Goniec

Register Login

Wywiady

piątek, 20 kwiecień 2018 07:32

Będę promować Polonię…

Napisał

        Natalia Kusendova jest znaną działaczką polonijną, ubiegała się kilka lat temu o stanowisko trustee szkolnego w Mississaudze. Działała w ontaryjskiej Partii Postępowo-Konserwatywnej. Obecnie ubiega się o nominację partii na posła do legislatury Ontario w okręgu Mississauga-Centre.

Andrzej Kumor: Pani była już kandydatem na trustee szkolnego, co Panią skłoniło, żeby ponownie wdać się w politykę? 

        Natalia Kusendova: Zawsze miałam ochotę na wkroczenie w życie polityczne. W 2014 były wybory w Mississaudze, a właśnie taka pozycja kuratora oświaty, szczególnie że startowałam do katolickiego school board, dla mnie była ważna, żeby mówić o wartościach chrześcijańskich, katolickich i chronić edukację katolicką tutaj w Ontario i Mississaudze, dlatego że była mowa na temat amalgamacji tych dwóch systemów, czyli publicznego i katolickiego. Uważam, że jest ważne, żeby te dwa systemy dalej istniały, dlatego też startowałam w tamtych wyborach. Wtedy, to było cztery lata temu, byłam dosyć świeżo po moich pierwszych studiach, studiowałam biologię na UofT, i uważałam, że jakieś zmiany powinny zajść w szkolnictwie, dlatego że system high school, czyli poziomu średniej szkoły, nie przygotowuje odpowiednio uczniów do studiów uniwersyteckich, które są na o wiele wyższym poziomie. Chciałam się skupić na tzw. mentoringu, żeby troszeczkę podnieść poziom studiów średnich, ale też żeby połączyć uczniów z profesjonalistami w swoich zawodach. Więc to był jeden punkt mojej kampanii wtedy.

        Drugim punktem była żywność w szkołach, bo to, co serwują naszym studentom w kafeteriach, to jest jedzenie bardzo mało wartościowe, to jest fast food. Chciałam wkroczyć w życie publiczne, kurator to jest taka półetatowa publiczna pozycja i wtedy się czułam na siłach, żeby to robić.

        – Pani bardzo dobrze mówi po polsku. 

        – W wieku 12 lat imigrowaliśmy z mamą i bratem, jeszcze wtedy ojciec był, do Kanady. Emigrowaliśmy z Czech, z Pragi.

        – Pani mama jest Polką?

        – Mój ojciec jest Słowakiem, mama Polką. Mam bardzo silne polskie korzenie. Jak byłam dzieckiem, mieszkaliśmy w Europie, w różnych krajach, ale zawsze do babci, do Polski, na Podkarpacie, jeździliśmy na wakacje, na ferie i bardzo sobie ceniłam i cenię polskie korzenie.

        Gdziekolwiek byłam, zawsze mama wysyłała mnie do polskiej szkoły, sobotniej czy czwartkowej, gdziekolwiek by to było, i dlatego mój język polski jest na dość dobrym poziomie. Do dzisiaj piszę, działam w Polonii, używam polskiego na co dzień, jeżdżę do babci do Polski przynajmniej raz w roku, czasami dwa. 

        Zaczęłam działalność polonijną w harcerstwie, gdzie przez wiele lat byłam zastępową, potem pełniłam wyższe funkcje, prowadziłam drużynę harcerek, obozy letnie, może siedem – osiem lat byłam szczepową obozów letnich. Harcerstwo wpoiło we mnie jeszcze patriotyczne, religijne wartości, naukę o historii Polski. Ja przecież nie chodziłam nigdy do polskiej szkoły dziennej, tylko do sobotniej. Nauka o historii Polski – wszystko wyniosłam z harcerstwa i harcerstwu zawdzięczam ten patriotyczny duch i że się nauczyłam o wszystkich zasługach Polaków na świecie.

        Później moja działalność przerodziła się w działalność studencką, jak już byłam na uniwersytecie, kiedy utworzyliśmy organizację pod nazwą Polska Inicjatywa Studentów w Kanadzie, i różną inną działalność, różne konferencje dla młodzieży polonijnej, takie już bardziej networkingowe, pod hasłem „Quo Vadis”, wiele razy, może siedem czy osiem edycji, byłam związana z ich organizacją lub sama osobiście je organizowałam. Zawsze, przez całą moją kadencję tutaj – a mieszkam już osiemnaście lat w Kanadzie – byłam bardzo ściśle związana z Polonią. Dzisiaj jestem w Zarządzie Głównym Kongresu Polonii Kanadyjskiej, gdzie udzielam się jako dyrektor i jestem odpowiedzialna właśnie za wdrażanie młodzieży do naszej działalność plus też staram się pomóc w różnych rzeczach. Jestem też w zarządzie Stowarzyszenia Polskich Weteranów Koło nr 20 na Beverley Street, gdzie staram się też pomóc w różnych sprawach. Dla mnie działalność polonijna to jest oczywiste, to jest coś, co robię i moi znajomi mnie z tego znają, i sobie to bardzo cenię. Ale oprócz działalności polonijnej zajmuję się też działalnością polityczną od ostatnich czterech lat, co, uważam, jest bardzo ważne, bo jako Polonia powinniśmy się także angażować politycznie.

kusevdova1618

        Moje wartości zawsze były bliskie Partii Konserwatywnej. Gdy byłam młodsza, studiowałam biologię, więc za bardzo nie zwracałam uwagi na politykę, ale od kiedy zaczęłam studia pielęgniarskie i zobaczyłam, jak nasz system zdrowotny kuleje, wtedy naprawdę otworzyłam oczy, że my, jako Kanadyjczycy, jesteśmy dumni z naszego systemu zdrowia, że to jest universal health care system, a jednak jak się widzi rzeczywistość, jak się w tym jest, jak się w tym pracuje, już jako studentka pielęgniarstwa – to jest mój drugi fakultet, który ukończyłam – widziałam, jakie są potrzeby zmiany w tym systemie. 

        – Ale liberałowie mówią my to zmieniamy, dajemy na to pieniądze.

        – Przez ostatnie cztery lata, kiedy się dosyć blisko interesuję polityką prowincyjną, przez pierwsze trzy lata nie było inwestycji w służbę zdrowia. Powiem więcej, bodajże od roku 2012 do 2016, przez cztery lata, w Ontario były zamrożone budżety dla szpitali. To jest fakt. Nawet jeżeli inflacja poszła w górę 2 procent, budżety szpitalne były zamrożone przez cztery lata. Co to oznaczało? Szpitale w Ontario nie mogą mieć deficytu, czyli nie mogą wydać ani dolara więcej, niż im daje rząd. Jeśli nie mają zwiększonej puli pieniędzy nawet o inflację, a jest społeczeństwo, które potrzebuje coraz więcej, starzejące się społeczeństwo...

        – I jest więcej ludzi.

        – Jest więcej ludzi, a nie ma żadnego wzrostu budżetu. To powoduje, że szpitale przez te cztery lata musiały pielęgniarki zwolnić – w 2015 tysiąc pielęgniarek w Ontario straciło pracę – musiały zamknąć sale operacyjne, dlatego na przykład teraz się czeka w Ontario rok na wymianę stawu biodrowego albo stawu kolanowego, i musiały też zmniejszyć liczbę łóżek szpitalnych. To jest fakt, że przez cztery lata były zamrożone budżety. I teraz, gdy jest czas wyborów i na rok przed nimi – w zeszłym roku była niewielka inwestycja, no i w tym roku jest wielka inwestycja. Teraz, gdy jest czas na głosowanie, to liberałowie zdecydowali, żeby kupić nas za nasze własne pieniądze. Dlatego w ostatnim budżecie, w którym jest osiem miliardów dolarów deficytu, postanowili, że będzie wszystko dla wszystkich. Jeśliby to ogłosili cztery lata temu, mogłabym powiedzieć, że to jest słuszne i starają się coś zmienić...

         Dla mnie to jest fałszywe. I myślę, że ludzie w Ontario i ci, którzy będą głosować, już się nie nabiorą na takie fałszywe triki i widzą przez to, że rząd liberalny nie jest dla nas, nie jest dla ludzi, tylko fałszywie nam robi nadzieję. Jeszcze jedna bardzo ważna sprawa – jesienią zeszłego roku premier, jak również minister finansów Sousa obiecał, że budżet będzie zbilansowany na koniec ich czteroletniego panowania. I co się okazało? Teraz, jak jest czas na głosowanie, ogłosili budżet z ośmiomiliardowym deficytem. Jak my możemy, jako głosujący, ufać takiemu rządowi, który najpierw, sześć miesięcy temu, mówi: OK, zbilansujemy nasz budżet, a później się okazuje, że nie, kolejne osiem miliardów deficytu. W Ontario mamy zadłużenie już na ponad 300 miliardów. Ludzie może sobie nie zdają sprawy, jaki straszny jest to dług. Oprócz tego są oczywiście odsetki, będziemy to spłacać do końca życia. Nie tylko my, także nasze dzieci. Mamy większy dług niż Kalifornia. Uważam, że jest czas, żeby skończyć z takim szastaniem pieniędzmi przez rząd. Myślę, że ludzie w Ontario się budzą, bo prowadzę kampanię, chodzę od do domu do domu, rozmawiam z ludźmi, mówią, że głosowali kiedyś na liberałów, ale w tym roku będą głosować na konserwatystów.

        – Oprócz spraw ekonomicznych, są też sprawy społeczne. Jedną z takich zmian, które były bardzo szeroko oprotestowywane, jest zmiana w programie wychowania seksualnego.         

        – Tak, popieram stanowisko Douga Forda, który powiedział, że he will repeal and replace Kathleen Wynne’s sex-ed curriculum, czyli że program będzie wymieniony i poprawiony, i ja to w stu procentach popieram. Jako pielęgniarka i osoba, która działa w służbie zdrowia, uważam, że jest potrzebna edukacja dla dzieci, jeśli chodzi o wychowanie fizyczne plus seksualność, ale musi to być odpowiednie do wieku i rodzice muszą być włączeni do konsultacji i też w pisanie tego programu. 

        To, co dla mnie jest szokujące, to że ten program rządu Kathleen Wynne był napisany przez człowieka, który jest oskarżony o pornografię dziecięcą.

        Dla mnie jest absurdalne, że coś takiego w Ontario mogło przejść, że taki człowiek napisał program, według którego potem nasze dzieci się uczą. Dzisiaj wszystko jest w Internecie, nasze dzieci dużo się uczą z Internetu, więc uważam, że jakiś poziom edukacji seksualnej powinien być, ale to musi być, po pierwsze, konsultowane z rodzicami, też pisane razem z rodzicami i musi to być odpowiednie wiekowo. Dzieci w trzeciej klasie nie powinny się uczyć o pewnych sprawach, o których się teraz uczą. Więc ja jestem w stu procentach przeciwko temu programowi i mam nadzieję, że jak stworzymy konserwatywny parlament, przejdziemy przez wszystkie, nie tylko seksualne, programy nauczania, bo nawet w matematyce, języku angielskim, Ontario potrzebuje przygotowywać naszych uczniów do wyższego poziomu, dlatego że wyniki uczniów w Ontario, niestety, w tej chwili nie są nawet na poziomie kanadyjskim, tylko są poniżej. Więc uważam, że musimy cały program nauczania przejrzeć, odnowić i wprowadzić zmiany. Jestem za tym w wypadku sex-ed w stu procentach.

        – To zostając przy sprawach społecznych i sprawach, które są gorącym kartoflem, czyli takich, których nikt nie chce dotknąć – to jest kwestia aborcji. W dzisiejszym systemie nie ma nawet obowiązku udzielania jakichkolwiek konsultacji, to znaczy żadnego poradnictwa. Czy Pani nie sądzi, że powinno się tutaj zapewnić kobiecie więcej informacji?

        – Powinno się informować o ryzyku itd., więc na pewno powinno to odbywać się w sposób bardziej rzetelny, i wydaje mi się, że to powinno być więcej niż jedna konsultacja, to powinno być kilka konsultacji, też może konsultacja z psychologiem, żeby się upewnić, że to jest rzeczywiście decyzja świadoma i że to jest coś, co ta kobieta życzy sobie zrobić. Tak jak Pan powiedział, to jest kwestia federalna, ale my to finansujemy, my, z naszych pieniędzy, podatnika, są finansowane aborcje i po prostu uważam to za niesłuszne i tak nie powinno być. Ale tak jak Pan mówi, to jest kwestia federalna i na szczeblu prowincyjnym nie za bardzo możemy już z tym walczyć, dlatego że to już było przesądzone federalnie. Chyba że się zmieni w przyszłym roku rząd federalny i wtedy możemy zadziałać razem z naszą Partią Konserwatywną na tym szczeblu.

        – Co Polonia będzie miała, jeśli Pani będzie posłanką do legislatury Ontario?

        – W Mississaudze mamy ponad 100 tys. ludzi, którzy są Polakami drugiej generacji, którzy się czują Polakami. Uważam, że to jest trochę smutne, że nie mamy w tej chwili naszej reprezentacji czy to w radzie miejskiej, czy to na szczeblu federalnym, czy prowincyjnym. Nie ma Polaków, którzy by byli na takich stanowiskach. Myślę, że dużo jako Polonia się zasłużyliśmy, budując Kanadę, budując Ontario. Płacimy przecież podatki, pracujemy, i ważne jest, żeby nasz naród też był reprezentowany. Wszyscy oczywiście jesteśmy i czujemy się Kanadyjczykami, ale mamy te polskie korzenie i polskie wartości. Czy to są wartości katolickie, czy to są wartości na przykład tylko konserwatywne, czy tradycyjny model rodziny, który ja szanuję, promuję i też chcę wdrażać w swoje życie. Myślę, że to są wszystko ważne rzeczy. Dobry przykład to sikhowie. Sikhów jest czterysta tysięcy w Kanadzie, a mają bardzo dużo posłów we wszystkich parlamentach, nawet teraz wiele pozycji w gabinecie ministrów. A my jako Polonia, a jest nas 1,1 miliona w Kanadzie, mamy jednego posła Toma Kmiecia, który jest w Albercie. Uważam, że stać nas na więcej i dlatego też startuję i dlatego też popieram Kingę Surmę, która startuje. I jeśliby ktoś startował z ramienia innej partii, to też bym tę osobę popierała. Oczywiście może nie bezpośrednio, ale w inny sposób. Uważam, że jest ważne, żebyśmy jako Polonia angażowali się w sprawy tego kraju, bo przecież mieszkamy tutaj, płacimy podatki tutaj, więc ważne jest, żeby mieć swój głos, swoją perspektywę i wnosić zmiany takie, które my chcemy wnosić. 

        Jeśli zostanę posłem tutaj, w rejonie Mississauga-Center, gdzie mieszkam szesnaście lat, gdzie się wychowałam, tutaj należę do parafii św. Maksymiliana Kolbego – jestem po prostu w tej społeczności i będę silnym głosem, reprezentując nasze sprawy, będę promować Polonię w parlamencie i będę pracować na rzecz Polonii. Moje drzwi będą otwarte dla wszystkich, nie tylko dla Polaków, dla wszystkich, no ale przede wszystkim, wiadomo, dla Polaków. Na co mogą Państwo liczyć? Że moje drzwi zawsze będą otwarte i wszystkich poglądów wysłucham i będę promować te, które są ważne dla nas jako Polonii w Kanadzie.

        – Bardzo dziękuję i życzę powodzenia.

piątek, 20 kwiecień 2018 07:29

Rodzina, wolność, gospodarka

Napisał

        Tanya Granic Allen jest znaną działaczką społeczną w Ontario, niedawno ubiegała się o przywództwo w ontaryjskiej Partii Postępowo-Konserwatywnej, by ostatecznie poprzeć kandydaturę Douga Forda. Obecnie ubiega się o nominację partii na posła do legislatury Ontario w okręgu Mississauga-Centre.

Goniec: Niektórzy twierdzą, że w polityce chodzi głównie o zagadnienia gospodarcze. Pani jest uważana za konserwatystkę społeczną, dlaczego, Pani zdaniem, sprawy społeczne są ważne?

