Goniec

Switch to desktop Register Login

Wywiady

W sobotę, 19 maja br., w kościele Matki Bożej Królowej Polski w Scarborough (Toronto) odbyła się projekcja najnowszego filmu Grzegorza Brauna pt. "Poeta Pozwany", a po filmie odbyła się dyskusja Polonii kanadyjskiej z reżyserem filmu. Spotkanie zorganizowała grupa "Tajne Komplety" z inicjatywy pana Romana Dorny, a prowadził je Andrzej Kumor, redaktor naczelny tygodnika "Goniec". W spotkaniu z Grzegorzem Braunem uczestniczyło prawie 100 osób. Licznie zgromadzeni Polacy zadawali wiele pytań na temat obecnej sytuacji w Polsce oraz wizji Polski na najbliższe lata. Dyskusja zakończyła się po wielu godzinach ok. 23.00.

BARBARA RODE

Przedstawiamy poniżej pierwszą część zapisu tej dyskusji – redakcja.

      - Czy Pana zdaniem, apel Jarosława Rymkiewicza o śmierć cywilną dla Michnika poskutkował?

      Grzegorz Braun: To jest pytanie trochę retoryczne, bo trzeba sobie zdać sprawę, w czyich rękach są w Polsce media, dziennikarze wychowani przez "Gwiazdę Śmierci", potem rozesłani zostali apostołowie od czarnych mszy i teraz są w różnych innych gazetkach i tygodnikach, i rozgłośniach radiowych, i telewizjach.

      I już lata minęły, jak nie publikują systematycznie na łamach swojej jednostki macierzystej, no ale duch nie ginie. To są już kolejne generacje. Czemu taka siła oddziaływania?

      Dlatego że ten gracz polityczny wkroczył na puste pole, że zagospodarował pewną próżnię, w dodatku początkowo przy wielkim naszym, Polaków, aplauzie i przychylności. Ta gazeta osiągnęła wielkie wpływy, trzymała rząd dusz przez tyle lat. Teraz oczywiście to się zmienia, spadł nakład "Gazety Wyborczej", spada czytelnictwo, ale też bezpieka przenosi aktywa, transferuje kapitały, ideowe kapitały, na froncie ideologicznym.

      W ostatnich latach koncern ITI, telewizja TVN jest tą główną gwiazdą śmierci o największym zasięgu oddziaływania.

      Telewizja Polsat została jakby wycofana do rezerwy. Bardzo jestem ciekaw, jaki będzie powrót do pierwszego szeregu telewizji Polsat. Pewnie właśnie establishment postpeerelowski znalazł się na wirażu, że na tym etapie walą w nas tym młotkiem, a drugi trzymają w rezerwie i trzeba będzie po niego sięgnąć, jak się sprawy zmienią.

      To pytanie traktuję retorycznie, jako wyjście do dywagacji.

      Państwo, skoro tu jesteście, jak rozumiem reprezentujecie część narodu świadomą tego, kim jest, czego chce. Jak rozumiem, chcecie państwo więcej niż przeciętnie wiedzieć, chcecie państwo orientować się, co w trawie piszczy.

      Bieda jest w tym, że większość mieszkańców Polski nie chce się w niczym orientować i dla świętego spokoju woli się nie dowiadywać. No bo jakby się czegoś dowiedzieli, to z tym się mniej przyjemnie żyje, nie śpi się lekko i taki kłopot.

      Ale dobra wiadomość jest taka – takim przekonaniem się podzielę – że sprawy ważne i najważniejsze nigdy nie są sprawą ogółu, zawsze są sprawą mniejszości, świadomej i zdeterminowanej mniejszości.

      Jakobini, bolszewicy, różni piekurszczacy zawiązywali w wąskich gronach spiski na naszą zgubę.

      Wszystkie rewolucje nie są sprawą jakiegoś tam ludu, mas, nie, zaczyna się od grupy spiskowców. W związku z tym jest to bardzo naturalne, że i sprawa polska, i sprawa katolicka nie będzie nigdy sprawą mas. Kościół, chociaż jest powszechny, ale przecież stoi ten Kościół na szeregach tych, którzy są najbardziej świadomi, którzy potrafią wyartykułować cele i nazwać istotę sprawy.

