeby otworzyć tego rodzaju biznes?

        Krzysztof Werocy: Pomysł zrodził się w mojej głowie dość dawno temu, realizacja przyszła dość późno. Podyktowane to było przede wszystkim jakąś moją małą frustracją, bo jak wszyscy, zaopatruję się w polskich sklepach i któregoś dnia stwierdziłem, że to jest już tak drogo, że tak drogo być nie może. 

        A że miałem porównanie, bo jeździłem dość często do Polski, byłem największym importerem polskich sezamek, sprzedawałem do wszystkich dużych sklepów, typu Costco, Walmart, Loblaws itp.; sprzedawałem tego 500 ton rocznie, więc ze względu na to, że bywałem dość często w Polsce, na bieżąco byłem z cenami.          

        Struktura sprowadzania towaru z Polski jest dość prosta. Ktoś musi to zapakować w Polsce, jest to firma polska. Druga musi być firma-hurtownia, która odbiera w Kanadzie, w większości właścicielami są Polacy, ale nie tylko. Mamy firmę pakującą towar w Polsce – jest jeden narzut, firmę, która sprowadza tutaj, nazwijmy ją hurtownią – musi zrobić drugi narzut, i to niemały, ze względu na to, że są dość duże koszty transportu, ludzi, i to podnosi cenę, oraz jest jeszcze oczywiście narzut sklepu, który musi zatrudnić odpowiednią liczbę ludzi, ma koszty itd. 

        Więc znalazłem w tym wszystkim możliwość, żeby coś uciąć.

        Jedną część usunąć.

        Tak. Zrodził się pomysł, żeby sprowadzać towar bezpośrednio i od razu go sprzedawać. 

        Co to daje? Dwie rzeczy. Można sprzedać taniej, ja zresztą zawsze to w radiu mówiłem, że nie tyle „można sprzedać taniej”, tylko „można kupić taniej”, więc to jest takie nasze generalne hasło, że „można kupić taniej”. Ale żeby „można było kupić taniej”, my też musimy kupić taniej, gdzieś obciąć koszty i my te koszty, na tyle ile się da, obcinamy.

        Dwa – ważną rzeczą jest, że przy takiej sprzedaży nie ma większego, a powiedziałbym prawie wcale nie ma problemu, że naszym produktom kończy się data przydatności. Oczywiście, może się coś zdarzyć, ale to są tak małe ilości, że jeżeli nam coś zostanie, to oddajemy jako dary czy do kościołów, które pomagają biednym, czy gdzie indziej. Oni sprawdzają i uważają, że te produkty dalej są dobre. 

        Trzy – ze względu na to, że nasza sprzedaż jest trochę inna niż w typowym polskim sklepie, więc my dużo produktów sprzedajemy z palet. Dlaczego z palet? Bo znowu koszty są obcięte, pracownik nie musi naklejać na każdy produkt ceny, co wiąże się z dużą liczbą niepotrzebnych godzin, bo jeśli będzie cena ładnie pokazana na palecie, to każdy ją zobaczy. Jeżeli nie, to zawsze może się spytać. 

        Wiele robimy, żeby towar był świeży. Co znaczy świeży? Jeżeli płynie dwa czy trzy tygodnie, to w dniu rozładunku jest na półce lub w najgorszym przypadku na drugi dzień. 

        Jesteśmy oczywiście też otwarci na nowości, bo to jest ważne – nowości. Ludzie są znudzeni ciągle tym samym. Oczywiście, są produkty, które idą cały czas, mąka, woda... i ptasie mleczko – żartuję oczywiście. 

        Reprezentowałem kiedyś fabrykę, myśmy to z fabryką założyli, która produkuje ptasie mleczko, sezamki itd., aktualnie oni poszli w innym kierunku, tylko w swoich produktach, a ja w stu procentach tym zarządzam, jestem właścicielem i robię wszystko teraz, żeby to usprawnić. Dużo inwestycji jest potrzebnych, które usprawnią to miejsce.

        Jak Pan wybrał miejsce, dlaczego akurat tutaj? Jedni mówią, że na uboczu, bo trzeba tu zajechać, inni mówią, że słabo widać. 