Tanya Granic Allen: Są bardzo ważne, choć sądzę, że gospodarka na wiele sposobów wpływa na rodziny, również w sprawach społecznych; jeśli ludzie są obciążeni wysokimi podatkami czy wysokimi opłatami za korzystanie z energii elektrycznej, to znaczy, że rodzice muszą ciężej pracować, a to często oznacza mniej czasu dla dzieci i rodziny.

        Kiedy ubiegałam się o stanowisko lidera partii, uświadomiłam sobie, że wielu rodziców nie zdaje sobie sprawy, co dzieje się w systemie oświatowym – na przykład jeśli chodzi o wychowanie seksualne. Dlaczego więc uważam, że jest to ważne? Bo dzieci są przyszłością Ontario; to, w jaki sposób są wychowywane i jakie wartości są im przekazywane, określi to, jak wyglądać będzie przyszłość prowincji. Ważne jest nie tylko to, jaki jest poziom  nauczania przedmiotów, które mają w szkołach, ale również czego się uczą.

        – Pani pracowała do Parents As First Educators (PAFERE)?

        – Tak, obecnie moja praca jest tam zawieszona,  ale stamtąd wiele osób mnie zna.

        – Organizacja powstała po tym, jak wprowadzono nowy program nauczania seksualnego?

        – Wcześniej, nie byłam przewodniczącą od samego początku, była nią dr Teresa Pierre. Organizacja powstała w 2010 roku, ja przyszłam w 2016 i to, z czego jesteśmy najbardziej znani przez minione kilka lat, to działalność publiczna w wielu kwestiach, szczególnie odnośnie do nowego programu nauczania seksualnego, ale także takich jak ustawa 89, która została uchwalona rok temu (ustawa ta m.in. pozwala władzom na odbieranie dzieci rodzicom, którzy nie szanują ich orientacji seksualnej – red.), która ma destrukcyjny wpływ na ontaryjskie rodziny.

        – Ludzie o przekonaniach konserwatywnych często są uważani za anachronizm, wiele osób twierdzi, że najważniejsza jest gospodarka, to zaś są sprawy społeczne, które wprowadzają podziały, jak choćby kwestia małżeństw homoseksualnych czy aborcji, czy uważa Pani, że sprawy te są ważne? Jakie jest Pani stanowisko w sprawie aborcji?

        – Wszyscy wiedzą,  że jestem pro-life. 

        – W Kanadzie nie mamy żadnego prawa aborcyjnego, co, Pani zdaniem, powinno się więc zrobić, od czego zacząć?

        – Każdy wie, że jako katolik, jestem pro-life. Te sprawy leżą w gestii federalnej.

        – Tak, ale odpowiedzialność za świadczenie  opieki medycznej już nie jest sprawą federalną.

        – No właśnie, dlatego naszym zdaniem, lekarze powinni mieć wolność sumienia czy kierować lub nie kierować na wspomagane samobójstwo, a to stało się tutaj u nas, w Ontario, olbrzymim problemem, podczas gdy w Ameryce czy w innych prowincjach wolność sumienia lekarzy jest szanowana, to samo dotyczy Personal Support Workers czy pielęgniarek.

        – A co z poradnictwem? Obecnie, kiedy kobieta chce się poddać aborcji, nie otrzymuje żadnej niezależnej informacji, jedyne informacje, jakie uzyskuje, pochodzą od zakładu usługowego – przychodni aborcyjnej, która jest nastawiona na zysk.

        – Wielokrotnie jasno mówiłam, że wierzę w wolność ekspresji, wolność religii i wolność sumienia, i w tym mieści się również wolność do bycia poinformowanym. Sądzę więc, że powinniśmy zachęcać do otwartego dialogu na temat wszystkich spraw i pozwalać ludziom decydować o sobie, ale oni nie są w stanie podejmować tych decyzji, jeśli nie dysponują odpowiednimi informacjami. 

        – Jest Pani zwolenniczką wolności wypowiedzi, czy powinna być ona w jakiś sposób ograniczona?

        – Dobra demokracja pozwala na wolną i otwartą wymianę poglądów; nie wierzę w konieczność niańczenia debaty. Mój ojciec wyjechał z komunistycznego kraju, gdzie miał to doświadczenie, i wielu z nas, imigrantów słowiańskich, pamięta te dni i wie, że to nie były dobre czasy. Musimy stronić od tego rodzaju totalitarnego systemu rządzenia. 

        – Gdzie postawić granice? 

        – Myślę, że przy jakiejkolwiek ekspresji, bo mamy w Kanadzie wolność ekspresji, która nawołuje do fizycznej przemocy, tu bym postawiła granicę.

        – Jesteśmy społeczeństwem wielokulturowym, przyjechaliśmy tu z wielu stron świata, przywieźliśmy różne poglądy na sprawy społeczne, na temat roli kobiet, małżeństwa, jak by Pani określiła, co to znaczy być Kanadyjczykiem; jak by Pani określiła „kanadyjskie” wartości?

        – Jesteśmy teraz w Mississauga Centre i dużo osób, które wybrały Ontario i Mississaugę dla swych rodzin, podziela konserwatywne wartości i zasady. To znaczy, że chcą wychowywać dzieci tak, jak to uznają za najbardziej właściwe, to znaczy są przeciwko seksualizacji dzieci w wieku szkolnym i ja nawet nie uznaję tego za kwestie konserwatyzmu społecznego.

        Mamy obecnie program nauczania seksualnego opracowany po części przez osobę skazaną za pornografię dziecięcą, Bena Levina. Nie trzeba być konserwatystą społecznym, aby uznać, że to parodia. To parodia i to powinniśmy wstrzymać. Tymczasem Kathleen Wynne i jej liberałowie tutaj, w Mississaudze, nic z tym nie robią – a to jest porażające. Dlatego postanowiłam ubiegać się o przywództwo w Partii Konserwatywnej, dlatego chcę reprezentować okręg Mississauga Centre i mówię, „nie”, bo w Ontario będziemy pierwszoplanowo traktować dzieci i  rodziny. To zaś oznacza poprawę polityki gospodarczej, zredukowanie opłat za prąd, aby rodziny nie musiały wybierać między zakupami jedzenia a rachunkiem za prąd. Ale to oznacza również, że to te rodziny powinny decydować, jak ich dzieci są wychowywane, a nie rząd.

        – A co z prawem szarijatu, z kwestią islamskich nakryć głowy, czy, Pani zdaniem, powinny być one dopuszczone w przypadku osób w służbie publicznej?

        – Wierzę w wolność ekspresji i wolność religii; podobnie jak dla wielu innych kanadyjskich kobiet, wyjaśnienie moim własnym dzieciom (potrzeby noszenia) burki czy nikabu stanowi wyzwanie, ale to powiedziawszy, jeśli kobieta z własnej woli wybiera tego rodzaju strój, to jest to część wolności ekspresji.

        – Również w przypadku policjantek czy innych funkcjonariuszy?

        – Powtórzę, uważam, że ludzie powinni mieć wolność wypowiedzi i ekspresji, tak długo jak nie nawołują do fizycznej przemocy przeciwko innym.

        – Pytam tyle o wolność wypowiedzi, ponieważ żyjemy w czasach politycznej poprawności, która pewne tematy zalicza do tabu. Czy uważa Pani, że będzie mogła swobodnie mówić o tych sprawach w legislaturze? Czy będzie Pani w stanie poruszać te zagadnienia?

        – Jestem tutaj po to, by reprezentować Mississauga Centre i moi wyborcy oczekują ode mnie, bym silnym głosem mówiła o sprawach, które ich dotyczą, więc jeśli uzyskam tę nominację – tak, będą kontynuowała to wszystko – po to kandyduję. 

        Nie jestem tu, by dostać jakieś stanowisko czy tytuł; jestem tutaj, ponieważ uważam, że w naszym społeczeństwie istnieje potrzeba rozwiązania tych spraw, i cieszę się na możliwość pracy, aby je rozwiązywać. 

        Jeśli chodzi o cenzurę, tak, jestem przeciwko politycznej poprawności, przeciwko cenzurze, zwłaszcza w wydaniu rządu. Więc myślę, że ludzie mogą oczekiwać, iż będę wypowiadać się jasno i dobitnie, ponieważ tak powinien robić dobry poseł, który reprezentuje wyborców i daje im głos.

        – Jakie więc są główne sprawy, które  Pani poruszy w legislaturze?

        – Doug Ford jest liderem i to on wyznacza platformę partii. Jestem zadowolona, że mogę go w tym poprzeć, i uważam, że powinniśmy spotkać się i porozmawiać na temat wielu z tych spraw. Doug uznał, że nowy program edukacji seksualnej to problem, i zobowiązał się do odwołania narzuconej przez Kathleen Wynne agendy. Wielu ludzi właśnie dlatego na niego zagłosowało.

        – Czy, Pani zdaniem, edukacja seksualna powinna być nauczana w szkołach, czy też powinna to być odpowiedzialność rodziców?

        – Definitywnie jest miejsce w szkole na edukację seksualną. Studiowałam biologię i sądzę, że to ważne, pozostaje pytanie, co jest stosowne dla jakiego wieku, a to ile, i w jakim wieku, powinno być pozostawione decyzji rodziców. Nawet jeśli wprowadzimy lepsze wychowanie seksualne, które nie będzie szkodziło dzieciom, a będą rodzice, którym to nie będzie się podobało – to wciąż powinni mieć możliwość postanowienia, że ich dzieci nie będą tego nauczane. Wybór zawsze powinien należeć do nich, a nie do rządu.

        Jestem przekonana, że dzieci powinny mieć kursy edukacji seksualnej, zaś kiedy i w jakim zakresie, powinno być zdecydowane przez rodziców, skonsultowane z nimi.  

        – Proszę na koniec powiedzieć o swojej rodzinie i pochodzeniu, o Pani korzeniach.

        – Urodziłam się w Kanadzie, mój ojciec wyjechał jeszcze w czasach komunistycznej Jugosławii i przyjechał tu, do Ontario. Mama pochodzi z pięknej wyspy Malta. Rodzice poznali się tutaj na szkockiej zabawie w Toronto. To taka typowa emigracyjna historia z lat 60. Jestem jednym z pięciorga rodzeństwa, zawsze byliśmy bardzo aktywni społecznie. Zostałam wychowana i chodziłam do szkoły w Etobicoke. Potem poszłam na University of Western Ontario gdzie uzyskałam stopień w naukach politycznych, ale chodziłam też na kursy matematyki i nauk przyrodniczych. 

        Kiedy byłam w London, chodziłam do kościoła Matki Boskiej Częstochowskiej, nauczyłam się tam polskich pieśni. Byłam tam ubiegłej jesieni, ponieważ Andrzej Śpiewak zaprosił mnie na spotkanie.

        Mieszkałam i pracowałam w Mississaudze dla prywatnej firmy budowlanej jako menedżer, potem w ratuszu w Toronto, poznałam mojego męża, mamy czwórkę dzieci i jeszcze kilka miesięcy temu mieszkałam tutaj, w Mississauga Center, postanowiliśmy jednak kupić farmę i obecnie mamy 100 akrów ziemi na północy, więc dzielimy czas między GTA a północą.

        Korzenie mojego męża są tutaj, w Mississaudze, sięgają lat pięćdziesiątych, kiedy był wychowywany w Cooksville, w czasach gdy były tam głównie sady. Mój mąż ma pochodzenie szkocko-angielskie. 

        – Bardzo dziękuję i życzę powodzenia.

piątek, 13 kwiecień 2018 07:43

Wiem, że nasz program się podoba…

Napisał

        Minister mieszkalnictwa i pomocy społecznej Ontario Piotr Milczyn specjalnie dla „Gońca” komentuje najnowszy budżet prowincji. W związku z czerwcowymi wyborami prezentować będziemy na naszych łamach stanowiska poszczególnych partii biorących w nich udział.

Goniec: Oczywiście, na początku chciałbym zapytać o to, co wszyscy komentują w tym tygodniu, o nowy budżet. Dlaczego akurat teraz te wszystkie dobre rzeczy się pojawiły, a nie wtedy, kiedy Partia Liberalna w Ontario zaczynała rządzić? Czy to jest właściwy czas, aby wydawać pożyczane pieniądze?

Minister Piotr Milczyn: Przede wszystkim, wszystko, co robimy, ma ciągłość, weźmy opiekę dla dzieci, cztery lata temu wprowadziliśmy Full Day Kindergarten program, dzięki temu udało się powiększyć liczbę miejsc, a dalsza część planu była taka, żeby zwiększyć liczbę miejsc opieki dla dzieci i też dać więcej opieki dla dzieci młodszych. Przez ostatnie dwa budżety mieliśmy pieniądze, aby zwiększyć liczbę miejsc w daycares, i teraz powiedzieliśmy, że dla dzieci od 2 i pół roku do 4 lat, kiedy dzieci idą do kindergarten, daycare będzie za darmo, a to jest bardzo ważne dla rodziców małych dzieci. Sam mam młodą, dziewięcioletnią córkę i myśmy płacili 17 tys. dol. rocznie. Tak więc to jest kontynuacja tego, co robiliśmy wcześniej. 

G: Panie ministrze, ale czy nas na to stać? Wszyscy są zaniepokojeni tym, co się dzieje w Stanach Zjednoczonych, renegocjuje się układ NAFTA; między Stanami Zjednoczonymi a Chinami jest nowa sytuacja, a w Ontario ostatnio spadają ceny domów. Ludzie zastanawiają się, czy to jest właściwy czas i ile to wszystko kosztuje, czy nie będziemy musieli później, czy nasze dzieci i wnuki nie będą musiały, strasznie dużo płacić za obsługę długu, który teraz powstaje? 

P.M.: Nasza gospodarka jest w bardzo dobrym stanie, mamy najniższy procent bezrobocia od wielu lat, dzisiaj opublikowane zostały nowe dane za marzec; powstało 11 000 nowych miejsc pracy i wszystkie full-time; przez minione 10 lat w Ontario zostało stworzonych ponad 820 000 nowych stanowisk pracy.

        Rynek nieruchomości przechodzi niewielką korektę, wszyscy się tego spodziewali od dłuższego czasu, ale ciągle się dużo buduje, nowe projekty są w stanie planowania. Większość sektorów naszej gospodarki ma dobre rezultaty, oczywiście to, co się dzieje w Stanach Zjednoczonych, jest trochę niepokojące, ale wygląda, że idzie do przodu w pozytywny sposób. 

        Nie sądzę, żeby Amerykanie obalili wolny handel, mam nadzieję, że to jest sposób negocjowania, my będziemy mieli jakąś umowę i ciągle nasze firmy będą miały dobry dostęp do amerykańskiego rynku. 

        Trzeba też pamiętać, że nie tak dawno potwierdziliśmy wolny handel z Europą, a kanadyjskie firmy dopiero zaczynają rozpatrywać, jakie możliwości to im daje; mamy nadzieję, że handel z Europą się lepiej rozwinie, mamy też podpisany TransPacificPact TPP; Kanada go podpisała, a Amerykanie nie, co nam daje lepszy dostęp do wielu rynków w Azji. 

        Dlaczego to wszystko tłumaczę? Dlatego, że mamy silną gospodarkę, nasz rząd przez minione kilka lat pracował nad tym, żeby nasze finanse były w lepszym stanie, w tym roku mamy małą nadwyżkę, co roku około miliarda wydatków obcinaliśmy, aby być w lepszym stanie, abyśmy mogli robić następne inwestycje w opiekę społeczną w Ontario, czy to są dzieci, czy nasza młodzież, czy nasi seniorzy.

G.: No właśnie, emeryci; wielu z nich po przepracowaniu wielu lat w Kanadzie – jeśli nie mają emerytury od jakiejś firmy, polega tylko na tym, co daje państwo. Czy nie jest pora na to, żeby zreformować cały system emerytalny, żeby emerytura była godna i nie trzeba było korzystać z zapomogi? 

