Goniec

Register Login

Wywiady

piątek, 14 grudzień 2012 15:34

Cyclone, czyli wylęgarnia samolotów

Napisał

Z Andrzejem Sochajem, właścicielem firmy Cyclone Manufacturing, rozmawia Andrzej Kumor.


– Co słychać w Cyclonie, chyba jednym z największych zakładów kierowanych przez Polaków?


– Nie wiem, czy największym, ale jest nas czterysta osób.

 

piątek, 07 grudzień 2012 13:37

Zobaczyć drugiego człowieka

Napisał

Z o. Marcinem Serwinem OMI z parafii św. Kazimierza w Toronto rozmawia Andrzej Kumor.

– Proszę Ojca, skąd powołanie?


– Można powiedzieć, wszystko zaczęło się tutaj, w Mississaudze. Najpierw poprzez pracę przy parafii czy ministranturę, poprzez wolontariat, udzielanie się społecznie czy to w grupach parafialnych, czy poza nimi.


– Ojciec się tutaj urodził?


– Urodziłem się w Polsce, w Tuchowie. Mieszkałem w Tarnowie i później w 1992 roku cała moja rodzina wyemigrowała, praktycznie można powiedzieć, od początku do Mississaugi. Tu wzrastałem – podstawówka, potem liceum...

piątek, 30 listopad 2012 19:39

Tata z powołania

Napisane przez

Dziecko zmienia świat o 180 stopni. Sprawia, że człowiek nabiera nowych sił i nic nie jest w życiu ważniejsze od tego maleństwa...


Przepytywany: Tata kilkumiesięcznej Natalii – Dominik Motyl


Karolina: – Jak zareagowałeś, gdy się dowiedziałeś, że zostaniesz tatusiem?

Andrzej Kumor rozmawia z prof. Wojciechem Błasiakiem – polskim socjologiem, posłem na Sejm II kadencji z ramienia KPN.

blasiakW 1975 prof. Błasiak ukończył studia na Wydziale Przemysłu Akademii Ekonomicznej w Katowicach. Następnie uzyskał stopień naukowy doktora nauk humanistycznych. W latach 1993–1997 z ramienia Konfederacji Polski Niepodległej sprawował mandat posła II kadencji. Później był związany z KPN-OP i AWS.
Jest prezesem Stowarzyszenia Polskiej Myśli Strategicznej w Katowicach. Publikował artykuły na tematy społeczno-ekonomiczne, zamieszczane m.in. w tygodniku "TAK" w 1992. Związany z Ruchem Obywatelskim na rzecz JOW. Pracował w Instytucie Socjologii Uniwersytetu Śląskiego.


Andrzej Kumor: – Panie Profesorze, zacznijmy od tego, że jest Pan kojarzony z ruchem jednomandatowych okręgów wyborczych. Czy JOW to panaceum na polskie bolączki?

piątek, 23 listopad 2012 16:07

Współczesna samotna młoda mama

Napisane przez

Alicja Lender ma 25 lat, jest samotną mamą. Wychowuje trzyletniego Tomka. Mieszkają w Szczecinie i nie wyobrażają sobie życia bez siebie.


mlodamamaKarolina Jaskólska: – Martwiłam się, że będzie trudno namówić Cię na rozmowę, a tu niespodzianka.


Alicja: – Wiesz, problemy młodych mam są tak naprawdę takie same, ale nie każdy jest na tyle odważny, aby mówić o tym głośno.


– To prawda. Dlatego tym bardziej jestem Ci wdzięczna za chęć opowiedzenia mi swojej historii.


– O czym dokładnie chcesz wiedzieć? Od początku wszystko? Od momentu, kiedy dowiedziałam się o ciąży?


– Dokładnie. Od ciąży do zostania samotną mamą…


– Skoro od początku, to tak nie do końca samotna, ale i do samotności dojdziemy.


– Wszystko po kolei.


– Miałam 21 lat z haczykiem, jak dowiedziałam się, że jestem w ciąży. To był chyba lipiec… nie pamiętam już dokładnie. Kojarzę, że to był czas, kiedy cieszyłam się zaliczeniem drugiego roku na studiach. Czekał mnie upragniony trzeci rok, a tu taka zaskakująca wiadomość – w lutym zostanę mamą.


– To była dobra czy zła wiadomość? Co pomyślałaś?


– Ciężko powiedzieć, co wtedy myślałam, ale poczułam, że to nie jest odpowiedni moment na dziecko… za wcześnie.


– Nie było wyrzutów typu: "dlaczego ja? jestem za młoda!"?


– Pewnie i taka myśl przeszła przez głowę, tylko że ja bardziej obawiałam się, co dalej z moimi studiami, że nie będę miała możliwości ich ukończyć. Na szczęście mama wtedy rozwiała moje wątpliwości. Obiecała, że pomoże mi we wszystkim, abym zdała egzaminy.


– Jak zareagowali rodzice, partner?


– Mój tata był maksymalnie zaskoczony, jego reakcja nie do końca była pozytywna. Mama też oczywiście była zaskoczona, ale jak to kobieta stwierdziła "Ala, damy radę!". Mój partner, jak wtedy wskazywało, oczywiście się cieszył, chociaż oboje zdawaliśmy sobie sprawę, że nie jest to idealny moment.


– Wchodziła w grę adopcja?


– Nie. Nigdy przez głowę mi nie przeszło, aby oddać dziecko do adopcji. Wychodzę z założenia, że jeżeli decyduję się na współżycie, to muszę odpowiadać za konsekwencje, które może to spowodować.


– Czego się najbardziej bałaś?


– Tego, że nie sprawdzę się w roli mamy, że mnie to przerośnie, że nie będę potrafiła zapewnić dziecku godnego życia.


– Pracowałaś podczas studiów? Jaka była opcja utrzymania?


– W tym czasie akurat skończyłam praktyki w policji. Utrzymywać miał nas partner. Rodzice zadeklarowali pomoc, jeżeli zajdzie taka potrzeba. Skoro dowiedziałam się o ciąży, wiedziałam, że już żadnej pracy nie podejmę, bo kto przyjmie kobietę w ciąży...


– Dostałaś becikowe, prawda?


– Tak – 1000 zł. Plus drugie 1000 zł, z racji samotnego wychowywania.


– Ale to dostałaś potem? Czy już nie byłaś z partnerem?


– Jakby ci to wyjaśnić... z przyczyn ode mnie niezależnych ojciec nie został uznany.


– Jak to?


– Poszedł do urzędu ze zniszczonym dowodem osobistym... i najnormalniej w świecie urzędniczka nie przyjęła tego dokumentu.


– Trzeba było jakoś udowodnić to, że samotnie wychowujesz dziecko?


– Nie.


– Ciekawe…


– Akt urodzenia mówił, że dziecko ma moje nazwisko. Było wpisane imię ojca, ale jest to traktowane jako "ojciec NN". Oczywiście zgłaszając się po becikowe, wyjaśniłam w urzędzie, o co chodzi, dlaczego tak jest. Mimo wszystko urzędniczka przyznała becikowe dla matki samotnej.


– Chyba dobrze?


– Nie narzekam oczywiście. Dodatkowe 1000 zł się przydało.


– Chciałaś pracować po urodzeniu Tomka?


– Przez trzy lata chciałam być z maluchem w domu, ponieważ dziecko potrzebuje matki najbardziej właśnie przez pierwsze trzy lata życia. Tym samym postanowiłam, że dopiero po tym czasie będę szukać pracy.


– A studia?


– Udało mi się ukończyć studia licencjackie. Oprócz tego poszłam na studia magisterskie, niestety nie udało mi się ich zaliczyć. Natomiast z pracą było bardzo ciężko – wymagania straszne, płaca mała. Nie opłacało mi się wysyłać Tomka do przedszkola, nie mogłam ustalić grafiku. Pracowałam na czarno tylko dlatego, że mogłam dogadać się z innymi co do godzin pracy. Jak ja szłam zarabiać, to maluszkiem zajmowała się babcia, czyli moja mama. Teraz znalazłam niezbyt dobrą pracę, ale muszę przyznać – lepszą niż poprzednie. Mimo "śmieciowej umowy".


– A co z tatą Tomka?


– Jestem w trakcie rozpoczynania "walki" o alimenty. Niestety, nie interesuje się on synem. Jeżeli je uzyskam, będzie mi wtedy łatwiej.


– Państwo nie pomaga w takich sytuacjach? Dostałaś na początku tylko wspomniane 1000 zł?


– Teraz dostaję tzw. rodzinne. Jest to około 240 zł. Żebym mogła zrobić cokolwiek innego, potrzebuję alimentów. Nie mogę też wiecznie żyć na garnuszku rodziców…


– I tu dochodzimy do samotności...?


– Samotność zaczęła się, kiedy byłam na drugim roku studiów magisterskich. Nie ułożyło się. No trudno. Zdarza się, prawda? Ciężko było podjąć decyzję o zostaniu samotną mamą, ale musiałam.


– Oczywiście. A powiedz, jak było ze znajomymi? Byłaś młodą studentką. Zapewne wszyscy woleli się bawić, chodzić na piwo, plotkować o chłopakach....


– Przed ciążą ja również wolałam się bawić, chodzić na piwo i oczywiście plotkować o facetach. Wiadomo – przez całą ciążę – brak możliwości. Ale i nie ubolewałam z tego powodu. Znajomi byli wyrozumiali. Wiadomo, jak to jest, niektórzy troszeczkę mniej… Praktycznie przez pierwszy rok życia Tomaszka siedziałam w domku. Potem mama sama mnie wyganiała. Mówiła: "idź do ludzi", "pobaw się trochę". Oczywiście w miarę zdrowego rozsądku (śmiech). Odpowiedzialność za malucha na pierwszym miejscu!


– Mama to mama. Zawsze pomoże! Pozostali Ci najlepsi przyjaciele. Miałaś od nich jakąś pomoc?


– Tak. Oczywiście największą pomoc i wyrozumiałość dostałam od dziewczyn, które również są młodymi matkami. Dużo rozmów, porad, a także wsparcia czysto, jak by to nazwać… materialnego – ciuszki, zabawki itd.


– Solidarność młodych mam.


– Dokładnie!


