Goniec

Register Login

Wywiady

czwartek, 10 styczeń 2019 12:29

Destrukcja: świat, jaki znamy ma zniknąć

Napisane przez

        Dariusz Rozwadowski jest autorem książki „Marksizm kulturowy”. Jarosław Faliński przedstawia rozmowę z autorem na falach telewizji wRealu24

- Jeżeli chodzi o instytucje, to należy zacząć od instytucji międzynarodowych, ponieważ mają one zasadniczy, kluczowy wpływ na tworzenie prawa. I te instytucje zostały przez 50 minionych lat – poczynając od 1968 r. – znacząco przekształcone; można powiedzieć, opanowane przez ideologię marksizmu - to przede wszystkim Organizacja Narodów Zjednoczonych i Unia Europejska 

        Punktem zwrotnym był rok 1968. Wówczas w wyniku niepowodzenia rewolucji kontrkulturowej marksiści porzucili przemoc i rozwiązania siłowe na rzecz pokojowej rewolucji.

czwartek, 03 styczeń 2019 14:26

ROTMISTRZ PILECKI NA BROADWAY’U

Napisane przez

Realizacja polskiej polityki historycznej w Stanach Zjednoczonych jest jednym z najważniejszych zadań polskiego państwa i polskiej emigracji w Stanach Zjednoczonych. Ponieważ nie istnieje żadna sprecyzowana wizja polityki historycznej, ani nie ma stworzonych transparentnych narzędzi do jej realizacji, często zdarza się tak, że aby zaspokoić potrzebę przybliżania polskiej historii i kultury w Stanach Zjednoczonych i na świecie, problemem tym zajmują się po prostu ludzie szlachetnego serca, którzy widzą tę potrzebę i realizują konkretne zamieArzenia. Warto wymienić tu Norma Conard’a, jego uczennice z Kansas i projekt „Life In A Jar”, którym spopularyzował Irenę Sendler na świecie. Warto wspomnieć kuratorkę z Milwaukee Art Muzeum z Wisconsin, Laurie Winters, która pokazała Ameryce polskie malarstwo przez realizację w trzech ważnych ośrodkach wystawę jej autorstwa „Leonardo da Vinci and the Splendor of Poland”. W imieniu Tygodnika Solidarność chcielibyśmy Państwu przedstawić Polaka, mieszkającego w Kalifornii, który z wielkim sukcesem, sam bez niczyjej pomocy przybliża Ameryce postać wybitnego polskiego patrioty - Witolda Pileckiego. Zapraszamy na ekskluzywny wywiad z Markiem Proboszem.

Cezary Krysztopa, Waldemar Biniecki (CK, WB): Marku, urodziłeś się na Śląsku w Polsce, skończyłeś słynną „Łódzką Filmówkę”, przez 30-ci lat zagrałeś w około 60-ciu filmach w Polsce, Czechach, Niemczech, Francji, Włoszech, występowałeś i reżyserowałeś w teatrach w Ameryce, Polsce, Czechosłowacji. Filmy z tobą zdobywały pierwsze nagrody i wyróżnienia m.in. na światowej rangi festiwalach w Cannes, Wenecji, San Sebastian czy Karlovych Varach. Jak to się stało, że będąc idolem swojego pokolenia, w trakcie tak świetnie rozwijającej się kariery przeniosłeś się za ocean?

Marek Probosz (MP): W 1987 roku grałem w filmie” I skrzypce przestały grać” ko- produkcji polsko-amerykańskiej. Film opowiadał o represjach niemieckich wobec Cyganów, których część trafiła do Auschwitz. W Niemczech Zachodnich, w Hamburgu miałem dokrętki i stamtąd na zaproszenie dyrektora artystycznego American Cinemateque, Gary Essert’a, jako gwiazda z Europy Wschodniej wyjechałem do Hollywood, na 3 tygodniowe sympozja filmowców z całego świata. Mieszkając w legendarnym Hotelu Roosevelt w Hollywood, z widokiem na Chinese Theater na Alei Gwiazd, zwiedzając studia filmowe Miasta Aniołów, miałem okazję zakosztować życia prawdziwych gwiazd i mistrzów kina “Fabryki Snów”, przez 3 tygodnie spotkania z nimi były czymś normalnym, ale potem czar prysnął i trzeba było sobie zadać pytanie: co dalej? Co w moim życiu jest najważniejsze? Odpowiedź przyszła, kiedy wpatrywałem się w telewizor, gdzie w wiadomościach pokazywano strajkujących członków Solidarności, bezlitośnie bitych przez ZOMO. To był moment, w którym stało się dla mnie jasne, że nie kariera, ale WOLNOŚĆ i MIŁOŚĆ są najważniejszymi wartościami w moim życiu. Bez względu na konsekwencje, wybrałem wolność w świecie Ameryki.

Goniec: - Ojcze Adamie, to nowe dzieło Prokura misyjna chyba zaczyna nabierać pary w kotły; ludzie doceniają potrzebę misyjności Kościoła, żeby nasza wiara się szerzyła. Chciałem więc zapytać gdzie są te misje? Czasem mówi się także, że nie powinniśmy „robić konkurencji” innym; jak to więc jest z tym prozelityzmem, czy powinniśmy nawracać na naszą wiarę czy nie? 

        - Najpierw odnośnie naszej prokury misyjnej, którą prowadzę od 3 lat; cieszę się, że ma ona już swoją lokalizację, że jest tutaj właśnie na 9. Linii i Brytania Rd. w tym małym pięknym kościółku świętego Piotra. Kościół ten zresztą w swojej nazwie ma „Kościół misyjny świętego Piotra”, więc cieszymy się, że Pan Bóg nas tutaj przyprowadził. Kościół ten był budowany wówczas kiedy święty Eugeniusz zakładał zgromadzenie misjonarzy Oblatów, czyli prawie 200 lat temu, no i ma swoją historię. Budowany przez katolików z Irlandii -  zresztą tutaj ci założyciele tego kościoła spoczywają na tym małym cmentarzyku przy kościele. 

        Bardzo serdecznie zapraszam wszystkich rodaków, żeby po prostu - jak przejeżdżają - tutaj wstąpić, pomodlić się, szczególnie w tygodniu. Oczywiście kiedy jestem na miejscu, bo ten kościół jest otwarty tylko wtedy kiedy jestem tutaj, a bardzo dużo podróżuję. 

        Jeżeli chodzi o wzrost tej działalności; uważam, że nie robimy nic innego, jak to, o co prosił Chrystus w czasie kiedy wstępował do swojego Ojca - mówił: idźcie na cały świat i nauczajcie wszystkie narody, udzielając im chrztu „W Imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. I my, misjonarzy Oblaci czynimy to od ponad 200 lat. Jesteśmy dzisiaj w prawie 70 krajach świata, jest nas niestety już trochę mniej niż 4000, kiedyś było nas więcej, teraz mamy coraz mniej powołań, ale w tych krajach misyjnych właśnie mamy dużo powołań; w Afryce, w Azji, nawet w tych krajach, gdzie chrześcijanie są prześladowani, gdzie nawet prześladowane jest samo Boże Narodzenie i święta katolickie ze względu na to co chrześcijanie chcą przeżywać, to się im to utrudnia, więc my idziemy głosimy, no i tutaj, w tych krajach lepiej rozwiniętych organizujemy pomoc dla naszych misjonarzy w krajach III Świata. 

        - Bo wiadomo, że ta pomoc tam bardzo dużo znaczy i jak gdyby więcej kupuje? 

        - Nie chodzi tylko o pieniądze, nie chodzi tylko o środki materialne; przede wszystkim chodzi o modlitwę, my przede wszystkim wzywamy ludzi świeckich, naszych przyjaciół, przyjaciół misji oblackich do modlitwy w intencji misjonarzy i misji, aby oni mieli siłę, by tam trwać mimo różnych przeszkód, a ci ludzie, którym głoszona jest Dobra Nowina, by otwierali swoje serca i by te serca były żyzną glebą, właśnie jeżeli chodzi o przyjęcie Dobrej Nowiny, więc dlatego prosimy najpierw o to. 