      Tak to tutaj przechodzę do takiej kwestii, która się nasuwa podczas tego krótkiego tu pobytu, podczas spotkań z rodakami w tych okolicach, że to nie jest dobry pomysł popadać w depresję z tego powodu, że tutaj nie ma tego całego ćwierć miliona Polaków, którzy mieszkają w okolicy, żeby rozważać o polskich sprawach.

      Nie, to jest normalne. Rozhuśtywanie mas, pozyskiwanie mas to jest właśnie specjalność bolszewików i jakobinów. To być może nie jest sposób jakiś osiągać te zbożne i dobre cele, do których zaliczam właśnie np. dbanie o sprawę polską.

      I jak mam okazję do państwa się zwracać, to zwrócę się też w takie słowa, że sądzę, że ofensywa, która jest prowadzona przeciw emigracji, przeciw Polakom poza granicami kraju, ta akcja dezintegracji, dobijania tego, co dobre, niszczenia środowisk, działania, które mają na celu – i często niestety skutkują – zaprzepaszczeniem jakiejś spuścizny materialnej, która stanowiła punkt oparcia dla pokoleń emigrantów, świadomych Polaków; ta operacja, moim zdaniem, jest niebezprecedensowa, ale da się porównać jej natężenie aktualne do tego, co wykonywano w latach osiemdziesiątych, kiedy bardzo intensywnie działali poza granicami PRL-u funkcjonariusze tamtejszych sowieckich służb polskojęzycznych.

      Działali na rzecz tego, co się nazywa transformacją ustrojową, tzn. starali się wtedy zneutralizować jakąkolwiek krytykę, krytyczną refleksję na temat sytuacji krajowej.

      I w tej chwili jest prowadzona taka akcja. Dwoją się i troją funkcjonariusze poprzebierani za jakichś tam sekretarzy trzecich i piątych konsulatów i ambasad. Bardzo się dwoją i troją, z jednej strony po to, aby pozyskać młodzież, z drugiej, żeby tych wszystkich po 30-tce zneutralizować.

      To jest przez nich stosowane kryterium. W Chicago usłyszałem, że dzwonił ktoś do szkoły tamtejszej z konsulatu, że chciałby się konsul spotkać z nauczycielami, ale "tymi przed 30-tką". Tak oni kombinują, że od 30. roku życia to już beznadziejne przypadki są, już są nieodwracalni Polacy i że ich się nie da przekabacić.

      Więc trwa taka operacja. Traktujcie to państwo jako komplement pod swoim adresem, bo takie operacje kosztują. Kosztują czas, więc też pieniądze. Więc skoro się wydaje pieniądze na to, żeby na emigracji mącić i was neutralizować, to znaczy, że coś znaczycie, to znaczy, że się was boją.

      I jeszcze takim przekonaniem się podzielę, bo często pada pytanie o elity, jak tu się Polska ma odrodzić, skoro nie ma tej szarej tkanki mózgowej, najwyraźniej w dostatecznym wymiarze ona się nie zachowała.

      Z jednej strony, właśnie musi się to wszystko odchować i tutaj na to czasu potrzeba. I stąd moja triada, którą przy każdej okazji staram się powtarzać. Są trzy ośrodki wychowania, kształcenia elit dla Polski.

      Centralny punkt oparcia – kościół. Nie po to, żeby tam politykować w środku i tam Polskę robić; kościół po to, aby tam się dokonywało przeistoczenie w rękach kapłana katolickiego, ale to jest punkt oparcia, tam wszystko się zaczyna.

      Szkoła przy tym kościele i strzelnica przy tej szkole.

      To są trzy obiekty, w których formować się może polska elita. Jest tylko jedna droga na skróty, która nie może zastąpić tego procesu wychowania, który wymaga czasu, ale może go lekko wspomóc. Jak we wszystkich ciężkich przypadkach, taką drogą na skróty awaryjną jest transplantacja. Transplantacja tej szarej tkanki czy tego szpiku kostnego.

      Otóż wy jesteście jedynymi istniejącymi dawcami, nie ma skąd tego przeszczepić do kraju. Miejcie tego świadomość!