– Podziwiam młode mamy! Za wytrwałość, odwagę, zawzięcie i cierpliwość. Słyszałam również opinię, że w sumie warto być młodą mamą. Jak masz superrodziców, to oni Ci pomogą. Potem Ty zrobisz/dokończysz studia i masz możliwość iść pracować w zawodzie. Nie musisz martwić się o macierzyńskie i brak możliwości powrotu do pracy. Jak sądzisz, jest coś w tym?


– Jeżeli ma się pomoc od rodziców, to jak najbardziej. Ułatwia to praktycznie wszystko. Od opieki nad maluchem począwszy, skończywszy na możliwości spokojnego ukończenia studiów i poszukaniu odpowiedniej pracy, a nie łapania obojętnie jakiej.


– Byli tacy co patrzyli krzywo? Negatywnie komentowali?


– Zawsze się tacy znajdą. Mówili: "Jesteś za młoda, zabiłaś swoje młode życie. Zamiast się bawić to babrasz się w pieluchach!". Takiego typu teksty nie są jakieś podnoszące na duchu. A dla młodej mamy ma to znaczenie.


– Dla młodej mamy, a przede wszystkim młodej dziewczyny. Miałaś wątpliwości? Siadałaś i myślałaś: "może mają rację?".


– Sądzę, że każda młoda mama ma takie wątpliwości. Nie jestem w tym wyjątkiem. Siadałam, patrzyłam na Tomka i myślałam "słoneczko, a nie mógłbyś tak dopiero za dwa lata?". Teraz się z tego śmieję, ale wtedy... ciężko było wszystko pogodzić. Nieprzespane noce nie ułatwiały. Pewnie ominęło mnie sporo imprez – tego typu rzeczy, ale z perspektywy czasu patrzę już na to inaczej.


– Jak sądzisz, czy społeczeństwo, instytucje, np. uniwersytety, są dobrze dostosowane dla młodych mam? W USA na przykład są kursy internetowe, dobry socjal...


– Dobry socjal... hmmm, u nas tego nie ma. A i o kursach internetowych nie słyszałam. Sądzę, że Polska w ogóle nie ułatwia życia młodym mamusiom. Często tylko je utrudnia… Sam próg, który trzeba spełnić, aby dostać jakikolwiek socjal, jest śmieszny. Matka, która zarabia np. 1100 zł, nie dostanie nawet podstawy, jaką jest 68 zł, bo przekracza dochód na dwie osoby. Żeby dostać socjal z opieki społecznej, trzeba chyba spełnić jakieś wymagania odnośnie do metrażu, w jakim się mieszka z dzieckiem…


– Nie jest różowo... Jakie masz plany na przyszłość?


– Teraz najważniejsze jest dla mnie, aby wywalczyć alimenty, wysłać malucha do przedszkola i poszukać sobie pracy na pełny etat. Tomek daje mi wiele szczęścia oraz uśmiechu. Za nic bym tego nie zamieniła!


– Życzę Ci powodzenia! Ucałuj Tomka!


Rozmawiała Karolina Jaskólska
Kraków

piątek, 23 listopad 2012 15:44

Piszę trzecią książkę...

Napisane przez

Z Januszem Beynarem, autorem powieści sensacyjnej "Skutki uboczne", rozmawia Andrzej Kumor.


– Czy warto pisać książki?


skutkiuboczne– To dobre pytanie i na pewno warto spróbować na nie odpowiedzieć. W Polsce podobno ukazuje się około stu tytułów wydawniczych tygodniowo. To oczywiście nie tylko nowości beletrystyczne i debiuty, ale także wznowienia, tłumaczenia, poradniki. Konkurencja w walce o czas przeznaczony na czytanie przez przeciętnego człowieka jest wielka – tym bardziej że tego czasu jest coraz mniej. Książka jako przekaz medialny konkuruje z telewizją, Internetem i całym tym elektronicznym hałasem wkoło nas.
Czy warto mimo wszystko napisać książkę? Stanowczo tak! Każde twórcze przedsięwzięcie jest warte doprowadzenia go do końca. Jest ogromną satysfakcją świadomość, że być może nawet dziesięć tysięcy rodaków przeczytało moją książkę i dziesięć tysięcy rodaków zadało sobie przy okazji ciekawe pytania, jakie stawia przed nami rzeczywistość.
Jeżeli zaś to pytanie (czy warto pisać książki) odnosi się do strony finansowej, to proszę sobie poprzeliczać. Pisałem "Skutki uboczne" przez rok i myślę, że poświęciłem na to przedsięwzięcie pięćset – sześćset godzin. Przy minimalnej stawce w Kanadzie (10,00 dol. na godzinę) zarobiłbym około 5000 dol. Pisząc książkę po polsku i sprzedając ją w Polsce, dochód nie jest z pewnością motywacją do pisania. Czy to jest sukces finansowy? To zależy od oczekiwań piszącego.


– Kim Pan jest z wykształcenia?


– W latach 1981–86 studiowałem ekonomię na Uniwersytecie Gdańskim. Pośmiertna autopsja komu-socjalizmu wykazała, że ten system nie stworzył czegoś podobnego do ekonomii, czyli wniosek prosty... nie mam żadnego wykształcenia albo mam wykształcenie zupełnie nieprzydatne... (śmiech).


– Pana hobby to szeroko pojęte obcowanie z dziką przyrodą, skąd pomysł na powieść sensacyjną? Dlaczego Pan tę książkę napisał, po co?


– To prawda, że moje baterie, wyobraźnia i pozytywne wizje najlepiej "ładują" się na łonie przyrody. Lubię wszelkie podróże, ale tydzień lub dwa spędzone w Górach Skalistych z plecakiem, na szlaku lub z wiosłem w dłoni na canoe w północnym Ontario to najpiękniejsze przeżycia. Wniosek z tego prosty, że oprócz przyrody pociąga mnie cisza i separacja od współczesnej cywilizacji.
Pomysł na powieść sensacyjną powstał w 2006 roku po przeczytaniu materiałów naukowych o mało znanych skutkach ubocznych hormonalnych środków antykoncepcyjnych. To, co przeczytałem, chciałem przekazać dalej. Brak formalnego wykształcenia medycznego czy farmaceutycznego wykluczał wkroczenie na rynek z jakąkolwiek formą analizy, a poza tym niewiele osób czyta tego typu suche opracowania. Postanowiłem zainteresować czytelnika szybką akcją thrillera przygodami bohaterów, opisami mojej ukochanej kanadyjskiej przyrody i ciekawą treścią mało znanych faktów ze sfery farmaceutyczno-zdrowotno-społecznej. Przy okazji zabawy, jaką jest czytanie sensacji, chciałem, żeby czytelnik zadał sobie i może innym pytania, które pojawiają się w książce.


– Jak długo dojrzewał pomysł napisania książki?


– Patrząc na kalendarz, to około dwóch lat. Chodziły mi po głowie różne pomysły i różne wątki sensacyjne. Jesienią 2007 roku z wizytą przyjechała z Polski moja cioteczka Ewa, córka Lecha Beynara, czyli znanego wszystkim Pawła Jasienicy. Było to bezpośrednio po publikacji jej książki biograficznej pt. "Mój Ojciec Paweł Jasienica". Podczas długich rozmów przy ognisku na jednej z wysp parku prowincyjnego Killarney (cioteczka po siedemdziesiątce jest również miłośnikiem wypraw w dzicz) padło proste i oczywiste stwierdzenie: "Nikt się nie zainteresuje twoją książką, dopóki jej nie napiszesz". Cioteczka wyjechała, a ja usiadłem do pisania. Rok później, w grudniu 2008, otrzymałem pozytywną odpowiedź od wydawnictwa Novae res w Gdyni. Obecnie doczekałem się drugiego wydania.


– Dlaczego tematem jest przemysł farmaceutyczny?


– Wydaje mi się, że olbrzymia grupa ludzi we współczesnym świecie zaczyna zdawać sobie sprawę, czym jest nadmiar chemii w naszym życiu. Przemysł farmaceutyczny to jedna z bardziej agresywnych i dochodowych gałęzi szeroko pojętego przemysłu chemicznego. Ten sam przemysł produkuje broń do zabijania i okaleczania ludzi i oferuje leczenie skutków porażenia tą bronią.
Kilka lat temu odwiedziłem w Polsce znajomego w podeszłym już wieku. Podczas rozmowy ten człowiek otworzył pudełko tekturowe od butów pełne różnego rodzaju pigułek, kropelek i kapsułek. Na wieczku pudełka były spisane instrukcje, jak i kiedy, dosłownie godzina po godzinie, połykać te leki.
Takich ludzi uzależnionych od wizyt u lekarzy i farmakologii są w Polsce tysiące. Telewizja ostatnio żyje chyba tylko dzięki reklamom lekarstw, a grupa klientów to emeryci ze stałymi dochodami. Od momentu, kiedy lekarz i aptekarz zostali biznesmenami i sprzedawcami leków, a nie niosącymi pomoc ludziom fachowcami, sytuacja jest bardzo groźna dla przeciętnego zjadacza pigułek. Tradycyjnie ludzie darzą lekarza zaufaniem i trudno im zrozumieć fakt, że nie wszystko, co kupują i połykają, im pomaga.
Lobby chemiczno-farmaceutyczne jest tak potężne i tak wszechmocne, że wybierani politycy przepisami lub ich brakiem umożliwiają mu bezkarne działanie na rynku. Najlepszym przykładem może być historia świńskiej grypy i szczepionek ją zwalczających sprzed kilku lat. Politycy w WHO, w Międzynarodowej Organizacji Zdrowia, na początku całej afery zmienili definicję pandemii, co nakazało ministerstwom zdrowia wielu krajów obowiązkowy zakup szczepionek. Pandemii nie było, a miliardowych zysków możemy się tylko domyślać. Na odpowiedź na to pytanie możemy kiedyś poświęcić cały numer "Gońca".


– Jak Pan ocenia stan społecznego uświadomienia dzisiaj? Czy wiemy, w jakim świecie żyjemy, czy już nie i nie chcemy wiedzieć?