        Oczywiście, pomoc materialna jest bardzo ważna! Żebyśmy tam mogli budować szkoły katolickie, żebyśmy tam mogli budować kościoły w tych biednych wioskach, w buszu, czy to w Afryce, czy na Madagaskarze, czy Azji, i żebyśmy mogli budować studnie, aby ci ludzie mogli mieć czystą, zdrową wodę do picia i szpitale. To przede wszystkim. 

        Nie idziemy wyłącznie z Ewangelią, ale pokazujemy tym ludziom, jako misjonarze, co to znaczy kochać Boga i kochać drugiego człowieka; że ta miłość musi się ucieleśniać. Że miłość musi być konkretna, że nie wystarczy tylko o miłości mówić, ale trzeba pokazać jak kochać, właśnie pomagać drugiemu człowiekowi.

        - Gdzie misje są najtrudniejsze?         

        - Każdy misjonarz, który przyjeżdża z pola misyjnego, mówi że u niego są najtrudniejsze.

        Oczywiście, tutaj na Dalekiej Północy Kanady są bardzo trudne, z różnych względów, nie tylko warunków atmosferycznych, ale także uważam największe trudności są w krajach muzułmańskich, gdzie rzeczywiście misjonarze i chrześcijanie są prześladowani i gdzie codziennie giną. 

        Codziennie mamy męczenników za wiarę i my tutaj w tych krajach rozwiniętych nawet sobie nie zdajemy sobie z tego sprawy i nie jesteśmy wdzięczni Bogu, za to że możemy wyznawać Pana Boga całym sercem, otwarcie i że nikt nas za to nie karze, a przynajmniej nie ma jakiegoś niebezpieczeństwa utraty życia. 

        Wiemy, że można za prawdy chrześcijańskie katolickie iść do więzienia i tutaj w Kanadzie mamy bardzo dobry przykład właśnie tej kochanej niewiasty, która nieustannie tam wraca właśnie ze względu na to w co wierzy i w co wyznaje, ale tam ludzie giną, tam się odbiera ludziom życie i tam się ludzi męczy. To są męczennicy za wiarę XXI w.

        - Ojcze Adamie, na koniec, czego życzyć w ten piękny czas Świąt Bożego Narodzenia, czego można życzyć prokurze misyjnej i misjonarzom? Czego najbardziej potrzeba? 

        - No, na pewno Bożego Błogosławieństwa. Bo o oto się modlimy i tego sobie najpierw życzymy, bo jeżeli będzie nam towarzyszyło Boże Błogosławieństwo; jeżeli będziemy wchodzić w obecności Mocy Ducha Świętego, no to też będziemy potrafili pokonywać różne trudności życiowe w rodzinach, w małżeństwach, my w życiu kapłańskim, życiu parafialnym, no i oczywiście na misjach. A więc niech nam to Boże Błogosławieństwo towarzyszy, niech Jezus, który rodzi się nie gdzieś tam tylko w Betlejem, ale rodzi się również w naszych sercach, żeby odnowił naszą miłość, aby nam dał siłę, abyśmy mogli Go na co dzień naśladować.

        - Dziękuję bardzo, Wesołych Świąt.

        - Wesołych Świąt, szczęść Boże.  

(ak) 

tyminskiGoniec: Panie Stanisławie spotykamy się więcej raz na 2 lata i rozmawiamy o rzeczach najważniejszych, czyli głównie o Polsce. Chciałbym właśnie zacząć od Polski, bo jak gdyby mamy schizofrenię, z jednej strony, według oficjalnej propagandy rządowej wszystko jest prawie, jak za Gierka; ludziom żyje się dostatnio, a będzie jeszcze lepiej. 

        Polska zresztą ma bardzo dobre wskaźniki gospodarcze, chwali się wzrostem PKB. 

        Z drugiej strony, jest też dużo problemów bo wprawdzie części ludzi się powodzi, ale inni wyjeżdżają za pracą. Pojawiają się też problemy związane z napływem taniej siły roboczej z Azji. Ukraińcy przestają już być tak tani jak poprzednio więc sytuacja pod względem społecznym zaczyna się zmieniać. Czy Pan sądzi – cały czas wszystkich o to pytam - czy w Polsce jest jakaś nadzieja na to, że Polacy odzyskają Polskę dla siebie? To znaczy że Polska stanie się krajem podmiotowym, a nie że będzie rządzona przez przedstawicielstwa innych interesów, jak to ma miejsce do tej pory? 

Stanisław Tymiński: Niestety, muszę powiedzieć, że straciłem wszelkie nadzieje, że w Polsce będzie lepiej, że Polska będzie krajem suwerennym. Wszelkie doświadczenia ostatnich 30 lat pokazują na to, że Polska jest krajem uzależnionym, głównie od interesów zagranicy,  ale najgorsze jest to, że Polacy nie chcą mieć własnego kraju. I to jest tragiczne. Jeśli naród nie ma siły woli, aby ona spełniła się w postaci suwerennej Polski to tej suwerennej Polski nigdy nie będzie. Bo o suwerenną Polskę trzeba walczyć, trzeba o nią dbać, trzeba ją pielęgnować i trzeba się nią opiekować, a niestety Polacy nie są do tego zdolni. 

czwartek, 20 grudzień 2018 12:31

Rok pełen niespodzianek

Napisał

Przy okazji inauguracji nowego biura wyborczego Natalii Kusendovej, rozmawialiśmy z posłanką okręgu Mississauga Centre o mijającym roku.

        Goniec: To chyba był dla Pani rok  pełen niespodzianek?

        Natalia Kusendova MPP - Tak zdecydowanie.

        - Co najbardziej zaskoczyło? 

        - Wiele rzeczy, ale byłam bardzo zadowolona, że nasza partia zdobyła większość w rządzie prowincyjnym; uważam, że wykonaliśmy przez minione 6 miesięcy bardzo dużo pracy dla Ontario, aby przywrócić odpowiedzialność fiskalną. Jak wiemy, mamy bardzo duży deficyt budżetowy... 

Arkadiusz Kamiński jest szefem AK Motor Polska i pomysłodawcą wskrzeszenia marki samochodu Syrena. Od lat mieszka w Toronto, gdzie pracował jako projektant wzornictwa przemysłowego. Swój pomysł rozpoczął od pozyskania praw do marki samochodu od oryginalnego producenta. Od tamtej pory powstało szereg projektów nowej syreny. Wykonany też został egzemplarz rajdowy samochodu. Realizacja produkcji napotyka jednak na różne trudności. Jedną z nich jest nieuczciwa konkurencja ze strony innych firm polskich - jak się okazuje, bardziej ustosunkowanych, wspieranych przez państwowe dotacje, mimo nieposiadania praw do znaku i marki...

 

Goniec: Pan dysponuje chronionym znakiem towarowym i nazwą „syrena”? Czy ktoś inny może go używać?

Arkadiusz Kamiński: Znak jest chroniony i zarejestrowany. Firmy z Kutna złożyły jednak podanie o ten sam znak towarowy i walczą z nami, żeby ten nasz znak towarowy wygasić.

W oparciu o to, że Pan nie rozwinął produkcji? Jak to można wygasić znak towarowy?

- Było to rozpatrywane przed europejskim urzędem patentowym EUIPO i zapadł wyrok, że jednak znak był używany, że ten samochód, który wyprodukowaliśmy i daliśmy na rynek jest do zamówienia, spelnia zapotrzebowania prawne

- Mówi Pan o syrenie z silnikiem Mitsubishi?

- Tak Syrena Meluzyna R, do której możemy wstawić różne silniki, nie tylko z Mitsubishi.

- W takim razie zacznijmy opowieść od początku, zacznijmy od tego, że Pan znalazł partnerów w Polsce do produkcji. Bo cały czas jest to pana „dziecko”.Syrena to jest jedyna marka, polska marka motoryzacyjna i w oparciu o tę markę można rozwinąć cały przemysł motoryzacyjny Polski.
- Dokładnie tak.

- I taka marka mogłaby uczynić z polskiej gospodarki nie tylko uzupełniającą gospodarkę dla niemieckiej, bo w Polsce mamy bardzo dużo montowni, tylko zrobić polski samochód i na bazie tego samochodu można byłoby rozwijać cały szereg modeli.