P.M.: Nasza partia  prowadziła rozmowy z rządem federalnym, aby poprawić system Canada Pension Plan. Stephen Harper odmówił jakiejkolwiek wręcz współpracy. Nastąpiła zmiana rządu w Ottawie, umowa została zmieniona i teraz Canada Pension Plan zostanie bardzo wzmocniony, ale oczywiście to dotyczy tych, którzy teraz pracują, i ich ewentualnych emerytur. 

        To, co robimy w tym budżecie, to likwidacja dopłat do leków, czyli wszystkie leki dla naszych seniorów będą za darmo. Robimy inwestycje w healthcare, w respite care specyficznie dla seniorów, aby pomagać im dłużej samodzielnie mieszkać w domu. W związku z tym seniorzy  w wieku 75 lat i więcej, jeśli mieszkają samodzielnie, będą mieli tax credit w wysokości 750 dol. rocznie, po to aby im pomóc utrzymać mieszkanie. Nie będą musieli przedstawiać żadnych rachunków – po prostu – jak się ma 75 lat to będzie dodatkowy tax credit 750 dolarów. Jeśli dodamy do tego darmowe leki, to już jest blisko 1000 dol. rocznie. Potem wszystkie dodatkowe inwestycje w lepsze usługi dla seniorów w związku z homecare, respite care, demencją, alzheimerem, to wszystko da więcej godzin usług na seniora u niego w domu czy w long term care, gdzie  mieszka, ale to będzie więcej godzin usług na każdego seniora.

G.: A jaki jest koszt administracyjny tych nowych programów? Wprowadzane są nowe programy, o ile zwiększy to biurokrację?

P.M.: Nie ma z tym żadnej biurokracji, po prostu to są bezpośrednie wydatki. Jak mówimy o seniorach, to po prostu nie będą musieli nic płacić, jak idą do apteki. To będzie kosztować 550-650 mln dol. rocznie, a wiemy, że jak seniorzy oszczędzali na lekach, to później znajdowali się w szpitalu, wymagając jakiejś bardziej poważnej usługi medycznej. Postanowiliśmy udostępnić leki dla wszystkich, bo to taniej wyjdzie, niż gdyby się mieli znaleźć w szpitalu lub pójść do lekarza dodatkowo. 

        Tak więc dodatkowa opieka, żeby mogli mieszkać dłużej w domu, będzie kosztowała w  granicach 300 mln, a home care i respite care to 680 mln przez następne trzy lata, równocześnie dodatkowe 800 mln w tym roku dla szpitali, żeby otworzyć więcej łóżek i udzielać więcej usług, żeby ludzie mieli lepszy dostęp do usług w szpitalach.

G.: Panie ministrze, to wszystko są bardzo pozytywne rzeczy; „dla każdego coś miłego”, ale proszę mi odpowiedzieć na pytanie, dlaczego rząd jest tak mało popularny; dlaczego pani premier Wynne jest tak mało popularna w sondażach; dlaczego, Pana zdaniem, ludzie nie dostrzegają tych rzeczy, czym się niepokoją?

P.M.: Wiem, że nasz program ludziom się podoba. Mówiąc szczerze, jesteśmy u władzy 15 lat, w przypadku każdego rządu, niezależnie od tego jakiej partii, to po takim okresie niektóre rzeczy ludziom się nie podobają.

        W tej chwili mamy bardzo wyraźny wybór, nasza partia, która łoży na opiekę nad ludźmi oraz mnóstwo usług publicznych, komunikację, drogi, szpitale, i Partia Konserwatywna, która przyrzeka obciąć podatki, więc może parę groszy ludzie w kieszeni zobaczą, ale też nie będzie na opiekę medyczną, albo te szkoły będą się rozwalać, nie będziemy mieli inwestycji w miejską komunikację, albo w drogi  i w szpitale. 

        Myśmy przez to przechodzili za rządów Mike’a Harrisa przez 7 – 8 lat i proszę zobaczyć, w jakim strasznym stanie oni zostawili nasze usługi i naszą infrastrukturę.

        Myślę, że jak ludzie się zastanowią, pomyślą o swoim wyborze, o tej bardzo ważnej decyzji, na kogo głosować, co mogą stracić zależnie od tego, kogo wybiorą, to ja się czuję dosyć pewnie, że wielu ludzi do nas wróci, oczywiście nie wszyscy. Ale trzeba też pamiętać, że Ontario już ma  drugie najniższe podatki prowincyjne w Kanadzie. Tylko Nunavut ma niższe podatki niż my, to jeśli chodzi o Personal Income Tax. Jeśli chodzi o business tax, mamy też jedne z najniższych w Kanadzie, niedawno obcięliśmy też Small Business Tax.

G.: Ale to było związane z podniesieniem płacy minimalnej, co obciążyło wydatnie wiele małych biznesów.

P.M.: Obciążyło, ale też dało ponad milionowi ludzi pracujących w Ontario dużo wyższe płace i ci ludzie będą wydawać te pieniądze. Wiemy, że każdy dolar, który otrzymają, wydadzą, czy na jedzenie, czy na ubranie, to wszystko wróci do gospodarki, to wszystko wróci do tych samych biznesów, które muszą płacić te wyższe stawki. Po prostu, przez wiele lat mieliśmy gospodarkę, w której zbyt wielu ludzi pracowało za minimum wage na part-time jobs. Widzimy, że to, co zrobiliśmy, zmienia gospodarkę na lepsze i zaczyna też zmieniać jakość tych prac, jest trochę więcej full-time jobs, jest trochę mniej part-time jobs, bo trochę więcej pracodawców uznało, że lepiej mieć jedną osobę, która pracuje za dobre pieniądze, niż mieć kilka osób, co kiepsko zarabiają. Wiemy, że wiele osób, aby nie być bezrobotnymi, musiało mieć kilka prac; teraz będziemy widzieli zmiany w gospodarce z korzyścią dla wszystkich.

G.: Panie ministrze, na koniec chciałem jeszcze zapytać o Dzień Jana Pawła II. Pan jest z pochodzenia Polakiem, w środę były obchody, klub parlamentarny Partii Liberalnej zebrał się w Centrum Kultury Polskiej im. Jana Pawła II. Te obchody były jakby trochę zamknięte, czy nie jest pora, aby organizować większe obchody tego święta, to jedno pytanie, a drugie, to co z tego, co Jan Paweł II mówił i czynił, jest Panu najbliższe?

P.M.:  Jeśli chodzi o tę uroczystość, to przez kilka lat mieliśmy obchody w Queen’s Park, i w tym roku zorganizowaliśmy je w Centrum, uważaliśmy, że będą bardziej dostępne dla społeczeństwa, szczególnie dla Polaków z Toronto i Mississaugi.

        Jan Paweł II to niesamowity duchowny, ktoś kto się nie bał, i mówił, żebyśmy się też nie bali, to dzięki niemu ojczyzna powstała przeciwko komunie. Najważniejsze jest to przesłanie, żeby się nie bać, i żeby kochać innych. Jest ono ważne na całym świecie; nie tylko Polacy w Ontario czczą św. Jana Pawła II, ale wszyscy ludzie. Rzadko w historii jest taka postać jak św. Jan Paweł II.

G.: Panie ministrze, dziękują bardzo, że znalazł Pan czas, aby Pan z nami porozmawiać.

P.M.: Dziękuję bardzo.

Jak się w Kanadzie buduje, to wszyscy wiemy; przede wszystkim tanio i „na wygląd”. Dowiadujemy się o tym bardzo szybko, zwłaszcza jeśli kupujemy gdzieś na osiedlu nowy dom od buildera.

        Wszystko pięknie wygląda, a to, co było pod spodem to dopiero czas nam odkrywa. Pękają fundamenty, wykrzywiają się belki, przecieka elewacja. Oczywiście, mamy gwarancję, ale potem gwarancja się kończy i zostajemy  sam na sam z naszym domem. 

        Tak zwana kanadyjska technologia budowy domów jednorodzinnych o konstrukcji drewnianej wymaga dobrego ocieplania i wentylowania pomieszczeń. W przeciwnym wypadku w domach łatwo o pleśń i grzyb; łatwo nabawić się konieczności kosztownych remontów. 

Rozmawiam o tym z  Waldemarem i Piotrem Napora, właścicielami Valued Insulation Professionals, którzy od ponad 10 lat między innymi zajmują się niedoróbkami w zakładaniu izolacji termalnej budynków.

        Jedną z głównych rzeczy, na które powinniśmy zwracać uwagę przy zabezpieczeniu domu, jest właściwa cyrkulacja powietrza w domu i na strychu. 

        Jeśli będzie dobra, na elementach drewnianych nie będzie się zbierała wilgoć, dom będzie właściwie „oddychał”. Niestety, często nie tylko cyrkulacja jest zakłócona, ale też strych nie jest dostatecznie ocieplony.

        Firma VIP tutaj właśnie może nam przyjść z pomocą, ojciec i syn, Waldemar i Piotr, od lat zajmują się natryskiwaniem materiałów izolacyjnych, poliuretanowych, celulozowych czy szklanych.

        Aby zobaczyć, dlaczego izolacja strychu jest ważna, wystarczy przejść się zimą po nowym osiedlu mieszkaniowym i sprawdzić, na których dachach leży śnieg. Dlaczego jedne są czarne, a inne nie? Odpowiedź jest bardzo prosta – w jednych domach straty ciepła przez dach są olbrzymie i śnieg topnieje, a w innych izolacja jest dobra.

        Piotr Napora porównuje to do chodzenia zimą z gołą głową; gdy nie mamy czapki, szybko tracimy ciepło i marzniemy. 

        Niestety, zła izolacja strychów to norma. Izolacja jest właściwej grubości tam, gdzie widać, a „gdzie oczy nie widzą”, materiału izolacyjnego jest o wiele mniej. Bo trzeba robić szybko, tanio, a i tak nikomu się nie chce czołgać po strychu i patrzeć w zakamarki. 

        Warto więc się pofatygować i sprawdzić. Bo dobrze zaizolowany strych to czysta oszczędność. Ważne jest również, aby otwory wentylacyjne, które doprowadzają powietrze pod dach, były drożne, a na strychu była właściwa cyrkulacja. 

        Jeśli temperatura powietrza tuż pod dachem jest porównywalna z temperaturą zewnętrzną, wówczas nie tracimy ciepła i nie płacimy za „podgrzewanie atmosfery”.

        Latem to samo działa w drugą stronę, dzięki dobremu odizolowaniu strychu, w pokojach jest chłodno i nie musimy na okrągło używać klimatyzacji. Wszystko to przekłada się bezpośrednio na oszczędności w zużyciu energii elektrycznej i gazu. Ale nie tylko to. To również poprawia stan elementów drewnianych domu i zwiększa jego żywotność.             

        A gdy jeszcze zaoszczędzone na energii pieniądze przeznaczymy na spłatę pożyczki hipotecznej, będziemy mogli szybciej spłacić dom, a tym samym zaoszczędzić dodatkowo dziesiątki tysięcy dolarów.

        Rząd Ontario oferuje także olbrzymie dopłaty do kosztów poprawy zabezpieczeń energetycznych domu w ramach Green Ontario Fund. W przypadku izolacji strychu jest to dofinansowanie w wysokości 80 – 90 proc. ceny!  

        Firma Waldemara i Piotra pomaga w skorzystaniu z tych możliwości, wypełnia formularze; słowem, nie dość, że mamy ocieplony, zaizolowany strych, to jeszcze kosztuje nas to naprawdę niewiele. 

Piotr Napora:  Prawie każdy dom ma źle ocieplony strych. Niektórzy builderzy są trochę lepsi niż inni, ale przeważnie jak się ma dom na osiedlu, gdzie ktoś szybko wybudował z 500 domów, to można przeważnie założyć, że jest problem. Robiłem niedawno dziewięcioletni dom brata i to była „masakra”.

Waldemar Napora: Jak się ten właz otwiera, to przy wejściu jest jeszcze jako tako, ale jak  pomierzyć dalej... No bo wiadomo, że to oszczędność materiału i czasu. 

Piotr Napora: My robimy do standardu R50 (R określa opór przewodnictwa cieplnego – im większy, tym lepsza izolacja). Na niektóre domy tak, jak tutaj ojca, nie można za dużo dać, bo jak się za dużo naładuje, to wtedy nie ma odpowiedniej cyrkulacji powietrza. Złoty środek to jest właśnie R 50.

        Mamy maszynę, która to narzuca. Materiał jest w belach, sprasowany, to się wrzuca do maszyny i dmuchawy plastykową karbowaną rurą to rozprowadzają. Jedna osoba wchodzi odpowiednio ubrana, z maską z wentylatorkiem, na strych, stawiamy laser, który daje nam czerwoną linię – poziom, i się to nadmuchuje czy też „napierza”.

        W ciągu jednego dnia można zrobić dwa – trzy domy, to jest kwestia dmuchania przez dwie do trzech godzin, wcześniej przygotowujemy strych, dokładamy do tego, co już jest, no a jeżeli jest pleśń czy grzyb, to wtedy trzeba się zastanawiać, co robić. Odpowiednio zabezpieczamy i odsłaniamy otwory wentylacyjne.

        Zatem warto sprawdzić u siebie w domu, czy tego nie potrzeba zrobić. 

Waldemar Napora: Tak, można zrobić zdjęcie, wysłać do mnie, ale przeważnie każdy dom, który nie został wybudowany przez dobrego buildera,   potrzebuje poprawy izolacji.  Warto to sprawdzić, tym bardziej że teraz jest bardzo dobra okazja, bo działa program rządowy. Można skorzystać z niego co najmniej do końca roku, Aby zobaczyć, jak to działa, wystarczy wejść na stronę greenon.ca. W tym programie są bardzo różne rzeczy, są okna, są pompy i jest ocieplenie.

Piotr Napora: To działa tak, że my przychodzimy, robimy zdjęcia po i przed, wykonujemy naszą pracę, a jak wszystko jest zrobione, zapłacone, wyciągam tablet i razem wypełniamy podanie. Do tego programu wysyłam nasz invoice i zdjęcia. Klient dostaje po kilku dniach e-mail z prośbą o potwierdzenie, że zostało to zrobione, i czeka się 8 do 12 tygodni na zwrot, który może wynieść 90 proc.

        Rząd płaci dolara za stopę strychu, do maksymalnej kwoty 1500 dol., czyli od jednego strychu 1500 stóp kwadratowych. Praktycznie rzecz biorąc, za 300 dol. mamy zaizolowany strych.

        Jest bardzo dobra okazja, żeby to zrobić – program zaczął się na początku tego roku i naprawdę trzeba skorzystać.

        Czy pora roku odgrywa tutaj rolę, czy na wiosnę jest lepiej? 

        Tak, oczywiście, latem to jest naprawdę bardzo uciążliwe, może bardzo wcześnie rano, ale temperatury na strychach dochodzą do takich jak w piekarniku. To wtedy staje się niebezpieczne; można nie wyjść.

        Tak więc teraz, zanim się zrobią upały, to jest ten moment, kiedy trzeba podjąć decyzję, a wiadomo, że dobrze zaizolowany strych to jest zwrot w postaci niższych kosztów energii, lepsza cyrkulacja powietrza, zdrowszy dom. 

        Jeśli do tego rząd płaci nam 90 proc.,  to grzech nie skorzystać.

        Trudno się z tym nie zgodzić. Jest to dobry czas, aby odnowić i uzupełnić izolację strychu, tak abyśmy nie płacili własnymi ciężko zarobionymi pieniędzmi za „podgrzewanie” lub „schładzanie” atmosfery w Ontario.                 

        Panowie Waldemar i Piotr Napora, ojciec i syn, to solidna rodzinna firma z Mississaugi – warto więc zadzwonić, bo taka okazja już może się nie powtórzyć.

Waldemar Napora 647-378-3383

www.vipfoam.com

e-mail Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

        Niewielu z nas wie, że leżące 80 km na północ od Toronto Barrie ma sporą polską społeczność. Dlaczego? Rozsądne ceny nieruchomości,  świetny poziom życia i wysoki standard usług publicznych. Jest to świetne miejsce nie tylko dla ludzi młodych, których nie stać na milionowy dom w Toronto, ale również emerytów, którzy szukają tańszego i spokojniejszego miejsca na stare lata.

