Goniec

Register Login

Wywiady

KubaSoltysinski 01Wychowany w Kanadzie, mieszka w Polsce. Jakub Sołtysiński jest synem polskich imigrantów, wychował się i wykształcił w Ontario, od kilku lat mieszka i pracuje w Polsce, gdzie założył rodzinę.

– Spotykamy się po pięciu latach, wciąż jesteś w Polsce, mieszkasz tam, pracujesz. Jak się zmieniła twoja perspektywa?

– Widzę więcej słabych elementów życia w Polsce.

– Życia codziennego?

– Tak. Znam też lepiej system i potrafię lepiej w nim funkcjonować. To na pewno jest duża zmiana. Czyli te rzeczy, które mnie gryzły, gdy się przeprowadziłem do Polski, nadal mnie gryzą, ale nie pozwalam im tak głęboko docierać.

– Zgrubiała ci skóra?

– Tak, dokładnie. Na pewno na lepsze się trochę zmienia sama Polska. To widać. I jeżeli to widać na przestrzeni tych siedmiu lat, kiedy tam mieszkam, to jest to dobry znak.

Mówisz, że zmienia się na lepsze; czy myślisz, że może dlatego, że mieszkasz w Warszawie, mieście, w którym koncentruje się i gospodarka, i administracja itd.? Masz kontakty z ludźmi spoza Warszawy, tam też Polska zmienia się na lepsze?

– Mówiąc, że zmienia się na lepsze, chodzi mi o to, że interakcja międzyludzka staje się, według mnie, bardziej cywilizowana.

– Ludzie nie są mniej spięci?

– Nie są już tacy agresywni. To był problem, który zauważyłem, jak tam przyjechałem. Pomimo że w Ameryce Północnej uśmiech jest sztuczny, to ułatwia w wielu przypadkach życie codzienne. Z drugiej strony, wiadomo, że w Polsce ludzie są bardzo otwarci, jak się już ich pozna. To jest ta różnica, że tutaj jednak tak nie jest i trzeba być albo w rodzinie, albo być z kultury, która jest bardzo otwarta, żeby wejść do zamkniętego grona.

W Polsce trzeba być w rodzinie, a jak już się jest, to jest bardzo ciepło i przyjemnie.

Natomiast ta agresja, która się wylewa w interakcjach codziennych, gdy spotykamy się w sklepach, w pracy, na drodze do pracy, w przedszkolach, szkołach itd., to widać, że to się zmienia na bardziej pozytywne.

Jeśli chodzi o gospodarkę, to trudno powiedzieć. Jak się wyjedzie z dużego miasta, widać, że Polska nie jest bogatym krajem, że bieda naprawdę jest wszędzie. Nie trzeba daleko jechać, żeby to zobaczyć. Wystarczy pół godziny poza duże miasto i to od razu widać.

– Duże miasto, czyli Warszawa...

– Warszawa, Kraków, Wrocław, Lublin. Wydaje mi się, że to jest nawet trochę jak w Kanadzie. Może Toronto jest trochę większe i bardziej obszerne, natomiast wystarczy pojechać na północ i widać, że tych pieniędzy jest trochę mniej.

– Ale na północy mało ludzi mieszka.

– Zgadza się, w Polsce jest większe zagęszczenie, ale widać te skrajności, że tych pieniędzy nie ma. Tego się nie odczuwa w Warszawie. Jeżeli ktoś mieszka w Warszawie i nie wyjeżdża, to ta perspektywa jest trochę spaczona.

Mam na myśli nie tylko kwestie ekonomiczne – rzadko się o tym mówi, ale czasami w wiadomościach podają, że na przykład karetka nie dojechała do małej miejscowości itd. W Warszawie też się to zdarza, ale na pewno rzadziej. Więc jest faktycznie tak jak w każdym kraju, jak się mieszka w metropolii, można powiedzieć, to jest się odizolowanym od takich problemów ogólnych, które mogą dotyczyć dużej części społeczeństwa, a nie widać ich w mieście.

– Mówiłeś, że umiesz teraz więcej rzeczy załatwić, umiesz się poruszać w tym życiu, które jest w Polsce. Czy to znaczy, że wiesz, kiedy się uśmiechnąć, a kiedy dać łapówkę?

– Prywatnie nie popieram łapówek, więc automatycznie mi się to przekłada na współpracę biznesową, czyli w firmie, w której pracuję, w doradztwie, w consulting, nie ma miejsca na to, to jest tak ryzykowna gra – oczywiście słychać o tym w Polsce, duże przetargi rządowe, to rozchodzi się w gronie zainteresowanych – ja akurat w informatyce pracuję – co chwila wychodzą jakieś większe sprawy na jaw, tak jak ostatnio z HP (Hewlett-Packard), gdzie faktycznie przekupywano w Polsce urzędników. Gdy się chce coś załatwić, to uśmiech jest OK, ale to już jest załatwianie lub pomaganie sobie w załatwieniu jakiejś sprawy w taki międzyludzki sposób, który nie ma konotacji ekonomicznych. Uśmiech nikogo nic nie kosztuje i to, że kogoś ładnie poproszę, to dalej jest dobra wola drugiej osoby, ona nie ma z tego żadnych korzyści, co najwyżej może być bardziej zadowolona, lub mogę być dla niej niemiły.

Natomiast widać, że korupcja jest; widać to w biznesie, czuć to, nawet się o tym rozmawia. Nie umiem w tym funkcjonować, więc nie mogę z tego skorzystać, po prostu nie umiem.