- Udało mi się zainteresować tym wiele ludzi, mnóstwo firm i inwestorów. Jednak, kiedy inwestorzy dowiadywali się, że są firmy, które chcą wziąć sobie prawa do marki bez pozwolenia, to uznawali, że to niepewna sytuacja. Byliśmy zobowiązani do powiedzenia partnerom i inwestorom prawdy o tej sprawie. Są to naturalne konsekwencje. Kiedy nawet narodowe instytucje pomagają firmom, które nie mają prawa do Syrenki, aby wybudować Syrenkę, to czego się można spodziewać?

- Że jest jakiś problem prawny związany z tą inicjatywą, że są ludzie, którzy chcą skopiować Pana pomysł?

- Nie tylko to, ale że Narodowe Centrum Badań i Rozwoju właśnie te firmy dofinansowało.

- Mówi Pan o firmie z Kutna?

- Tak AMZ Kutno i ich partnerze Polfarmex.  Teraz nawet główny udziałowiec firmy Polfarmex założył firmę Fabryka Samochodów Osobowych Syrena w Kutnie. To jest to nie do wiary, lecz taka jest prawda. NCBR rozdał im ostatnio ponad 7 milionów zł.

- Tam były jakieś wojskowe zakłady które remontowały sprzęt. Oni mieli dojście do pomocy rządowej, a Panu odmówiono tej pomocy?
- Odmówiono.

- Czym to motywowano?

- Tym, że planujemy zbyt małą produkcję - około 1000 samochodów rocznie, tymczasem „Fabryka Samochodów Osobowych Syrena” w Kutnie planuje początkowo podobną liczbę, a dostali dofinansowanie.
W naszej aplikacji do NCBR - to było w roku 2016 czy 2017- pokazaliśmy nasz certyfikat własności praw do zarejestrowanego znaku towarowego Syrena wydanego przez EUIPO. 

- Certyfikat prawa do znaku Syrena, który Pan uzyskał z poparciem pierwotnego producenta?
- Tak mamy certyfikat od EUIPO (European Union Intellectual Property Office - red.) to jest urząd patentowy i poparcie od samego pierwotnego producenta.

- Pan odniósł wrażenie, że państwa konkurencja miała tak zwane lepsze „dojścia” do władz w Polsce i w związku z tym uzyskała fundusze państwowe?

- Myślę, że jest to całkiem możliwe, ale to co nam zrobili, to było działanie przeciwko całej Polonii.

- Potraktowali Pana jak cudzoziemca?

- Jakbym nie był Polakiem! Proszę pana, mój ojciec był w Solidarności!

- Pan ma polski paszport?

- Mam dowód osobisty. Mój Ojciec był internowany za to, że chciał wolności dla Polski i w 1982. roku nas wypchnęli z kraju. Dostaliśmy paszporty w jedną stronę i byliśmy wygnani.

- I Pan chce wrócić do Polski i coś tej Polsce dać; przywiózł pan swoje oszczędności, swoje umiejętności i swoje tutejsze kontakty?

- Jestem patriotą, zostałem wychowany w takim domu i przez to chciałem zrobić coś dobrego dla Polski. Moje umiejętności, jako projektanta wykorzystałem w takim sensie, że stworzyłem nową syrenę.
W 2013 czy 2014 roku NCBR po raz pierwszy przekazało firmie AMZ Kutno i ich partnerom Polfarmex 4,5 mln zł, żeby wyprodukowali „Syrenkę”. A wtedy już się ludzie z NCBR ze mną skontaktowali i pytali, czy w tym nie będzie jakiegoś problemu.
Powiedziałem, że jeśli będzie współpraca z nami, to takie pieniądze by się przydały, ale pieniądze nie powinny być tam tak rozdawane bo nie ma żadnej współpracy, a wiadomo że nazwa „Syrenka” jest jednolita z nazwą „Syrena”.
Tymczasem firma z Kutna złożyła wniosek do EUIPO, aby wygasić mó jznak towarowy, bo dostali pieniądze, żeby produkować „Syrenkę” i to by było w konflikcie z tym że ktoś inny ma znak towarowy „Syrena”.
Walczyli ze mną, walczyli no i przegrali przed EUIPO. Wówczas ich partner złożył podobny wniosek przeciwko nam i ta procedura dalej się toczy. 27 lipca zapadł wyrok uznający, że jednak wykorzystaliśmy ten znak towarowy prawidłowo i że prawa do nazwy „Syrena” pozostają ze mną. W tej chwili toczy się procedura apelacyjna.

- Pan opracował bardzo wiele modeli tej syreny w różnych wariantach. Kiedy można spodziewać się że ten samochód pojawi się na drogach?

- Są samochody dostępne na zamówienie jest to syrena meluzyna R. Są zamówienia na ten samochód, z tym, że ci, co zamówili, trochę czekają – do momentu, aż cała ta sytuacja prawna się zakończy. Więc powstaje pytanie – dlaczego organy państwowe rozdają pieniądze firmom, które używają cudzych znaków towarowych?!
Myślę, że do momentu, kiedy ta sprawa się nie rozwiąże, to szersza produkcja, do której dążymy jest utrudniona.
Byliśmy już bliżej produkcji, ale kilku partnerów odsunęło się od projektu.Uczestniczyliśmy w ElectroMobility Poland.

- Właśnie o to chciałem zapytać, bo przecież taki samochód jak Syrena doskonale nadaje na hybrydę czy auto elektryczne.

- Oczywiście, że się nadaje. Możliwości użytku nazwy i marki Syrena dla ElectroMobility Poland były dyskutowane, ale ostatecznie nie zostało wykazane zainteresowanie ze strony agencji państwowej.

- Nie ma zainteresowania, by ten elektryczny samochód nazywał się Syrena?

- Na to wychodzi. Stworzyliśmy Konsorcjum i były w nim podmioty, które uczestniczyły razem z nami w postępowaniu konkursowym. No i efektywnie wygraliśmy. Dostaliśmy pismo od Electromobility Poland, że zostaliśmy wybrani do kontynuacji projektu. No i na tym koniec!

- Czy Pan nie odnosi takiego wrażenia, że to wszystko jest związane z tym, że Pan jest człowiekiem z zewnątrz, i stanowi zagrożenie dla układów, które tam funkcjonują?

- Myślę, że jest dokładnie tak. I niestety, to wszystko trzeba zmienić, bo tak dalej być nie może.
Nie mogą instytucje państwowe rozdawać pieniędzy firmom, by produkowały samochody pod marką, która nie należy do nich, zdając sobie sprawę, że ta marka należy do kogoś.
Nawet, gdyby była taka sytuacja że nasz znak towarowy upadłby w przyszłości, to fakt jest taki, że Narodowe Centrum Badań i Rozwoju przekazało tym firmom pieniądze w momencie, kiedy ten znak towarowy był zarejestrowany i aktywny.

- Bezprawnie, z naruszeniem ochrony znaku towarowego?
- Nie mogę komentować wątku naruszenia moich praw, muszę to pozostawić sądom, ale mogę powiedzieć, że firmom z Kutna nigdy nie udostępniłem licencji, ani nie dałem pozwolenia do wykorzystania naszego znaku towarowego „Syrena”.
Nie ma żadnej relacji pomiędzy nami, a tamtymi firmami.
Ostatnio Centralne Biuro Antykorupcyjne w Polsce zajrzało to tego projektu, bo dostali 4.5 mln złotych, żeby wyprodukować te „Syrenki” – no i ich nie wyprodukowali. Tłumaczą się brakiem dostępu do silnika i tak dalej. Ale prawda jest taka, że nie mają praw do wykorzystania nazwy „Syrena”.

- Czy Pan próbował zainteresować tą kwestią polityków w Polsce? Jest Naczelna Izba Kontroli, jest wiele instytucji, które mają na celu zapobieganie tego rodzaju sytuacjom.