– Poziom świadomości społecznej współczesnego świata tak zwanej strefy demokratycznej jest odzwierciedleniem poziomu niezależności przekazu medialnego. CNN, BBC, TVN, CBC i inne trzyliterowe stacje telewizyjne podejmują już tylko tematy dozwolone i w szczególny sposób przeinterpretowane. Każde zdarzenie można przedstawić w dowolny sposób w zależności od oczekiwanej reakcji słuchacza czy widza. Jeżeli zmanipulowane wiadomości poprzeplatamy wiadomościami dobrymi o pomocy głodnym dzieciom i o tym, jak strażacy uratowali kotka ze studni, to wiarygodność medialna drastycznie wzrasta.
My, Polacy, wychowaliśmy się w dobie prymitywnej propagandy komunizmu pchającej brutalnie bajdoły do ludzkich głów i wydaje nam się, że jesteśmy uodpornieni. Nowoczesna propaganda, jeżeli człowiek sam nie zacznie szukać różnych źródeł wiedzy, może doprawdy czynić cuda w pustoszeniu ludzkiej świadomości. Nie mamy już do czynienia z prymitywną maszyną straszącą, ale z zespołem wykształconych psychologów, socjologów i demagogów – analityków medialnych. Ta sytuacja wymaga poświęcenia coraz większej ilości czasu na poszukiwanie prawdy o życiu nas otaczającym.
Znam wielu wykształconych ludzi w Polsce, w Kanadzie i w Niemczech, którzy uparcie powtarzają telewizyjne bzdury. Czy jest to ich zła wola czy chwilowe przeoczenie? W boksie takie chwilowe niedopatrzenie pozycji obronnej często kończy się na deskach. Współczesny człowiek musi być czujny. Jeżeli odnosimy wrażenie, że część społeczeństwa już nie chce wiedzieć, co się wkoło niego dzieje, to może być to pochodna wielu czynników: braku czasu... praca, praca, praca, wygoda... prawda zazwyczaj uwiera, zysk... prawda się nie opłaca, wypranie mózgu bez możliwości naprawy, no i chyba zupełna obojętność na sprawy polityczno-socjalne.
Tę obojętność można zaobserwować w Kanadzie. 90 procent społeczeństwa nie ma pojęcia, co się dzieje na świecie, i nie ma najmniejszej ochoty WIEDZIEĆ. To również świetne pytanie, a w celu odpowiedzi proponowałbym zwołać wielogodzinne spotkanie dyskusyjne. Wiem jedno i myślę, że czytelnicy "Gońca" wiedzą to samo: Jeżeli z takich lub innych powodów zdaję sobie sprawę z niewygodnych faktów, to mam obowiązek podzielenia się nimi z innymi, nawet jeżeli nie myślą tak jak ja, to jest zawsze szansa, że pomyślą. Powieść sensacyjna jest tylko jedną z wielu form przekazu, moją ulubioną formą.


– Pochodzi Pan ze znanej rodziny, czy pamięć o stryju jakoś Pana ukształtowała? Jak odnoszono się do inwigilacji stryja?


– Tak, wszystko łączy się w jedną całość. Rodzina stała się sławna dzięki inwigilacji i personalnym atakom Gomułki na Lecha Beynara, czyli na Pawła Jasienicę.
Wyzwiska i szkalowanie z mównicy pierwszego sekretarza były najlepszą reklamą jak na tamte czasy. Wszyscy zdrowo myślący ludzie chcieli czytać książki stryja.
Kiedy stryj zmarł w roku 1970, dosłownie kilka miesięcy przed końcem ery Gomułki, ja miałem zaledwie osiem lat i pamiętam go tylko z uroczystości świątecznych i rodzinnych, z perspektywy dziecka bawiącego się na podłodze zabawkami. Ataki komunistów definitywnie zjednoczyły całą rodzinę i nikt mimo wielu prób nie dał się wciągnąć w proces niszczenia stryja Lecha. Między innymi propozycje wystąpienia w TVP i głoszenie kłamstw za czerwone srebrniki przeciwko swojemu bratu otrzymała siostra Lecha, Irena. Mój ojciec Stanisław usłyszał od swojego szefa w Stoczni Komuny Paryskiej w Gdyni, że jako inżynier może pożegnać się z karierą, ponieważ niósł na pogrzebie trumnę stryja. Pokazano mu na dowód zdjęcie.
Więzienie, inwigilacja, prześladowanie i być może nawet śmierć tego jednego człowieka ukształtowały dogłębnie stosunek do systemu komuny całej rodziny. Wielu Polaków dało się skusić ideom lewicowym, ale moja rodzina nigdy nie miała tego typu rozterek.
Jeśli chodzi natomiast o pisanie, to bardzo bym chciał wysłuchać kilku wskazówek mistrza. Jego książki to naprawdę sztuka pisarska na najwyższym poziomie, sztuka przedstawienia dziejów historii narodu polskiego lekkim piórem, w sposób ciekawy i często zaskakujący. Na półce w domu mojej mamy w Gdyni stoją wszystkie dzieła Pawła Jasienicy z dedykacjami dla nas. Są to książki wydane na najgorszym jakościowo papierze, jaki istniał w tamtych czasach, w cienkich, szarych okładkach. Książki te mają dla mnie ogromną wartość.


– Będzie Pan podpisywał książki na targach w Centrum Jana Pawła II w Mississaudze – drugie wydanie. Czy to oznacza że spoczął Pan na laurach? Gdzie nowa książka? Czy sukces pierwszej popchnie Pana do napisania kolejnej? O czym będzie?


– Tak jest, będę prezentował czytelnikom drugie wydanie "Skutków ubocznych" i z wielką przyjemnością wpiszę dedykacje podczas kiermaszu książki 9 grudnia. Mam też nadzieję, że spotkam również tych, którzy już moją powieść przeczytali i mają wiele uwag krytycznych i nie tylko.
A teraz przechodzę do ataku... nie, Panie Andrzeju, nie spocząłem na laurach i druga powieść sensacyjna pt. "Ludzie, którzy nie patrzą w oczy" jest już zakończona i brnie poprzez długi i mozolny proces czytania w kilku wydawnictwach w Polsce. Niestety, przez ostatnie lata pod rządami PO otwartość na różnorodność tematyczną w starym kraju też wzorem Zachodu lekko się zawęziła. Nie zdradzę szczegółów treści, ale powiem w tajemnicy, że jeden z wątków powieści depcze mocno po odciskach współczesnym fundamentalnym ruchom pseudofeministycznym i proaborcyjnym (palikoctwu), dlatego też nie spodziewam się łatwej drogi na rynek. Aha, i jeszcze żeby Pan sobie nie myślał o laurach i uderzeniu wody sodowej sukcesu, to dodam, że piszę już następną powieść sensacyjną, której tematem będą współczesne systemy przekazu medialnego. Pomysł i akcja trzeciej książki tak bardzo mi się spodobały, że z wielką ochotą zabrałem się do pisania i mam nadzieję ją skończyć w 2013 roku. Pracuję zawodowo w pełnym wymiarze godzin i bardzo brakuje mi jednak czasu na pisanie.


– Dziękuję za rozmowę.


Rozmawiał Andrzej Kumor

piątek, 16 listopad 2012 16:22

Taniec na linie... (2)

Napisane przez

Krystyna Starczak-Kozłowska: Co by Pan zmienił w prawie karnym Kanady?


Krzysztof Preobrażeński: – Specjalnie dotyczy to spraw seksualnych – jesteśmy bardzo ograniczeni w możliwości badania dowodów sprawy ze względu na ochronę prywatności. Na przykład oskarżenie o gwałt – trudno tu o prawdziwą, obiektywną seksualną historię między stronami. Powinniśmy mieć większy dostęp do informacji.


– Mogą być więc w sprawach damsko-męskich i rodzinnych fałszywe oskarżenia z powodu braku prawdziwej znajomości sprawy?


– Tak bywa. Na przykład: żona może oskarżać o gwałt męża, którego chce się pozbyć, bo ma kochanka. Może być nawet tak perfidna, że oskarży partnera życiowego o molestowanie seksualne dzieci. Często obie strony bywają głupie lub perfidne po prostu, a policja musi się tym zająć, musi oskarżyć. Powinna mieć więcej miejsca na dyskusję, czy warto w danej sprawie wnosić oskarżenie, czy to tylko bzdura, marnowanie czasu. Są przecież inne instytucje po temu, by małżeństwo uratować przed karnym sądem…


– Takie zbyt szybkie i w istocie nierzadko niepotrzebne ingerowanie prawa w konflikty małżeńskie, a także w stosunki między rodzicami a dziećmi może też w efekcie rozbić małżeństwo lub doprowadzić do tego, że dzieci nie szanują rodziców?


– Tak też bywa. Najwięcej mają tu do powiedzenia social workers, którzy w Kanadzie są bardzo dobrymi pracownikami, ale i nadgorliwymi. My, adwokaci, jesteśmy właściwie niewolnikami pracowników socjalnych, a policja w tej sytuacji jest też jakby w kajdankach, bo chce czy nie chce, musi oskarżać. No i przy nadgorliwych social workers może dojść w końcu do jakiejś piramidalnej głupoty, a nawet niesprawiedliwości i trzeba tęgo walczyć, żeby wygrać sprawę. Rozwiązać tę sytuację może tylko rząd, na który naciskać należy przy pomocy swoich posłów.


– Czy można czasami pośmiać się w sądzie z powodu owej głupoty czy wręcz groteskowości niektórych spraw stawianych na wokandzie?


– Niech Pani sama sobie odpowie na to pytanie po przeczytaniu protokołu z takiej oto rozprawy...


(tu pan mecenas podał mi do przeczytania w domu kopię protokołu, zastrzegając sobie dyskrecję, jeśli idzie o nazwiska. Przeczytałam po powrocie do domu i zaiste trudno się nie zaśmiać. O czym to było? Otóż kobieta wniosła oskarżenie przeciw mężczyźnie, że zaparkował samochód obok niej na parkingu i masturbował się. Mężczyzna wezwany na rozprawę wyjaśnił, iż nie czynił nic zdrożnego, tylko oglądał zabawkę w kształcie penisa, którą był kupił w seks-shopie w Pensylwanii jako prezent dla żony na 30. rocznicę ślubu. Miał to być po prostu żart z jego strony. Gdy spostrzegł samochód z kobietą, zawstydził się i szybko odjechał. Przedmiotem rozprawy było więc dochodzenie, czy penis był naturalny, czy sztuczny, a klient pana Preobrażenskiego nie omieszkał przynieść dowodu rzeczowego, czyli owej seksualnej zabawki, i postawić jego ostentacyjnie przed sędzią. Kobieta utrzymywała, że męskie precjoza, widziane przez nią w samochodzie, były mniejszych rozmiarów niż ten falsyfikat, więc sąd zapytywał oskarżonego, czy jego własny narząd jest w istocie mniejszy niż ów sztuczny, ale na szczęście nie kazał zademonstrować tego naocznie. W efekcie klient został uniewinniony, ale sąd zdaje się, "zabrnął w maliny, analizując takie bździny", jak by chciało się powiedzieć…)


– I tak rozegrała się w sądzie "komedia penisów". Zabawne czy żałosne...?! Ale na ogół Pana praca to ciągła huśtawka, bardzo chyba męcząca, stale w napięciu, w stresie spowodowanym trudną sytuacją czy wręcz tragedią klienta i koniecznością ostrej walki w jego sprawie.