Twoim zdaniem to jest subtelniejsza korupcja niż dawanie koperty z pieniędzmi, tak jak to kiedyś wyglądało?

– Trudno mi powiedzieć, nie robiłem tego, nie byłem świadkiem czegoś takiego. Wiem, że lekarzowi nadal ludzie – chyba to tradycja – dają czekoladki, alkohol. Oczywiście to jest kwestionowane, karane, podważane itd. Wydaje mi się, że jeśli chodzi o sferę biznesową, bo tam jest ta największa korupcja, bo małe, prywatne rzeczy, nawet jak są duże w skali, to wartość tego i strata dla wszystkich łącznie z państwem nie jest duża.

– Mówisz na styku państwo – prywatny kontraktor.

– Tak, standardowo. Wydaje mi się, że to nadal tam jest i nadal tam będzie. Akurat nasza firma z założenia nie wchodzi w przetargi państwowe ze względu na korupcję. Tam ciężko jest się poruszać bez tego. Wydaje mi się, że to jest na jakimś poziomie w każdym kraju, i w Polsce uczą się robić to bardziej dyskretnie.

– Powiedz, co cię zaczyna drażnić po przyjeździe do Kanady, bo od czasu do czasu tutaj bywasz? Coś się pogarsza?

– Na pewno jest dużo łatwiej porównywać. Jedna rzecz, która mnie bardzo drażni, to są ograniczenia praw. I to widać. Jak się jedzie do Europy i mieszka się trochę dłużej, to czuć, że można trochę głębiej oddychać. Jest trochę więcej przestrzeni.

– Można zapalić papierosa?

– Tak, na przykład, dzisiaj słyszałem, że w Victorii w BC zabraniają w miejscach publicznych palić papierosy, będzie można tylko w samochodzie i w domu. Nie widzę w tym celu, ale dla mnie ograniczanie praw obywatelskich jakichkolwiek i inwigilacja to bardzo zły kierunek. Tego nie czuć w Europie, nie czuć tego w Polsce.

– Ale w takiej Wielkiej Brytanii jest kamera na kamerze.

– Moje wspomnienia z Kanady są takie, że jak jeździłem, to miałem coś takiego jak akcja "RAID", że mnie mogli w środku nocy zatrzymać i było wielkie sprawdzanie, czy nie piłem alkoholu. A to nie chodziło o to. W wielu przypadkach wyłapywali zupełnie inne przypadki łamania prawa. Czułem się trochę jak w kraju policyjnym, dlaczego ktoś mnie zatrzymuje bez konkretnego powodu i legitymuje?!

Oczywiście można żartować, są jakieś uzasadnienia, że jest bezpieczniej itd., ale są też inne metody na uzyskanie tych rzeczy niż ograniczanie praw. Podobnie z paleniem. To jest rzecz, która mnie tutaj drażni. Porównując do tego, jak wygląda życie w Europie, to tutaj mnie to trochę boli i definitywnie uważam, że powinno to być zmienione.

Druga rzecz. Wydaje mi się, że kierunek Kanady jako kraju multikulturalnego, na długą metę to nie będzie działało. Stany troszeczkę inaczej to rozwiązały, mają tzw. melting pot.

– Tam też się to zmienia. Też się zwraca uwagę na przywiązanie do wartości etnicznych.

– Tutaj jest to mocniejsze. Wydaje mi się, że żeby ten kraj był silny, żeby wszyscy ciągnęli ten wóz w jednym kierunku, to powinno być silniejsze nauczanie, wspieranie i budowanie poczucia zjednoczenia Kanadyjczyków. Wydaje mi się, że w dłuższej perspektywie to będzie problem Kanady. To się będzie zmieniać na gorsze. Im większe grupy etniczne i mniejszości będą powstawały – nie mówię, że to jest złe – będzie brakowało Kanady. To będzie polska Kanada, to będzie azjatycka Kanada...

– W sytuacji, kiedy jest dobrobyt i wszyscy mają co jeść i pracę, to może nie odgrywa to takiej roli, jak w sytuacji zagrożenia...

– Oczywiście, jak jest gorzej, każdy będzie wspierał swoich i te granice między kulturami i nacjami będą się poszerzały. Nie mówię o nienawiści, bo myślę, że na to nie będzie miejsca oprócz jakichś skrajnych przypadków. Myślę, że to jest coś, na co Kanada powinna położyć nacisk.

– Brak spójności, żeby nam zależało na tym, żeby to państwo dobrze funkcjonowało?

– Wydaje mi się, że każdy kraj powinien budować poczucie jedności i robić to bardzo silnie, bo to jest taka duża rodzina.

– Jesteś Polakiem z pochodzenia, czy czujesz jakiś sentyment do Kanady, czujesz się związany z Kanadą, czujesz się Kanadyjczykiem?

– Czuję się Kanadyjczykiem, definitywnie. Jak mieszkałem na początku w Europie i ktoś się mnie pytał, skąd jestem, to automatycznie odpowiadałem, że z Toronto. Potem zauważyłem, że mi to sprawia trochę problemów w poruszaniu się, że ludzie dziwnie się patrzyli, więc zależnie od sytuacji dobieram odpowiedź, ostrożnie, czy jestem Polakiem, czy jestem Kanadyjczykiem.

Natomiast nadal się nim czuję. Wychowałem się tutaj, więc jestem w pewien sposób zaprogramowany przez Kanadę, przez system edukacji, przez życie kanadyjskie, przez podejście. I jak rozmawiam z ludźmi, którzy się wychowali w Polsce, to w miarę szybko zauważają, że coś jest nie tak ze mną, że nie pasuję do standardowego obrazka.