- Tak, wielokrotnie takie sytuacje miały miejsce. Ale pozwolę sobie jeszcze wrócić do poprzedniej kwestii – że CBA zajęło się sprawą projektu „Syrenki”. W tym samym dniu, kiedy to zostało ogłoszone, skontaktowała się z nami firma Polfarmex. Jej właścicielem jest ten sam człowiek, do którego należy Fabryka Samochodów Osobowych Syrena w Kutnie. W tym samym dniu, kiedy informacja o kontroli pojawiła się w mediach, prawnicy tej firmy zaproponowali naszym prawnikom ugodę. Moje podejście było jasne – byłem skłonny do pojednania, bo to, co się teraz dzieje to jest ogromna strata czasu. Mogliśmy tyle osiągnąć, gdybyśmy współpracowali. I nasi prawnicy wystosowali do nich pismo, że jestem skłonny do ugody, jeśli oni wyciągną swoje podania na znaki towarowe „Syrena”, których jest już kilkanaście.

- W Polsce czy przed urzędem europejskim?

- Przed oboma. „Syrena”, „Syrenka”, „Syrenka Bis”, i różne mutacje nazwy. Jak dotąd nic się nie wydarzyło, procedura apelacyjna toczy się dalej, i zobaczymy, jaki będzie jej wynik.
Kontaktowaliśmy się wielokrotnie z różnymi ministerstwami w Polsce – m.in. z Ministerstwem Rozwoju czy z Ministerstwem Spraw Zagranicznych – i w poprzedniej, i w obecnej kadencji rządowej. I nie sądze, że rządy są winne tej sytuacji, to raczej sprawa NCBRu. Komplikacje pojawiają się w tej instytucji.
Przedstawiliśmy to wszystko w Ministerstwie Rozwoju – ale oni przysłali mi email, że ta sprawa nie jest aż tak ważna, by ją przedstawiać panu premierowi.
Pan Premier zrobił wiele dobrych rzeczy dla Polski – bo oczyścił wiele instytucji. Ale pozostało jeszcze dużo pracy. Jak można pozwolić na to, by NCBR – jedna z głównych instytucji kraju rozdawała pieniądze firmom i ludziom, którzy nie mają żadnych praw, by te pieniądze otrzymać?!

- Pan się skarżył, ale sprawa nie doszła odpowiednio wysoko?
- Tak próbowałem interweniować w ministerstwach, również zainteresować tą sprawą ambasadę w Ottawie. Odwieszano słuchawkę, nie odpowiadano na moje emaile.

- Czuje się Pan jak obywatel drugiej kategorii?

- Niestety, jest to słuszne określenie. Ja i moja rodzina byliśmy wygnani z Polski za to, że chcieliśmy Polski wolnej. Dziś, choć mieszkam poza krajem, nadal chcę robić coś dobrego dla Polski, przysłużyć się jej. I tak właśnie jestem traktowany – jak osoba drugiej kategorii.

- Z jednej strony administracja państwowa w Polsce zachęca, abyśmy reemigrowali do Polski, inwestowali w niej nasze zarobione na emigracji pieniądze, napędzali swoją inicjatywą polską gospodarkę, a z drugiej strony człowiekowi, który tak właśnie działa i robi to, czego się od niego oczekuje – rzuca się kłody pod nogi. I faktycznie Pan jest na pozycji przegranej?

- Liczę na to, że nasza sytuacja nie jest do końca przegrana. Jestem Polakiem, więc jedną z moich cech jest upór. My się nie poddamy, bo, po prostu to co zrobiliśmy, jest lepsze. I mamy do tego prawo. I nasz projekt może naprawdę pomóc Polsce. Znamy wielu polskich bohaterów, którzy pokonali naprawdę poważne trudności i nigdy się nie poddali. My też się nie poddamy.

- Jakby Pan mógł porównać te dwa projekty?

- Nie byłoby eleganckie krytykować technologię konkurencji. Powiem tylko tyle, że nasz projekt wykorzystuje polską tradycję designu. Można sobie powiedzieć, że takiej tradycji nie ma, ale to nie jest prawda. W czasach biedy, w czasach komunizmu firmy nie miały wielu zasobów, więc budowało się jak najwięcej wersji z jednej platformy. I wtedy taki samochód mógł być używany jako osobowy, towarowy czy rolniczy. To jest polska tradycja motoryzacyjna i designerska, którą powinno się kontynuować.
Zaprezentowaliśmy samochód, który może być projektowany w różnych wersjach: jako auto osobowe, dostawcze czy przydatne do pracy na farmie.
Polska tego potrzebuje. To, co robi Electromobility Poland jest moim zdaniem niebezpieczne. Jeśli oni wykorzystają tę technologię która była zaprezentowana przez nasze Konsorcjum (uznana za najlepszą w Polsce) gdy z tego wyjdzie jeden polski samochód, narodowy – wtedy się koło zamyka, wracamy do tego samego punktu, z którego wyszliśmy – nie ma konkurencji, jest jeden typ samochodu, wyprodukowany przez rząd. Nie ma tego czynnika napędzającego normalną gospodarkę. Gdzie działalność wolnego rynku? My spodziewaliśmy się, że z takiego konkursu wyłoni się parę różnych samochodów.

- Jest to o tyle dziwne, że rząd Premiera Morawieckiego podkreśla innowacyjność, kładzie nacisk na nowe technologie które mają wejść na rynek, i mówi o polskich firmach w opozycji do firm zagranicznych. Pan czuje się, jakby potraktowano Pana firmę jako niepolską, więc konkurencyjną?

- Tak, zostaliśmy potraktowani zupełnie, jak cudzoziemcy, a moja firma jest zarejestrowana w Polsce i posiada polski kapitał.
Ale kontynujemy projekt. I powiem tak:
- Panie Premierze – jeśli Pan to czyta, to Pan wie, że w Pana kadencji i w poprzedniej kadencji Narodowe Centrum Badań i Rozwoju rozdało pieniądze firmom, żeby produkowały samochody, a te firmy używają bez pozwolenia znaku towarowego „Syrena” lub „Syrenka”. Pan wiele rzeczy poprawił już w przemyśle polskim, wiele instytucji narodowych zostało naprawionych. Czy Pan weźmie się za Narodowe Centrum Badań i Rozwoju? Czy Pan poprawi to, co było już zrobione? I czy my zostaniemy przeproszeni za to, że tyle pieniędzy państwowych zostało wydanych na „Syrenkę”? Poprzednia kadencja nie ma szans już poprawić swoich błędów. Pan Premier jeszcze dziś ma prawo i szansę, aby poprawić błąd popełniony przez NCBiR za kadencji PIS. Czy Panu zależy na współpracy z Polonią, czy Polonia ma być traktowana przez Pana Premiera jak obywatele drugiej czy trzecie klasy? Takie jest moje pytanie.

Mamy obowiązek, aby tę rzecz kontynuować. Przedstawiliśmy to co się stało ludziom, którzy wykazali zainteresowanie w zamówieniu samochodu tłumacząc, że rozwój jest opóźniony w związku z tym że toczą się różne sprawy. Te sprawy trzeba rozwiązać, ale nasza Firma angażuje się też w inny projekt; będziemy chcieli stworzyć nowy kanadyjski samochód

- Elektryczny?

- Niekoniecznie, choć jest to możliwe

- Kanada cierpi na tę samą chorobę na którą cierpi polski przemysł motoryzacyjny; nie powstała tutaj żadna marka, mimo tak wielkiego przemysłu motoryzacyjnego.

- Myślę, że Kanada wreszcie się obudziła. Jest jeden, jedyny sposób aby zagwarantować przyszłość motoryzacji w jakimkolwiek kraju. I to jest to, żeby ten kraj miał swoją własną markę samochodową. Po naszej stronie tutaj to będzie marka która się nazywa canu. Za dużo na ten temat nie mogę jeszcze powiedzieć. Jest pan pierwszym dziennikarzem, który o tym słyszy.

- Czy pod tą nazwą będzie sprzedawany samochód?

- Tak, jeśli uda nam się przejść przez to, przez co musimy przejść...

- Na rynku motoryzacyjnym bardzo agresywnie zachowuje się kapitał chiński, czy to w Wielkiej Brytanii, gdzie kupił kilka marek, chińskie jest dzisiaj Volvo; nie myślał Pan żeby kapitał chiński wszedł w tego rodzaju koncepcje, jak canu w Kanadzie czy Syrena w Polsce? Chińczycy są największy producentem aut na świecie...