        Chodziło o prostą sprawę;  powstały tutaj, z tyłu za nami, Walmart, Costco. Są to sklepy, które są od paru lat, nie są długo. Główne dwa skrzyżowania, gdzie Polacy robią zakupy, typu Dundas i Dixie, są blisko, więc łatwość dostania się. 

        Następna sprawa, która się z tym wiąże. Czekałem na ten lokal parę lat. Tu były różne biznesy. Akurat tak się stało, że jeden lokal się zwolnił, więc doszedłem do wniosku, że to jest wystarczająca powierzchnia. A okazuje się, że co i raz dobieram następne. Dzisiaj dysponujemy 15 tys. stóp kwadratowych i  planujemy kolejne, żeby było otwarcie na drugą stronę budynku, gdzie jest możliwość parkingu nawet na dwieście aut. 

        Mamy projekt, będziemy o tym rozmawiać z miastem, żeby ze stacji GO zrobić tutaj furtkę, nie trzeba nic więcej; żeby i tamten parking można było wykorzystywać, bo na weekendy jest przeważnie pusty, w ten sposób ludzie mogliby z drugiej strony sobie wejść i zrobić zakupy. 

        Planujemy też zrobienie polskich dań, czyli po angielsku mówiąc hot table, dania, które będą na miejscu i na wynos. To jest bardzo ważne, będzie można na miejscu sobie usiąść i wypić kawę. 

        Jest wiele możliwości, żeby oprócz typowego sklepu, hurtowni – różnie to nazywamy, bo to są podstawowe rzeczy – żeby można było kupować nasze wyroby, czyli deli. Idzie to w bardzo fajnym kierunku, więc też szukamy wielu producentów, nie opieramy się na jednym.

        Mówił Pan o towarach, że są trochę inne niż w zwykłym polskim sklepie. Ale są tu i wędliny, i mięso, i jest nabiał.

        Wejdę w słowo, mięsa jeszcze nie ma, będzie wprowadzone w momencie uruchomienia hot table, ale sprowadzamy sery, białe sery i różne desery do tego, sprowadzamy je bezpośrednio z Polski samolotem i przeważnie co środy i w czwartek już wykładamy na półki. To jest ważne, bo chodzi o datę przydatności, żeby było świeże. Staramy się; nie są to akurat jeszcze, według mnie, te ceny serów, które powinny być, ze względu na kanadyjskie cła sięgające 200 proc.

        Jak to jest z tym wolnym handlem?

        Jeżeli chodzi o sery, to jeszcze nie działa. Mamy wiadomości bezpośrednio z Food Administration kanadyjskiego, że od Nowego Roku będą duże zmiany. A ze względu na to, że posiadam licencję na sprowadzanie, więc na pewno, jeżeli te wszystkie zmiany zajdą, u nas też zajdą zmiany „na plus”, czyli na minus w cenach – będzie taniej, bo o to tu tylko chodzi.

        Kolejna rzecz, „Miami”. Miami się kojarzy z tym, że wielu ludzi ma tam posesje czy wyjeżdża na wakacje. Dlaczego Miami to polski sklep?

        Dużo ludzi zadaje to pytanie. 

        Po pierwsze, ze względu na to, że byłem przedstawicielem firmy polskiej, która w Bełchatowie produkuje wyroby słodkie – oni produkują dość dużo tego, kontener dziennie, i to jest wysyłane po całym świecie, nawet mało jest tego produktu w Polsce – więc na początku ja byłem ich przedstawicielem, stąd ta nazwa Miami. 

        Po drugie, Miami się fajnie kojarzy, bo Miami kojarzy się z ciepłem, z czymś, co jest fajne. Więc myślę, że zrobimy tak, żeby tu też było fajnie. 

        Planujemy też dać tutaj palmy, żeby wszyscy widzieli, że „jedziemy tam pod palmę”, żeby było wesoło. 

        Jesteśmy otwarci na wszystkie sugestie, na nowości, zrobimy też specjalną skrzynkę, do której będzie można wrzucać zdjęcie czy nazwę towaru i w miarę możliwości – a wszystko jest możliwe – to będziemy chcieli na początku w małych partiach, a jak będzie się sprzedawać, to w większych partiach to sprowadzać.