      Sądzę, że bardzo może wiele dobrego wyniknąć z zabierania przez was głosu na temat spraw krajowych. Nie dajcie się zbywać, nie dajcie się przegonić kijem od sprawy polskiej, odegnać. Nie pozwólcie na to, żeby wam mówili, że wy tutaj nic nie rozumiecie, jesteście daleko, z drugiej strony globusa, chodzicie głową do dołu i nic nie rozumiecie. Nie dajcie sobie tego wmawiać, to nie jest prawda.

      Środki komunikacji istnieją, bardzo wiele znaczy głos opinii i nie nie doceniajcie sami siebie. Znaczenie ma i publikacja, kolportaż materiałów, wymiana informacji. To, że niektóre materiały redagowane w kraju mogą być kolportowane i dłużej wisieć, jak są wywieszone na jakichś amerykańskich serwerach w Internecie, to jest niebagatelna rzecz, że tego się tutaj nie da łatwo uprzątnąć, nie da się sprawy tak szybko zamknąć. To jedna rzecz, nie trzeba tego bagatelizować.

      Druga rzecz, że naprawdę zaraz dziać się będą w kraju rzeczy bardzo spektakularne, nieprzyjemne i oby nie tragiczne na większą skalę, i wasz głos może być jedynym czystym głosem w tej sprawie. Oby tak się sprawy nie toczyły, ale tak być może. Wydaje mi się, że stąd ta krzątanina wokół was tutaj, żeby was jeszcze bardziej porozstawiać po kątach, uciszyć, żebyście przestali wierzyć w siebie i w to, że macie dla Polski znaczenie.

      - Czy obecnie Polska jest rządzona przez obcą agenturę?

Rozmowę przeprowadzono w Mississaudze we wrześniu 2011 roku


Goniec: Ludzie mówią, że wspaniale się Pana słuchać, mówi Pan rzeczy, które pozwalają ubrać w słowa to, co każdy dostrzega, i faktycznie tak jest, jak Pan mówi. Jednak brakuje odpowiedzi na “leninowskie pytanie” – “co robić?” – co w obecnej sytuacji można zrobić? Jak w tej anegdocie z tą żabą optymistką, którą Pan przytaczał na spotkaniu, która nie poddaje się w kadzi śmietany i ratuje, ubijając ją na masło. Jak ubić to masło w naszych czasach?

Stanisław Michalkiewicz: Dziękuję na wstępie za tę pochwalną recenzję, którą pan był łaskaw podać, ale wracając do tej anegdoty, żaba optymistka nie wiedziała właściwie, co robić, zachowywała się instynktownie. A to, że rano siedziała na osełce masła, to było rzeczą przez nią niewykalkulowaną, tylko rzeczą, która się wydarzyła mimo woli żaby.
Ja, gdybym wiedział, co w takiej sytuacji robić, tobym tego nie ukrywał. Nie dlatego tego nie mówię, że jestem jakąś osobą perfidną, tylko sam tą wiedzą nie dysponuję. Moim zdaniem, tak jak przedstawiam sytuację Polski w tej chwili, to koniunktury międzynarodowe – bo od tego dużo zależy – sprawy wewnętrzne i moralna, polityczna kondycja tego społeczeństwa to jest jedna sprawa, ale bardzo dużo zależy od okoliczności międzynarodowych, okoliczności zewnętrznych, a te akurat układają się dla nas niekorzystnie w tym momencie.
Co nie znaczy, że tak będzie zawsze. Natomiast warto, w moim przekonaniu, nawet jak to jest przygnębiające, a zdaję sobie sprawę, że jest, przedstawić diagnozę sytuacji.

wtorek, 15 maj 2012 14:00

Wspinaczka jest jak chirurgia

Napisał

Mateusz Bujak przez znajomych uważany jest za cudownego wariata, kipiący życiem, tryskający energią, latami walczył z własnym bólem, z pasją leczy ludzi w krajach Trzeciego Świata, zapalony wspinacz, entuzjasta rowerów górskich, a jednocześnie jeden z niewielu młodych lekarzy w Toronto, którzy doskonale władają językiem polskim. Dzisiaj pracuje w szpitalu św. Michała; dobrze byłoby, gdyby tacy lekarze mogli pracować wśród polskiej społeczności, choćby w Mississaudze...