- Myślę, że temat nie jest zamknięty. Jako patrioci najpierw daliśmy szansę Polakom i rządowi polskiemu, aby uczestniczyć w tym projekcie, jeśli rząd, czy narodowe instytucje stworzą taką sytuację, że polscy inwestorzy nie będą mogli inwestować w nasz projekt, będziemy zobowiązani do tego, aby kontynuować prace z kapitałem zagranicznym. Ale wtedy niech ci politycy odpowiedzą społeczeństwu dlaczego słynna polska marka samochodowa nie wykorzystuje polskiego kapitału; dlaczego stworzyli taką blokadę ?

- Czuć w Pana głosie rozgoryczenie tym, jak pan został potraktowany przez polskie władze.
Nie tak dawno w listopadzie odbył się zjazd Polonii w Warszawie i tam właśnie mówiło się o szkołach polskiego, o sympatii dla Polski no i o inwestycjach; chodzi o to żeby ludzie, którzy mają tutaj pieniądze mają wiedzę, są pracownikami wielkich korporacji posiadają różne kontakty, żeby ci ludzie przyjechali do Polski i pomogli. Pan właśnie to robi i napotyka na ścianę oporu...

- Myślę, że gdy ktoś taki jak ja, Polak mieszkający za granicą próbuje zrobić jakiś mniejszy projekt no to może dostanie jakąś pomoc ale gdy bierze się za projekt, który jest jednym z największych możliwych projektów, to w takiej sytuacji podejście no, no, no, to jest zarezerwowane dla Polaków z Polski. W Polsce jest 38 mln Polaków, następne 20 mln jest poza granicami Polski.
Jeśli Polska ma odnieść sukces to musi eksportować swoje towary. A kto jest importerem właśnie tych produktów? Polacy mieszkający za granicą!

- Kto jest pierwszy do tworzenia sieci sprzedaży, do przekazywania kontaktów, znajomości rynku... Diaspora może być siłą tak jak chińska diaspora jest siłą czy portugalska, nie mówiąc już o żydowskiej. To jest tak że Polska jest silniejsza diasporą, a gdy Polska jest silnym krajem, z którym się wszyscy liczą, to dla nas też jest lepiej.

- Jeśli rząd Polski nie wspiera Polonii, Polska nie będzie mogła odnieść takiego sukcesu na jaki zasługuje. Potrzebna jest współpraca między Polską a Polonią. To co my robimy, to jest projekt naczelny i to jest największy przykład czegoś takiego to jest największy projekt, bo to jest samochód - najsłynniejsza polska marka samochodowa i jeśli rząd Polski tak nas traktuje, jeśli tak nas traktują instytucje to jaki to jest przykład dla innych?
Tę prawdę trzeba przedstawić ludziom.To trzeba zmienić, trzeba to wyświetlić i wtedy wszystkie karaluchy się rozpierzchną. To trzeba poprawić, nie można się poddawać

Dziękuję bardzo za rozmowę

rozmawiał Andrzej Kumor



 

 

        Andrzej Dąbrowski to przedstawiciel młodego pokolenia Polonii z fali „solidarnościowej” imigracji, ludzi ci wchodzą dzisiaj w różne drogi kariery. Andrzej Dąbrowski, jest nauczycielem, agentem real estate, a obecnie zamierza  zdobyć nominację na kandydata federalnej Partii Konserwatywnej w okręgu Mississauga Center.

Andrzej Dąbrowski: Chciałbym skorygować, tak jestem tą drugą generacją, ale przyjechałem w latach osiemdziesiątych, jako sześciolatek jeszcze z rodzicami przez Grecję.

        Ostatnio nawet pytałem się w jaki sposób oni tutaj dotarli, kto im pomógł i  czy to było na refugee czy też jakaś inna forma emigracji? Nie byli refugee, musieli od razu pracować na wszystko, oddać pieniądze rządowi za bilet, zaczynali od tych prostych prac, nie było to łatwe. 

Dr Jan Przybył, doktor teologii, przez 18 lat wykładał historię Kościoła i historię kultury polskiej w Chrześcijańskiej Akademii Teologicznej w Warszawie. Autor 2 książek o Kamieńcu Podolskim, pilot wycieczek na Kresy. Specjalność: Historia Kościoła (zwłaszcza dzieje duchowości), historia kultury polskiej (zwłaszcza myśl religijna i filozoficzno-społeczna polskiego Romantyzmu i kultura polska na Kresach południowo-wschodnich dawnej Rzeczypospolitej), myśl teologiczna i filozoficzna Mikołaja Bierdiajewa.

Andrzej Kumor: - Panie Janie, jest mi niezwykle miło przywitać Pana w mieście, w którym trochę życia spędziłem, które świadczy o historii Polski, o tysiącletniej historii Polski i o jej wielkości. Pan się historią Polski zajmuje, jesteśmy w przededniu 100-letniej  rocznicy odzyskania niepodległości, jak by Pan ocenił sytuację narodu polskiego dzisiaj. Co to jest za naród? I czy rzeczywiście jesteśmy dzisiaj niepodlegli w takich kategoriach, ja wtedy w 1918 r., jacy są dziś Polacy? 

        - Przede wszystkim fajnie, że się wreszcie spotykamy „w naturze”, a nie gdzieś tam oglądamy się nawzajem w Internecie. 

        Moje opinia jest oczywiście skrajnie subiektywna. Ogólne wrażenie jest takie, że mamy dzisiaj do czynienia z czymś absolutnie innym niż ten byt, który się narodem nazywało się 100 lat temu. To jest zupełnie coś innego, to jest zupełnie inna jakość.

Andrzej Kumor:  Panie Stanisławie spotykamy się rokrocznie przy okazji Święta Niepodległości. Chciałem w związku z tym zapytać o kondycję narodu polskiego. Pan często powtarza, że jesteśmy narodem, który zamieszkuje teren Polski wraz ze wspólnotą rozbójniczą jak to pan określa, wspólnotą, która chyba jednak jest od tego narodu o wiele silniejsza; ma dostęp do środków przekazu, ma pieniądze. Czy pan uważa że jesteśmy świadkami schyłku narodu polskiego, tego narodu który wyrasta z literatury, z historii?

Stanisław Michalkiewicz: Ja go nazywam historycznym narodem polskim. On w tej chwili przechodzi pewien kryzys, ale ja bym tego nie nazwał schyłkiem, bo bywały w historii Polski momenty, nie tylko Polski, w których narody podupadały, ale potem się podnosiły i nawet dochodziły do świetności. 

 

Potrzebujemy Twojego wsparcia


        Siła tej polskojęzycznej wspólnoty rozbójniczej nie wypływa z niej samej, tylko wypływała i wypływa z poparcia państw ościennych, którym ona się cieszy. Tak, jak w latach czterdziestych i pięćdziesiątych i aż do zakończenia PRL-u polskojęzyczną wspólnotę rozbójniczą wspierał Związek Sowiecki, no to teraz wspierają ją nasi sojusznicy, przede wszystkim Niemcy, które mają wobec Polski i wobec narodu polskiego swoje plany, nie zawsze zgodne z naszymi intencjami, ambicjami i celami narodowymi, tego historycznego narodu polskiego. 

piątek, 26 październik 2018 16:30

Musimy odrobić lekcję Gietrzwałdu

Napisał

        Rozmowa z Grzegorzem Braunem, wybitnym reżyserem dokumentalistą, publicystą, byłym kandydatem na prezydenta Polski.

Goniec: Grzegorzu, tak się składa, że chyba rok temu rozmawialiśmy w Warszawie na temat filmu „Luter”, z którym jesteś dzisiaj tutaj w Toronto. Wtedy rozmawialiśmy o pejzażu duchowym Europy o tym, jak protestantyzm wpłynął na ideologie Europy. 

Grzegorz Braun: Rok zaledwie minął i dzisiaj nie byłoby już o czym rozmawiać, bo już temat jest zaorany... 

 

Prosimy o pomoc!