– Na czym polegają te różnice?

– Uśmiecham się. To może jest śmieszne. Zawsze mnie to bawiło, ale tak jest. Zawsze się pytają, dlaczego ty jesteś taki zadowolony. Może to jest akurat moja osobista cecha, ale wydaje mi się, że to też wynika częściowo z wychowania w Kanadzie, gdzie jest takie amerykańskie bardzo pozytywne podejście – że mimo iż akurat dom się spalił i samochód zabrała woda, to się cieszymy z życia, bo przecież może być zawsze gorzej.

Mam też inne podejście w pracy. Wydaje mi się, że to już wynika z doświadczeń i systemu edukacyjnego na wyższej uczelni.

Problem zarządzania zawodowego, który jest w Polsce, w Ameryce Północnej został rozpoznany już kilkanaście lat temu, kiedy zauważyli, że brakuje szkolenia specjalistycznego, ale z nutką zarządzania. W Polsce jeszcze tego nie ma, jest dużo osób, które są bardzo inteligentne, są specjalistami, ale nie mają dobrych umiejętności, jeśli chodzi o relacje i zarządzanie ludźmi.

– Jak pracować w grupie, w zespole?

– Nie, tutaj akurat nie ma większego problemu. Chodzi bardziej o takie relacje, pozytywne motywowanie, pozytywne zarządzanie.

To widać. Jak rozmawiam z ludźmi w moich zespołach, to zawsze mi zwracają uwagę, że inaczej się ze mną pracuje. Więc staram się to podtrzymać – bo zawsze reklamuję, że to jest kanadyjskie i amerykańskie szkolnictwo i pozytywnie świadczy o Kanadzie, że można inaczej, że można w pozytywny sposób.

Dosyć dużo pracujemy, więc ludzie są zmęczeni, więc każdy oddech, jaki im można dać, to wydaje mi się, że trzeba.

– Czy nie czujesz się w stosunku do tych ludzi, którzy wychowali się w Polsce, niedoedukowany w pewnych dziedzinach? Czy brakowało ci czegoś, znajomości historii na przykład?

– Nie. Oczywiście indywidualnie trafiam na ludzi, których uważam za bardziej inteligentnych od siebie. Faktycznie, jeśli wchodzimy na tematy historii, to niektórzy mają szerszą wiedzę, ale wydaje mi się, że można powiedzieć, że tam jest wyższy poziom edukacji do średniej szkoły. Potem to się zmienia.

Oczywiście można postawić pytanie, jaki jest cel wyższego wykształcenia, czy przygotować kogoś do zawodu, czy przygotować go do umiejętności nauki siebie samego i rozwoju w bardzo szerokim kontekście.

Czy robimy specjalistę, czy robimy kogoś, kto jest ogólnie rozwinięty. Ludzie w Polsce do poziomu średniej szkoły są lepiej wykształceni, ta ogólna wiedza jest na wyższym poziomie, natomiast później ta przepaść jest bardzo szybko nadganiana w Ameryce, i wykształcenie wyprzedza polskie.

Polacy mają to do siebie – ta zaleta jeszcze została, wydaje mi się, że to jest z ery komunizmu – że potrafią bardzo dobrze sobie radzić w każdej sytuacji. I to widać w pracy. Wyobraźnię i sposób rozwiązywania problemów oceniam bardzo wysoko, są bardzo dobre, bo trzeba było sobie po prostu radzić.

Na Zachodzie mamy standardy, systemy – mówię o modelach współpracy itd. Tu są ramy ustalone i jedzie się po szynach. W Polsce jest to bardziej dynamiczne. I to jest jedna z rzeczy, która działa, pozwala firmom dynamiczniej funkcjonować, choć faktycznie powoduje to więcej chaosu, ale pozwala dynamiczniej działać.

Jeśli chodzi o wiedzę, nie czułem żadnej przepaści. Oczywiście, jeśli chodzi o historię Polski, mogę mieć pewne braki.

– Stereotypy polskie w stosunku do ciebie, stereotypy twoje w stosunku do Polski. Co musiałeś zrewidować?

– Stereotypy. W stosunku do mnie, nie wydaje mi się. Chyba nie mieli Polacy tyle kontaktów, żeby mieć stereotyp Kanadyjczyka. O hokej się pytają.

– Grasz w hokeja?

– Oczywiście, staram się. To jest niestety ciężki sport do uprawiania, zwłaszcza w Warszawie, ze względu na brak infrastruktury.

– Nie ma lodowisk?

– Jest jedno. Niestety.

Moje wyobrażenia o Polsce... trudno mi powiedzieć. Jeździłem tam zawsze na wakacje, od małego, więc nie miałem jakiegoś takiego konkretnego...

Szoku kulturowego.

– Nie, tego nigdy nie było, zwłaszcza że wychowywałem się w mocno polskiej rodzinie, więc tradycje, wszystko to tam było.

Ten szok kulturowy był bardziej w takim życiu codziennym.Ta agresja ludzi wobec siebie, niezrozumiała dla mnie zupełnie, ale dająca mi bardzo duże szanse, bo wystarczyło, że się uśmiechałem i mogłem dużo więcej załatwić niż pan Kowalski obok mnie, który wrzeszczał na wszystkie strony i starał się uzyskać coś przemocą od drugiej osoby. Nie miałem żadnych stereotypów. Jedyny, jaki był w Ameryce Północnej, to że w Polsce się pije dużo wódki.

– Co nie jest prawdą?