        – Dlaczego warto przeprowadzić się do Barrie, pytamy Annę Lewandowską, tamtejszego agenta real estate firmy Remax.

        – Nie ma lepszego momentu – ceny nieruchomości w Toronto nadal są wysokie, a tu, w Barrie, można znaleźć naprawdę dobry deal...

        – Jak to się stało, że Pani zamieszkała w Barrie? 

        – Mieszkałam w Mississaudze, jak większość Polonii, planowałam przeprowadzkę do Cambridge, bo miałam tam pracę. Domy w Cambridge były tańsze niż w Mississaudze, ale moja personalna sytuacja się zmieniła i zdecydowałem się na przeprowadzkę do Barrie. Spotkało mnie miłe zaskoczenie, bo okazało się, że domy wolno stojące w Barrie były wówczas w cenach townhouse’u w Cambridge. Kupiliśmy więc dom wolno stojący w Barrie. 

        Przeprowadziłam się w roku 2000, to było to wtedy jeszcze małe miasto, chociaż lokalni mieszkańcy twierdzili, że już się robi za duże. Wtedy miasto liczyło chyba 75 tys. osób. Ale był dobry szpital, był polski lekarz, co dla mnie było też ważne, były polskie delikatesy, no i do Toronto było blisko. 

        Ten dojazd do Toronto nadal jest bardzo dogodny. Barrie zawsze było nazywane „sypialnią Toronto”, bo jednak wówczas nie było tak dużo możliwości pracy. Teraz to się zmienia. Jestem z wykształcenia księgową i pracowałam początkowo w York Region – bez problemu dostałam pracę. 

        – A jak jest z opieką medyczną?

        – Jest kilku wspaniałych  polskich lekarzy. Nigdy nie miałam tutaj problemów; często polecam polskich klientów, którzy potrzebują opieki medycznej, i nigdy nie ma problemu. Jest też u nas bardzo dużo walking clinic, gdzie można dostać pomoc. 

        Jest tu spokojniej, ludzie w Barrie są naprawdę bardzo dobrzy, uczynni; jak komuś ktoś powie, że robi z tobą biznes, to nie trzeba nic podpisywać, nikt nie oszuka, nie zmieni zdania. Tak to działa. 

        Większość miejscowych jest bardzo przeciwna szybkiemu rozwojowi miasta i z tego, co widzę, to wszystko robią z głową. Nowe osiedla są racjonalnie budowane. Buduje się od razu centra rekreacyjne, zakłada parki. W Barrie chyba mamy 4 – 5 takich dobrych centrów rekreacyjnych z basenami. Dla osób starszych to oczywiście jest za darmo, ale i wejście na basen dla rodzin z dziećmi to też są niewielkie pieniądze. 

        Patrząc na siebie czy na moich rodziców, którzy przyjechali do Kanady na początku lat dziewięćdziesiątych, tak jak duża część emigracji, to jednak pieniądze są dla nas ważne; to, ile możemy odłożyć. Dzięki temu rodzice, którzy sprzedali dom w Mississaudze, przeprowadzili się tutaj, do Barrie, i  mogą sobie spokojnie na emeryturze podróżować po całym świecie. Mogą sobie pojechać na Florydę na 3 – 4 miesiące, dlatego że zrobili tam inwestycje. 

        – A jak z dojazdami do Toronto? Czy jest możliwość pojechania GO Train? 

        – Tak, ale godziny nie są jeszcze  dobre – jak ktoś ma wieczorem wylot, to nie zawsze to może mu pasować, ale jest GO Train z Newmarket  i tam liczba kursów jest większa. Można też zawsze wziąć coach service do Toronto i to nie są jakieś zwariowane ceny; są takie minivany, które zawiozą na lotnisko, i to kosztuje 100 dol. w jedną stronę. 

        – Pani Anno, Pani sprzedaje domy również na Florydzie, co w przypadku emerytów świetnie się dopełnia, gdy ktoś ma tutaj spłacony dom w Toronto, który  kosztuje przeciętnie 1,2 mln dol....

        – Według danych, które my tutaj mamy, dom wojno stojący w Barrie kosztował w styczniu 508.000 dol., w strefie 905 – 879 tys. dol., a w Toronto 1,2 mln. Mając spłacony dom w Toronto, można odłożyć ponad 700.000 po kupieniu domu wolno stojącego w Barrie.

        – Mówimy o ludziach starszych, którzy już myślą o tym, jak zaplanować sobie jesień życia, mają więc też możliwość kupna nieruchomości na Florydzie, bo skoro mamy jakieś pieniądze do zagospodarowania, to możemy je zainwestować, kupując dom w Barrie i na Florydzie. Proszę powiedzieć, jak wygląda kupowanie nieruchomości na Florydzie, jak to jest z uzyskaniem jakiegoś małego mortgage’u, jak to wygląda od strony prawnej, jak się za to  zabrać? 

        – Mam kontakt do wielu mortgage brokers na Florydzie, nigdy nie słyszałem, żeby ktoś miał problem, w przypadku Kanadyjczyków z reguły trzeba dać około 30 proc. downpayment i można dostać mortgage bez problemu. 

        – Jakie są tam ceny? 

        – Zależy gdzie, tam gdzie ja  jeżdżę i gdzie robię większość biznesu, to jest Venice i North Port...

        –  To jest od strony Zatoki Meksykańskiej?

        – Tak, ładna pogoda tam jest. North Port bardzo się zmienia na lepsze. Na Florydzie  robi się teraz znowu trochę boom; dużo więcej się buduje; dużo więcej się sprzedaje. Gospodarka zmienia się tam na lepsze. 

        Dom można kupić dom za 200.000 – taki już gotowy, i do wynajęcia, i do spędzania wakacji. Można też kupić bardzo ładny nowy dom od buildera za 400 000 dol. – tak że to zależy od tego, co kto potrzebuje. Oczywiście mówimy o dolarach amerykańskich. Jeżeli, na przykład, ktoś chce mieszkać na osiedlu, które ma HOA fees – to znaczy, że koszą nam trawę i z reguły  utrzymują 2 – 3 baseny, to wtedy opłaty zależą od tego, ile jest kortów tenisowych etc. Droższe mogą dochodzić nawet do 800 dol. na miesiąc, ale w starszych, a też bardzo dobrych kompleksach, mogą wynosić 100 dol. na miesiąc. 

        – Pani mówiła, że tam mieszka dużo Polaków; że można znaleźć polskie sklepy, polskich lekarzy, polski kościół...

         – Venice jest bardzo ładnym miastem, mieszka tam dużo polskich emerytów; ludzi, którzy zbliżają się do emerytury. Bardzo dużo Polaków przeprowadziło się tam z Nowego Jorku, z Chicago, z Kanady i ta polska społeczność trzyma się tam razem; organizowane są zabawy, są jakieś kawy, ciastka po kościele; ta organizacja jest prężna.

        Domy na Florydzie zawsze były bardzo dobrą inwestycją, szczególnie kiedy widzi się, jakie ceny są u nas. Dla porównania, ładny dom z basenem na Florydzie w sezonie jest wynajmowany za około 3000 USD na miesiąc. Sezon to jest styczeń – luty – marzec. W kwietniu, w maju, czyli w miesiącach letnich, dom można wynająć za około 2000 na miesiąc, i to bez żadnego problemu, bo jest bardzo duże zapotrzebowanie. 

        – A jak z pogodą? Czy są huragany? 

        – Mieliśmy w Venice w zeszłym roku huragan, ale nie było tam żadnych zniszczeń.

         – Czy ubezpieczenie w związku z tym jest droższe, czy można się ubezpieczać od huraganu?

        – To jest wszystko normalne i dużo tańsze niż Kanadzie; ubezpieczenia  domów są droższe w strefach zalewowych, ale wszystko jest do ubezpieczenia. Trzeba na to zwracać uwagę, gdy się kupuje domy blisko plaży, bliżej wody. Ceny ubezpieczeń samochodów też są niższe niż w Kanadzie. Jadąc na Florydę, nie ma też problemu wykupić na 3 – 4 miesiące ubezpieczenie zdrowotne. Można iść potem do lekarza w Stanach, to nie jest drogie, oczywiście czym człowiek jest zdrowszy, tym tańsze, i odwrotnie. Z tego trzeba sobie zdawać sprawę, ale to jest tak na całym świecie, jak się podróżuje.

        Mówiłam o cenach na Florydzie,  nadal się opłaca wynajmować domy, bo można kupić dom za 200 000 dol. i wynająć go za 3 tys. dol. miesięcznie – coś, co jest zupełnie nierealne w Toronto, a nawet w Barrie, gdzie jest bardzo duże zapotrzebowanie na apartamenty, na wynajem.

        Klienci, którzy byliby zainteresowani jakimś dodatkowym dochodem i mogliby kupić dom z wykończonym basementem i z oddzielnym wejściem, nie mieliby problemu z wyrentowaniem. Takie basementy wynajmuje się w Barrie po 1000 – 1200 dol. 

        – Czyli można sobie to tak wszystko poukładać, żeby mieć z czego przyjemnie żyć? 

        – Dokładnie tak!  

        – Proszę na koniec powiedzieć, ilu klientom Pani pomogła w tego rodzaju „wymianie” nieruchomości? 

        – Mam bardzo dużo klientów, którzy przeprowadzili się z Toronto do Barrie, ludzie starsi i młodzi, którzy dopiero zaczynają – wszyscy są bardzo szczęśliwi, że mieli szansę na wejście i możliwość posiadania pierwszego domu.

        Starsi zaś mogą spokojnie odpocząć na emeryturze bez stresu, bez ciągłej pogoni. Tu jest dużo spokojniej; mamy masę parków, jezior, tras rowerowych i spacerowych. Dla ludzi, którzy lubią jeździć na nartach, jest Moonstone, Snow Valley, Horshoe Valley, bardzo dużo do tras narciarstwa biegowego; a więc bardzo łatwo tutaj o aktywne życie; zaraz obok mamy Wasaga Beach. 

        Chciałam też wspomnieć, że Simcoe County, gdzie leży Barrie, oferuje nam w przypadku pierwszy raz kupujących grant wysokości do 10 proc. downpayment. To są duże pieniądze, i łatwo je dostać; Wypełnia się podanie, trzeba mieć dochody nie wyższe niż  75.600  dol. na rodzinę. I jeżeli się mieszka w domu przez 20 lat, nie trzeba tego oddawać. Jeżeli ten dom się sprzeda wcześniej, to trzeba oddać te pieniądze, jeżeli się zarobi, a jeżeli się straci na tym domu, to nie trzeba oddawać. Inny bardzo dobry grant jest dla rodzin, które chciałyby wziąć rodziców do siebie, i to jest do 25.000 dol.  na utworzenie legalnego mieszkania w domu. Bardzo podobne są warunki; składa się podanie, trzeba dostać pozwolenie więc rodziny mają możliwość kupna domu i wtedy otrzymać też 20 000 dol. na wykończenie basementu czy przybudówkę.        

        – Rzeczywiście bardzo atrakcyjna oferta. Oczywiście, jeśli ktoś ma jakieś szczegółowe pytania, może do Pani zadzwonić?

        – Oczywiście, zapraszam i życzę wszystkim Wesołych Świąt Wielkanocnych.

        – Dziękuję bardzo za rozmowę.

Anna Lewandowska

1-705-730-9317

Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

www.barrielistingsonline.com

Andrzej Kumor: Cieszę się, że możemy mieć okazję do rozmowy o świętym Andrzeju Boboli, bo jest święty przez moje pokolenie – myślę – nieznany. Wprawdzie po sprowadzeniu jego trumny z ciałem w 1938 roku, jego kult zaczął się rozwijać, ale później o nim ponownie zapomniano. Być może, że powodem tego były warunki, w jakich przyszło nam żyć po II wojnie światowej w Polsce. Ale obecność Księdza w Kanadzie, kustosza sanktuarium św. Andrzeja Boboli w Strachocinie, jest okazją, aby św. Andrzeja Bobolę, Patrona Polski, nam przybliżyć.

Ks. Józef Niżnik: Podobnie jak Pan, tak i ja nie znałem świętego Andrzeja Boboli. I trzeba powiedzieć, że bardzo wielu Polaków nie zna tej postaci. Bobola należy do tych świętych, którym nie jest łatwo dotrzeć do świadomości, że to są święci. Dlatego jego życiorys zawiera bardzo dużo luk, jeśli chodzi o szczegółową wiedzę o nim. Powiem, że jeśli znalazł się w katalogu świętych, to jest zasługą Boga, a nie ludzi.
Bobola jest świętym, który pokazuje świętość innego wymiaru. Świętość nie przed ludźmi, ale świętość przed Bogiem. Dlatego nie zatroszczono się o to, aby napisał, kiedy i gdzie się urodził, jakie imiona mieli jego rodzice czy rodzeństwo. Nie rozumiemy, dlaczego to się stało. Wiemy tylko, że pochodził z rodziny szlacheckiej i wstępując do zakonu, zrezygnował z godności szlacheckiej, z kariery doczesnej na ziemi. O tym, kim był wówczas, wyjaśnia nam dokument, który znaleziono kilkanaście lat temu w Uppsali w Szwecji. Jest w nim list rodziny napisany do prowincjała w Wilnie, w którym rodzina prosi, aby Andrzej Bobola został przeniesiony z jezuickiej prowincji wileńskiej do krakowskiej. Jako powód podano, że są trudności z kontaktem z Andrzejem. I kiedy o tym dowiedział się Andrzej Bobola, to pisze też list z prośbą do prowincjała, aby nie przychylał się do prośby rodziny, bo on nie po to poszedł do zakonu, żeby się zajmować swoją rodziną. Radykalne rozwiązania stosował Andrzej Bobola przez całe swe życie. Nie był: tak i nie. To był taki radykał ewangeliczny. To radykalne podejście do życia zrozumiał u początku życia zakonnego, gdy mając trudny charakter, jak zresztą wszyscy Bobolowie, którzy ciągle byli w sądach grodzkich, bo prowadzili spory ze wszystkimi, był taki epizod w jego życiu po wstąpieniu do zakonu, że przełożeni chcieli go wyrzucić ze zgromadzenia. I wtedy podjął niesamowitą pracę nad swoim charakterem, nad sobą. Myślę, że poprzez te trudności Pan Bóg przygotowywał go do tego, co kiedyś miało się stać. Bóg miał wobec niego swoje plany, a Andrzej potrafił być im wierny.


– Co to znaczy?

– Myślę, że szatan chciał zniszczyć to powołanie. Ale Bóg okazał się mądrzejszy i silniejszy w Andrzeju. Wykorzystał jego trudności do wzrostu duchowego, a on hartował się poprzez krzyż. I co najważniejsze, w tych trudnościach odkrył, że dzięki odpowiednim środkom można zmienić temperament i charakter.
Dla Andrzeja Boboli były dwie rzeczywistości duchowe. Pierwsza, to adoracja Najświętszego Sakramentu, a druga autentyczna relacja do Matki Najświętszej. Zastosowane środki po pewnym czasie dostrzegli przełożeni, że to nie jest już ten sam nowicjusz. A w późniejszym okresie, gdy został kapłanem, wyświęconym w 1622 roku, pomogły mu być bardzo o gorliwym zakonnikiem.
Poszedł do biednych, potrzebujących, grzeszników i opuszczonych. On już w XVII wieku zastosował metodę nowej ewangelizacji, polegającą na tym, że udawał się do ludzi i w ich domach ewangelizował. Wiadomo, że przez to narażał się zakonowi, ponieważ nie przestrzegał reguł życia wspólnotowego, bo go tygodniami, nieraz miesiącami nie było w klasztorze.
Po drugie, dla Andrzeja Boboli najważniejszy był człowiek i stąd też nie pytał, czy to wyznawca Kościoła wschodniego, czy zachodniego, czy jest prawosławny, czy katolik, szedł do każdego. Wszystkich chciał zbliżyć do Jezusa.

– Czy to prawda, że Kościół wschodni zarzuca Boboli, że nawracał na wiarę katolicką?