 

        No „pejzaż duchowy Europy” to jest chyba oksymoron, czyż jest jeszcze coś takiego jak Duch Europy, duchowość Europy? W każdym razie dzisiaj jesteś też tutaj dlatego że robisz nowy film; film o Gietrzwałdzie, czyli o pejzażu duchowym Polski tym razem. 

        G. B.: Polski, i świata, to jest film o niedoszłej wojnie światowej i odwołanym powstaniu, które byłoby jednocześnie ostatecznym samozaoraniem sprawy polskiej w roku 1877. Jestem tu w Toronto, żeby zrobić wywiad z jednym z najwybitniejszych ekspertów tej epoki; ze specjalistą do spraw pruskiej dyplomacji i militariów tamtej doby. 

        - Może zacznijmy po kolei, bo myślę, że w ogóle sprawa Gietrzwałdu nie jest upowszechniona, że wiele ludzi o tych objawieniach ma takie mgliste pojęcie, a chyba jest to jedno z najważniejszych objawień dla narodu polskiego? 

        - W Polsce to jedyne takie zdarzenie, które uzyskało certyfikat autentyczności, potwierdzenie ze strony władzy duchownej. Kościół  katolicki na szczęście nigdy się nie spieszył z proklamowaniem czyjejkolwiek świętości, dopiero w ostatnich dekadach to się zmieniło i przyspieszyły procesy kanonizacyjne; niewątpliwie, ze szkodą dla jasności komunikatów; dla dochodzenia prawdy o faktach, bądź co bądź, a nie wrażeniach. 

        Podobnie z objawieniami. W Polsce objawień maryjnych było – chwała Bogu – bez liku, a w każdym razie sporo, a tylko wydarzenia w Gietrzwałdzie są tak dobrze udokumentowane. Zostały tak dobrze opisane jeszcze w czasie trwania tych nadzwyczajnych zdarzeń, latem 1877 r., że 100 lat później władza kanoniczna, dekretem bp Drzazgi na stulecie objawień mogła właśnie ex cathedra ogłosić, że rzeczywiście to, co tam się zdarzyło przekracza ramy normy fizykalnej i ludzkiego pojmowania. No i w związku z tym jest to odpowiedź na pytanie,co takiego wyjątkowego w Gietrzwałdzie. No właśnie to wyjątkowe, że nie ma precedensu. 

        - A dlaczego łączysz Gietrzwałd z polityką, Z historią Polski, mówisz, że to zapobiegło kolejnemu powstaniu. Powstania polskie, były swego rodzaju odchodzeniem od Pana Boga, były bardzo często  zrywami rewolucyjnymi, jacyś Karbonariusze…

        - Jednoznacznie, to był po prostu front rewolucji światowej, z Polakami jako agentami, albo pożytecznymi idiotami. 

        - Polacy przy okazji tej rewolucji usiłowali mieć nadzieję na to, że będą mieli własne państwo... 

        - No właśnie tak masoneria to Polakom wmówiła, że „z Bogiem, a choćby mimo Boga”; jak idziemy do Polski równym krokiem, to wszystko nam wolno i że w związku z tym sprawa Polska i sprawa katolicka to są sprawy o rozłączne, a może nawet przeciwstawne. To wmówienie, trwa do dzisiaj. 

        Tymczasem, to nie jest moja opinia, tylko zdanie Fryderyka Engelsa wypowiedziane w latach siedemdziesiątych XIX wieku. Engels wówczas pisał: „na Polaków zawsze możemy liczyć”. Oczywiście, miał na myśli sprawę rewolucji światowej. 

        Polacy i powstania w Polsce z punktu widzenia Marksa i Engelsa, bo nie było większych fanów polskich powstań narodowych niż Marks i Engels - oni studiowali te sprawy, pasjonowali się tym, miały odegrać rolę zapalnika wielkiej wojny kontynentalnej, światowej, a bez tej wojny – doskonale wiedzieli – że sprawa rewolucji proletariackiej nie zwycięży. 

        I otóż, taka nadzieja zarysowała się właśnie po raz kolejny w roku 1877., kiedy to w toku wojny rosyjsko-tureckiej dyplomacja, tajna dyplomacja czyli szpiedzy i agenci brytyjscy usiłowali rozpętać u nas to powstanie, żeby skomplikować sytuację Moskali, żeby wywołać dywersję na tyłach, która zmusi Moskali do dywersyfikacji sił. 

        I ja, powiedzmy, ustalam związek faktów, zdarzeń historycznych, które rozgrywają się latem tamtego roku na Bałkanach i w Prusach Wschodnich pod zaborem niemieckim, pruskim, bo wtedy to już są zjednoczone Niemcy, czyli wzięte za twarz przez Bismarcka i Moltkego. I właśnie całe lato trwają objawienia...

        - Do powstania nie doszło dlatego, że taki był masowy odzew na te objawienia maryjne w Gietrzwałdzie? 

        - Niewątpliwie Gietrzwałd spuścił to zatrute powietrze, zmienił atmosferę polskiego życia, ale oprócz tego Gietrzwałd był też akcją o wymiarze militarnym, nie bójmy się tego słowa, to była po prostu akcja bojowa w wykonaniu Najświętszej Marii Panny i kto ciekawy, jak to rozumieć, o co tutaj właściwie chodziło tego oczywiście zapraszam do oglądania mojego filmu 

        - Nie zdradzisz wszystkich wątków? 

        - Już zdradziłem i to wielokrotnie, już o tym opowiadałem publicznie, bo zdaje mi się, że to są rzeczy tak ważne, że nie chcę trzymać światła pod korcem i rozpowiadam o tym na prawo i lewo. Dziś odsyłam do filmu, który będzie gotowy może za rok, a już teraz gotowa jest książeczka na ten temat, „Gietrzwałd 1877”. Nie chcę po prostu żeby ten temat zeżarł cały czas naszej rozmowy. 

        - A jak to odnosisz do współczesności?

        No właśnie, sytuacja jest pewnie nie jeden do jednego, bo wiadomo że nic dwa razy się nie zdarza, nie można wejść dwa razy do tej samej rzeki, ale z całą pewnością można wdepnąć w to samo szambo dowolną ilość razy. I właśnie to bywało udziałem Polaków Sytuacja jest analogiczna w tym sensie, że dzisiaj również naród Polski je jest kandydatem na odegranie roli podpałki, do eskalacji wojennej, która otworzy drogę do daleko idących – jak to się mówi elegancko – przekształceń, także własnościowych w Europie Środkowej. 

        Tego bym bardzo nie chciał i sądzę, że możemy, przy wszystkich ograniczeniach naszego wpływu na bieg zdarzeń, tych w głównych warstwach stratosfery, gdzie na grę mocarstw, jak zwykle, mamy minimalny wpływ, ale przynajmniej możemy nie dać się wykorzystać za łatwo; możemy nie cieszyć się z roli pionka w tej rozgrywce. 

        - Ale w czasach Gietrzwałdu istniał Naród Polski. I to był Naród Polski pisane przez duże „N”, czy dzisiaj też jest naród Polski? Czy odrósł po katastrofie II wojny światowej? 

        - Trochę przeceniasz siłę narodu, wtedy, w roku 1877. Ja bym powiedział, że właśnie Gietrzwałd naród Polski skonsolidował ponownie, bo wtedy właśnie Polska była podzielona i Polacy naprawdę na samym dnie upadku, także moralnego upadku, dezorientacji politycznej. Mafie, służby i loże doprowadziły Polaków do tego; powstanie styczniowe było ostatecznym ciosem w polskość na ziemiach zabranych, czy ziemiach pierwszych zaborów. 

        Naprawdę było marnie. Polacy po prostu stracili busolę, i Gietrzwałd podał do rąk Polakom kompas. Polacy odrobili lekcję, zaangażowali się gremialnie w program pracy organicznej, ale takiej prawdziwej, głębokiej pracy. Podam tutaj dwa przykłady co to znaczy prawdziwa praca organiczna z jednej strony błogosławiony Honorat Koźmiński i jego praca misyjna – nie bójmy się tego słowa – powoływanie do istnienia kolejnych zgromadzeń zakonnych; a z drugiej strony ktoś taki, jak ksiądz Wawrzyniak na Wielkopolsce, który zakłada nie zgromadzenia zakonne tylko spółki, sklepy; zakłada stowarzyszenia i nie prowadzi ludu na barykady, natomiast doprowadza Prusaków do białej gorączki swoją aktywnością ekonomiczną. 