        Mamy akurat ten plus, że kontenery płyną do nas praktycznie co dwa tygodnie, więc możemy dużo rzeczy dokładać. Wybieram się do Polski, żeby przypilnować, żeby było jak najwięcej nowości. I najważniejsze, będę pracował, żeby produkty były bezglutenowe i bez cukru plus dietetyczne, całe półki, bo dzisiaj jest trend, że dużo ludzi właśnie szuka takich produktów.

        Zapomniałem powiedzieć o najważniejszej rzeczy, że oprócz tego wszystkiego mamy tutaj również chemię. Pod chemię podciągam, oprócz typowych proszków polskich, płynów do płukania itd., również linię kremów Ziaja, wszystko co tylko Ziaja produkuje, do tego dochodzi teraz jeszcze Biały Jeleń, ale jesteśmy otwarci na różne inne sugestie odnośnie do kosmetyków. Będą też niespodzianki, ale nie chcę wyprzedzać, jak będą, to wtedy powiem.

        Jak Pan ocenia jakość polskiej żywności? Niektórzy mówią, że wchodzą do Polski duże firmy, koncerny i że zaczyna być tak jak w Niemczech, tak jak we Francji. Gdzie szukać tej prawdziwej, dobrej polskiej żywności?

        Uważam, że nadal, w porównaniu do standardów polskich odnośnie do nie tylko żywności, ale produkcji żywności, to my w Kanadzie jesteśmy bardzo daleko w tyle. 

        Polska w żywności jest bardzo nowoczesnym krajem; opakowania, jakość. Dam przykład. Każdy z nas próbował i zwykle lubi ptasie mleczko. Wszyscy je zachwalali, bo Wedel był najlepszy. Dzisiaj okazuje się, że to już nie jest prawdą, że Wedel jest najlepszy. Miałem ptasie mleczka i wedlowskie, i z Odry, i od różnych innych producentów, i okazuje się, że najlepsze jest to z Majami, które jest robione – bo to jest też ważne – na maśle, o czym nie każdy wie, na czym jest robione, więc ja znam całą produkcję, zresztą pomagałem też ustawiać w Bełchatowie linię produkującą sezamki, więc z punktu technologicznego produkcję znam, przydatność, pakowanie, że jest pakowane na dwóch tackach, że to jest o dwa miesiące dłużej, a to też jest ważne, nikt zresztą nie będzie trzymał ptasiego mleczka sześć miesięcy – ale inne nawet jakości. 

        Zresztą jeździcie Państwo do Polski, to macie przykład wędlin itd. Jest możliwość – będziemy nad tym pracować, żeby niektóre suche wędliny ściągać do Kanady. To się polepsza, wszystkie obostrzenia, zmiany idą w dobrym kierunku. Każdy powie, no że przecież to się tu na miejscu produkuje, ale ja dalej twierdzę, że to, co się tu produkuje, niech się dalej produkuje, ale to co się produkuje w Polsce, jest naprawdę dobrej jakości. 

        Niech Państwo sprawdzą, jak polskie firmy prężnie działają na tak ciężkim rynku, jak angielski, niemiecki, nie mówiąc o innych rynkach europejskich. Dzisiaj nie będę mówił o tym, że mam grupę, która wysyła naszą żywność, kilkaset kontenerów miesięcznie, do Stanów. Więc to o czymś świadczy.

        Oczywiście też będziemy wprowadzać inne etniczne produkty. Była Jugosławia, ja to nazywam Bałkany, dużo żywności ukraińskiej jest bardzo dobrej, rosyjskiej, mamy tu duży przekrój i chcielibyśmy być otwarci na inne rynki. My też niektóre rzeczy od nich kupujemy i konsumujemy.

        Więc jeżeli chodzi o jakość polskiej żywności, jestem pewien, że tym można zawojować rynek, nawet kanadyjski. Dużo firm nie jest przygotowanych lub nie było zainteresowanych rynkiem kanadyjskim, dlatego dużo opakowań jest w języku polskim i nie spełnia tutejszych norm. To będziemy zmieniać.

        Dlaczego nie interesowały się kanadyjskim rynkiem, czy przez to, że były cła?

        Przez cła, ale też dużo ludzi nie jest zainteresowanych lub nie zna tego rynku, bo to jest specyfika odległości. Nie wiedzą, że na tym rynku, jeżeli się zrobi opakowanie, które spełnia normy, czyli język angielski, francuski, nutrition facts, ta tabelka informacyjna itd., to mnóstwo naszych produktów można sprzedawać do sieci. Mam więc kilka projektów.