– Wydaje mi się, że więcej niż tutaj, zdecydowanie, ale to nie jest na skalę problemu społecznego, tak jak to jest opisywane. Faktycznie, sporo ludzi prowadzi samochód po alkoholu, i to jest jakiś problem w Polsce, ale to jest łatwy problem do załatwienia w odpowiedni sposób. Można to rozwiązać. Europejczycy, bym powiedział, z nutką wschodniej Europy.

– Powiedz, czy żyjesz nadal w rozkroku, czy jesteś Kanadyjczykiem w Polsce, czy jesteś już Polakiem, interesujesz się życiem politycznym tam, interesujesz się, co się dokoła ciebie dzieje, chcesz tam głosować, wpływać na sytuację, chcesz być obywatelem tego kraju pełną piersią, takim, który tam widzi swoją przyszłość, czy cały czas masz w głowie, że jakby coś, to wsiadasz w samolot i jesteś tutaj?

– Dokładnie tak. W każdej chwili czuję, że jeśli coś mi nie będzie tam pasowało bardzo mocno, że będzie to dla mnie na tyle silnym utrapieniem, że nie będzie warto z tym walczyć, to wiem, że mogę wrócić do Kanady w każdej chwili, wymieniając to na inne utrapienia oczywiście, ale wydaje mi się, że mniejsze. Tak to oceniam.

Może okazać się zupełnie inaczej, że te rzeczy, które wymieniłem wcześniej, okażą się na tyle poważne, że będę chciał wrócić z powrotem "z powrotem".

Gdzie chciałbyś, żeby się twoje dzieci wychowywały?

– Od razu odpowiedź mi przychodzi, że jednak w Kanadzie. Oceniam system edukacji w Kanadzie, ten przez który ja przechodziłem, jako zdecydowanie lepszy niż polski.

Natomiast z drugiej strony, zdaję sobie sprawę, że nie znam tak dobrze polskiego systemu edukacyjnego. Znam go tylko z opowieści. Ludzie, koledzy z pracy opowiadają mi o problemach. Nie mówią o zaletach, bo zwykle, zwłaszcza w Polsce, nie rozmawia się o zaletach, no bo po co. A słyszę o wielu kłopotach, z dostępem do szkół, do przedszkoli. I oczywiście z naginaniem systemu, zdobycie większej liczby punktów, żeby dziecko się gdzieś dostało, meldowanie się ulicę dalej u znajomych itd. itd., żeby to jakoś działało. Bo jest problem w Polsce z miejscem w szkołach, przedszkolach i ludzie, jak obserwuję, bardzo mocno o to walczą. Czyli już rodzice muszą walczyć, żeby dzieci miały szanse.

Albo się ma pieniądze i stać kogoś, żeby wysłać dziecko do prywatnej szkoły czy w miejscu poza rejonem, i niestety większość osób w naszej firmie stać na to i korzystają z tych przywilejów, natomiast przeciętnego Polaka nie stać, żeby płacić dwa – trzy tysiące złotych na szkołę dla jednego dziecka, nie daj Boże dla dwojga, to już się kwota zwiększa dramatycznie.

Więc odpowiadam, definitywnie: Kanada. Jeśli będę zmuszony, żeby dziecko tam się uczyło, to oczywiście będę się starał wybrać szkołę angielskojęzyczną, gdyż uważam, że otwiera to dużo więcej drzwi niż szkoła, która jest tylko w języku polskim.

– Czy nie boisz się, że tutaj następuje ewolucja poprawności politycznej i te programy nauczania, które są w szkołach tutaj, są coraz bardziej podporządkowane ideologii, a w Polsce jeszcze nie? W Polsce można jeszcze łatwo być poza tym systemem.

– Nie wydaje mi się. To jest kwestia w dużej części rodziców i osób, z którymi się spędza czas.

Szkoła ma oczywiście wpływ na dzieci i jak się je uczy, ale rodzice mają największy autorytet. Więc tu jesteśmy w stanie, nawet jeżeli w szkole jest jakiś program lub jego część, który nie idzie w tym kierunku, z którym my się zgadzamy, to jesteśmy w stanie bardzo łatwo, jako posiadający autorytet rodzice, zmienić to, wytłumaczyć inaczej i nauczyć dziecko tak, jak my uważamy.

Czy jest to silniejsze w Kanadzie? Oczywiście tak. Poprawność polityczna w Kanadzie i w ogóle w Ameryce jest ogromna i to widać, i to boli trochę. Tu jest strach przed powiedzeniem czegoś, co nie jest poprawne, i wiadomo, wiąże się to od razu z telefonem od prawnika albo nieprzyjemnym listem. W Polsce tego nie ma aż na taką skalę, ale zaczyna się powoli pojawiać.

Myślę, że jakbym od teraz policzył piętnaście lat, to za piętnaście lat będziemy dużymi krokami gonić Kanadę w tym zakresie.

Niestety, wolność słowa znika wszędzie na świecie. Jest mało miejsc, gdzie można powiedzieć, co się chce, i nie zostać ukaranym, pomimo że mamy te prawa.

– Dlaczego tak się dzieje?

– Tu jest wiele czynników.

– Skoro tobie to doskwiera, to prawdopodobnie są ludzie, którym to również doskwiera, a mimo to jesteśmy tego świadkami na co dzień.