– To trzeba wytłumaczyć. Były skargi wyznania prawosławnego na Andrzeja Bobolę do jego przełożonych, że nie przestrzega ustalonych reguł w Kościele, że chodzi po domach naszych wiernych i nawraca na katolicyzm. Ale trzeba zaznaczyć, że Andrzej Bobola nikogo nie zmuszał do przejścia na katolicyzm, tylko chciał pokazać, jak ważne jest życie w wierze, w modlitwie, w odniesieniu do Boga. I wskazywał, że wszyscy mamy duszę nieśmiertelną i mamy się zbawić. Stąd też ta prostota ewangelizacyjna Andrzeja pociągała ludzi do Boga i dlatego całe wioski przechodziły z prawosławia na katolicyzm. Dzięki temu, że Andrzej Bobola wierzył, że powinniśmy być w jednym Kościele, wierzył w siłę jednego Kościoła, jest patronem jedności chrześcijańskiej i za tę jedność poniósł męczeńską śmierć.

– Ksiądz rozmawiał z Andrzejem Bobolą? Jak to się stało, że odkrył Ksiądz świętego Andrzeja Bobolę?

– I tutaj dochodzimy do bardzo ważnej rzeczy. Andrzej Bobola za gorliwość, za wierność, za oddanie Kościołowi zapłacił wielką cenę, bo poniósł bardzo okrutną śmierć. Papież Pius IX powiedział, że to jest największy męczennik Kościoła. We wszystkich opisach jego życiorysu jest opis jego okrutnego męczeństwa. Kozacy w rzeźni zwierzęcej czynili z Andrzejem rzeczy okrutne. Później miał skromny pogrzeb. I to jest ten fenomen jego drogi na ołtarze. Na to trzeba dzisiaj zwracać uwagę i mówić. To nie ludzie wynieśli go na ołtarze. Gdyby nie jego pośmiertne objawienia, nie byłoby go w katalogu świętych.

– Pierwsze było w Pińsku.

– Tak. 16 kwietnia 1702 roku, kiedy powiedział, że trzeba odnaleźć jego trumnę, oddzielić ją od innych. Wiemy też o drugim przyjściu Andrzeja Boboli, w 1819 roku w Wilnie ukazał się Alojzemu Korzeniowskiemu. Wpierw Marcinowi Godebskiemu, który był rektorem Kolegium Jezuickiego w Pińsku. Trzecie objawienie, takie bardzo ważne, było w Strachocinie w roku 1987, w parafii, w której ja jestem.
Jeśli chodzi o mnie, to przyszedłem do Strachociny z początkiem września, dokładnie 7 września 1983 roku, na zastępstwo, bo miałem studiować historię na KUL-u. I w związku z tym, że w Strachocinie zachorował kapłan, biskup Tokarczuk mnie wezwał i mówi, jedź tam na trzytygodniowe zastępstwo, bo dopiero w październiku zaczynasz studia, a nie mam kapłana, aby tam poszedł na zastępstwo. Nie wiedząc oczywiście ani o tych sprawach mojego poprzednika, że miał spotkania i że jego poprzednicy przezywali to samo, przyszedłem na zastępstwo i po kilku dniach do mnie też przyszedł ten kapłan. Była widoczna postać kapłana o charakterystycznej brodzie, czarnej sukmanie.

– I co dalej?

– Po tym spotkaniu pozostało tylko pytanie, kto to jest, jak się nazywa? Było to spotkanie, którego nie życzyłbym nikomu, bo było bardzo dramatyczne dla mnie. Przeżyłem je jako napad na plebanię. Jeżeli widzisz nad sobą w świetle księżyca człowieka, to się chcesz bronić. I tak samo było i ze mną, chciałem się bronić, a ta postać znikła. Dopiero na drugi dzień podzieliłem się swoim przeżyciem z pracującą w zakrystii siostrą: jak będzie tak dalej, jak tej nocy, to ja tu długo nie wytrzymam. A siostra zadała mi pytanie: czy kogoś widziałem? Dlaczego? Bo jak widział ksiądz, to nas to nie zdziwi, bo tu ktoś do księży przychodzi. To co mówię jest o tyle wiarygodne, że wcześniej o tym nigdy nie słyszałem. Gdybym o tym wiedział, to mógłbym podejrzewać, że to stało się z powodu strachu czy lęku.
Później do mnie przychodził, pukając w drzwi, ale zawsze o tej samej godzinie co to pierwsze objawienie. Było tak, że nieraz przychodził dwa razy w tygodniu, nieraz dwa miesiące go nie było.

– Milczał?

– Pukał zawsze. A ja się bałem. Tak jak moi poprzednicy, dużo Mszy Świętych odprawiałem za tego księdza i dużo się modliłem. To mnie nauczyło wsłuchiwania się w głos z innego świata. Wiedziałem, że wyjaśnienie tej sprawy może przyjść tylko stamtąd, od nikogo więcej. I tak się stało, 16 maja 1987 roku. To dzień w liturgii, gdzie się wspomina św. Andrzeja Bobolę. W Strachocinie kultu jego nie było. Nigdy objawienia się tej postaci nie kojarzyłem z Andrzejem Bobolą. Raczej brałem pod uwagę, że to któryś z kapłanów prosi o pomoc.

– Wiedział Ksiądz, że on się tam urodził?

– Tego jeszcze nikt nie wiedział. Tej wiedzy w ogóle nie było. Kultu nie było, nikt nie mówił o narodzeniu św. Andrzeja Boboli w Strachocinie. Jeśli dziś mówimy o narodzeniu św. Boboli w Strachocinie, to ze względu na to, co stało się 16 maja 1987 roku. To wtedy po prawie czterech latach spotkań przyszła odwaga i zadałem objawiającej się postaci dwa pytania, które mnie najbardziej interesowały. Kim jesteś i czego chcesz? Inne rzeczy mnie wtedy nie interesowały, między innymi takie: kiedy się urodził, czy tu się urodził, czy coś innego? Mnie interesował ksiądz, któremu mam pomóc, i jak mu pomóc. I wtedy słyszę wyraźny głos – jestem święty Andrzej Bobola, zacznijcie mnie czcić w Strachocinie. Czyli że ta jedna chwila, tyle cierpienia przez lat kapłanów, mojego, dwa zdania, powiedziałem, zadałem pytanie, odpowiedział. Koniec spotkania.
I jadę z tą radosną wiadomością do mojego ordynariusza biskupa Ignacego Tokarczuka, aby oznajmić, że sprawa w Strachocinie się wyjaśniła, a On, słuchając tego, mówi, a skąd ja wiem księże, że ksiądz nie masz halucynacji? Mówił tak, bo on też nie znał życiorysu Boboli. Ale mi powiedział: Jedź do jezuitów, niech oni ocenią, czy to może być prawdą.

– Dlaczego do jezuitów?

– Bo Andrzej Bobola był jezuitą i w Warszawie, na ulicy Rakowieckiej, znajduje się trumna z jego relikwiami. Trochę się ociągałem, wiedząc przecież, że jezuici to zakonnicy, którzy mają uczonych kapłanów, a tu jakiś tam proboszczunio z małej parafii przyjeżdża i mówi, że objawia mu się św. Andrzej Bobola. Popatrzmy, jaki to był proces pewnych rzeczy, musiałem się zgodzić na upokorzenie, może na śmiech, powiedziano już mi, że mogę mieć halucynacje. A tu jeszcze trzeba udowodnić, że tych halucynacji nie mam.
I to jest właśnie dla mnie największe zaskoczenie. Kiedy przyjechałem do jezuitów – po raz pierwszy tam byłem – wszedłem do klasztoru na ulicy Rakowieckiej i mówię, że chciałbym z przełożonym porozmawiać, jestem księdzem z południa. I przyszedł kapłan, a kiedy powiedziałem, że jestem proboszczem w Strachocinie, on mi odpowiedział – to tam gdzie się Bobola urodził. Ja pytam, skąd ojciec wie? A on mi tłumaczy, że ich współbrat, Jan Poplatek, w 1936 roku napisał książkę o błogosławionym Andrzeju Boboli, przygotowującą do kanonizacji, i gdy szukał jego genealogii, w pewnym momencie doszedł, że mógł się urodzić w Strachocinie, bo tam mieszkała jego rodzina. Ale dlatego, że nie znalazł żadnych dokumentów ani w archiwum w kurii, ani w parafii, to stwierdził, że nie można stwierdzić, że tam się urodził. My wiemy, dlaczego nie ma tych dokumentów. 33 lata po urodzeniu św. Andrzeja Boboli, na parafię napadli Tatarzy, spalili księdza żywcem na plebanii i zrabowali wszystko. Jedyne, co z tamtych czasów pozostało do dzisiaj, to jest chrzcielnica.

– Czy to ta, w której święty był chrzczony?

– Tak. Pan Bóg pozostawił nam materialny znak, że coś się ważnego przy tej chrzcielnicy wydarzyło. Nie pozwolił o tej chrzcielnicy zaginąć.

– Co się stało po spotkaniu u jezuitów w Warszawie?

– Po tej rozmowie jezuita Mirosław Maciuszkiewicz napisał książkę pt. „Znów o sobie przypomniał św. Andrzej w Strachocinie”.

– Znów.
– Tego tytułu użył dlatego, aby uświadomić wszystkim czytelnikom, że to, co wydarzyło się w Strachocinie, dla niego nie jest czymś zaskakującym. On wiedział, że Bobola objawiał się już wcześniej w Pińsku i Wilnie. A teraz to jest kolejne objawienie w Strachocinie. A to, co jest nicią łączącą wszystkie objawienia św. Andrzeja Boboli, to przychodzenie tylko do księży. Wpierw przyszedł do jezuity, później do dominikanina, a teraz do księdza diecezjalnego. To ostatnie objawienie się Andrzeja wpłynęło na przekaz, że św. Andrzej Bobola urodził się w Strachocinie, w miejscowości na Podkarpaciu, gdzie od roku 1520 mieszkali Bobolowie do roku 1863. Wzgórze, które zamieszkiwali, do dziś nazywa się Bobolówka.

– Ale nie tylko mówi się dziś, że św. Andrzej urodził się w Strachocinie, ale jest tam jego sanktuarium.

– A jest dlatego, że jezuici przekazali parafii Strachocina relikwie. 16 maja 1988 roku. Biskup Ignacy Tokarczuk, ordynariusz przemyski, sam przyjechał na tę uroczystość, aby w jego obecności relikwie św. Andrzeja zostały wniesione do kościoła. Na pamiątkę tego wydarzenia wykonaliśmy nowy ołtarz w kościele poświęcony Andrzejowi Boboli. Najważniejsze w tym ołtarzu są relikwie Świętego, jego obraz i chrzcielnica z XV wieku. Ten ołtarz biskup Tokarczuk poświęcił. Od tego dnia rozpoczęły się w parafii spotkania modlitewne ze św. Andrzejem Bobolą, każdego 16. miesiąca. Dziś bardzo wielu ludzi przychodzi na te nabożeństwa, a w okresie letnim spotkania odbywają się na Bobolówce i biorą w nich udział hierarchowie Kościoła z różnych diecezji w Polsce.

– Bobolówka, to ważne miejsce kultu św. Andrzeja Boboli w Strachocinie. Niech Ksiądz opowie o tym miejscu.

– Bobolówka znajduje się około pół kilometra od kościoła parafialnego. W tym miejscu mieszkała tylko szlachta. Uszanowali to miejsce zaborcy i najeźdźcy prowadzący wojny z Polską. A nie uszanowali tego miejsca komuniści, którzy ostatnią właścicielkę wyrzucili z dworku, a z czasem powstało w tym miejscu kółko rolnicze. Ten czas to okres dewastowania tego miejsca. Dopiero gdy zaczęliśmy czcić św. Andrzeja Bobolę i odkryliśmy, że tu Święty przyszedł na świat, podjęliśmy starania, aby to miejsce odzyskać. I trzeba powiedzieć, że się udało, dzięki życzliwości wójta gminy Sanok, a także życzliwości mieszkańców i Powiatowego Zarządu Kółek Rolniczych. Od końca XX wieku Bobolówka jest po części własnością parafii (blisko 5 hektarów), a mniej więcej 1 hektar należy do Sióstr Franciszkanek Rycerstwa Niepokalanej, które są obecne w parafii i bardzo angażują się w rozwój kultu św. Andrzeja Boboli. Dziś jest to teren religijny. Znajduje się tu ołtarz polowy, dróżki różańcowe, stacje Drogi Krzyżowej. Od kilu lat na Bobolówce znajdują się domki z ławkami, gdzie pielgrzymi mogą odpocząć i spożyć posiłek. Nad utrzymaniem tego miejsca czuwa Grupa św. Andrzeja Boboli, gromadząca parafian, którzy spłacają dług wdzięczności św. Andrzejowi za to, że wyprosił im lub ich bliskim u Boga wyjątkowe łaski. Ponadto w parafii znajduje się źródełko z wodą o właściwościach uzdrawiających oraz przepiękny Domek Matki Bożej Japońskiej.

– A skąd się wziął ten Domek Matki Bożej Japońskiej?

– I tu wspomnę o drugim ważnym dziele Bożym, które powstało w Strachocinie, a jest nim Niepokalanów Żeński, w którym są siostry zakonne. Zgromadzenie to powstało w Japonii, a zostało erygowane w Strachocinie w tym samym czasie, gdy rodził się kult św. Andrzeja Boboli w Strachocinie. A jeśli ten kult się rozwija, to wielka w tym zasługa sióstr zakonnych, które nie tylko przyjmują do swego Oratorium św. Józefa pielgrzymów, ale pomagają w organizacji wszelkich uroczystości andrzejkowych. A ten Domek Matki Bożej Japońskiej powstał dla upamiętnienia pobytu w Strachocinie sióstr z Japonii i podkreślenia powstania zgromadzenia w Japonii.

– Wspomniał Ksiądz o pielgrzymach do św. Andrzeja Boboli. Doszły nas słuchy, że niektórzy z nich to osoby wyjątkowe w Polsce. Mógłby Ksiądz coś powiedzieć o tym naszym czytelnikom?

– Oczywiście, że mogę. Początki kultu św. Andrzeja to wielka praca, aby do świadomości ludzi dotarło, że to miejsce jest ważne dla nich. Największą pracę wykonał sam św. Andrzej, który w krótkim czasie przekonał ludzi do siebie w Strachocinie. Liczne świadectwa ludzi o uzdrowieniach, nawróceniach, wyproszonych przez jego orędownictwo dzieciach dla małżeństw, które nie mogły ich mieć, przyczyniały się do rozgłosu i zachęcały ludzi znajdujących się w potrzebie, do pielgrzymowania do Strachociny. Może podam tylko jeden przykład, aby czytelnicy zobaczyli, jak skuteczny był św. Andrzej. Oto w sąsiedniej parafii wieczorem przychodzi młodzieniec do proboszcza, z prośbą, że pragnie podpisać zobowiązanie do trzeźwości na okres jednego roku. Proboszcz świadom, że jest to alkoholik, mówi mu, że nie wytrzyma. Ale on uparł się, że musi zerwać z alkoholem i zacząć inne życie. No i podpisał. Na drugi dzień, a była to niedziela, proboszcz zaprosił po Mszy św. jego matkę do zakrystii, aby podzielić się tą wiadomością. Gdy jej oznajmił, że nareszcie będzie miała spokój, bo syn podpisał zobowiązanie do całkowitej abstynencji, to matka się rozpłakała. Więc ją pyta: czemu płaczesz?, a ona odpowiada: ja wczoraj, nikomu nic nie mówiąc, wzięłam chleb i wodę i poszłam do Andrzeja Boboli pieszo, aby synowi wyprosić nawrócenie.
Takich spraw jest wiele w Strachocinie. Podziwiam od wielu lat tę skuteczność orędownictwa św. Andrzeja Boboli. On potrafi takie rzeczy czynić. I to jest renomą naszego sanktuarium. Ludzie mówią: jedź do Strachociny, to ci św. Bobola wyprosi zdrowie, nawrócenie. Z czasem fenomenem Strachociny zajęły się media i trzeba powiedzieć, że to też pomogło w zwróceniu uwagi na Strachocinę i działającego w niej św. Andrzeja. Był taki okres, że chcieli robić sensację o tym, co się tu dzieje, ale nie udało się. Świadectwa ludzi o tym, co tu się dzieje, ukazane w programie „Nie do wiary”, wielu telewidzom wskazały drogę do Strachociny nie tylko z miejscowości w Polsce, ale i ze świata. W roku 2005 do Strachociny do św. Andrzeja Boboli po raz pierwszy przyjechały siły patriotyczne, by się modlić za Polskę. Owocem tych modlitw było zwycięstwo w wyborach parlamentarnych. Ale tego zwycięstwa nikt nie łączył z pielgrzymką do Strachociny, do św. Andrzeja Boboli. A my w Strachocinie nadal pracowaliśmy nad rozwojem kultu św. Andrzeja Boboli. Coraz liczniejsze pielgrzymki indywidualne czy zbiorowe, świadectwa ludzi o wyproszonych łaskach doprowadziły do tego, że arcybiskup Józef Michalik, ordynariusz przemyski, zainteresował się i powołał komisję, aby zajęła się tym, co się tu dzieje. W konsekwencji kościół w Strachocinie 19 marca 2007 roku stał się sanktuarium świętego Andrzeja Boboli.