        Sieci supermarketów?

        Tak. Tym bardziej że z nimi już handlowałem i mam doświadczenie. Nieraz nawet główni „buyerzy”, czyli ci co kupują towary i zaopatrują np. Costco, pytali mnie, czy masz jeszcze jakiś towar polski? Dlaczego? Dlatego, że ta nasza sezamka tutaj jest w kolorze niebieskim, jest rozpoznawalna jak coca-cola. To było jeszcze wprowadzone przez firmy polskie, dawniej komunistyczne, 50 lat temu.

        Czyli jest olbrzymi potencjał tego rynku.

        Rynek jest chłonny, poza tym warto popracować nad niektórymi polskimi wyrobami, bo naprawdę mamy dobre. Mamy szansę sprowadzania ryb, których tu na rynku nie ma, mrożonych ryb, bo to jest najbezpieczniej i najprościej.

        A co jeszcze będzie w „Miami”?

        Myślimy o mrożonkach. Sprowadzamy już niektóre linie kapust i innych warzyw w wiaderkach, inaczej pakowane. Są  mniejsze firmy w Polsce, ale robią to bardziej smakowo, co też jest ważne. Mało tego, ponieważ mamy dość duży przepływ ludzi, mamy większą szansę niż przeciętny sklep dostawiania różnych produktów, w małych seriach, i testowania tego rynku.

        Myślę przyszłościowo o tym, co też robią inne duże sklepy, żeby tu też były stoiska, że jeżeli przyjdzie nowość, żeby ileś tego towaru było po prostu do spróbowania. Nie do kupienia, tylko najpierw trzeba spróbować. Aha, pasuje, kupuję, na tej zasadzie. 

        Trochę trzęsiemy na tym rynku. Coś się dzieje i zmienia, więc to też zmusza moją kochaną konkurencję, którą szanuję, w większości znam tych ludzi, i chodzi o to, że oni muszą też zrozumieć, że ten rynek potrzebuje pewnych zmian.

        Bo Polska się zmienia.

        Tak, Polska się zmieniła. Ludzie bardzo dużo podróżują, więc znają produkty. Telewizja polska – zresztą też mamy przedstawicieli, którzy u nas sprzedają bardzo prężnie programy, co też polecam ze względu na to, że wielu ludzi o to pyta. Jeżeli się kupuje gdziekolwiek skrzynkę i nie ma serwisu, to osoba starsza musi dzwonić gdzieś po Nowych Jorkach, Chicagach i nikt nie przyjedzie, nikt nie wymieni, nikt nie doradzi, jaki Internet, jaka prędkość itd. te detale. Dzisiaj, mając mamę 83-letnią, nie mam już 20 telefonów dziennie, że się skrzynka zepsuła. To też jest ważne. Nawet jak coś dostawiamy u nas, to ja muszę być pewny, że jest to pomocne dla ludzi, a nie szkodliwe.

        Na koniec chciałem zapytać, kim jest Krzysztof Werocy i jaka jest Pana historia, bo z tego co Pan mówi, rozpiera Pana energia?

        Trudno mówić o sobie. Jak każdego, kto tu przyjechał, a jestem tu już trzydzieści parę lat – drogi były różne. Były trucki, była dystrybucja ulotek na dużą skalę, później była dystrybucja sezamek. Zawsze się gdzieś kręciłem przy „kupił – sprzedał”, jak ja to nazywam. Dużo rzeczy też kupowałem w Kanadzie i wysyłałem do Polski, np. sprzedawałem kontenerami płytę pilśniową. Te połączenia z Polską dzisiaj owocują, bo są dobre kontakty, zdrowe, na biznesowym dość dobrym poziomie. Poza tym Polacy są tak zorganizowani, są tak ogromne hurtownie, tak pięknie zrobione...

        Jesteśmy przedsiębiorczym narodem.

        Tak... że ja jestem dumny, że jestem Polakiem. Dzisiaj przywożąc kogokolwiek z innego kraju do Polski, nie ma się czego wstydzić, a jest się czym pochwalić. 