– Zastanawiam się, bo tak naprawdę czynników, które to powodują, jest wiele. Mamy na pewno sferę polityczną, która chciałaby, żeby nikt nie mówił nic, co politykom będzie sprawiało kłopot, z którym oni będą musieli coś zrobić. To jest jedna rzecz, i wydaje mi się, że to jest lenistwo ludzkie.
Druga rzecz, mamy grupy w społeczeństwie, które będą starały się chronić swoje otoczenie, ludzi swojego pochodzenia, swojej wiary itd., i będą chroniły najmocniej, jak się da, bo oni w to wierzą. Cokolwiek to jest, czy wierzę w zespół piłki nożnej, czy mam przekonanie, że statek kosmiczny po mnie przyleci i mnie zabierze do nieba.

Tak naprawdę to wynika z braku tolerancji.

– Polityczna poprawność wynika z braku tolerancji?

– Tak mi się wydaje. Jakbyśmy wszyscy wzruszyli ramionami... No bo jak ja sobie ponarzekam na inną osobę publicznie, mogę to zrobić w sposób kulturalny, mogę to zrobić w sposób niekulturalny, ale sobie na nią ponarzekam, zwłaszcza jeżeli mówimy o osobach publicznych... bo to dotyczy dwóch rzeczy, albo mówimy o kimś, albo mówimy o czymś. To się sprowadza do tego, że ktoś może mieć odmienną opinię o czymś. No dobrze, to się nie zgadzamy. Jeżeli robimy to w kulturalny sposób, to powinniśmy mieć pełne prawo do wyrażania tego. Jeżeli natomiast obrażamy konkretną osobę, to powinniśmy mieć uzasadnienie do tego, argumenty oparte na faktach, ale to jest zazwyczaj ta szara strefa, gdzie ciężko jest. Mamy domniemania, mamy oczywiście swoją opinię, że ktoś coś źle robi, to jest forma krytyki i odmiennych opinii na różne tematy. Jeżeli mamy potrzebę wyrażania opinii, to nikt nie powinien nam tego zabraniać. Wydaje mi się, że kiedyś tak było.

Na pewno tak było kiedyś, trzydzieści – czterdzieści lat temu.

– No właśnie. A w Anglii można było stanąć i powiedzieć – poza obrażaniem Królowej – co się chciało. Oczywiście to znika.

Mam taką trochę idealistyczną wizję świata, że będziemy mogli powiedzieć, że nam się coś nie podoba, będziemy mogli krytykować polityków, zwłaszcza polityków, że robią coś źle. Ale tak samo krytykować osoby prywatne, jeżeli uważamy, że robią coś złego, w dużych firmach, krytykować jako społeczeństwo i jako osoby indywidualne. Ta poprawność polityczna to kolejny krok do ograniczania tej swobody, ograniczania tego głosu, który mamy, bo ktoś nam z góry narzuca, że tego nie mówimy, bo to jest tabu, bo to się wiąże z jakimiś konsekwencjami. Nie uważam, że to jest dobry model, im bardziej będziemy go wprowadzać, tym bardziej będziemy czuli – mam wrażenie przynajmniej albo liczę na to – że będziemy tacy przyciśnięci.

Czy twoi znajomi w Polsce też tak sądzą, przeszkadza im, że ta sfera wolności, wolności słowa, swobody wyrażania, się domyka?

– Nie. Myślę, że to jest problem pojawiający się w społeczeństwie, które jest bardzo dojrzałe gospodarczo, gdzie ludzie mają czas. To jest problem, który się zaczyna zauważać, jak mamy wszystkie inne potrzeby zapewnione i zaczynamy szukać, gdzie nas jeszcze boli. Dla osób, które walczą z dnia na dzień, żeby przeżyć...

Polska jest takim krajem, gdzie się walczy z dnia na dzień, żeby przeżyć?

– Przeciętnie, wydaje mi się, tak to wygląda. Polska nie jest zamożnym krajem.

– Czy widzisz, że ta zamożność się poprawia, czy masz wrażenie takiej eksploatacji, tzn. wszystko jest mniej więcej na tym samym poziomie, ci co mają co jeść, mają co jeść, ci co nie mieli, nie mają.

– Nie, myślę, że ten podział globalnie jest zachowany w Polsce. Czyli osób ubogich przybywa, osób bardzo zamożnych też przybywa, a klasa średnia znika w bardzo szybkim tempie. Wydaje mi się, że jest problem w Polsce...

– Z rozwarstwieniem?

– Jak najbardziej. Tak jak mówiłem wcześniej, tego w dużych miastach tak bardzo nie widać, niestety. Polacy mają jeszcze tendencję taką, duże umiejętności ukrywania tego. Z moich obserwacji wynika, że np. samochód jest dosyć ważny, bo to pokazuje status.

Tworzenia pozorów dobrobytu?

– Tak. To może zdarza się rzadziej w Kanadzie czy w Stanach Zjednoczonych, gdzie ludziom po prostu nie zależy, czy mają gorszy samochód, bo to jest tylko transport i to wszystko. Tu się zwraca na inne rzeczy uwagę.

A w Polsce ludzie potrafią się bardzo dobrze ukrywać, pomimo niskich dochodów, są w stanie jeździć bardzo drogimi samochodami. Jakoś im to wychodzi. Mnie zawsze fascynowało, i jak żeśmy poprzednim razem rozmawiali, to i dzisiaj podtrzymuję, Polak wydaje półtora raza więcej niż zarabia i nie ma kredytu; nie wiadomo, jak to robią, ale jakoś im się to udaje.

Wydaje mi się, że ogólnie ten problem, tak jak mówiłem wcześniej, z tym zauważaniem poprawności politycznej, ograniczania wolności, jest dla wielu Polaków jeszcze daleki.