– Niech Ksiądz opowie o tym, co stało się w roku 2015.

– Rok 2015 to czas, w którym w nowym świetle odczytaliśmy objawianie się św. Andrzeja Boboli w Strachocinie. Miało to związek z planowaną pielgrzymką do Strachociny kandydata na prezydenta p. Andrzeja Dudy i sił patriotycznych. Tym uroczystościom z woli biskupa ordynariusza miałem ja przewodniczyć. Szukałem więc pomocy u Ducha Świętego, aby mi pomógł przekazać do nich słowo, które w jakimś sensie będzie dla nich wszystkich darem od Boga. I wtedy doznałem olśnienia, które pozwoliło mi zrozumieć, że objawienie w Strachocinie było darem dla Polski. Św. Andrzej ponownie wyraził pragnienie pomocy narodowi, który nie zdawał sobie sprawy z nowych niebezpieczeństw i zagrożeń – zacznijcie mnie czcić. Myśmy myśleli, że dotyczy to Strachociny, a to dotyczyło Polski. Przecież kiedy Polska była w potrzebie, on się objawiał i proponował umowę: zrobicie to, a ja wam pomogę, was ocalę.

– Naprawdę tak było?

– Tak było. Gdy pierwszy raz objawił się 16 kwietnia 1702 roku, Szwedzi zbliżali się do Pińska. Rektor Kolegium Jezuitów w Pińsku szukał w myślach, kto może im pomóc. Wiedział, co Szwedzi robili z miastami, które zdobyli: rabowali, zabijali, okradali. I wtedy pojawił się w jego celi zakonnik i powiedział: jestem wasz współbrat Andrzeja Bobola, jeśli odnajdziecie moją trumnę, oddzielcie ją od innych, ja was ocalę. I tak się stało. Potem, gdy zwrócono się do niego o pomoc w wojnie z bolszewikami, też nas nie zwiódł. A zwrócił na niego uwagę Episkopat Polski wówczas, gdy Piłsudski, naczelnik państwa, nie otrzymał pomocy od Berlina, Paryża, i Londynu. Episkopat, zgromadzony pod koniec lipca 1920 roku w Częstochowie, przypomniał sobie o Boboli i zobowiązał się do podjęcia czynności przygotowujących do kanonizacji bł. Andrzeja, jeśli pomoże pokonać bolszewików. Kardynał Aleksander Kakowski, gdy po tej konferencji przyjechał do Warszawy, zarządził we wszystkich kościołach dziewięciodniową nowennę do błogosławionego Andrzeja Boboli i błogosławionego Władysława z Gielniowa. Trwała ona od 6 do 15 sierpnia. W ostatnim dniu dokonał się cud nad Wisłą. Matka Boża ukazała się bolszewikom, zaś postawa Episkopatu Polski w tamtym czasie, Piłsudskiego, a nade wszystko bolszewików, wskazuje na przekonanie, że w tym zwycięstwie był obecny Andrzej Bobola.

– W świadomości ludzi, którzy uczą się historii, nie zwraca się uwagi, że to było cudowne wydarzenie. Czy dlatego, że nad tym pracowali piłsudczycy, którzy wykreowali Piłsudskiego na głównego bohatera?

– Ocena tego, jak było i co się wówczas stało, należy do historyków. To jest ich obowiązek przekazywać prawdę. Ale trzeba dodać, że nauka w tym, co się dzieje na świecie, nie wszystko uchwyci. Wiara pozwala zobaczyć coś więcej, i to dzięki niej Polacy mówią o cudzie nad Wisłą. Choć po zwycięstwie pod Warszawą wszyscy byli zgodni, że dokonało się coś niezwykłego. Po cudzie nad Wisłą, władze kościelne, jak i Piłsudski odczytali, że Boboli zawdzięczają to zwycięstwo, bo Episkopat pisze do Stolicy Apostolskiej prośbę, aby błogosławionego Andrzeja Bobolę kanonizować, a Piłsudski zwraca się z prośbą, aby Papież uczynił go patronem Polski.

– Dlaczego Ksiądz twierdzi, że Bobola ma w tym udział, skoro Matka Boża się ukazała?

– Aby to wyjaśnić, trzeba powrócić do historii ogłoszenia Maryi Królową Polski we Lwowie 1 kwietnia 1656 roku. Według najnowszych informacji, śluby lwowskie napisał Andrzeja Bobola i przekonał króla Jana Kazimierza, aby poprzez uroczyste ślubowanie obrał Maryję Królową Polski. I tak się stało. A teraz, po wielu latach, gdy był po drugiej stronie życia, pewnie zwrócił się do Niej: skoro jesteś Królową Polski, obroń ten naród, to miasto przed bolszewikami. A Maryja jeszcze raz pokazała miłość do naszego narodu. Ocaliła nie tylko nas, ale i Zachód przed komunizmem. Dlatego to zwycięstwo było tak ważne. Kościół w Polsce, tę pamięć pielęgnuje co roku 15 sierpnia.

– Czy to prawda, że to był powód, że trumna z ciałem błogosławionego Andrzeja Boboli znalazła się w Moskwie?

– Tak, to prawda. Wielu wie, że trumna z ciałem Andrzeja Boboli znalazła się w Moskwie, ale nie wie, z jakiego powodu. A tym powodem było przypisywanie przez Polaków zwycięstwa nad nimi Andrzejowi Boboli. Dlatego, gdy to do nich dotarło, władze sowieckie wysyłają z Moskwy żołnierzy, aby odszukali trumnę Andrzeja Boboli, bo Polacy przypisują mu zwycięstwo nad nimi. I znaleźli tę trumnę w Połocku, w roku 1922. Gdy żołnierze weszli do kościoła, wpierw wyciągnęli z niej ciało i rzucili o posadzkę, a kiedy się ciało nie rozpadło, zabrali trumnę do Moskwy. Wystawiono ją najpierw w Narodowym Muzeum Higieny, aby ludzie podziwiali cuda natury. Tyle lat upłynęło od śmierci człowieka, a ciało jego się nie rozkłada. Ludzie jednak, zamiast podziwiać, to klękali i się modlili. Dlatego też władze muzeum zdecydowały, aby trumnę z ciałem Błogosławionego wynieść do rupieciarni. Księża z Moskwy, którzy wiedzieli o tym, poinformowali Stolicę Apostolską, a ona podjęła starania o odzyskanie trumny, uzasadniając, że dla katolików jest ona świętością. Władze komunistyczne zgodziły się oddać trumnę, a ceną, jaką za jej przekazanie wyznaczono, było zboże, które miało ratować ludność od śmierci głodowej. Ale zgadzając się na oddanie trumny katolikom, władze postawiły dwa warunki: po pierwsze, trumna z ciałem nie mogła być przewożona przez Polskę, a drugi, że nie mogła się znaleźć w Polsce. Dlatego obrano trasę przez Odessę, Morze Czarne, Konstantynopol i Morze Śródziemne, a towarzyszyła jej eskorta wojska, bo Watykanowi przekazywano ważne materiały państwowe. 1 listopada 1923 roku trumna została przekazana Papieżowi i przez kilka miesięcy była w jego prywatnej kaplicy.

– I w 1938 roku święty polski jednak powrócił do Polski.

– Tak. Stało się to po kanonizacji 17 kwietnia 1938 roku, w uroczystość Zmartwychwstania Pańskiego, przez Piusa XI. Uroczyste sprowadzenie trumny miało miejsce w czerwcu roku 1938, czyli 80 lat temu. Znajduje się dziś w Warszawie, w sanktuarium św. Andrzeja Boboli u Ojców Jezuitów.

– A teraz powróćmy do Strachociny. Dlaczego Ksiądz zachęca ludzi do modlitwy za Ojczyznę, za przyczyną św. Andrzeja Boboli, i mówi, że św. Andrzej może uratować Polskę?

– Ma to związek z objawieniem św. Andrzeja Boboli w Strachocinie w roku 1987, jak i wspomnianą pielgrzymką sił patriotycznych przed wyborami prezydenckimi, jak i parlamentarnymi. Przecież ci ludzie znaleźli się na modlitwie w Strachocinie, aby mieć prezydenta z obozu patriotycznego, jak i sami chcieli rządzić. I to, o co prosili, to wszystko się stało. Czy można wobec tego przejść obojętnie? Czy można o tym zapomnieć? Dlatego uważam, że muszę Polakom zamieszkującym wśród różnych narodowości na świecie o tym mówić i czynić wszystko, by dziś nie zapomniano o udziale św. Andrzeja Boboli w tych zwycięstwach, jakie dokonały się w roku 2015.

– To jest ważne przesłanie.

– Tak, to jest ważne przesłanie. Moja misja ma też związek z objawieniem się św. Andrzeja Boboli z 1819 roku w Wilnie. To jest bardzo ważne objawienie, a przeżył je Alojzy Korzeniewski, kapłan, z zakonu dominikańskiego. To jest kapitalna historia i warto ją w tym miejscu przywołać. Oto Polski nie ma już na mapach świata. Polska jest pod zaborami. I tenże kapłan chciał Polsce pomagać, obudzić ducha narodowego, dlatego głosił patriotyczne kazania w Wilnie. Kiedy to doszło do władz rosyjskich, przyszli do jego przełożonych i mówią: jeśli ten kapłan będzie głosił patriotyczne kazania, to klasztor zamkniemy, a was wyrzucimy z tego miasta. Od tego momentu jedynym miejscem dla ojca Alojzego była cela zakonna. On to boleśnie przeżywał. I do tego obolałego zakonnika przychodził Bobola. Gdy pojawił się w celi, powiedział: Jestem Andrzej Bobola, jezuita. Wpierw pouczył go, że Polsce bardziej potrzebna jest modlitwa i jego cierpienie niż patriotyczne kazania. A po tym rzekł do niego: Podejdź do okna, coś ci pokażę. I kiedy podszedł, zauważył za oknem mnóstwo żołnierzy, którzy walczą ze sobą. Bobola mu objaśnił: Widzisz tę wojnę? Jak ona się skończy, Polska znowu będzie na mapach świata. 99 lat przed odzyskaniem niepodległości Andrzej Bobola zapowiedział ponowne pojawienie się Polski na mapach świata.
Drugie proroctwo dotyczyło jego patronatu nad Polską. To było coś niesłychanego. Gdy mówił te słowa, nie był nawet beatyfikowany, a on mówił, że nadejdą czasy, że będzie patronem Polski. I stało się to dopiero w 2002 roku.
I przekazał w tym objawieniu trzecie proroctwo, które jeszcze się nie dokonało. Oto to proroctwo: gdy będę głównym patronem, Polska będzie pełna rozkwitu.

– Czyli na to jeszcze czekamy.

– I wydaje mi się, że teraz nastąpił ten moment, aby uczynić św. Andrzeja Bobolę głównym patronem Polski. Co to znaczy? Czy chodzi o to, aby podnieść liturgiczną rangę św. Andrzeja Boboli i z drugorzędnego patronatu uczynić pierwszorzędny by był równy Matce Bożej, świętym: Wojciechowi i Stanisławowi? W moim rozumieniu, uważam, że nie o to chodzi. To właśnie mówię Polakom, aby uczynili św. Andrzeja głównym patronem dotyczącym spraw Polski i za jego przyczyną modlili się do Boga za Polskę. I gdy Polacy będą się modlić za Ojczyznę za przyczyną św. Andrzeja Boboli, to Bóg nas ocali i przeprowadzi przez trudne dziś chwile. Skoro Bobola uratował Pińsk przed Szwedami, Warszawę przed bolszewikami, to i dziś uratuje Ojczyznę przed groźnym liberalizmem. Zachęcając Polaków do modlitwy za Ojczyznę, podkreślam, że nie promuję ludzi czy partii politycznych, ale kocham Polskę, Ojczyznę moją. Tak wiele jej zawdzięczam i chciałbym, żeby Polska była chrześcijańska i zachowała swoją katolicką tożsamość. A że dziś Polskę atakują różne siły, to znajduję zrozumienie tego, co się dzieje, w przepowiedni Prymasa Polski, kardynała Augusta Hlonda.

– A jaka jest to przepowiednia?

– W przededniu swojej śmierci 21 października 1948 roku, kardynał Hlond powiedział: W planach Bożych Polska ma bronić chrześcijaństwa, jest do tego przeznaczona i powołana, ale żeby mogła to zadanie pełnić, to idzie teraz długi czas jej oczyszczenia. Ale to nie będzie ostatnie oczyszczenie, przyjdzie drugie, o wiele trudniejsze, bo Polskę opuszczą wszyscy, nawet jej przyjaciele, Polska zostanie sama. Ale jeśli Polska wytrwa na tej drodze, w miłosierdziu Bożym pierwsza zostanie wywyższona i stanie się światłem dla innych narodów.
I czy to się nie spełnia na naszych oczach? Dlatego módlmy się do Boga za przyczyną św. Andrzeja, bo kardynał Hlond powiedział: Na placu walki pozostaniemy sami. Ale przecież to nie ludzie są panami historii, ale Bóg. Dlatego tak to widzę i rozumiem, dlatego zachęcam tylko ludzi do modlitwy. Nic więcej nie czynię. Mówię Polakom: tylko módlcie się za Ojczyznę.

– Proszę Księdza, dziękuję bardzo. Do zobaczenia w Strachocinie, myślę, że wszyscy powinni przynajmniej raz zobaczyć, i być w tym miejscu, gdzie zaczyna bić serce nowej Polski.

– Cieszę się, że to nowe sanktuarium rozwija się i coraz więcej osób przyjeżdża do Strachociny, aby szukać pomocy dla Ojczyzny przez wstawiennictwo św. Andrzeja. Zachowujemy spokój. Odprawiane tu nabożeństwa nie mają charakteru politycznego. Droga nam jest Polska, więc za nią się modlimy. Jeśli ktoś zrozumiał, kim w jego życiu jest ojciec i matka, to będzie zawsze ich kochał i szanował. A czy Ojczyzna nie jest moją Matką? Wiele jej zawdzięczam i tak jak mogę, dla Polski pracuję jako ksiądz, z jednej strony, głoszę rekolekcje, modlę się, ale z drugiej strony, mówię ludziom, co powinni czynić, aby zbawić siebie i pomagać Polsce, swej Ojczyźnie.

– Bardzo dziękuję.

piątek, 23 marzec 2018 08:19

KINGA SURMA DO LEGISLATURY!!!

Napisał

        Kinga Surma pracowała m.in. dla Roba Forda w Radzie Miasta Toronto, od dawna związana z Partią Konserwatywną, kandyduje obecnie z jej ramienia w wyborach w Etobicoke Centre. Kinga urodziła się w Polsce, przyjechała do Kanady z rodzicami jako mała dziewczynka, studiowała na uniwersytecie w Guelph oraz we Francji. W swoich planach – jeśli zdobędzie mandat – ma doprowadzenie do założenia polskiej szkoły w swoim okręgu – nie sobotniej, lecz realizującej program po polsku. Jej kandydatura jest też dobrym przykładem dla innych młodych Polaków, by angażować się w politykę. Obiecuje, że będzie otwarta na polskie sprawy i problemy.