        Dlatego, jeżeli robimy tu jakiś biznes, to też zróbmy go tak, żeby się było czym pochwalić. Wymyśliliśmy coś; raz, że jest taniej, dwa, żeby było przyjemniej itd. 

        Więc to nie jest tak, że ja się tylko nastawiam, jak w większości w biznesie, że to musi być zysk. To też musi być coś, co po prostu lubimy. Jestem otwarty na każdą krytykę, słucham, przyjmuję, jeżeli coś trzeba poprawić – poprawimy. 

        Ważna jest też atmosfera. Na razie mamy niedograne np. otwieranie drzwi, takie detale, więc trzeba to wszystko usprawnić, ułatwić. Nie jesteśmy długo na rynku, ale robimy co się da, a przynajmniej staramy się.

        Dziękuję serdecznie, gratuluję i cieszę się, że Polska ma w Panu ambasadora, bo gdyby tacy ludzie byli wszędzie, to Polska byłaby potęgą gospodarczą.

        Dziękuję i zapraszam wszystkich. 

        Zawsze można się spytać o mnie, jestem otwarty na wszystkie sugestie, bo uważam, że trzeba słuchać ludzi; tego, co jest potrzebne; nie tego co my sobie wymyślimy, ale tego, co rynek dyktuje...

piątek, 20 kwiecień 2018 07:32

Będę promować Polonię…

Napisał

        Natalia Kusendova jest znaną działaczką polonijną, ubiegała się kilka lat temu o stanowisko trustee szkolnego w Mississaudze. Działała w ontaryjskiej Partii Postępowo-Konserwatywnej. Obecnie ubiega się o nominację partii na posła do legislatury Ontario w okręgu Mississauga-Centre.

Andrzej Kumor: Pani była już kandydatem na trustee szkolnego, co Panią skłoniło, żeby ponownie wdać się w politykę? 

        Natalia Kusendova: Zawsze miałam ochotę na wkroczenie w życie polityczne. W 2014 były wybory w Mississaudze, a właśnie taka pozycja kuratora oświaty, szczególnie że startowałam do katolickiego school board, dla mnie była ważna, żeby mówić o wartościach chrześcijańskich, katolickich i chronić edukację katolicką tutaj w Ontario i Mississaudze, dlatego że była mowa na temat amalgamacji tych dwóch systemów, czyli publicznego i katolickiego. Uważam, że jest ważne, żeby te dwa systemy dalej istniały, dlatego też startowałam w tamtych wyborach. Wtedy, to było cztery lata temu, byłam dosyć świeżo po moich pierwszych studiach, studiowałam biologię na UofT, i uważałam, że jakieś zmiany powinny zajść w szkolnictwie, dlatego że system high school, czyli poziomu średniej szkoły, nie przygotowuje odpowiednio uczniów do studiów uniwersyteckich, które są na o wiele wyższym poziomie. Chciałam się skupić na tzw. mentoringu, żeby troszeczkę podnieść poziom studiów średnich, ale też żeby połączyć uczniów z profesjonalistami w swoich zawodach. Więc to był jeden punkt mojej kampanii wtedy.

        Drugim punktem była żywność w szkołach, bo to, co serwują naszym studentom w kafeteriach, to jest jedzenie bardzo mało wartościowe, to jest fast food. Chciałam wkroczyć w życie publiczne, kurator to jest taka półetatowa publiczna pozycja i wtedy się czułam na siłach, żeby to robić.

        – Pani bardzo dobrze mówi po polsku. 

        – W wieku 12 lat imigrowaliśmy z mamą i bratem, jeszcze wtedy ojciec był, do Kanady. Emigrowaliśmy z Czech, z Pragi.

        – Pani mama jest Polką?

        – Mój ojciec jest Słowakiem, mama Polką. Mam bardzo silne polskie korzenie. Jak byłam dzieckiem, mieszkaliśmy w Europie, w różnych krajach, ale zawsze do babci, do Polski, na Podkarpacie, jeździliśmy na wakacje, na ferie i bardzo sobie ceniłam i cenię polskie korzenie.

        Gdziekolwiek byłam, zawsze mama wysyłała mnie do polskiej szkoły, sobotniej czy czwartkowej, gdziekolwiek by to było, i dlatego mój język polski jest na dość dobrym poziomie. Do dzisiaj piszę, działam w Polonii, używam polskiego na co dzień, jeżdżę do babci do Polski przynajmniej raz w roku, czasami dwa. 