Faktycznie, ci, którzy mieszkają w dużych miastach, zarabiają i mają ten komfort życia codziennego zapewniony, mogą się przez chwilę zastanowić nad tym, czy coś ich gryzie. Osoby, które nie mają tego komfortu, ciężko nawet od nich wymagać – powinno się oczywiście – ale ciężko wymagać, jeżeli ich zmartwieniem jest, czy starczy im na jedzenie na przyszły miesiąc.

– Kiedy będziesz następnym razem w Kanadzie?

– Mam nadzieję, że za kilka miesięcy.

– Podoba ci się, chcesz tak kursować?

– Oczywiście nie, to jest męczące. Z jednej strony, jest to kosztowne, wiadomo, podróżowanie tam i z powrotem, zwłaszcza jako rodzina, bo samotna osoba to jeszcze budżetowo może sobie z tym poradzić, natomiast jako rodzina...

Tam każdy pracuje, ma swoje obowiązki, przyjeżdżając tu, odrywamy się od życia, więc to jest problem.

Natomiast czuję, jak przylatuję do Kanady, że bardzo szybko się adaptuję tutaj, jak wracam tam po kilku dniach w Kanadzie, to mi troszeczkę dłużej zajmuje, żeby się przyzwyczaić. Jednak czuję ten chaos, który tam jeszcze istnieje.

Chciałbym tutaj wrócić i odpoczywam, jak tu wracam. Wiadomo, przyjeżdża się do rodziny, znajomych, których się zna od wielu lat, to uspokaja. To jest rzecz, niezależnie w jakim kraju, której się nie da odtworzyć, to są więzi od wielu lat i one zostają i podtrzymują się.

Niezależnie od tego, kto jaką drogę wybrał w życiu, te więzi zostają i odtworzenie ich zajmuje trzydzieści sekund.

– Dziękuję za rozmowę.

KBerezowska– Czy Pani czuje się "obywatelką świata"? Moje pytanie uzasadnia fakt, że Pani i cała jej rodzina urodziła się poza Polską.

– Tak, tata urodził się w Kijowie, Mama w Petersburgu, brat w Wilnie, ja w Edynburgu, dzieci w Toronto, mąż w Ugandzie... Bo tak powikłane bywały często polskie losy – rodzice byli wszak Polakami, podobnie jak rodzice mego męża, których w czasie wojny droga z Rosji zawiodła aż do Ugandy... A wracając do odpowiedzi na Pani pytanie – dziś obywatelem świata może się czuć każdy za sprawą wszechobecnych mediów, które informują nas o wszystkim na świecie, czy to będą np. skutki huraganu w Stanach, czy rozruchy na Ukrainie... Sytuację międzynarodową możemy widzieć i przeżywać prawie na żywo, dzięki nowoczesnym środkom audiowizualnym niejako w niej uczestniczymy.

Dlatego ja mogę codziennie widzieć moje wnuki, mieszkające w Australii i w Singapurze – oczywiście na Skype. Dziś wszyscy jesteśmy globalni w jakimś sensie. A ja osobiście czuję się obywatelką Kanady. Moi rodzice mieli obywatelstwo polskie, w Szkocji, gdzie zawędrowali po wojnie – przyjęli brytyjskie, gdy dotarli do Kanady, otrzymali obywatelstwo kanadyjskie – i takie posiadam.

Roszak– Pamiętam, że startował Pan kiedyś w wyborach na radnego...

– W 2006 roku startowałem na radnego w okręgu Etobicoke-Lakeshore.

– Skąd to zainteresowanie życiem publicznym, polityką, udzielaniem się?

– Urodziłem się w Polsce, mieszkałem jako dziecko w Pucku w województwie gdańskim. W latach 90. byłem ministrantem. Zawsze byłem zainteresowany udzielaniem się publicznie. Po przyjeździe do Kanady z rodzicami i bratem w 1990 roku, należałem do harcerstwa, do szczepu "Giewont", chodziłem też do polskiej szkoły, byłem również ministrantem w kościele św. Kazimierza.

– Opowiadał się Pan zawsze po stronie życia, a jeśli chodzi o sprawy polityczne, to raczej po stronie konserwatywnej, o ile pamiętam.

– Przez ostatnie dziewięć lat byłem aktywistą ruchu w obronie życia, zwłaszcza życia poczętego. Moje poglądy są bardziej po stronie konserwatywnej, social-conservative, bo też występowałem przeciwko zmianie ustawy o definicji małżeństwa w 2005 roku.

Goniec: Pracuje Ksiądz w redakcji największego polskiego tygodnika opinii o sprzedanym nakładzie przekraczającym nakład takiej "Polityki" czy wielu innych gazet, traktowanych jako gazety głównego nurtu. Jak się osiąga taką pozycję?


Ks. Tomasz Jaklewicz
: Można by powiedzieć, że fakt, iż pan o to pyta, jest już dziwny, bo w społeczeństwie, które jest nominalnie w 90 procentach katolickie – a uznajmy, że średnio chodzących w niedzielę do kościoła jest 40 procent – powinno być oczywiste, że gazeta, która ma profil katolicki, będzie się cieszyła największą popularnością. To pierwsza rzecz.

"Gość Niedzielny" należy do ZKDP, czyli Związku Kontroli Dystrybucji Prasy – to jest zrzeszenie, które w Polsce zajmuje się kontrolą nakładu i sprzedaży – w 2010 roku byliśmy po raz pierwszy w rocznej klasyfikacji na pierwszym miejscu ze sprzedażą średnio 143 tysiące tygodniowo.