        Goniec: Pani chodzi obecnie od domu do domu i rozmawia z wyborcami, a więc o czym ludzie mówią? Z czym się do Pani zwracają?

        Kinga Surma: Mówią, że jest im ciężko, że mieszkanie w Toronto jest bardzo drogie, że stracili wiarę w rząd i służbę publiczną, tyle pieniędzy jest marnotrawione, tyle jest skandali; czują, że nic od nich nie zależy, i dlatego szukają kogoś, kto będzie ich reprezentował, będzie ich głosem. Takim człowiekiem, takim kimś jest Doug Ford, myślę, że on odniesie duży sukces.

        – Widziałem wiele kampanii i wszyscy tak mówią, gdy chcą uzyskać władzę. Tego rodzaju słowa my, wyborcy, słyszymy co każdą kampanię, a potem jest tak samo.

        – Trzeba pokazać ludziom zaangażowanie, zawsze odpowiadam, jak ktoś do mnie dzwoni, chodzę do domów. 

        – Jak to zrobić, żeby ludzie poczuli, że mają głos, że coś od nich zależy? 

        – Zbudować silny, dobry zespół i przestrzegać tych właśnie zasad, wrócić do źródeł, by służyć wyborcom, to jest bardzo prosta podstawowa zasada służby w stosunku do elektoratu. 

        – Pani zdaniem, jakie są dzisiaj największe zagrożenie dla tej prowincji?  Stany Zjednoczone wprowadzają cła, widzimy, że nasz dolar jest coraz słabszy, co trzeba zmienić w gospodarce tej prowincji?

        – Myślę, że przede wszystkim mamy nadmierne regulacje. Sloganem wyborczym Douga Forda jest „Ontario otwarte dla biznesu”, więc musimy utrzymać niskie opłaty za energię elektryczną... 

        – Ale jak? Premier Wynne też mówi, że chce niskich opłaty za energię elektryczną, i pożyczyła na to olbrzymie pieniądze, w konsekwencji będzie to kosztowało wiele więcej niż planowana poprzednio podwyżka..

        – Oni stracili tak wiele pieniędzy na kontrakty na zieloną energię, trzeba stworzyć środowisko, w którym biznes może prosperować; trzeba stworzyć warunki sprzyjające drobnej przedsiębiorczości; jeśli ludzie z niewielkich firm mówią, że podniesienie płacy minimalnej następuje zbyt szybko i jest zbyt duże, że to sprawi, iż będą redukować zatrudnienie, więc może nie jest to najlepszy wybór w tej chwili. Płaca minimalna być może powinna wzrosnąć, ale powinniśmy dać czas, aby małe firmy mogły zaabsorbować ten koszt. A więc chodzi o to, w jaki sposób oni rządzą – nadmierna regulacja, marnotrawstwo – musimy to zatrzymać. 

        – Wspomniała Pani o kontraktach na zieloną energię, czy nadal będzie różnica w opłatach za prąd produkowany przez wiatraki i elektrownie słoneczne, czy to będzie się zmieniać? 

        – W sobotę wybraliśmy lidera i on pracuje nad nową platformą, takie pytania są przedwczesne. Musimy trochę poczekać 

        – Bill Clinton powiedział kiedyś, że w zasadzie przede wszystkim chodzi o gospodarkę. Pani podziela to zdanie? 

        – Tak, uważam, że najważniejsze są miejsca pracy, jeżeli ludzie tracą pracę, nie mają pieniędzy, w budżetach domowych nie ma pieniędzy; jeżeli nie mają pieniędzy, żeby wydawać; nie ma pieniędzy krążących w gospodarce, a wtedy są mniejsze wpływy z podatków,  a rząd ma mniej do rozdysponowania. A więc, absolutnie, gospodarka to najważniejsza rzecz.

        – Doug Ford, nowy lider Partii Konserwatywnej, wygrał między innymi głosami konserwatystów społecznych. Poruszył m.in. temat dostępności aborcji; chodziło o to, że dziewczynki nastoletnie mogą mieć przeprowadzoną aborcję, nie pytając rodziców o zgodę, a jednocześnie potrzebują takiej zgody, żeby choćby pojechać na szkolną wycieczkę. Pani zdaniem, ta sfera powinna być nadal pomijana, czy też powinny być poczynione jakieś ustalenia, na przykład gdy chodzi o nowy program edukacji seksualnej?

         – Znów powiem, że te pytania są po prostu przedwczesne. Jeśli chodzi o program edukacji seksualnej w szkołach, to była sprawa, która wpłynęła właściwie podczas mojej nominacji, i wielu rodziców było bardzo sfrustrowanych, że nie było właściwego procesu konsultacji. Jestem bardzo zadowolona, że Doug poruszył tę sprawę podczas debaty na lidera Partii Konserwatywnej. Prawdę mówiąc, myślę, że cały program nauczania we wszystkich przedmiotach powinien być ponownie przeanalizowany, wierzę, że nowy lider wybierze dobrego ministra oświaty, który pomoże mu w tym procesie. 

        – Po edukacji problemem jest oczywiście służba zdrowia. Jestem tutaj od 30 lat i naprawdę odczuwam pogorszenie się opieki medycznej, liczba błędów lekarskich, o jakich się słyszy, być może wynikające z przeciążenia lekarzy pracą, obłożone chorymi szpitale, łóżka wystawione na korytarze, to już nie ten system opieki medycznej, z którego Kanada była słynna. A więc co robić? 

        – To, co robili liberałowie przez ostatnie lata zarządzania służbą zdrowia, to  mówienie, że przeznaczają nowe środki, ale te środki nie były przeznaczane na zatrudnianie lekarzy, pielęgniarek, budowę nowych szpitali i domów opieki długoterminowej; przeznaczali te pieniądze w bardzo dużej części na administrację. Trudno powiedzieć, co zrobić konkretnie, do momentu aż ma się do dyspozycji wszystkie informacje, a te będziemy mieli wtedy, kiedy zostaniemy wybrani; wtedy możemy dopiero właściwie przeanalizować ten problem. Gdy chodzę od domu do domu, pytam się, czy sądzisz, że w ciągu minionych 10 lat w służbie zdrowia się poprawiło, nikt nie odpowiada, że tak. Nikt! 

        – Zaczęła Pani karierę od pracy w City Hall u Roba Forda? 

        – Nie, pracowałam najpierw dla Piotra Milczyna, radnego miasta, ale on wtedy był bardziej konserwatywny, pracowałam dla niego i dla Douga Holidaya.

        – Rob Ford często podkreślał, że w mieście jest kultura marnotrawstwa i szastania pieniędzmi..

        – Tak samo jest w prowincji, mogę to powiedzieć, bardzo dużo nauczyłam się od Roba Forda i bardzo chciałabym takich samych zmian w prowincji. Żeby te pieniądze zostały uzyskane nie przez wyższe podatki, tylko przez zwiększenie wydajności i ograniczenie marnotrawstwa. 

        – Jak to zrobić? 

        – Pierwsze, co można zrobić, to audyt każdego departamentu; zatrudnia się niezależną firmę kontrolującą. Rob tak zrobił to w mieście, a potem każdemu departamentowi powiedział, musicie znaleźć 10 proc. oszczędności.

        – Można coś takiego zrobić w prowincji? 

        – Absolutnie tak, nie mam co do tego żadnych wątpliwości! 

        – Jeździ Pani do Polski? 

        – Nie byłam już dziewięć lat, bardzo tęsknię. Powiedziałam młodszej siostrze, że jak wygram, to jedziemy do Polski na wakacje.

        – Dziękuję bardzo i życzę sukcesu. 

        97-letni Jan Gregalis, harcerz, zesłaniec, żołnierz gen. Andersa, walczący pod Monte Cassino, odznaczony dwukrotnie Krzyżem Walecznych, jeden z założycieli SPK w Kanadzie, działacz polonijny, opowiada o swym życiu. Pan Gregalis przeznaczył ostatnio 200 tys. dol. na fundusz na rzecz Zakładu dla Ociemniałych w Laskach, katedrę języka polskiego na UofT, polskie harcerstwo w Kanadzie oraz Muzeum Orlińskiego w Wawel Villa. Cześć i Chwała Bohaterom.  Dzisiaj mieszka w Wawel Villa.

        Andrzej Kumor: Panie Janie, ma Pan nieprawdopodobny życiorys, należy Pan do pokolenia, które tak dużo dla Polski zrobiło, przeszedł Pan przez cały szlak umęczenia narodu polskiego, od Syberii, a następnie przez szlak wojskowy razem z Andersem, Włochy, bitwa pod Monte Cassino. Skąd Pan pochodzi, gdzie są Pana rodzinne strony?

        – Urodziłem się właściwie w województwie warszawskim, w Warszawicach, to mała miejscowość, ale ojciec dostał posadę na Kresach, na Polesiu – jak miałem niecałe dwa lata, to przyjechaliśmy na Polesie, ojciec tam pracował cały czas. I od tego czasu aż do wojny wychowywałem się na Polesiu.       

        - Przeżył Pan inwazję armii sowieckiej. Jak to wyglądało i jak Pan się dostał w ich ręce?

        – To było 17 września.   Gdy oni przyszli, to jeszcze z początku zachowywali się zupełnie w porządku, uważam, jeszcze nic takiego nie było. Źle się zachowywali Żydzi. Żydzi od razu tworzyli swoje organizacje i „sypali”.

        – Donosili?

        – Tak, donosili. Ojciec pracował w sądzie, to wiadomo.

        – Administracja państwowa.

        – Tak że był socjalnie „niebezopasny” element. Ojca aresztowali po paru miesiącach. Aresztowali całą rodzinę, wywieźli razem do Kazachstanu, tzn. ojca, mamę, trzy siostry i jednego brata, najmłodszego, żona miała trzech braci, którzy byli w obozie jenieckim i po umowie Sikorski-Majski znaleźli się w II Korpusie.

        – Jak to się stało, że Pan znalazł się na zesłaniu?

        – Polesie należało, według Rosjan, bo Białorusi. Chodziły takie słuchy, i ponoć potwierdzone faktami, że oni zaczęli brać do wojska, a ja byłem w tym wieku, że akurat się nadawałem, bo miałem już skończone 18 lat. Więc sobie pomyślałem, że do wojska sowieckiego nie pójdę. No i po rozmowie z rodzicami postanowiłem uciekać. Miałem kolegę za przyjaciela, który miał brata starszego w Brześciu. I tak było, że wyjechałem, dostałem się do Brześcia, byłem tam, ale ten kolega, jego brat, oni już należeli do jakiejś organizacji niepodległościowej. I pewnego dnia przyszli i aresztowali tego mego kolegę, brata i mnie. Dali mnie do więzienia, które nazywało się Czerwoniak, dlatego że było z czerwonej cegły zbudowane i było czerwone, więc wszyscy nazywali go Czerwoniak. Zaraz po miesiącu czy dwóch – nie pamiętam już dokładnie – odbył się sąd i dali nam po pięć lat.

        – Pięć lat łagru?

        – Łagru. Jak jeszcze siedziałem na Czerwoniaku, ale przyszedł Lelewel, wnuk Lelewela tego wielkiego, jak go nazywam. Wnuka też zamknęli. I on siedział razem w tej celi, gdzie ja siedziałem, a to była cela na pięć – sześć osób, ale tam siedziało prawie trzydzieści. No i on siedział i opowiadał nam oczywiście o swoim dziadku.  

        Ale mnie potem wywieźli, a Lelewel jeszcze został, wywieźli do Kotlasu.

        – Gdzie to jest, jaki to rejon?

        – Przed Uralem na północy. Oni tam budowali kolej. Przedtem jeszcze,  wybudowali Kanał Białomorski. Tam bardzo dużo ludzi zginęło. W każdym razie nas tam dali, do Kotlasu, potem nad rzekę Peczorę, bo tam jedyne środki przemieszczania się to była woda, nie było dróg jeszcze ani kolei, myśmy dopiero zaczynali budować tę kolej. Wywieźli nas do tajgi, tam gdzie mieli ten odcinek kolei budować, bo kolej już dochodziła już z południa i z zachodu. Dali nam siekiery, piłki – nazywały się „łuczok” – powiedzieli, tu wasz dom. 

        – I trzeba było go wybudować?

        – Najpierw zaczęliśmy budować szałasy z gałęzi. W każdym razie jakoś żeśmy się koło siebie zrobili, i wycinaliśmy drzewa, tam gdzie miała kolej iść. Piękne modrzewie tam rosły, piękne lasy. Myśmy to wycinali wszystko, potem jak już wycięliśmy pewien odcinek, to trzeba było wyrzucić z ziemi wszystek torf, bo szyn nie można kłaść na torfie, bo się ugina itd. Tak że myśmy z początku wycięli, potem wyrzucaliśmy ten torf. W niektórych miejscach było tego torfu mało, a w niektórych był on głębiej, tak że trzeba było wyrzucać. Ci na górze mieli jeszcze znośnie, ale ci coraz niżej... Robili takie tarasy, że się stało na tarasie i wyrzucało się ziemię do góry. I niektórzy, co tu dużo mówić, byli w wodzie po kolana, ci na dole. No i potem stamtąd załadowali nas na rzekę Peczorę. Zładowali nas na barki na tej rzece i wieźli nas w stronę Morza Białego. Nie wiem, co myśmy mieli tam robić, ale te barki zamarzły i już żeśmy stali ładnych parę dni chyba. I wtenczas – to był już rok 1942 – umowa Sikorski – Majski była.

        – Czyli ile lat był Pan w tajdze?

        – Posłali mnie tam pod koniec 40 roku.

        – Czyli od tego czasu do amnestii tam Pan pracował?

        – Potem, jak stamtąd jechałem, to jechałem trzy miesiące, bo to północ Rosji aż prawie do granicy perskiej, to kawał drogi.  Tam jak żeśmy zamarzli, już jak była umowa Sikorski – Majski, to mówili, że my już nie jesteśmy „zakluczeni”, tylko jesteśmy „towariszczy”. I jakoś barki ruszyły i myśmy z powrotem płynęli do Kotlasu. 

        – Po trzech miesiącach dotarł Pan do Kujbyszewa?

        – Tak, tam się rząd polski tworzył, przedstawicielstwo rządu polskiego z Londynu. No ale jak to wszędzie w początkach i w Rosji, był straszny bałagan. Różne słuchy chodziły, każdy co innego mówił. Poradzili nam, żebyśmy szli na południe dalej. No i myśmy szli z Kujbyszewa dalej na południe. Ja doszedłem do Samarkandy, Samarkanda, nie wiem, w jakim stanie była, już nie pamiętam.

         Wiedzieliśmy, że armia się tworzy, i szukaliśmy sposobu, żeby dalej się dostać, więc pojechaliśmy do Buzułuku. W Buzułuku miejsca nie było, bo już wszystko było zapełnione, bo wszyscy Polacy z całej Rosji sunęli na południe, żeby do wojska się dostać. Ale nam poradzili, że w Guzarze tworzyła się 11. Dywizja Piechoty, że tam może. Więc ja miałem kolegę, razem wyruszyliśmy do Guzaru. Kiedy żeśmy tam dotarli, wybuchła epidemia tyfusu plamistego, wszy. Bo w Rosji, jako że to kulturalny kraj, w każdym większym mieście na stacji była „woszobojka” i woda, „kipiatok”. 

        – Jak działała „woszobojka”?

        – To był specjalny budynek i oni tam gotowali wodę i robili parę. Ubrania się zdejmowało i dawało do pary, i to miało zabijać wszy. Ale to nie zabijało, tylko rozjuszało je jeszcze bardziej i były bardziej agresywne potem.

        – Czyli przyjął się Pan tam do wojska, do tej dywizji piechoty Pana zapisali?

        –  Nie. Ja zachorowałem na tyfus, ale że wszystkie szpitale były pełne, wszystkie budynki, które można było wykorzystać dla tych chorych z epidemii, były zajęte, to nas na dworze dali, pod murem, pod ścianą nas poukładali i tak żeśmy leżeli. Nie było ani termometru, o żadnych lekarstwach nie było mowy.