        - Tym że tzw. żywioł Polski wygrywa z żywiołem niemieckim? 

        - tak jest, po prostu Niemcy nie dają sobie rady, dlatego że pomysłowość, kreatywność Polaków ich powala. 

        - Wręcz państwo niemieckie ingeruje, zapewnia Niemcom różnego rodzaju fory, jak to się mówi... 

        - Tak, punkty za pochodzenie, a Polacy i tak dają radę. 

        - Czy dzisiaj jest taka sytuacja? Czy Polacy też dają radę? 

        - Nie, dzisiaj jest stokroć gorzej, dlatego że z wieku XX wyszliśmy przede wszystkim ograbieni z majętności. To jest ta fundamentalna różnica, że 100 lat temu elita miała majątek, a elita bez majątku jest zawieszona w powietrzu i ląduje na posadach państwowych, a kto płaci, ten wymaga, kto jest na posadzie ten nie jest wolnym człowiekiem.

        - Zdaje się, że również przez to, że Polakom, jak gdyby dołączono za Stalina część elit - komunistów; Żydów, Ukraińców... 

        - No tak, Łżeelita czyli przyszyta do polskiego zombie głowa z gałganków 

        - Ona nadal się reprodukuje..

        - Czyni to właśnie doskonale w warunkach pełnej recydywy, prolongaty złego ustroju, ustroju etatystycznego; ustroju, w którym wystarczy obsadzić stanowiska, żeby gnieść naród i kontrolować sytuację. 

        Otóż, 100 lat temu pod tym względem było lepiej. 

        - A więc, gdzie jest ta nadzieja? Czy niestety nie jesteśmy już na równi pochyłej? 

        - Nadzieja jest, jak zawsze, w Gietrzwałdzie. Mówię to z pełną powagą.Jak wiesz najlepiej, z naszych wspólnych rozmów, zresztą rejestrowanych, że bardzo chętnie rezonuje na tematy polityczne i bardzo chętnie rozmawiam i o lokalnej bieżączce i globalnej geopolityce, ale to wszystko nie przeszkadza mi odsyłać, zapraszać do Gietrzwałdu. 

        - Wróćmy więc do bieżączki - jak mówisz - czy nie sądzisz, że ten projekt, o którym cały czas mówiłeś, czyli po prostu, projekt Polin... 

        - Projekt żydowskiej suwerenności w Europie Środkowej. 

        - I obojętne czy suwerenności wyspowej, czy nie,  ale suwerenności żydowskiej i swego rodzaju żydowskiej szlachty, czyli tej prawdziwej elity na terenach polskich; elity, która ma pieniądze jest powiązana, ustosunkowana.... 

        - Żeby to była szlachta; to raczej jest struktura obozowa, tu nie mówimy o rycerzach, tylko mówimy o kapo nadzorcach...

        - ...że ten projekt jest już bardzo w zaawansowanym stadium realizacji. Spadły różne zasłony, i już nikt się nie kryje, że mamy mówić wyłącznie o Polsce; już jest to Rzeczpospolita Obojga Narodów, jest Rzeczpospolita Przyjaciół. Jak gdyby, przyzwyczaja się nas do myśli, że Żydzi są „innymi Polakami”, albo „Polakami inaczej” i że Polacy mają ich przyjąć z powrotem do Polski? 

        - Tak, a przećwiczy się to na narodzie polskim występną grą z wykorzystaniem uchodźców-nachodźców islamskich z jednej strony, a z drugiej strony,  rezunów ukraińskich. 

        - Co masz na myśli, mówiąc „przećwiczy się” - jakieś ruchawki, prowokacje? 

        - Scenariusze są aktualizowane na bieżąco, każdy scenariusz jest tylko scenariuszem ewentualnościowym, więc tak - rozwiązania krwawe, są całkiem niewykluczone i jeśli sobie nas zmierzyli i zważyli i doszli do  wniosku, że jesteśmy jeszcze niedostatecznie otumanieni, żeby to przyjąć bez protestu.  

        Myślę że warszawski Marsz Niepodległości będzie takim testem. Zobaczymy w co będzie grała władza warszawska w tej sprawie. 

        - Rok temu rozmawialiśmy w twoim zaparkowanym samochodzie przed tym jak poszliśmy na marsz, idziesz na marsz w tym roku? 

        - Wracam do kraju chyba szybciej niż ty tam wylecisz więc jest duża szansa, że obydwaj zdążymy. 

        - Marsz ma być podobno wspólny, co sądzisz o tych wypowiedziach premiera Morawieckiego, jaki to jest plan Twoim zdaniem? 

        - Zobaczymy do czego zmierza władza warszawska. Jak widać, ostatnie 3 lata były okresem jej pełnej Auto demaskacji i intencje zostały nie tylko jawnie zadeklarowane ale potwierdzone także praktyką. Jaką praktyką? Dalszym pogłębianiem ubezwłasnowolnienia Polski przez, z jednej strony, sprowadzaniem wojsk i służb obcych na terytorium Rzeczpospolitej, a z drugiej strony, przez pogłębianie niewoli dłużniczej, w jakiej Polacy się znajdują. 

        To są dwa kierunki i Żoliborska Grupa Rekonstrukcji Historycznej Sanacji, realizuje tę politykę naprawdę w zastraszającym tempie. 

        Przypominasz sobie nasze dawniejsze rozmowy, to pamiętasz że kiedy pierwszy raz mieliśmy okazję rozmawiać właśnie o wizji suwerenności żydowskiej na Międzymorzu, to ona dla większości, nie tylko naszych rodaków w ogóle, ale także w szczególności komentatorów sceny politycznej nawet najlepszych patriotów, była czymś kompletnie egzotycznym, to była jakaś „szuria”, odjazd; „No wszystko, ale z tym, to już nie przesadzajcie towarzysze...”.  Otóż, to się właśnie dzieje, myślę, że ta nawalanka propagandowa, pierwszego półrocza tego roku; to że się Polacy troszkę szerzej zorientowali, co tak naprawdę Żydzi na nasz temat opowiadają światu i jaką gębę nie tylko, że usiłują nam przyprawić, ale że świetnie im się to udało, myślę że to niektórych wybudziło. Ale myślę, że wiążą się z tym też pewne obawy, z tym faktem, że się Polacy wybudzili, a mianowicie że właśnie prawdopodobieństwo prowokacji wzrosło, a nie zmalało. I jak mówię prowokacji to mam na myśli coś powiedzmy na miarę Kielc - Kielce dwa. 

        - Krew, ofiary? 

        - Tak. Dlatego że teraz, jeśli scenariusz instalacji żydowskiej suwerenności w Europie Środkowej, rzeczywiście - jak mi się zdaje - wyszedł już z fazy obróbki propagandowej i wszedł w fazę inwestycji i instalacji infrastrukturalnych. 

        - Transport, kontrola energii, cyberbezpieczeństwo…

        - Przede wszystkim transport lotniczy, stąd zainteresowanie wielkimi inwestycjami w tej branży. I zwrócę uwagę tylko na to, że nie przypadkiem starszy sierżant Daniels doradza polskim liniom lotniczym i nie przypadkiem przesądzona właśnie - tydzień jeszcze nie minął jak ogłoszono - że Polskie Porty Lotnicze kupują lotnisko w Radomiu i tam dokonane zostaną wielkie inwestycje. 

        I nie przypadkiem, tą modernizacją zajmuje się już, bo przecież ta decyzja o charakterze politycznym zapadła na podstawie takiego nowego raportu, który tam został przygotowany ta sama firma, którą znajdujemy na liście stałych partnerów Muzeum Historii Żydów polskich Polin w Warszawie; ta sama firma współtworzy muzeum historii Żydów polskich, czyli nie bójmy się tego słowa, jednego z centralnych ośrodków dezinformacji i antypolskiej propagandy; propagandy na miękko, propagandy paraliżującej myślenie, nawet pobożnych, patriotycznie zorientowanych Polaków. 