– Mówiłem Pani – to jest taniec na linie, a ja jestem w sytuacji linoskoczka. Są to prawdziwe "zapasy", ciągła walka i "tępa szabla" nic tu nie zdziała. Trzeba mieć nie tylko wiedzę z dziedziny psychologii czy psychiatrii, ale i własną intuicję, wyczucie sytuacji, zrozumienie, co powodowało danym człowiekiem, umiejętność przejrzenia motywów jego postępowania niezależnie od chęci pomocy mu... Każdą sprawę głęboko się przeżywa, każda jest niepowtarzalna, tak jak niepowtarzalne są ludzkie osobowości...


– A ile tych spraw prowadził Pan w ciągu 31 lat swej profesjonalnej działalności?


– Uzbierało się ich już 9 tysięcy. Przy prowadzeniu każdej z nich bez wyjątku adrenalina stale podskakuje, trzeba mieć wytrzymałość, jeśli pracuje się na ogół siedem dni w tygodniu, bo taki jest nawał spraw, wciąż przychodzą klienci różnych narodowości, którym trzeba pomóc – oprócz Polaków czy rodowitych Kanadyjczyków – Chińczycy, Wietnamczycy, Koreańczycy, Murzyni, mieszkańcy Karaibów i inne narodowości. Muszę znać 10 języków: polski, angielski, rosyjski, chorwacki, francuski, hiszpański, chiński, żydowski, ukraiński, włoski... Co mnie najbardziej cieszy – młodzi ludzie lubią mi powierzać swoje sprawy.


– A nie zapominajmy, że przy takim nawale zajęć wiele pracował Pan społecznie w kilku organizacjach polonijnych, m.in. w Polish Emigration Centre, udzielając bezpłatnych rad nowym imigrantom, a także porad dla bezdomnej młodzieży. W latach 80. organizował Pan wraz z mec. Markiem Tufmanem i innymi adwokatami bezpłatne "kliniki pomocy prawnej" dla Polonii. Ludzie ustawiali się w kolejkach…


– Tak, poświęciłem Polonii dużo czasu jako wolontariusz. Nigdy nie chciałem należeć do organizacji polonijnych, być tam sekretarzem, dyrektorem czy prezesem, o co, jak obserwujemy, wielu walczy, nie stroniąc od mącenia wody i intryg, a nawet sytuacji wręcz bagiennych – tracąc w tych "szrankach" dobre imię nie tylko własne, ale i Polonii…


– Tak, rozgrywki polonijne nie przypominają niestety szlachetnych zasad dżudo czy walk samurajów, tu się nie przebiera w środkach, zupełnie pomijając zasady etyczne. Ale zostawmy na boku wodzących się za łby polonusów. Jak po ciężkiej pracy Pan się odreagowuje, nabiera sił do podejmowania kolejnych wyzwań?


– Mam swoją receptę, żeby stale mieć energię i móc ją odbudowywać. Więc, jak wspomniałem, codziennie ostry trening fizyczny dwugodzinny, a często i trzygodzinny, no a co 6 – 8 tygodni – wyjazd na wakacje! Notabene jednym z takich moich wyjazdów była eskapada na Atlantyku na okręcie atomowym amerykańskim USS "Theodore Roosevelt", na zaproszenie kapitana Turka. Zawsze podczas wakacji podróże, muzyka, czytanie książek, marzenia o pisaniu własnej książki z gatunku criminal fiction – stają się moim rewirem, w którym oddycham pełną piersią…


– Czy nie myślał Pan nigdy o karierze politycznej?


– Owszem, proponowano mi karierę polityczną. Odmówiłem, bo dla mnie – proszę wybaczyć, że przypomnę krótkie a rubaszne, czy może nawet dosadne powiedzenie przedwojenne: polityk to "z nosa kap, z dupy pstryk". Życie jest za krótkie, by bawić się w politykę. A serio: w Kanadzie jest demokracja, w której prawo doszło do absurdu… i obywatele powinni wykazywać więcej zainteresowania polityką, a nie machnąć ręką na to, co im się nie podoba.


– Najbardziej powinna chyba niepokoić obywateli ta łatwość oskarżania jednego człowieka przez drugiego, co w majestacie prawa jest od razu rozpatrywane, a w efekcie bywa dramatyczne czy nawet tragiczne dla oskarżonej jednostki. Może nie tylko całkowicie przekreślić jej dobre imię, ale i rzucić cień na cały stan, który ona reprezentuje – a tak bywa np. z modnym dziś oskarżaniem duchownych o molestowanie seksualne dzieci i młodzieży...


– W lutym 2012 także w Brampton miałem dużą sprawę, w której tutejszy koreański pastor został oskarżony o napastowanie seksualne dzieci. Na szczęście wybroniłem go przed pozbawionym podstaw zarzutem.


– Z tymi oskarżeniami zaczyna być tak, jak kiedyś z polowaniem na czarownice – dziś prawie każdy może być oskarżony o seksualne molestowanie, nie trzeba przecież dostarczać dowodów.


– Dziś można być oskarżonym właściwie o wszystko. Wystarczy powiedzieć komuś: jesteś za gruby – i to też może być potraktowane jako przestępstwo... Ktoś chce wypalić jednego papierosa na patio – też przestępstwo. Trzeba zmienić prawo, bo inaczej George Orwell, autor opublikowanej w 1949 roku słynnej futurystycznej antyutopii pt. "Rok 1984", czy poeta i pisarz angielski, W.H. Auden, podobnie rozczarowany komunizmem przez udział w wojnie domowej w Hiszpanii w 1936 roku – mogą się w grobie przewracać, widząc pewne analogie, jakie dziś dzieją się z prawem w takim demokratycznym państwie, jak Kanada. A ja sam też nie chciałbym żyć tutaj za 100 lat, obserwując, jak państwo wszędzie swój nos wtyka. Te przepisy broniące niby każdego obywatela, "zjadają" go doszczętnie, zostawiają z niego szkielet tylko...


– Oficjalnie mówi się, że państwo broni społeczeństwa...


– ...lecz dzieje się to kosztem osoby ludzkiej. Mówi się też, że państwo broni praw jednostki – ale kosztem jej indywidualizmu. Podczas komunizmu mieliśmy kontrolę sowiecką, a teraz mamy to samo w demokracji! Jest taki dobry wiersz W.H. Audena: "Nieznany obywatel", gdzie mówi się o tym, że nowy obywatel, który przyszedł na świat, miał zapewnioną opiekę od urodzenia aż do śmierci. Kończy ów wiersz pytanie: czy ten obywatel był wolny i zadowolony? Odpowiada państwo: "To pytanie jest absurdem – my przecież wszystko wiemy!". Wizja, zawarta w tym wierszu, sprawdza się, niestety, toteż w przyszłości czeka nas ogromny koszmar. Jak może nie tracić na znaczeniu państwo, w którym nie kodeks moralny, lecz nasza demokracja sama decyduje o tym, co jest prawdą, a co nieprawdą...?! To jest taki "social engineering"...


– ... a powodem?


– Rozpasany liberalizm...


– Pan jest z przekonań konserwatystą?


– Rzekłbym, jestem humanistic conservative, bo ujmuję się za człowiekiem, a jestem przeciw "wielkiemu rządowi" – bo on depcze jednostkę wielkimi butami...


– Co jest , Pana zdaniem, w wychowaniu społeczeństwa najważniejsze?


– Na pewno tym najważniejszym czynnikiem w wychowaniu młodego obywatela powinna być rodzina – to ona ma kształtować go od dzieciństwa – a nie państwo. Tam, w rodzinie, ugruntowuje się już w dziecku poczucie prawdziwego prawa przez odpowiednie wychowanie, polegające na odróżnianiu dobra od zła. Bez uczenia dziecka przez rodziców – własnym przykładem – miłości do innych i dobroci nie stworzymy prawa, które byłoby skuteczne.


– A to obecne prawo, które mamy, z czym się Panu kojarzy?


– ... przypomina modne dziś leczenie pacjentów przy pomocy antybiotyków. Gdy lekarz przepisze antybiotyki już na przeziębienie czy małą niedyspozycję – przy większym schorzeniu nie mają one wpływu na organizm. A państwo na mały "kaszelek" obywatela, czyli małe przewinienie, serwuje mu bezwzględnie w tyłek wielki czopek z "antybiotykiem" – i biedny obywatel może od tego prewencyjnego "leczenia" po prostu "zdechnąć".


– Stwierdził Pan, że w przyszłości czeka nas jako społeczeństwo w związku z tym prawdziwy koszmar. Czy jest już za późno na opamiętanie?


– Jestem z natury optymistą i odpowiem krótko: nie jest za późno, ale jak się nie obudzimy – będzie za późno...


– Powiedział Pan: życie jest za krótkie, by robić to, co nas nie pasjonuje. A jaka jest wartość naszej egzystencji?


– Może po prostu żyć swoimi ideałami, pomagać ludziom...? Gdy się jest entuzjastą życia, jak ja, wtedy jego wartość nie podlega dyskusji nawet w najtrudniejszych sytuacjach. Ważne, żeby mieć co kochać... Wtedy można "przytulić się do każdego dnia", choć dni są krótkie…


– Czy z perspektywy Pana profesji wydaje się Panu, że zło rzuca silniejszy urok na człowieka niż dobro – czy też, jak powiedział Bertold Brecht: "człowiek hołduje bardziej dobru niźli złu, tylko warunki nie sprzyjają mu"?


– W ciągu całej mojej 31-letniej kariery adwokackiej spotkałem bardzo mały procent zdecydowanie złych ludzi, takich których można by uznać za urodzonych przestępców. W większości przypadków przestępstwo jest nie tyle efektem skondensowanego zła, co głupoty, bezmyślności, alkoholu, ludzkiej słabości i zagubienia.