Wyprzedziliśmy wtedy właśnie "Politykę" i inne tygodniki. Udaje się nam utrzymać na tym miejscu. W 2013 także mieliśmy największą sprzedaż.

Czy nam, czy Polakom, w tym dziejowym zadaniu jeszcze została jakakolwiek rola do odegrania? I odpowiedź na to pozytywna to może być wzmocnienie się, odzyskanie tężyzny duchowej Polaków.


– Czy uważasz, że to co się działo i wciąż dzieje na Ukrainie, jest jedną z liter słowa "prowokacja", którym ktoś coś chce globalnie uzyskać? Nie wiem, może ośrodek żydowski, czy amerykański, czy to gra Putina, czy może jednak emanacja demokratycznych dążeń narodu ukraińskiego? Jak to wygląda w Twojej optyce?

– Wszystko razem. Jak zawsze, prowokacje przerastają prowokatorów, scenariusze są pisane, ale nie ma jednego scenarzysty, są różne scenariusze konkurencyjne. Wszyscy wielcy gracze grają swoje gry, zawiązują się okazjonalne, czasowe sojusze, ale koniec końców zawsze daje znać o sobie działanie zasady nieokreśloności Heisenberga z zastosowaniem do geopolityki. Otóż myślę, że tak, owszem, ta ukraińska rewolucja została wygenerowana i była poważną inwestycją, jakiej tam dokonali z jednej strony międzynarodowi filantropi, a z drugiej strony narodowi oligarchowie ukraińscy, i tam zostały wydane pieniądze z jednej strony reprezentujące interes eurokołchozu, a z drugiej strony reprezentujące interes imperium amerykańskiego, które – jak to widzimy w ostatnich dekadach – w dość konwulsyjny sposób stara się przygotować i umocnić na rubieżach wyjściowych do przyszłej wojny światowej, w której głównym przeciwnikiem jest imperium chińskie. I być może Ukraina jest brana pod uwagę jako element domykający pewien układ w rejonie Morza Śródziemnego i Czarnego. To wszystko "być może", niemniej jednak nie powinno to nas skłaniać do lekceważenia zaangażowania, oddania, pobożności i dzielności Ukraińców, którzy te właśnie cechy przejawili w ostatnich tygodniach i miesiącach.

IMG 5875

Doktor Joanna Horodyski jest jednym z tych stomatologów, którzy są od lat rozpoznawalni w naszym polskim środowisku stworzonym przez "emigrację solidarnościową". Przez prawie 20 lat praktyki przez jej gabinet przewinęło się tysiące naszych rodaków. Jak wyglądamy z perspektywy gabinetu dentystycznego? Jak zmieniały się w tym czasie techniki stomatologiczne? Co takiego fascynującego jest w leczeniu zębów? Z tymi pytaniami odwiedzam nowoczesny gabinet w prestiżowej Yorkdale Mall w Toronto...


– Jaka była Pani droga na emigrację, jakie były początki?

– Trochę z mężem podróżowaliśmy.

Początkowo z powodów rodzinnych nie mogliśmy wyjechać z Polski; jeszcze przed stanem wojennym, bo mój tata uciekł do Niemiec. Był chemikiem i zajmował się wąską specjalizacją, to były nawozy sztuczne i PCV. I niemiecka firma ściągnęła go do pracy, miał wtedy 55 lat. Tata zdecydował się wyjechać pod pretekstem jakiegoś sympozjum. Przez pięć lat nasza rodzina nie mogła dostać paszportu.

Najpierw tato pracował w Oświęcimiu, gdzie budował fabrykę PCV, po czym go przenieśli do Tarnowa, więc do trzeciej klasy chodziłam do szkoły w Oświęcimiu (a urodziłam się w Rajsku, gdzie nigdy potem nie byłam) i do liceum chodziłam w Tarnowie, a już na studia przeniosłam się do Warszawy, gdzie mieszkała rodzina mojego taty. Mieszkałam tam z moją babcią, ciotką, i ona mnie popchnęła na tę stomatologię, bo nie bardzo wiedziałam, co z sobą zrobić.

REFARuch Ekologiczny św. Franciszka z Asyżu (REFA) opiera się na duchowości franciszkańskiej. Św. Franciszek w 1979 r. został ogłoszony przez Jana Pawła II niebieskim patronem ekologów. Jaka wizja przyrody przyświeca członkom Ruchu?

Ruch Ekologiczny św. Franciszka z Asyżu (REFA) jest wspólnotą katolików zaangażowanych w ochronę stworzenia. W swoich działaniach opieramy się na katolickiej koncepcji człowieka i świata oraz duchowości franciszkańskiej. Chcemy być głosem ekologów w Kościele oraz chrześcijańskim głosem wśród ekologów. Współczesną działalność ruchu dobrze określił program duszpasterski Kościoła w Polsce na rok 2008/2009 wydany przez Komisję Duszpasterstwa Konferencji Episkopatu Polski, który prezentował REFA jako "nowoczesny i ewangeliczny przykład troski o życie przyrody". Silną motywację do refleksji, modlitwy i aktywnego działania na polu ekologii odnajdujemy w słowach Jana Pawła II i Benedykta XVI, jak np. "Wszyscy jesteśmy odpowiedzialni za ochronę świata stworzonego i musimy się o niego troszczyć. Ta odpowiedzialność nie ma granic (...) to pilne zadanie, które trzeba realizować z nowym zaangażowaniem wszystkich" (1.01.2010). Zatem troska o środowisko i odpowiedzialność za świat nie są zadaniem dla pewnej grupy chrześcijan, którzy czują w tym powołanie, ale wzywaniem i naglącym znakiem czasów skierowanym do każdego.

ojankrolGONIEC – Wszyscy się cieszyliśmy, że miejsce na multipleksie zostało przyznane, a tu okazuje się, że to taka zabawa w kotka i myszkę.