        Zaczęłam działalność polonijną w harcerstwie, gdzie przez wiele lat byłam zastępową, potem pełniłam wyższe funkcje, prowadziłam drużynę harcerek, obozy letnie, może siedem – osiem lat byłam szczepową obozów letnich. Harcerstwo wpoiło we mnie jeszcze patriotyczne, religijne wartości, naukę o historii Polski. Ja przecież nie chodziłam nigdy do polskiej szkoły dziennej, tylko do sobotniej. Nauka o historii Polski – wszystko wyniosłam z harcerstwa i harcerstwu zawdzięczam ten patriotyczny duch i że się nauczyłam o wszystkich zasługach Polaków na świecie.

        Później moja działalność przerodziła się w działalność studencką, jak już byłam na uniwersytecie, kiedy utworzyliśmy organizację pod nazwą Polska Inicjatywa Studentów w Kanadzie, i różną inną działalność, różne konferencje dla młodzieży polonijnej, takie już bardziej networkingowe, pod hasłem „Quo Vadis”, wiele razy, może siedem czy osiem edycji, byłam związana z ich organizacją lub sama osobiście je organizowałam. Zawsze, przez całą moją kadencję tutaj – a mieszkam już osiemnaście lat w Kanadzie – byłam bardzo ściśle związana z Polonią. Dzisiaj jestem w Zarządzie Głównym Kongresu Polonii Kanadyjskiej, gdzie udzielam się jako dyrektor i jestem odpowiedzialna właśnie za wdrażanie młodzieży do naszej działalność plus też staram się pomóc w różnych rzeczach. Jestem też w zarządzie Stowarzyszenia Polskich Weteranów Koło nr 20 na Beverley Street, gdzie staram się też pomóc w różnych sprawach. Dla mnie działalność polonijna to jest oczywiste, to jest coś, co robię i moi znajomi mnie z tego znają, i sobie to bardzo cenię. Ale oprócz działalności polonijnej zajmuję się też działalnością polityczną od ostatnich czterech lat, co, uważam, jest bardzo ważne, bo jako Polonia powinniśmy się także angażować politycznie.

kusevdova1618

        Moje wartości zawsze były bliskie Partii Konserwatywnej. Gdy byłam młodsza, studiowałam biologię, więc za bardzo nie zwracałam uwagi na politykę, ale od kiedy zaczęłam studia pielęgniarskie i zobaczyłam, jak nasz system zdrowotny kuleje, wtedy naprawdę otworzyłam oczy, że my, jako Kanadyjczycy, jesteśmy dumni z naszego systemu zdrowia, że to jest universal health care system, a jednak jak się widzi rzeczywistość, jak się w tym jest, jak się w tym pracuje, już jako studentka pielęgniarstwa – to jest mój drugi fakultet, który ukończyłam – widziałam, jakie są potrzeby zmiany w tym systemie. 

        – Ale liberałowie mówią my to zmieniamy, dajemy na to pieniądze.

        – Przez ostatnie cztery lata, kiedy się dosyć blisko interesuję polityką prowincyjną, przez pierwsze trzy lata nie było inwestycji w służbę zdrowia. Powiem więcej, bodajże od roku 2012 do 2016, przez cztery lata, w Ontario były zamrożone budżety dla szpitali. To jest fakt. Nawet jeżeli inflacja poszła w górę 2 procent, budżety szpitalne były zamrożone przez cztery lata. Co to oznaczało? Szpitale w Ontario nie mogą mieć deficytu, czyli nie mogą wydać ani dolara więcej, niż im daje rząd. Jeśli nie mają zwiększonej puli pieniędzy nawet o inflację, a jest społeczeństwo, które potrzebuje coraz więcej, starzejące się społeczeństwo...

        – I jest więcej ludzi.