– Myślę, że takie właśnie spojrzenie na źródło zła w człowieku pomaga Panu przez te 31 lat "tańczyć gorące tango" między prawem jednostki a prawem państwa. Ogromne zaangażowanie się Pana w rolę obrońcy jednostki przed supremacją państwa wynika chyba z tego, że wierzy Pan w ludzi?


– Ta wiara jest najważniejsza! Inaczej nie podjąłbym się prowadzenia żadnej sprawy. Warto jednak pamiętać, że każdy ma dobro w sobie, ale jakoś nie można go znaleźć w hołocie. Rozpanoszony dziś "wirus hołoty" – to prawdziwy problem cywilizacji konsumpcyjnej...


Rozmawiała
Krystyna Starczak-Kozłowska

piątek, 09 listopad 2012 17:49

Taniec na linie... (1)

Napisane przez

 

Ze znanym adwokatem prawa karnego, mecenasem Krzysztofem Preobrażeńskim, rozmawia Krystyna Starczak-Kozłowska.


– Pan przyszedł na świat w Kanadzie?


– Tak się złożyło, że, mówiąc żartobliwie, "projektowany" byłem jeszcze w Polsce, ale "wykonany" w Kanadzie. Ojciec z mamą uciekli z Polski 1 maja 1948 roku przez Niemcy i jako uciekinierzy polityczni dostali się do Kraju Klonowego Liścia. Urodziłem się jako wymarzone dziecko trzy lata po zamieszkaniu rodziców w Toronto. Gdy miałem 11 lat, zaczęły się problemy mojej mamy ze zdrowiem. Bardzo cierpiała prawie dwa lata z powodu ciężkiej choroby nowotworowej aż do swej śmierci w 1964 roku. Podczas jej choroby zajmowałem się moimi braćmi: 6-letnim wówczas Jackiem i 8-letnim Romanem. Ojciec całe dnie pracował, więc ja gotowałem, sprzątałem, prałem… Po śmierci mamy jako trzynastoletni wówczas chłopiec musiałem po prostu zastąpić im matkę…


– Nie buntował się Pan, że los tak Pana obciążył?


– Jak mogłem się buntować? Powiedzieć losowi "tak" – to wszystko staje się mniej gorzkie... Może wtedy jeszcze nie uświadamiałem sobie tej prawdy, byłem przecież dzieckiem, ale zaakceptowałem smutny los i jak mogłem najlepiej starałem się wywiązać z obowiązków, które na mnie spadły w tak bolesnych okolicznościach. Tylko że my jako nastolatkowie nie byliśmy tacy jak dzisiejsza młodzież, wychowana miękko, bez dyscypliny, która całe życie traktować chce na luzie. Nam rodzice wpajali od dzieciństwa: docenić pracę, przyjaźń, rodzinę i co najważniejsze – mieć swój moralny kompas.


– Przeszedł Pan w dzieciństwie twardą szkołę życia. Jak wyglądało to w praktyce?


– Opowiem dla przykładu o wakacjach. Całe lato spędzaliśmy na kempingu na Północy, nad jeziorem Big Doe Lake. Ojciec, pracując, mógł do nas przyjeżdżać tylko na weekendy – i ja przez cały tydzień zajmowałem się braćmi, gotowałem im i sprzątałem. Byłem na tyle odpowiedzialny, że ojciec nie miał żadnych obaw, choć dzisiaj pewnie w świetle prawa kanadyjskiego uznano by go za winnego, że opuszczał swoich synków na tak długo... Ale my, jego dzieci, solidarnie stawaliśmy na wysokości zadania.


– Ojciec był dla was wielkim autorytetem?


– Więcej, można powiedzieć – ideałem. Wśród ludzi nigdy nie mówiliśmy o nim "tata", tylko zawsze z największym szacunkiem: ojciec. Wysportowany, silny duchowo i fizycznie, projektował i konstruował żaglówki. Cudownie było podczas weekendów codziennie pływać z nim po jeziorze, ale dobrze znaliśmy swoje obowiązki i mógł nas na tydzień zostawić.


– Narzucał dyscyplinę?


– Nie musiał. Myśmy mieli dyscyplinę w sobie, przecież tak zostaliśmy wychowani. On żył z nami w przyjaźni, podpierał nas, zaprawiał do życia aktywnego, sugerował, ale nie popychał bynajmniej – w kierunku zdobycia wyższego wykształcenia, a także sportu.


– Przynęta chwyciła?


– Oczywiście! Jego przykład działał jak magnes. Obaj moi bracia zostali mistrzami zapasów. Romek był w tej dziedzinie mistrzem Kanady, a Jacek – mistrzem na Uniwersytecie Torontońskim.


– Pan z kolei był mistrzem Kanady w dżudo – może mieliście pęd do sportu w genach?


– Chyba tak. Dziadek był w carskiej Moskwie mistrzem zapasów, grał na mandolinie i był dyrygentem orkiestry. Nie tylko sportowe, ale i "muzyczne" geny odezwały się również: dziś mój brat, Jacek, jest kompozytorem i producentem muzyki, Roman – lekarzem sportowym i rodzinnym.


– Są też w rodzinie geny "prawnicze"?


– Tak, moja bliska kuzynka, ojca siostry córka, Barbara Piwnik, została w Polsce w 1998 roku ministrem sprawiedliwości, a teraz jest sędzią Sądu Najwyższego w Warszawie.


– Słyszałam, że był Pan dobrym synem: ostatnie lata ojciec mieszkał razem z wami i atmosfera, jaką mu stworzyliście, w dużej mierze sprawiła, że był w świetnej formie do końca. Najlepszy dowód: mimo swego zaawansowanego wieku trenował ciężary, pływał, jeździł rowerem... Co najbardziej utkwiło w Panu z zasad i norm, jakie wpajał ojciec?


– Myślę, że najważniejsze, iż nauczył mnie myśleć krytycznie. Nie być ograniczony przez gusła i tępe myślenie – mieć szeroki horyzont. Byłem dumny z ojca, także z tego, że miał wielką fantazję i wyobraźnię. Jako młody człowiek chciał jechać z Polski do Peru, badać dżunglę. Miał ogromny pęd do przygody – w 1959 roku przemaszerował przez Meksyk, zwiedził Australię, Tahiti, Hawaje... Twierdził, że Europa jest zbyt ponura i ma skostniałe obyczaje – tam, gdzie mieszkał w Polsce w młodości, nie wypadało np. w niedzielę w krótkich szortach wybrać się rowerem na przejażdżkę – on śmiał się z tego. Dlatego dziś ja, zapytany, czy jestem Rosjaninem, czy Polakiem, odpowiadam: jestem słowiańskim obywatelem świata!


– Ukochanie sportu, które wpoił Panu ojciec, zaowocowało Pana karierą w dżudo. Tak chyba można nazwać to, co osiągnął Pan w tej dziedzinie sportu w Kanadzie.


– Byłem członkiem kadry narodowej Kanady w dżudo, trenowałem w Japonii. W 1974 i 1975 zostałem mistrzem Kanady, zdobyłem dwa medale w Panamerican Games, w 1974 roku – III miejsce w British Open, w 1976 – V miejsce w Paryżu – w Paris Open.


– A potem przez lata był Pan asystentem-trenerem kadry narodowej Kanady, gdy idzie o dżudo.


– Przez dwa lata byłem w tej dziedzinie sportu asystentem-trenerem narodowym Kanady, przez trzy lata trenerem prowincji Ontario, a 25 lat trenerem kadry Uniwersytetu Torontońskiego. W związku z tym jeździłem z drużynami kanadyjskimi na zawody po całym świecie, byłem w Japonii, Niemczech, Francji, Holandii, Anglii, w Meksyku, Ameryce, na Kubie…


– Co dało Panu dżudo?


– Bez tego sportu, pojmowanego też jako filozofia życia, nie wyobrażam sobie swej egzystencji. Dżudo podwaja energię, stwarza mądry dystans wobec spraw nieważnych, daje rygor wewnętrzny, psychiczną perspektywę, kształtuje i wzmacnia charakter, refleks w myśleniu, jednym słowem daje ów "focus", bez którego życie mogłoby być szare i byle jakie. Dzięki trenowaniu przez lata dżudo – do dziś z żelazną konsekwencją ćwiczę codziennie przez dwie godziny gimnastykę na przyrządach, wstaję w tym celu o 5 rano, a często w ciągu dnia ćwiczę jeszcze godzinę… Może dlatego miesiąc temu, gdy po 31 latach pojechałem trenować dżudo do Ameryki, sześciogodzinne treningi każdego dnia nie sprawiały mi żadnej trudności.


– Czy głębiej pojęte uprawianie dżudo nie przygotowuje również do porażek, które są nieodłączną częścią życia, podobnie jak sukcesy?


– Absolutnie tak. Jeśli człowieka stać na 100 proc. walki – wówczas przegrana czy wygrana nie robi różnicy, ważne, żeby dać z siebie wszystko. Proszę Pani, przecież my to wiemy najlepiej: kiedyś zdobyte puchary zbierają kurz… Ale pamięć i energia, wyzwolona podczas tamtych walk i zwycięstw – to są nasze najprawdziwsze złote medale noszone w sobie…


– Nie uważa Pan, że przeszkody, które los stwarza każdemu człowiekowi, uczą nas docenić piękno i wartość życia i że "fortuna, równie jak kobieta, najchętniej oszukuje wtenczas, gdy faworyt zbyt pewny swego"…?


– Cięgi losu są niezbędne, by ulepszyć siebie jako zawodnika i jako człowieka, nie popaść w pychę. Cenię styl gry i styl życia w ogóle. Nie gapię się w telewizję podczas rozgrywek hokeja, gdzie obserwować można brak stylu i nierzadkie wręcz "mordobicie". Trudno nie odbierać tego z niesmakiem. W ogóle nie włączam telewizji, którą uważam za kulturalny odpadek. Moja dewiza: zarówno w sporcie, jak i w życiu zawsze można drugiemu podać rękę od strony siły, bo postępując sprawiedliwie, czy nawet wspaniałomyślnie – zwalczamy przeciwności losu…


– Czy takie podejście nie jest w pewnej mierze związane z Pana rodowodem, który jest o tyle nietypowy, że ze strony dziadków Pana ojca mamy do czynienia z arystokracją? Była to, jak wiem, arystokracja rosyjska.