O. Jan KRÓL – Trochę tak to jest, że koncesję mamy przyznaną już od ubiegłego roku, ale ta koncesja, po pierwsze, była wywalczona – tak to trzeba nazwać – to były marsze, i to wielotysięczne, w Warszawie i w innych polskich miastach, także przed placówkami dyplomatycznymi polskimi za granicą, ponad dwa i pół miliona podpisów. Koncesję dostaliśmy.

Wyliczono nam opłatę za dziesięć lat trzynaście milionów i w październiku musieliśmy zapłacić prawie milion trzysta tysięcy złotych za to, że mamy prawo, z którego nie możemy korzystać.

braun003

G. Braun: O poważne inwestycje trudno, gdy brak normalnego rynku.

Pańskie filmy w wielu środowiskach – także wśród młodego pokolenia – cieszą się mianem kultowych. Tematyka, o której inni boją się nawet pomyśleć, dynamicznie rozwijający się scenariusz, genialna oprawa graficzna, całość opleciona świetnie dobraną muzyką i wreszcie prawdziwa lekcja historii, której darmo szukać w szkolnych podręcznikach. Tymczasem, podczas konferencji zorganizowanej przez Katolickie Stowarzyszenie Dziennikarzy w Hebdowie, opowiedział Pan niezwykle smutny scenariusz. Producent Pańskich filmów Robert Kaczmarek jest zastraszany, a zaprezentowane przez Pana fragmenty kilku projektów wciąż nie doczekały się szczęśliwego finału, jakim jest dokończenie produkcji. Jak to możliwe, że filmy, na które tak wielu widzów czeka, nie mogą być zrealizowane?

Przede wszystkim, dziękuję za dobre słowo – przekażę tę pochlebną recenzję wszystkim koleżankom i kolegom: operatorom, montażystom, autorom animacji, realizatorom dźwięku, producentom, z którymi współpraca daje efekty tak dobrze przez Panią oceniane. Film jest rzemiosłem w dużej mierze kolektywnym – jeśli moje filmy nadają się do użytku, to także dzięki wysiłkowi utalentowanych współtwórców. Ale żebyśmy mogli od czasu do czasu pokazać coś, co interesuje, a przy okazji cieszy oko i ucho – do tego potrzeba poważnych inwestycji. O te zaś trudno, gdy brak normalnego rynku. Oczekiwania widzów najwyraźniej niewiele mają tu do rzeczy. W post-PRL decydują względy polityczne, a nie zdrowy rachunek ekonomiczny.

sobota, 04 styczeń 2014 18:12

Rozmowa z Wojciechem Sumlińskim: Nie tracę nadziei

Napisane przez

Polub "Gońca"  na fejsbuku!

Wojciech Sumliński (ur. 15 kwietnia 1969 w Warszawie) – polski dziennikarz, absolwent psychologii Akademii Teologii Katolickiej w Warszawie. Pracował w "Życiu", "Gazecie Polskiej" i "Wprost". Autor licznych reportaży i programów w TVP: "Oblicza prawdy" o działalności SB i magazynu śledczego "30 Minut". Autor książki "Teresa Trawa Robot" o tajnych operacjach specjalnych SB oraz autor scenariusza filmowego o śmierci ks. Popiełuszki napisanego dla Agencji Filmowej TVP. Obecnie współpracuje z "Frondą" i magazynem śledczym "Focus", pisze kolejne książki i jest redaktorem naczelnym "Tygodnika Podlaskiego".

W 1999 był nominowany do nagrody Press w kategorii dziennikarstwa śledczego za publikacje o Henryku Goryszewskim, który pełniąc funkcję przewodniczącego sejmowej Komisji Finansów Publicznych, doradzał prywatnym firmom, jak unikać płacenia podatków. W tygodniku "Wprost" ujawnił akta świadka koronnego, Jarosława Sokołowskiego pseudonim "Masa" (2003), oraz materiały dotyczące kontaktów Andrzeja Kuny, Aleksandra Żagla i lobbysty Marka Dochnala z parą prezydencką, Aleksandrem i Jolantą Kwaśniewskimi (2004–2006). W roku 2006 ponownie nominowany do nagrody Press w kategorii dziennikarstwa śledczego, za materiał opublikowany w tygodniku "Wprost" (wraz z Przemysławem Wojciechowskim), o powiązaniach polityków, służb specjalnych i przestępczości zorganizowanej.
Autor książki pt. "Kto naprawdę go zabił?" o zabójstwie księdza Jerzego Popiełuszki (Warszawa, 2005 rok, wydawnictwo Rosner & Wspólnicy, ISBN 8389217048). W książce i wcześniejszym artykule prasowym (WPROST) Sumliński twierdził, że Waldemar Chrostowski, kierowca ks. Popiełuszki, był agentem SB. Sumliński przegrał proces sądowy z Chrostowskim.

W trakcie procesu informacje zebrane przez Wojciecha Sumlińskiego potwierdzili dr Leszek Pietrzak (biegły IPN badający dokumenty dotyczące Waldemara Chrostowskiego, który zeznając, powiedział, że "Waldemar Chrostowski był agentem SB") oraz prokurator Andrzej Witkowski, który zeznał, że zamierzał postawić Chrostowskiemu zarzuty, ale gdy ujawnił swój zamiar, odebrano mu sprawę.