        To właśnie taka firma zajmuje się wydłużaniem pasa lotniska w Radomiu.

        - Ale ja się spotykam z taką opinią; no dobrze, ale przecież z Żydami nam raźniej, lepiej, bardziej bogato. Bo przecież cóż mamy robić? Nie pójdziemy do Rosjan, którzy dzisiaj nas nie lubią, a Żydzi pozwalają również nam Polakom robić interesy; pozwalają nam zarabiać... Jest to takie tłumaczenie, jak pod zaborem austriackim w Galicji, gdzie kiedyś za Franza Josefa, niektórym było dobrze. 

        - O, gdybyż to się dało porównać! Nic nie możemy poradzić, ani ty, ani ja na to, że niektórzy nie widzą niczego niebezpiecznego w pomyśle osiedlenia się w najbliższym sąsiedztwie „ludożerców”. 

        - Puenta jest taka, że skoro mamy chorować, to lepiej jest mieć grypę niż gangrenę... 

        - więc oświadczam to oznacza zaproszenie do domu „ludożerców”. To oznacza zaproszenie dzikiego plemienia, które wychowuje swoje dzieci w dzikim, rasistowskim, plemiennym kulcie i na pokrycie tych słów mogę tutaj na specjalne życzenie wystąpić ze osobnym półtoragodzinnym, w skrócie, referatem na ten temat. 

        Odsyłam naprawdę do podstawowej wiedzy o tym co to właściwie jest judaizm talmudyczny; odsyłam do księgi Tanya, najczęściej dzisiaj drukowanej książki żydowskiej na świecie, która jest kanoniczną księgą sekty Chabad Lubawitz, która z kolei jest sektą żydowską najliczniej i najszybciej mnożącą swoje szeregi, bardzo mocno obecną w Polsce, bo przecież z kim pan Prezydent Belwederski zapala świece chanukowe, jak nie z ludźmi chabadu, którzy zainicjowali tę akcję. 

        Więc informuję Państwa, że w księdze Tanya czytamy, że goje zostali stworzeni przez demony. Bo dobry, żydowski Pan Bóg, ekskluzywnie żydowski, stworzył ludzi, czyli Żydów. Natomiast podludzi, istoty człekokształtne, z pozoru nieco podobne, ale z natury niższe, stworzyły demony. I to jest książka dzisiaj rozpowszechniana; na tej księdze; wokół tej księgi ogniskuje się kult, który nazywam  rasistowskim, dzikim, plemiennym kultem. 

        - Czy Polacy posiadają jakiekolwiek zdolności obrony przed tego rodzaju agresją mentalną, polityczną, społeczną i finansową?  

        Nie. Słabo z tym jest, bo nawet nie wchodząc na poziom narzędzi przeciwdziałania, to żeby przeciwdziałać, trzeba najpierw zdefiniować swoją sytuację. Problem jest z tym definiowaniem; problem jest z nazywaniem po imieniu tej sytuacji. 

        Oczywiście, na to, co powiedziałem, ktoś z państwa może powiedzieć, no ale wszyscy znani mi Żydzi, to są ludzie świeccy, mili ludzie, w ogóle nie widziałem u nich na półce księgi Tanya i nie słyszałem żeby nawet w święta chodzili do synagogi. 

        Ja znam tę szkołę jazdy. Więc uświadomcie sobie Państwo, że na użytek tych właśnie zsekularyzowanych, świeckich Żydów macie świecką wersję tego samego plemiennego kultu i to jest właśnie religia holocaustu, w której wiadomo kto jest męczennikiem, a kto jest mordercą i złodziejem. Wiadomo, że to my jesteśmy czarnym charakterem w tym świeckim kulcie. Pseudohistorycznym zresztą, bo to są niestety opowieści w ogromnym stopniu abstrahujące od faktów historycznych. 

        - Fakt historyczny to jest przecież pojęcie z pewnej cywilizacji... 

        - W ogóle fakt, w ogóle kategoria prawdy, cywilizacja żydowska, o czym zaręczam Państwu a można o tym czytać także w żydowskich książkach, nie w tych pisanych przez jakichś strasznych polskich antysemitów, którzy „wyssali z mlekiem matki” miazmaty i nienawiść - w książkach żydowskich autorów, można czytać o tym, że jest to cywilizacja, która nie posługuje się kategorią prawdy absolutnej, posługuje się natomiast kategorią mądrości etapu, a więc prawdy sytuacyjnej. 

        No i to jest fundamentalną różnica. W świetle tej różnicy jakiekolwiek dialogi, nie mogą doprowadzić do żadnej konkluzji. Ponieważ w świecie w którym nie ma prawdy nie ma też żadnych argumentów logicznych, które w sposób logiczny prowadziłyby do konkluzji 

        - Uczestniczyłeś w życiu politycznym w Polsce, czyli miałeś jednak nadzieję na to, że tego rodzaju obecność coś pozytywnego pozwala robić... 

        - Miałem nadzieję, na to, że uda się nadać kilka komunikatów i tych nadziei własnych i cudzych nie zawiodłem.

        - Czy widzisz teraz jakąkolwiek nadzieję na polskim rynku politycznym? 

        - Widzę. Widzę stale i niezmiennie nadzieję na to, że nie stoczymy się do końca, że zostaniemy na ringu, na placu, że nas nie wyniosą, ponieważ to Pan Bóg jest panem historii. I nie wyrachowani cwaniacy, ludożercy dyktują ostatecznie warunki. I w związku z tym każdego dnia z pełną nadzieją na niewątpliwy happy end wertuję gazety i zaglądam co tam w trawie piszczy w Internecie. 

        - Czy można zatem powiedzieć, że liczysz na cud? 

        - Życie wszakże jest cudem, który się codziennie wydarza. Dlatego zachęcam do podróży do Gietrzwałdu, do podróży w czasie i w przestrzeni. Zachęcam do odrobienia lekcji z historii Gietrzwałd 1877. I zachęcam do tego, żeby się tam wybrać przy najbliższej okazji, albo bez okazji wybrać się do Gietrzwałdu na świętej Warmii, ponieważ, jest to miejsce w którym należy jednocześnie czerpać z niewyczerpanego źródła łask sakramentalnych, tak owszem, a jednocześnie należy czerpać z historii lekcje, trzeba się zapoznać z faktami, żeby się nie dać po raz kolejny wkręcić w sytuację tak ryzykowną, jak ta, którą swoją osobistą interwencją zażegnała Najświętsza Maryja Panna w roku 1877. Ja podkreślam, że mój film i moja książeczka są o faktach historycznych. 

        Ja  jako autor nie dzielę się moimi przemyśleniami zbyt daleko idącymi, skupiam się na faktografii historycznej i tylko i aż tyle, że to jest faktografia która do tej pory nie została zintegrowana z głównym wykładem akademickim historii. No bo historia tamtej doby, przyznasz z własnej pamięci, to jest generalnie taki okres, w którym „nic się nie dzieje”, jest nudno, jacyś tam kupcy, Wokulski z „Lalki”, jakiś Borowiecki z „Ziemi obiecanej”, ale „nic się nie dzieje”... Dlatego właśnie że nie ma powstań, nie ma wojen, więc okazuje się że to wszystko jest po prostu historia niedoczytana i to jest historia nieprzemyślana. 

        A ponieważ zła historia jest matką złej polityki; w związku z tym ze pełnym przekonaniem zachęcam do odbycia tej podróży do Gietrzwałdu. W poczuciu że to nie jest zachęta do jakiejś emigracji wewnętrznej, to nie jest zachęta do tego żeby się alienować od rzeczywistości politycznej, wręcz przeciwnie, kto lekcję Gietrzwałdu odrobi, ten będzie lepszym skuteczniejszym fighterem także we współczesnym życiu politycznym. 

        - Grzegorz, dziękuję bardzo. Zapraszamy więc do Gietrzwałdu. 

        - Dziękuję za gościnę w Toronto 

        - I cóż, miejmy nadzieję że Marsz Niepodległości również w tym roku przejdzie... 

        - Daj Boże. 

Strona 1 z 18