– Pradziadek był w carskiej Rosji gubernatorem prowincji jarosławskiej i sygnował się herbem, na którym widnieje św. Jerzy na koniu zabijający smoka. Smoki, niestety, jeszcze nie wymarły i spotykamy je w różnych wcieleniach w trudnych sytuacjach w naszym życiu.


– Widzę ów sygnet z wizerunkiem św. Jerzego na Pana palcu… To jakby znak, że Pan lubi sytuacje wymagające niezwykłej odwagi i determinacji. Nie znosi Pan przeciętności?


– Przeciętność – to obciążenie. Każdy musi starać się osiągnąć w życiu coś niezwykłego. Inaczej spada poniżej przeciętnej. Od młodości rozczytywałem się w literaturze historycznej. Moim ulubionym bohaterem dzieciństwa był Lancelot – rycerz Okrągłego Stołu Króla Artura.


– Czy ów sygnet na palcu to oryginał?


– To jest kopia sygnetu pradziadka, który przez zawieruchy wojenne nie dotrwał do naszych czasów, a na mnie zawsze miał ogromny wpływ.


– Pana dziadek z kolei, walcząc w wojsku rosyjskim podczas I wojny światowej, otrzymał Krzyż św. Grzegorza, gdy sforsował San…


– Jako jeniec wojenny znalazł się w polskich rękach i osiadł w Polsce. Ożenił się z piękną Polką, Wandą Kotkowską, za co patriotycznie nastawiona rodzina mamy, wywodząca się ze szlachty z okolic Ostrowca Świętokrzyskiego, dyskryminowała ją, nie mogąc wybaczyć, że wyszła za mąż za Rosjanina…


– My ją rozumiemy o tyle, że nie można być silniejszym od przeznaczenia – jak zauważył Eurypides. Widzę u Pana w biurze nie tylko trofea dżudo, ale i miecze samurajów. Jak wiadomo, mieli oni bardzo szczytne reguły życia i honoru…


– Zainteresowanie japońszczyzną mam chyba w genach. Mój krewny, Feliks Jasieński herbu Dołęga, słynny krakowski krytyk i kolekcjoner sztuki, zwłaszcza japońskiej, działający na przełomie XIX i XX wieku, uzbierał 15 tys. cennych eksponatów, w tym 6 tys. o tematyce japońskiej – i znalazły się one w Centrum Sztuki i Techniki Japońskiej, założonym w latach 80. w Krakowie przez Andrzeja Wajdę. Może dlatego między innymi japońska sztuka samurajów jest mi tak bliska.


– Uważa Pan nawet, że każdy adwokat prawa karnego powinien być z natury takim jakby samurajem?


– Tak, bo my, adwokaci, podobnie walczymy z prokuratorem podczas rozpraw sądowych – do ostatka. Jak ja to mówię – "ręka, noga, mózg na ścianie", a mam tu na myśli "masakrę" stanowiska prokuratora podczas rozprawy, kiedy on usiłuje za wszelką cenę wykazać winę oskarżonego. My, adwokaci, jak lwy walczymy w jego obronie do upadłego, bo póki nie udowodniono winy oskarżonego – jest on uznany w świetle prawa za niewinnego.


– I tak doszliśmy do Pańskiej profesji. Już znam odpowiedź, dlaczego wybrał Pan prawo…


– …bo tu toczy się najbardziej zacięta walka dobra ze złem. To jest bardzo ostre wyzwanie. Dlatego ćwierć wieku temu na Uniwersytecie Torontońskim najpierw skończyłem historię polityczną, a potem na Uniwersytecie w Montrealu – prawo.


– Dlaczego prawo karne?


– Tu występuje największy kontrast między dobrem a złem! W tej specjalności najbardziej można pomóc człowiekowi skrzywdzonemu. Pani sobie zdaje sprawę, co to znaczy być człowiekiem niewinnie oskarżonym, a co dopiero – niewinnie skazanym…?! Jaki to bezmiar nieszczęścia, prawdziwej tragedii! Prawo karne jest tak ważne w każdym państwie dlatego, że niektórzy zawsze wykorzystywać będą przewagę, jaką daje obywatelowi prawo. Toteż adwokat karny zawsze musi mieć, w przenośni oczywiście, "miecz i tarczę". A przechodząc do bardziej konkretnych sformułowań – w prawie karnym znajduje odbicie to, co nazywamy występowaniem indywidualności przeciw państwu. Każda ewolucja państwa polega bowiem na tym, że zaczyna ono coraz bardziej kontrolować jednostkę. Dlatego adwokat karny – to pierwsza i ostatnia linia obrony jednostki przed państwem. Im państwo silniejsze, tym mniej praw ma człowiek-obywatel.


– Do tego tematu jeszcze wrócimy, proszę mi tylko powiedzieć: czy to ostatnie stwierdzenie Pana dotyczy również państwa demokratycznego?


– Niewątpliwie tak. Demokracja, jak mówili starożytni, nie jest najlepszym systemem, ale lepszego dotąd nie wynaleziono. Rząd liberalny jest tylko pretekstem, by pomagać ludziom, w istocie zaś następuje stopniowo coraz większa kontrola ze strony państwa. Dlatego zadaniem adwokata karnego jest dbać o prawa jednostki. Chociaż w Kanadzie panuje ów najlepszy z możliwych system polityczny – ta reguła również się sprawdza. I sprawowanie mojej profesji to w istocie bardzo delikatny "taniec na linie" między prawami indywidualnymi a prawami państwa. Jak tańczyć to gorące tango – adwokat karny powinien wiedzieć i umieć. Dlatego musi być silny i szybki "w stopach i barkach", mówiąc językiem dżudo, zawsze do walki przygotowany, mieć błyskawiczny refleks. Obrona to nie jest kwestia papierków do podpisania czy postawy "smrodzistołka". Szybkość reakcji jest konieczna, bo zawsze w prawie karnym wchodzi w grę element "szach-mat". Jak w japońskiej walce samurajów – to jest wbrew pozorom podobna tradycja…


– Słyszałam o Pana najszybszej obronie sprzed roku, w Brampton – cała sprawa, bardzo poważna, bo o zabójstwo – trwała 5 dni!


– W ciągu 5 dni walczyłem o uznanie, że człowiek, który zabił drugiego, jest niewinny, bo czynił to w obronie własnej – i ława przysięgłych jednogłośnie uznała tę jego niewinność. Dla wzmocnienia wymowy mojej obrończej mowy, pokazując podczas rozprawy trzymany przeze mnie w ręku nóż, którym ów człowiek zabił napastnika w obronie własnej, na mankiecie koszuli miałem spinki z napisem: "niewinny" – tak głęboko byłem przekonany o niewinności oskarżonego. No i cała ta sprawa – to było prawdziwe "rach-ciach-mach", jak by określił mój ojciec...


– To dżudo pomogło Panu zdobyć umiejętności szybkiej i dynamicznej walki o słuszną rację…?


– Dżudo dało mi fundament, jak pewnie byłoby z każdą dyscypliną sportową, w której występuje walka indywidualna. Sądowy system prokuratorski jest tak silny, że trzeba robić wszystko, by nie przekroczył on granicy praw indywidualnych, bo wtedy zdarza się to, co najgorsze, najbardziej dramatyczne – niewinny zostaje oskarżony i uznany za winnego.


– Zilustrujmy to jakimś przykładem.


– Weźmy dla przykładu niezbyt efektowny, a jednak bardzo znamienny proces, który został wytoczony starszemu mężczyźnie, że wykorzystuje seksualnie swojego wnuczka. Zaczęło się od tego, że nauczycielka przyłapała dwóch uczniów – 6-latka i 9-latka, którzy czynili razem pewne "praktyki nieskromne". Sześciolatek powiedział, że dziadek robił jemu "to samo", gdy byli razem w Barry's Bay. Nauczycielka, usłyszawszy te słowa, zadzwoniła na policję i dziadek został postawiony w stan oskarżenia. Policja w trakcie przesłuchań wzięła jednak chłopca ze sobą do Barry's Bay, by pokazał ów budynek, w którym był napastowany przez dziadka. Okazało się, że ten budynek nie został jeszcze zbudowany wówczas, gdy zdarzenie miało jakoby miejsce. Wyszło też na jaw, że ów 6-latek z bratem wyprawiał również "praktyki nieskromne", co było zresztą nagrane na wideo. Gdy przedstawiłem te wszystkie dowody, starszy człowiek, któremu w majestacie prawa chciano wmówić zboczenie i deprawowanie własnego wnuczka – został przez sąd uniewinniony. A przy okazji zostało obalone stereotypowe przekonanie, że dziecko może być tylko niewinne… Okazuje się, że dzieci kłamią jak wszyscy…


– W Kanadzie panuje na ogół mit niewinności dziecka i zawsze ono ma rację, nawet gdy niesłusznie oskarży rodziców… Zajmuje się Pan również konfliktami w rodzinie, tzw. przemocą domową, na którą prawo kanadyjskie jest ogromnie uwrażliwione i cała ta dziedzina jest bardzo szczegółowo uregulowana prawem karnym. Czy przypadkiem stanowczo nie za ostro?


– Z jednej strony, to dobrze, że drastyczne przypadki podlegają pod kodeks karny, jest to chyba zrozumiałe w cywilizowanym społeczeństwie. Ale z drugiej strony, trafiają na wokandę sprawy błahe czy wręcz absurdalne, groteskowe… Zabawna, a może żałosna wydaje się nienowa już sprawa, którą przytoczę. Mój klient przybył do domu po wyczerpującej pracy przemęczony i nerwowy. Doszło do małej sprzeczki z żoną, w trakcie której zdenerwowany klient, zamiast odpierać argumenty żony, złapał leżące na stole pęto kiełbasy i cisnął nim o podłogę. Fakt sam w sobie zdrożny, ale nie kryminalny bynajmniej. Niemniej również zdenerwowana żona, zamiast uspokoić małżonka, zadzwoniła – jak to w Kanadzie – od razu na policję, która oczywiście nadjechała po paru minutach i zabrała męża do aresztu. Już nazajutrz sprawa znalazła się przed sędzią, który stwierdził winę mojego klienta. Biedak za poręczeniem mógł wprawdzie opuścić areszt, ale z zastrzeżeniem, że do rozprawy nie może przebywać z rodziną. Tu żona rozpoczęła lament, że nie chciała mężowi robić krzywdy, a zadzwoniła na policję tylko odruchowo, bardzo tego żałuje i chce mieć męża przy sobie. Nic to jednak nie pomogło, takie są przepisy i klient musiał do rozprawy, od której go zresztą wybroniłem, mieszkać poza rodziną. Nie trzeba wyjaśniać, ile kosztowało go to zdrowia i pieniędzy… Należy dodać, że można spędzić w areszcie, dotyczy to szczególnie niektórych dzielnic Toronto, nawet rok. I co z tego, że w trakcie procesu oskarżony zostanie uniewinniony… Niestety, jest to jeden z większych mankamentów naszego sądownictwa, które przez to zbyt obciążone jest sprawami.