        – Jest więcej ludzi, a nie ma żadnego wzrostu budżetu. To powoduje, że szpitale przez te cztery lata musiały pielęgniarki zwolnić – w 2015 tysiąc pielęgniarek w Ontario straciło pracę – musiały zamknąć sale operacyjne, dlatego na przykład teraz się czeka w Ontario rok na wymianę stawu biodrowego albo stawu kolanowego, i musiały też zmniejszyć liczbę łóżek szpitalnych. To jest fakt, że przez cztery lata były zamrożone budżety. I teraz, gdy jest czas wyborów i na rok przed nimi – w zeszłym roku była niewielka inwestycja, no i w tym roku jest wielka inwestycja. Teraz, gdy jest czas na głosowanie, to liberałowie zdecydowali, żeby kupić nas za nasze własne pieniądze. Dlatego w ostatnim budżecie, w którym jest osiem miliardów dolarów deficytu, postanowili, że będzie wszystko dla wszystkich. Jeśliby to ogłosili cztery lata temu, mogłabym powiedzieć, że to jest słuszne i starają się coś zmienić...

         Dla mnie to jest fałszywe. I myślę, że ludzie w Ontario i ci, którzy będą głosować, już się nie nabiorą na takie fałszywe triki i widzą przez to, że rząd liberalny nie jest dla nas, nie jest dla ludzi, tylko fałszywie nam robi nadzieję. Jeszcze jedna bardzo ważna sprawa – jesienią zeszłego roku premier, jak również minister finansów Sousa obiecał, że budżet będzie zbilansowany na koniec ich czteroletniego panowania. I co się okazało? Teraz, jak jest czas na głosowanie, ogłosili budżet z ośmiomiliardowym deficytem. Jak my możemy, jako głosujący, ufać takiemu rządowi, który najpierw, sześć miesięcy temu, mówi: OK, zbilansujemy nasz budżet, a później się okazuje, że nie, kolejne osiem miliardów deficytu. W Ontario mamy zadłużenie już na ponad 300 miliardów. Ludzie może sobie nie zdają sprawy, jaki straszny jest to dług. Oprócz tego są oczywiście odsetki, będziemy to spłacać do końca życia. Nie tylko my, także nasze dzieci. Mamy większy dług niż Kalifornia. Uważam, że jest czas, żeby skończyć z takim szastaniem pieniędzmi przez rząd. Myślę, że ludzie w Ontario się budzą, bo prowadzę kampanię, chodzę od do domu do domu, rozmawiam z ludźmi, mówią, że głosowali kiedyś na liberałów, ale w tym roku będą głosować na konserwatystów.

        – Oprócz spraw ekonomicznych, są też sprawy społeczne. Jedną z takich zmian, które były bardzo szeroko oprotestowywane, jest zmiana w programie wychowania seksualnego.         

        – Tak, popieram stanowisko Douga Forda, który powiedział, że he will repeal and replace Kathleen Wynne’s sex-ed curriculum, czyli że program będzie wymieniony i poprawiony, i ja to w stu procentach popieram. Jako pielęgniarka i osoba, która działa w służbie zdrowia, uważam, że jest potrzebna edukacja dla dzieci, jeśli chodzi o wychowanie fizyczne plus seksualność, ale musi to być odpowiednie do wieku i rodzice muszą być włączeni do konsultacji i też w pisanie tego programu. 

        To, co dla mnie jest szokujące, to że ten program rządu Kathleen Wynne był napisany przez człowieka, który jest oskarżony o pornografię dziecięcą.

        Dla mnie jest absurdalne, że coś takiego w Ontario mogło przejść, że taki człowiek napisał program, według którego potem nasze dzieci się uczą. Dzisiaj wszystko jest w Internecie, nasze dzieci dużo się uczą z Internetu, więc uważam, że jakiś poziom edukacji seksualnej powinien być, ale to musi być, po pierwsze, konsultowane z rodzicami, też pisane razem z rodzicami i musi to być odpowiednie wiekowo. Dzieci w trzeciej klasie nie powinny się uczyć o pewnych sprawach, o których się teraz uczą. Więc ja jestem w stu procentach przeciwko temu programowi i mam nadzieję, że jak stworzymy konserwatywny parlament, przejdziemy przez wszystkie, nie tylko seksualne, programy nauczania, bo nawet w matematyce, języku angielskim, Ontario potrzebuje przygotowywać naszych uczniów do wyższego poziomu, dlatego że wyniki uczniów w Ontario, niestety, w tej chwili nie są nawet na poziomie kanadyjskim, tylko są poniżej. Więc uważam, że musimy cały program nauczania przejrzeć, odnowić i wprowadzić zmiany. Jestem za tym w wypadku sex-ed w stu procentach.