        – Czyli czym leczono? Niczym nie leczono, tylko Pan leżał?

        – Tak, leżałem tylko. No ale byłem młody i jakoś wytrzymałem to. Wytrzymałem, przeszedłem.

        – Jak Pan wyzdrowiał, to wzięli Pana do wojska, czy już wojska nie było?

        – Jak wyzdrowiałem, to tam się tworzyła szkoła podchorążych, więc poszedłem do szkoły, pamiętam 28 marca, bo to moje urodziny akurat, 43 roku.

        – Pan został podoficerem?

        – Nie. Wyjechaliśmy do Krasnowodska, to port nad Morzem Kaspijskim, tam załadowali nas na barki i popłynęliśmy do Persji, miejscowość nazywała się Ahwaz. 

        – Przeszedł Pan cały szlak bojowy II Korpusu, z 3. Dywizją Strzelców Karpackich?

        – Tak. 

        – Walczył Pan o Monte Cassino, Ankonę, ale co Panu najbardziej utkwiło z tego szlaku bojowego?

        – Najbardziej, jak zostałem ciężko ranny.

        – W jakich okolicznościach?

        – Wtenczas już byłem podporucznikiem, miałem pluton w Brisigiela w Apeninach we Włoszech. Była straszna pogoda, śnieg i deszcz padał, takie nie wiadomo co. Rozmieściłem pluton po natarciu – zdobyliśmy wtedy Brisigielę. Szedłem do chłopców, których porozmieszczałem wszędzie, bo myśmy byli pierwsza linia, tzw. czujki, najdalej wysunięty w stronę nieprzyjaciela oddział. Usiadłem i rozmawiałem sobie z chłopcem, który był w moim wieku albo młodszy nawet. I wtedy trafił mnie artyleryjski pocisk. Widzi Pan? Tu jest dziura. Straciłem kompletnie prawe oko. 

        – Jak Pana ewakuowano?

        – Od razu z linii sanitariusze wzięli na nosze i do pierwszego punktu opatrunkowego prowadzą. Mnie prowadzili, któryś się poślizgnął i wyleciałem z noszy. Wtedy mówię do nich, weźcie mnie jeden pod rękę, drugi z drugiej strony pod rękę i ja pójdę lepiej, bo to w górach, Apeninach, ślisko, pogoda. A potem na punkcie opatrunkowym, gdzie już dostałem pierwszą pomoc, to lekarz zdecydował, że może da się uratować oko. Zadzwonił i przyleciał „Kubuś”, a „Kubuś” to był mały samolot, nawet nie pamiętam, jakiej marki, który latał na rozpoznania. Niemcy do niego nawet nie strzelali, bo bali się zdradzić swoje miejsca stanowisk ogniowych. „Kubuś” mnie przewiózł do Ankony do szpitala. Tam nie dało się nic zrobić z okiem. Angielski szpital, pytali mnie się – widzi, widzi? Mówię, nie widzę, to już tak zostało i właściwie dla mnie wojna się skończyła.

        – Już Pan nie wrócił do oddziału?

        – Wróciłem do oddziału, ale już po wojnie, dlatego że w szpitalu byłem, a to już był koniec wojny, 1945 rok. Tak że wróciłem do oddziału i byłem w nim do końca, aż wyjechałem potem do Anglii.

        – Cały czas z II Korpusem?

        – Tak. Myśleliśmy, że wrócimy do Polski, ale Poczdam był, no i sny się skończyły o Polsce. Ja wiedziałem, że do Polski już nie wrócę, bo już byłem w Rosji i nie chciałem drugi raz się dostać.

        – Pojechał Pan z Korpusem do Anglii, co Pan tam robił?

        – W Anglii oni sformowali Polski Korpus Rozmieszczenia i to było coś w rodzaju przygotowania do pracy. Były organizowane najróżniejsze kursy rzemieślnicze, jak krawiectwo i inne, ale ja Anglików też nie lubiłem po Poczdamie, więc powiedziałem sobie, że przy pierwszej okazji, jaka będzie, to ja z Anglii wyjadę. I Kanada zaoferowała pracę na farmie. Zgłosiłem się na farmę, kontrakt podpisałem na dwa lata. W Kanadzie pracowałem dwa lata i w czasie sianokosów zaprószyłem to dobre oko.

        – Miał Pan tylko jedno?

        – Miałem tylko jedno i byłem już kompletnie niewidomy. Farmer oczywiście musiał mnie odwieźć do szpitala i do lekarza. Lekarz ten porozmawiał ze mną i pyta, co ty robisz na farmie? A ja mówię, kontrakt podpisałem, bo chciałem z Anglii wyjechać. A on mówi, chcesz, żebym ci pomógł, żebyś już więcej na farmie nie pracował? Ja mówię, jak najbardziej.

         Tak że on to zrobił, że już więcej nie wróciłem na farmę. On to zrobił, dlatego że, jak powiedział, nasza dywizja we Włoszech była z waszą dywizją. Dlatego on się zainteresował mną. 

        Potem zacząłem szukać pracy i znalazłem w De Havillandzie.

        – Budował Pan samoloty?

        – Byłem inspektorem. Z początku byłem składaczem, tzw. assembler, a potem De Havilland sam zaproponował mi, że mnie wyśle na kurs inspektora i że będę inspektorem. Zgodziłem się i zostałem inspektorem, i nawet dość wysoko doszedłem w inspekcji. A po 30 latach poszedłem na emeryturę.

        – Pan się cały czas udzielał w naszej społeczności polskiej, bo działał Pan w SPK, budował siedzibę przy Beverley...

        – Należę do 20 pierwszych, którzy zakładali SPK w Kanadzie, Władek Turzański był, inni. Tak że właściwie byłem z tymi, którzy zakładali SPK, i w SPK pracowałem dwadzieścia parę lat prawie.

        – Tutaj widzę Krzyż Harcerski wśród odznaczeń, był Pan harcerzem w Polsce?

        – Byłem w harcerstwie. Tutaj też się udzielałem, ale jako przyjaciel harcerstwa.

        – Wtedy, kiedy harcerstwo się na Kaszubach rozwijało?

        – Tak, na Kaszubach. Budowałem tam kaplicę, tam był ksiądz Grzondziel, który już nie żyje, bardzo się udzielałem, ale serduszko mi nawaliło znowuż, tak że już musiałem uważać. Z De Havillanda się z tego powodu zwolniłem, jeszcze mogłem pracować, ale po trzydziestu latach i w tej kondycji ja i lekarze powiedzieli, idź pan na emeryturę, dosyć już tego.

        – Czy Pan wtedy myślał, że Polska się w ogóle odrodzi, że będzie Polska, czy miał Pan nadzieję, czy Pan myślał, że to będą Sowiety zawsze?

        – Ja wtedy wiedziałem, że coś powstanie, ale ja i dzisiaj nie wierzę za bardzo. To, co się dzieje obecnie, to przekracza wyobrażenie dosłownie. 

        – Panie Janie, Pan bardzo hojny dar poczynił ostatnio, przeznaczając wielką sumę pieniędzy na fundusz, który ma służyć między innymi harcerzom.

        – Tak.

        – Dlaczego takie postanowienie?

        – Dlatego że lubię harcerstwo. Sam kiedyś byłem harcerzem i po przybyciu tu też się bardzo udzielałem.

        – Co daje harcerstwo?

        – Daje życie między ludźmi, że się razem trzymają, i wyrabia charakter też. 

        – To wielki zaszczyt, że Pan zgodził się z nami rozmawiać, bo jest Pan przedstawicielem tego pokolenia, które dla Polski wszystko oddało.

        – O tak, i to na wszystkich frontach, wszędzie.

        – Czy Pan nie uważa, że ta ofiara była nadaremnie, że trzeba było inaczej jakoś, że tyle zdrady było w tym?

        – Ja uważam, że nami manipulowano. Tak samo Ameryka. Roosevelt powiedział, że Polska natchnieniem narodów, a potem ją sprzedał.

        – My jesteśmy czuli na ładne słówka. Nawet jak prezydent Trump pojechał do Warszawy, to wszystkim się bardzo podobało, jak mówił.

        – No tak, właśnie o to chodzi, że nas takie słówka biorą i najgorzej, że my wierzymy w te słówka, bo realność pokazuje zupełnie inaczej, jak realnie na to patrzeć. 

        Z mojej rodziny ja jestem ostatni Mohikanin. Jakoś mi Pan Bóg daje. Rodzice żony umarli w Polsce jeszcze, trzy siostry umarły tu, w Kanadzie, i leżą pochowane w Wilnie w Ontario, na Kaszubach. Ja tam też będę pochowany, mam już grób zapłacony, już nawet jest kamień.

        – Tam Panu się podoba, tam pachnie Polską?

        – O tak, zawsze. Ja Kaszubów lubię, z Kaszubami miałem cottage przez trzydzieści lat, tak że dobrze z nimi żyłem i uważam, że to są dobrzy, uczciwi ludzie. Tak że jak umrę, jak żona umrze, to już mamy zapewniony budynek tam, na cmentarzu.

        – W takim razie zapytam Pana jeszcze, co cennego jest w Polsce i w Polakach? Dlaczego warto być Polakiem?

        – Jedna bardzo ładna i dobra rzecz, że my wtedy, kiedy z nami jest już bardzo źle, potrafimy się zjednoczyć i coś zrobić.

        – Ale dopiero wtedy.

        – Dopiero wtedy.

        – Bardzo dziękuję za to, co Pan zrobił dla Polski przez wszystkie te lata, przez swoją młodość, bo mimo że wtedy wydawało się, że jest na marne, to nie jest na marne, to zostaje właśnie z młodszymi ludźmi, właśnie z tymi harcerzami, właśnie z tymi ludźmi, wśród których działa Fundusz Milenium, z młodzieżą, że Polska się przenosi dalej dzięki takim ludziom jak Pan.

        – Pewnie że tak, ale ja nie wiem... Może to się wyprostuje jeszcze.

        – Póki my żyjemy, tak jest w naszym hymnie, więc miejmy nadzieję. Dziękuję bardzo rozmowę.

20180227 082052 HDR        – Czy zgodziłbyś się z takim obrazem geopolitycznym, w którym służby amerykańskie czy tzw. wolnego świata dochodzą do wniosku, że po to by rozwalić Związek Sowiecki, trzeba przede wszystkim pokazać tym, którzy mają rzeczywistą władzę, czyli wojskówce tych krajów, że oni mogą się po prostu wzbogacić, że po co zajmują się tą idiotyczną ideologią, że weźcie i zróbcie sobie tutaj własne kraje, bantustany, my wam w tym pomożemy, dołączcie do naszej „rodziny narodów”, na naszych zasadach oczywiście, i do tego Polska się doskonale nadawała? Jesteśmy w przededniu marca. Ja myślę, że tutaj bardzo dużą rolę odegrał 68 rok, dlatego że w 68 roku z polskich władz wyjechało na Zachód, nie tylko do Izraela, bardzo dużo ludzi wpływowych w Polsce, którzy mieli znajomości i kontakty w Polsce. I ci ludzie zostali przewerbowani i przez CIA, i przez Mosad, po prostu złożono im różnego rodzaju dobre oferty. I to oni w latach 70. i 80. pracowali właśnie nad tym pokoleniem Petelickich, Czempińskich itd., żeby im pokazać, że tu nie ma co rwać żył dla jakiejś idiotycznej ideologii, że ten system można ładnie, że tak powiem, wziąć dla siebie i będą oni i ich rodziny mieli o wiele lepsze życie przez to. I właśnie dlatego liczył się tylko pieniądz, po prostu ich skorumpowano. To była najlepsza broń, żadna bomba atomowa nie była tak skuteczna jak korupcja, której użyto w stosunku do Polski, a później Związku Sowieckiego i byłego Związku Sowieckiego. Rozłożono to, co wydawałoby się nie do rozłożenia i nie do pokonania, no bo wiadomo, rakiety atomowe, to, tamto itd., a jednocześnie utrzymano kontrolę organizacyjną państwową nad tym systemem, czyli utrzymaniem bezpieczeństwa, bo chodziło o to, żeby rakiety, broń atomowa, różnego rodzaju substancje, środki nie dostały się na przykład w ręce terrorystów.

        – To właśnie próbuję powiedzieć, że od 84 roku, od tej podłej rozmowy wielkich późniejszych autorytetów, Geremka, Mazowieckiego, z Kiszczakiem i Jaruzelskim, ten scenariusz był później realizowany w tysiącu powieleniach. Ja analizowałem sto kontraktów, tych wielkich, od miliarda w górę, jak na budowę Stadionu Narodowego w Warszawie, który budowała spółka WSI Pol-Aqua, w której było więcej oficerów, z pułkownikiem Lichockim, który przez pewien czas był moim informatorem, kolega Komorowskiego, później okazał się prowokatorem. Stadion można było zbudować za połowę tej kwoty.

        – Ale tak jest w krajach Trzeciego Świata.

        – Tak jest w krajach Trzeciego Świata, tylko my jesteśmy w Europie i wydawałoby się, że mamy wolną Polskę, niektórym się wydawało, i że w wolnej Polsce takich rzeczy nie ma. I rzeczywiście tak robiono, tych ludzi skorumpowano. To jest ta różnica pomiędzy tym, od czego zaczęliśmy rozmowę, między służbami polskimi a rosyjskimi, gdzie też korupcja, interesy przestępcze, bandyckie itd., ale jednak zaczęto tworzyć jakiś nurt patriotyczny wielkiej Rosji. W Polsce nic takiego się nie stało. W Polsce te służby działały i działają na zasadzie właśnie wyłącznie dbania o własne interesy albo interes swoich przełożonych, tych mafijnych przełożonych. Nie mówię o przełożonych na zasadzie tych, którzy rządzą naszym krajem formalnie, tylko mówię o tych, którzy gdzieś tam z góry umożliwiają im prowadzenie tego typu interesów. 

        Andrzej Kumor: Cieszę się, że możemy się spotkać po długim czasie. Dużo się w Polsce zmieniło. Rozmawialiśmy ostatnim razem chyba przed wyborami prezydenckimi jeszcze czy już był prezydent, a jeszcze nie było rządu PiS-u. Wtedy mówiłeś o kilku warunkach, które będą takimi papierkami lakmusowymi, po których będziesz wiedział, czy ten rząd jest prawdziwie polski, czy nie. 

        To było ujawnienie Aneksu do Raportu o WSI, to była sprawa śledztwa ws. zamordowania księdza Jerzego Popiełuszki. Nie pamiętam, jaki był ten trzeci punkt, ale po tych dwóch już widzę, że coś słabo wychodzi. 

        Jak oceniasz dzisiejszą sytuację polskiego rządu? Rozmawiamy w czasach, kiedy, z jednej strony, jest ta „wojna polsko-izraelska” czy „polsko-żydowska”, czyli że Warszawa postawiła się pewnej narracji żydowskiej, ale z drugiej strony, też wiele rzeczy jest niezrealizowanych, na które ludzie czekali, zwłaszcza w tej rozliczeniowej warstwie.

        Wojciech Sumliński: Warszawa postawiła się, ale ja mam głębokie przekonanie, że postawiła się zdecydowanie za miękko i zdecydowanie za słabo. Do tego pewnie dojdziemy, natomiast jeśli chodzi o te papierki lakmusowe, to tak istotnie było. 

        Dla mnie, jako dla kogoś, kto zna Andrzeja Witkowskiego, zna jego śledztwo i wie, co jest w tym śledztwie, tam jest bomba atomowa dotycząca pokazania roli Geremków, Mazowieckich i tych wszystkich szubrawców, którzy przez wiele lat uchodzili za patriotów. Przecież Mazowiecki był pierwszym premierem wolnej, podobno, Polski. 

        To wszystko można by pokazać na kanwie sprawy wyjaśnienia wszystkich okoliczności śmierci, tego co nastąpiło później w sprawie najgłośniejszej, najbardziej tajemniczej zbrodni PRL, jaką było zamordowanie księdza Jerzego Popiełuszki. To się nie stało.

Strona 1 z 16