Ciąg dalszy za tydzień

piątek, 09 listopad 2012 17:39

O Kościele i Kresach (2)

Napisał

Z księdzem Isakowiczem-Zaleskim rozmawia Andrzej Kumor.

O Kościele


– Proszę Księdza, Ksiądz występuje często w mediach, kiedy się mówi o problemach, które występują w Kościele katolickim Ostatnia książka-wywiad "Chodzi tylko o prawdę" porusza te tematy, często uważane za takie, których nie powinno się poruszać poza Kościołem.
Jak by Ksiądz ocenił sytuację współczesnego Kościoła?


– Zacznijmy od tego, że środowisko duchownych w Polsce jest ogromne, 30 tys. osób. Trzeba powiedzieć, że Polska cieszy się naprawdę wielką liczbą powołań. To zaczęło się jeszcze przed wyborem Karola Wojtyły. Tak jak mój rocznik, gdy w 75 roku wstąpiłem do seminarium, to nas rzeczywiście było bardzo dużo. I później taki boom w najlepszym tego słowa znaczeniu powołań spowodował, że oczywiście to jest wielki skarb. Polscy księża w tej chwili pracują po całym świecie i jadą do tych krajów, gdzie już nie ma tych powołań. To dzięki polskim księżom to funkcjonuje.
Natomiast jest ten drugi problem, że w czasach komunizmu Kościół przyjął taką postawę oblężonej twierdzy i każda, jakakolwiek krytyka Kościoła to jest atak. No bo rzeczywiście komuniści różnymi metodami starali się ten Kościół rozbić, i z zewnątrz, i od wewnątrz – tu jest ten problem tajnych współpracowników.
Później, po odzyskaniu ponownym niepodległości, po 89 roku, zaczęły się gwałtowne zmiany społeczne. Nie ma co ukrywać, w Polsce jest tak szalone tempo tych zmian, że Kościół trochę stanął jakby w tyle.
Dopóki żył Papież Jan Paweł II, to był ten jednoznaczny sternik, który był absolutnym autorytetem w Polsce, nie tylko dla wierzących, również dla niewierzących. I to co ja napisałem w tej książce, że po 2005 roku wyraźnie zabrakło w Kościele polskim sternika, nie pojawiła się taka postać na miarę na przykład Stefana Wyszyńskiego, Prymasa Tysiąclecia, czy takiej osoby jaką był kardynał Macharski w Krakowie czy arcybiskup Tokarczuk w Przemyślu, czy na przykład Herbert Bednorz w Katowicach czy kardynał Gulbinowicz we Wrocławiu.
To były rzeczywiście ogromne indywidualności, które bardzo dobrze współpracują z papieżem. Oni rzeczywiście przeprowadzili Kościół przez komunizm i te pierwsze lata zmian. Dzisiaj, gdyby zapytać przeciętnego licealistę, kto jest prymasem w Polsce, to on nie ma pojęcia zielonego. Zresztą już kiedyś takie badania były prowadzone. Bo jest w sumie trzech prymasów, dwóch emerytowanych, jeden były nuncjusz papieski, kim innym jest prymas, kim innym przewodniczący Episkopatu. I w trudnych sprawach zabrakło jednoznacznego głosu.
Takim przykładem był rok 2010, czyli sprawa krzyża na Krakowskim Przedmieściu. Pięć lat wcześniej był problem otwarcia akt IPN-u, lustracji, gdzie ja dawałem, jak tylko mogłem, informacje i sygnały, że jest pole minowe. Jeśli jest pole minowe, to trzeba wysłać "saperów" i to pole minowe rozbroić. Niestety, okazuje się, że w tym ogromnym środowisku kościelnym – ja tu ciągle mówię o duchownych, odróżniam to od reszty – są jeszcze inne pewne patologie, które zawsze w takim środowisku będą. I teraz są dwie metody, albo udawać, że się nie wie, że cokolwiek jest, czyli takie symboliczne zamiatanie pod dywan, albo próbować to – druga metoda – jakoś uzdrowić. I teraz w tych dniach jesteśmy świadkami wydarzenia, które jest kuriozalne, które jest efektem jednak jakiegoś głębszego problemu, to jest sprawa biskupa Piotra Jareckiego, który po pijanemu – był dość pijany, miał dwa i pół promila alkoholu – rozbił samochód w centrum miasta, zresztą na oczach policji. I co się stało? Okazało się, że ten człowiek już od dłuższego czasu był nałogowym alkoholikiem, tylko to ukrywano, tuszowano. W końcu doszło do skandalicznego wydarzenia i okazało się, że to nie on jeden jedyny jest w takiej sytuacji, że pełni pewne funkcje w Kościele.
Jakie jest moje podejście? Mnie nie dziwi, nie gorszy fakt, że w tak ogromnej społeczności znajdą się właśnie alkoholicy, ludzie o jakichś chorych skłonnościach na tle seksualnym, nieraz ludzie z przeszłością negatywną z czasów komunistycznych. Tylko Kościół powinien być taką instytucją, która sama się oczyszcza, czyli nie czeka, aż biskup po pijanemu rozwali samochód, tylko pomoże komuś. No trudno, to są ludzkie sprawy, zdarzyło się, to trzeba leczyć. Trzeba przede wszystkim nie dopuścić do takiej sytuacji, żeby on dalej pełnił funkcje. To jest jak z lekarzem, dobry lekarz nie mówi pacjentowi, że jest wszystko różowo, co innego mówi mu w oczy, a co innego za plecami, do rodziny, że tam jest trudna sytuacja. W zeszłym roku leżałem w szpitalu na kardiologii i zauważyłem, że pacjenci jednak najbardziej cenią tych szczerych lekarzy, tych którzy jednak mówią wprost, co trzeba robić, nieraz bardzo radykalnie mówią, żeby rzucić palenie czy inne rzeczy.
Niestety, w Kościele okazuje się, że ten brak sternika – bo według mnie to jest główny powód, że po śmierci Jana Pawła II, tu nie chodzi nawet o jedną osobę, ale grupę, mówię tu o Kościele polskim – nie ma tego sternika. Wyraźnie ta odpowiedzialność jest rozmywana. Kościół też milczy w wielu sprawach, powinien zabrać głos, a milczy jakoś, bokiem obchodzi te sprawy. I brakuje tego sternika. Druga sprawa, że trzeba pewne rzeczy czyścić. To znaczy, trudno, są problemy takie, owakie, to nie dziwi, tylko ukrywanie tych problemów jest rzeczą szalenie trudną.
Tu jeszcze chciałbym powiedzieć a propos homoseksualizmu. Jesteśmy świadkami, że następca Papieża Polaka, Jana Pawła II, czyli Benedykt XVI, mimo swego zaawansowanego wieku, ma już 86 lat – co wszyscy wiedzą, podjął bardzo ostre wyzwanie. W ciągu ostatnich lat udzielił dymisji kilkudziesięciu biskupom, między innymi na tle skłonności homoseksualnych albo jeżeli odchodzili od doktryny katolickiej. I teraz ten proces bardzo radykalny Benedykta XVI, między innymi Benedykt XVI w 2005 i 2008 roku, a więc tuż po swoim wyborze, wydał instrukcję zabraniającą przyjmowania ludzi o skłonnościach homoseksualnych do seminariów. No, spotyka się ze sprzeciwem. W Kościele polskim jak w soczewce te wszystkie problemy są.
Oczywiście, dotyczy to pewnego marginesu duchownych, ale niestety skandale, które wybuchają co jakiś czas na tle homoseksualizmu, powodują, że jednak nie rozwiązuje się dobrze tego problemu. Taka była moja intencja tej książki, żeby zasygnalizować pewne sprawy, nie po to, żeby atakować Kościół – przecież ja jestem księdzem nadal w obrębie Kościoła – tylko żeby jednak podjęto pewne działania.


– A czy nie wydaje się Księdzu, że Kościół nadal jest oblężoną twierdzą? Czy te ataki na Kościół wychodzące ze środowisk liberalnych nie są teraz o wiele bardziej skuteczne, eksponując problemy Kościoła i używając ich do ataku na Kościół jako instytucję; przeciwko celibatowi, przeciwko przykazaniom itd. itd.? Czy to nie daje amunicji wrogom Kościoła?


– Trzeba powiedzieć, że Kościół był atakowany od początku istnienia, bo przecież wszyscy apostołowie za wyjątkiem św. Jana Ewangelisty zginęli śmiercią męczeńską. Każdy, kto czytał "Quo vadis", wie o tym, że chrześcijanie przez pierwszych trzysta lat byli prześladowani.


– Bo im chodzi o sprowadzenie Kościoła do funkcji, jaką miała Cerkiew za komunizmu, tzn. do realizacji polityki państwowej, jak to się mówi na odcinku...


– Tak. W Warszawie mówiono nieraz odcinek watykański (śmiech)...


– ... żeby Kościół się nie mieszał, żeby nie mówił silnym głosem w sprawach społecznych czy moralności społecznej itd.