GoniecUrodził się Pan w Kanadzie?
bujak odkazanienepalMateusz Bujak – Urodziłem się w  Krakowie, jak miałem cztery lata rodzice wyjechali najpierw do Chicago, a potem do Toronto. Większość swojego życia mieszkam w Toronto, ale dużo podróżowałem, pracowałem w Kolumbii Brytyjskiej, potem w Edmonton.
    - Jako lekarz?
    - Najpierw byłem fizjoterapeutą. To dobra praca, ale byłem młody i chciałem czegoś więcej. Ciągle się uczyłem, zadawałem pytania, ale wtedy mi tłumaczono; a tym to zajmuje się lekarz, tym nie musisz się martwić. "Nie muszę się martwić",  ale chcę się tym martwić, bo dla mnie to było interesujące.
    Postanowiłem zostać lekarzem i złożyłem podanie na wydział medycyny, dostałem się tutaj na Uniwersytet Torontoński, myślałem, że wybiorę ortopedię, bo fizjoterapia jest bliska, mógłbym być chirurgiem...
    - Dlaczego zatem oftalmologia? Bliższy kontakt z ludźmi?
    - Nawet jak studiowałem, myślałem sobie: mogę robić wszystko, ale oczy mnie nie interesują; nie chcę mieć do czynienia z przypadkami, gdy ktoś traci oko. Powoli, powoli zorientowałem się, że to naprawdę  interesująca praca.
    - Dlaczego zatem okulistyka?
    - W medycynie, właściwie w każdej specjalizacji człowiek ma kontakt z ludźmi. Większość chirurgów, jak robią operację – na przykład gdy człowiek miał raka – ludzie wychodzą  po operacji i być może uratowaliśmy im życie, jako lekarze, ale coś stracili. Moi pacjenci, jak wychodzą po operacji i nagle widzą – są bardzo szczęśliwi. Gdy ktoś ma silną kataraktę, to już na następny dzień może widzieć. Dla mnie to jest olbrzymia satysfakcja, to natychmiastowa nagroda.
    Miało również znaczenie  to, że ze wszystkich kierunków medycyny największy wpływ w krajach rozwijających się ma oftalmologia.
    - Skąd w ogóle zainteresowanie krajami rozwijającymi się? Podróżował Pan wcześniej do Indii, Afryki?
    - Po pierwszym roku medycyny zrobiłem sobie roczną przerwę. Miałem duży problem z plecami. Nie mogłem siedzieć. Doszło do tego, że w szkole zaczęli się zastanawiać, czy mogę zostać lekarzem, bo musiałem zawsze klękać przed pacjentami. Nawet na pięć minut nie mogłem  usiąść.
    - Uraz kręgosłupa?

Wywiad przeprowadzono w lutym 2012

- Minęło dwadzieścia kilka lat, od kiedy starał się Pan o prezydenturę w Polsce. Świat się zmienił, Polska się zmieniła, wiele rzeczy wyszło na jaw, ludzie dowiedzieli się o wielu sprawach.Jak Pan ocenia tamten czas z tej perspektywy i czy wiedząc to wszystko, co Pan dzisiaj wie, też by się Pan zdecydował wtedy stawać do wyborów, ten pierwszy raz, niejako rzucając się na głęboką wodę?


- Nie jestem pewien, czybym się zdecydował drugi raz tak silnie zawalczyć, jak walczyłem o Polskę w tych wyborach w 90 roku, ponieważ po latach refleksji, niestety jestem przygnębiony z tego powodu, że Polacy jako naród okazali się narodem tchórzy.
Kiedy w 90 r. mieliśmy naszego śmiertelnego wroga w pogoni, już niektórzy z nich pakowali walizki, żeby wyjechać z kraju, ze strachu, że my wygramy wybory, to wtedy niestety, w II turze, ludzie stchórzyli.
Widząc ten okropny atak na mnie – co było dla mnie wielkim komplementem, że wrogowie tak się poniżyli, że rzucili we mnie stek kłamstw, bo to było przecież z ich strony poniżenie; wielcy intelektualiści bluzgający kłamstwem na prawo i lewo – to znaczyło, że myśmy mieli siłę.
I niestety, Polacy nie byli w stanie obronić swoich głosów, a wtedy wystarczyło podnieść kij i nie trzeba byłoby nawet bić, oni sami by uciekli z kraju.