        – To zostając przy sprawach społecznych i sprawach, które są gorącym kartoflem, czyli takich, których nikt nie chce dotknąć – to jest kwestia aborcji. W dzisiejszym systemie nie ma nawet obowiązku udzielania jakichkolwiek konsultacji, to znaczy żadnego poradnictwa. Czy Pani nie sądzi, że powinno się tutaj zapewnić kobiecie więcej informacji?

        – Powinno się informować o ryzyku itd., więc na pewno powinno to odbywać się w sposób bardziej rzetelny, i wydaje mi się, że to powinno być więcej niż jedna konsultacja, to powinno być kilka konsultacji, też może konsultacja z psychologiem, żeby się upewnić, że to jest rzeczywiście decyzja świadoma i że to jest coś, co ta kobieta życzy sobie zrobić. Tak jak Pan powiedział, to jest kwestia federalna, ale my to finansujemy, my, z naszych pieniędzy, podatnika, są finansowane aborcje i po prostu uważam to za niesłuszne i tak nie powinno być. Ale tak jak Pan mówi, to jest kwestia federalna i na szczeblu prowincyjnym nie za bardzo możemy już z tym walczyć, dlatego że to już było przesądzone federalnie. Chyba że się zmieni w przyszłym roku rząd federalny i wtedy możemy zadziałać razem z naszą Partią Konserwatywną na tym szczeblu.

        – Co Polonia będzie miała, jeśli Pani będzie posłanką do legislatury Ontario?

        – W Mississaudze mamy ponad 100 tys. ludzi, którzy są Polakami drugiej generacji, którzy się czują Polakami. Uważam, że to jest trochę smutne, że nie mamy w tej chwili naszej reprezentacji czy to w radzie miejskiej, czy to na szczeblu federalnym, czy prowincyjnym. Nie ma Polaków, którzy by byli na takich stanowiskach. Myślę, że dużo jako Polonia się zasłużyliśmy, budując Kanadę, budując Ontario. Płacimy przecież podatki, pracujemy, i ważne jest, żeby nasz naród też był reprezentowany. Wszyscy oczywiście jesteśmy i czujemy się Kanadyjczykami, ale mamy te polskie korzenie i polskie wartości. Czy to są wartości katolickie, czy to są wartości na przykład tylko konserwatywne, czy tradycyjny model rodziny, który ja szanuję, promuję i też chcę wdrażać w swoje życie. Myślę, że to są wszystko ważne rzeczy. Dobry przykład to sikhowie. Sikhów jest czterysta tysięcy w Kanadzie, a mają bardzo dużo posłów we wszystkich parlamentach, nawet teraz wiele pozycji w gabinecie ministrów. A my jako Polonia, a jest nas 1,1 miliona w Kanadzie, mamy jednego posła Toma Kmiecia, który jest w Albercie. Uważam, że stać nas na więcej i dlatego też startuję i dlatego też popieram Kingę Surmę, która startuje. I jeśliby ktoś startował z ramienia innej partii, to też bym tę osobę popierała. Oczywiście może nie bezpośrednio, ale w inny sposób. Uważam, że jest ważne, żebyśmy jako Polonia angażowali się w sprawy tego kraju, bo przecież mieszkamy tutaj, płacimy podatki tutaj, więc ważne jest, żeby mieć swój głos, swoją perspektywę i wnosić zmiany takie, które my chcemy wnosić. 

        Jeśli zostanę posłem tutaj, w rejonie Mississauga-Center, gdzie mieszkam szesnaście lat, gdzie się wychowałam, tutaj należę do parafii św. Maksymiliana Kolbego – jestem po prostu w tej społeczności i będę silnym głosem, reprezentując nasze sprawy, będę promować Polonię w parlamencie i będę pracować na rzecz Polonii. Moje drzwi będą otwarte dla wszystkich, nie tylko dla Polaków, dla wszystkich, no ale przede wszystkim, wiadomo, dla Polaków. Na co mogą Państwo liczyć? Że moje drzwi zawsze będą otwarte i wszystkich poglądów wysłucham i będę promować te, które są ważne dla nas jako Polonii w Kanadzie.

        – Bardzo dziękuję i życzę powodzenia.

Strona 1 z 17