- Nie sądzi Pan, że jednak doprowadziliby do jakiegoś siłowego rozwiązania, może zamachu na Pana?

czwartek, 10 maj 2012 23:29

Duch Kresów mnie nie opuszcza

Napisane przez

Jerzy Rosa rozmawia ze Stanisławem Srokowskim

W połowie maja przybędzie do Kanady znany polski pisarz – Stanisław Srokowski. Znawca Kresów, badacz tragicznych epizodów w stosunkach polsko-ukraińskich, zaprezentuje tutaj swoje ostatnie trzy książki poświęcone tej tematyce.

Jerzy Rosa: Krytycy nazywają Pana "strażnikiem pamięci", czy pańskie książki to tylko zapis faktów i zdarzeń, czy dużo jest w nich fikcji i autorskiej wyobraźni?

      Stanisław Srokowski: Powieści i zbiory moich opowiadań należą do literatury pięknej. Rządzą więc nimi te same prawa, co wszystkimi innymi utworami tego gatunku. Realne fakty, konkretne wydarzenia, postaci i historie włączone są do fabuły i gry wyobraźni, jako składniki konstrukcyjne dzieła literackiego. Inaczej mówiąc, powieści z cyklu kresowego głęboko są zakorzenione w realnym czasie historycznym, a równocześnie niesione, jeśli można tak powiedzieć, przez narrację, w której autorska fantazja i postawa moralna nadają im określone znaczenia. Akcja toczy się w zasadzie w latach 1935-1945 i obejmuje najważniejsze, najbardziej newralgiczne i dramatyczne momenty polskiej i w dużej części europejskiej historii, przedwojenny terror Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów, II wojnę światową, a więc napaść Niemców i Sowietów na Polskę, mordy UPA na Polakach, Żydach, Czechach, Ormianach i samych Ukraińcach, obronę Lwowa, walki o Stanisławów, życie w małych kresowych miasteczkach, takich jak np. Kołomyja, Buczacz, Drohobycz, życie na wsi, heroiczne działania Armii Krajowej, losy polskiej młodzieży, zachowania i działania kościołów, duchownych, polskiej inteligencji, budowanie podziemnego państwa polskiego, itp. itd. A równocześnie widzimy opisy zmagań, po części fikcyjnych, po części autentycznych, wziętych ze świata realnego, indywidualnych bohaterów. A więc wielka panorama historyczna i w niej zanurzone konkretne, jednostkowe przypadki i powikłane biografie.

      Można śmiało powiedzieć, że ze względu na terytorium opisuję zbiorową historię Polaków i innych nacji zamieszkałych w II RP na ogromnym obszarze, niemal całych polskich Kresów, zaczynając od województwa stanisławowskiego, a konkretnie od Kołomyi, i idąc przez województwa: lwowskie, tarnopolskie, wołyńskie, docieram aż do województwa wileńskiego i żywo reaguję na tamtejsze wydarzenia. W takim sensie stoję na gruncie pamięci narodowej i nie dziwię się tym krytykom, którzy nazywają mnie strażnikiem tej pamięci, bowiem istotnie przybliżam moją postawą i sposobem przedstawiania te wielkie wartości kulturowe, religijne, twórcze, historyczne, które wysoko cenię i bez których trudno byłoby nam, Polakom, zrozumieć naszą współczesność. Pamięć jest podstawową kategorią poznawczą, w której prawda poszukuje sama siebie, istoty życia i swoich rozlicznych odbić, stając się niezbywalną wartością każdego indywidualnego ludzkiego losu i życiodajną tkanką każdego narodu. Narody, które zapominają o swoich dziejach, ślepną, głuchną i giną, ponieważ nie potrafią się identyfikować z własną historią i nie są w stanie obronić własnej egzystencji, jako życia w godności i harmonii ze światem. Pamięć jest więc oddechem, który przywraca życie. Bez pamięci wszystko umiera, a my tracimy rozeznanie, kim jesteśmy, skąd się wywodzimy i ku czemu zmierzamy.  

      - Niedługo spotkamy się z Panem w Kanadzie – będzie można poznać autora wielu książek, ale szczególnie interesujące wydają się trzy ostatnie: "Ukraiński kochanek", Zdrada" i "Ślepcy idą do nieba" – ze względu na kresową tematykę. Skąd u Pana taki krąg zainteresowań?

Strona 15 z 15