– Tak, trzeba właśnie tu powiedzieć, że Kościół był atakowany, jest atakowany i będzie atakowany. Są oczywiście okresy, kiedy ten atak jest wzmożony. W komunizmie był to bardzo systematyczny atak, tylko na różnych etapach był różnie prowadzony, raz kijem, raz marchewką próbowano ten Kościół spacyfikować. Na pewno obecnie Kościół jest bardzo niewygodny dla wielu środowisk, absolutnie.
W Unii Europejskiej, i w samej Polsce wielu stara się Kościół rozbić. No ale kiedy Kościół jest silny? Wtedy kiedy sam się oczyszcza. Przepraszam że powrócę do tego przypadku z biskupem Jareckim, ale przecież Kościół w sprawie alkoholizmu i tego, żeby nie siadać za kierownicą po pijanemu, naprawdę bardzo dużo zrobił. I nawet wielu niewierzących też docenia, że taka była jednoznaczna linia, że sierpień miesiącem trzeźwości, święcenie samochodów w dniu świętego Krzysztofa, cały czas się mówiło. Ileś akcji prowadzonych, policjanci wspólnie z księżmi je prowadzili – policjant dawał mandat, a ksiądz wręczał święty obrazek, żeby pokazać, jak to jest ważny problem.
I co się okazało? Że jeżeli Kościół nie zacznie od siebie, to wystarczy jeden przypadek z pijanym biskupem, i to niweczy wszystko. Więc chodzi właśnie o to, że jeżeli Kościół podejmuje akcję, zmaga się choćby z promowaniem homoseksualizmu jako alternatywnego stylu życia, to niech sam rozwiąże problem u siebie. I o to właśnie chodzi, że brak wiarygodności może zniweczyć wiele akcji. Ludzi nie dziwią pojedyncze przypadki, tylko ludzi nieraz dziwi – mam to w listach od czytelników – dlaczego to się ukrywa. Ksiądz wychodzi na ambonę, ale sam się nie chce do tego dostosować.

O Kresach


– Mówiliśmy o Kościele, porozmawiajmy na koniec o Kresach.


– Chciałbym skomentować bardzo ciekawą sprawę, bo właśnie były wybory na Ukrainie.


– My jesteśmy, mówię o Polakach, między Scyllą a Charybdą. Z jednej strony jest Rosja, z drugiej strony nacjonaliści, więc nie ma pola manewru.


– Gdy mam spotkania w liceach, zadaję klasyczne pytanie, ilu mieliśmy sąsiadów 20 lat temu, a ilu mamy teraz. Najczęściej młodzi do końca nie umieją odpowiedzieć, bo myśmy mieli trzech sąsiadów, czyli Związek Sowiecki, Czechosłowację i NRD. I takie też pytanie zadaję młodzieży: A który z tych sąsiadów istnieje? No więc żaden nie istnieje. Związek Radziecki się rozpadł, Czechosłowacja się rozpadła, NRD się połączyło z RFN. Okazuje się, że dzisiaj mamy siedmioro sąsiadów i naszym największym sąsiadem na wschodzie nie jest Rosja – chociaż tam jest oczywiście ten okręg królewiecki, symboliczna granica jest – ale naszym największym sąsiadem jest Ukraina, dlatego trzeba bardzo wnikliwie obserwować to, co się dzieje na Ukrainie, bo my jesteśmy też dla tej Ukrainy, jak i dla tych państw pomostem do Europy. Polska spełnia w tej chwili rolę już nie przedmurza chrześcijaństwa, tylko takiego mostu. Widać to nawet po falach emigracyjnych, że przez Polskę te fale emigracji ze Wschodu, Związku Radzieckiego przechodzą do Europy Zachodniej.
I co się stało na Ukrainie? Niestety, używając słynnego powiedzenia Korwin-Mikkego, że tam dokonano wyboru między dżumą a cholerą, czyli mamy beton postkomunistyczny, prorosyjski w postaci Partii Regionów, która zwyciężyła, bo zdobyła największą liczbę głosów, z tym że nie ma przewagi na szczęście. To jest Partia Regionów Wiktora Janukowycza. Umocnili się komuniści, a oprócz tego istnieją tacy klasyczni komuniści, więc dwie silne partie komunistyczne. A z drugiej strony do parlamentu po raz pierwszy weszła partia nacjonalistyczna, o silnych tendencjach antysemickich i antypolskich. To jest Partia Swoboda, opierająca swoją ideologię na gruncie zbrodniarzy spod znaku Stepana Bandery i UPA.
I dzisiaj mamy te okropne skrajności. I najsmutniejsze jest to, że te partie środka są w mniejszości. Szkoda, dlatego że Ukraina to jest wielki kraj, historycznie, kulturowo i w wielu innych sprawach związany z Polską. Zresztą Ukraińcy są chrześcijanami i to jest jednak przecież ta sama grupa etniczna z Polakami, Słowianie. A tam dochodzi do procesów niebezpiecznych, bo to może w ogóle wróżyć rozpadem Ukrainy.


– Podziałem na wschodnią i zachodnią?


– Tak, ten podział jest już w tej chwili. Czym innym jest Krym, czym innym jest Wołyń, czym innym jest Lwów, a jeszcze tam gdzie siostra mojej matki mieszka, Żytomierz, gdzie jest taka bardzo przyjazna atmosfera wobec Polaków. To może rzeczywiście grozić tym, co jest w Jugosławii. Przecież Jugosławia się rozleciała w wyniku takich konfliktów, chociaż teoretycznie mówią tym samym językiem, serbochorwackim.


– Ale czy Rosja na to pozwoli?


– No właśnie. Teraz co się okazuje? Że ten niedźwiedź rosyjski umocnił się na Ukrainie. On może nie zdobędzie takiej jednoznacznej przewagi, ale jest mocny. Druga sprawa, tam rządzą oligarchowie. Tu się wydaje, że rządzą władcy partii. Często przewodniczący tych partii to są marionetki. Rządzą gigantyczne pieniądze, oligarchowie oparci na przemyśle zbrojeniowym, ropie, gazie i dziesiątkach układów. To jest "właściciel" Ukrainy. A trzecia rzecz, że na fali tego bezrobocia, biedy, strasznej biedy – widzę to choćby po swojej rodzinie, jaka to niesamowita bieda.
Przepaść między Polską a Ukrainą jest ogromna, jeżeli chodzi o sprawy ekonomiczne. Jest to pożywką dla różnych nacjonalistów. Przecież kiedy się Hitler narodził w Niemczech, też się narodził na bazie tych ruchów.


– A czy nie jest tak, że polska polityka historyczna, kresowa, to przywracanie pamięci o Kresach, które powinno w Polsce mieć miejsce, bo przecież Kresy to część polskiej tożsamości, nie pada ofiarą właśnie prób kształtowania bieżącej polityki, smalenia cholewek do pewnych środowisk na Ukrainie czy na Białorusi? Boimy się pewnych polskich tematów dotykać, żeby nas czasem nie oskarżono, że jesteśmy rewanżystami?


– Tak, oczywiście, ma pan absolutną rację. Ja nawet napisałem teraz taki komentarz do jednej z gazet. Zresztą nie jestem odosobniony, bo gdy czytam dzisiaj komentarze, to one są podobne, że wybory na Ukrainie de facto dobiły tę słynną teorię Giedroycia i Mieroszewskiego, to byli ludzie związani z "Kulturą Paryską", którzy uważali, że rozpad Związku Radzieckiego powinien zaowocować powstaniem pasa państw buforowych...


– A B C...


– Tak, który oddziela Polskę od Rosji. To był też taki sen Józefa Piłsudskiego, który wierzył, liczył na to, że ta wyprawa na Kijów to nie po to, żeby Kijów włączyć do Polski, tylko żeby powstało państwo ukraińskie.


– To obietnice dla Petlury.


– Tak, oczywiście. I co się okazało, że rzeczywiście rok 1991 spowodował, że ten sen Piłsudskiego się spełnił, no bo, jak wspomniałem, graniczymy tylko w sposób symboliczny z tym okręgiem królewieckiem. Ale teoria Giedroycia szła dalej, że należy ustępować różnym tym państwom, nacjonalizmom, i nie przejmować się Polakami tam mieszkającymi, że te ustępstwa, te dobre relacje z tymi nowymi państwami są ważniejsze i że zapomnieć można o Kresach, o historii, o ludobójstwie tam dokonanym i w ogóle o Polakach, którzy tam mieszkają, bo oni są dalej Polakami.
Tu tak na marginesie powiem, że Polaków tam mieszkających strasznie denerwuje, jak mówi się o nich Polonia – bo u nas w języku polskim Polonia oznacza emigrantów. A oni mówią, że oni nigdy nie wyemigrowali z tych terenów, bo oni są tam od wieków, tylko Polska od nich wyemigrowała, bo przeniesiono granicę. Więc się denerwują, jak są zapraszani na zjazdy Polonii, ale to też jest ciekawa sprawa.
I dzisiaj te tezy na Ukrainie pokazały, że ta cała teoria Giedroycia wzięła w łeb. Przecież nie tak dawno jeszcze nadskakiwano tym różnym nacjonalistom z Litwy. Prześladowanie ludności polskiej na Litwie jest rzeczą skandaliczną. Litwa jest w NATO i w Unii Europejskiej, a postępuje w straszny sposób z Polakami.


– No właśnie, czy ci Polacy nie czują się zostawieni?


– Mają żal ogromny. I tu mi jest przykro mówić, ale mają ten żal do wielu polityków, między innymi do śp. Lecha Kaczyńskiego, który się tak bardzo fraternizował z Wiktorem Juszczenką, prezydentem Ukrainy. Wiktor Juszczenko gloryfikował Stepana Banderę i to, że Lech Kaczyński nie chciał wziąć udziału w obchodach rocznicy Krwawej Niedzieli na Wołyniu, to było w 2008 roku, i wiele innych rzeczy, powoduje, że dzisiaj chyba żadne ugrupowanie polskie tam na Wschodzie nie cieszy się poważaniem – mówię o partiach politycznych. Ale obecna polityka jest tak samo straszna. Czy postawa Komorowskiego, którego rodzina przecież z Litwy pochodzi, choćby ze względu na korzenie powinien stanąć w obronie Polaków tam na Litwie.


– Przynajmniej na zasadzie bilateralnych, egzekwowania tych samych praw, które mają Litwini mieszkający w Polsce.


– Na przykład też sprawa takich polityków, jak Radosław Sikorski, który już kompletnie przyjął metodę zapomnieć o Kresach, czy choćby Paweł Kowal, który do niedawna był w PiS-ie, teraz jest w takim ugrupowaniu marionetkowym, kanapowym, PJN – Polska jest Najważniejsza, niemniej ci ludzie zrobili dużo zła w tych sprawach, w tych relacjach Polaków tam mieszkających z Macierzą, że dzisiaj Polacy tam mieszkający – słyszę to zresztą na własne uszy – mają ogromny żal do Macierzy; oni tak zawsze piszą, Macierz przez duże M, i w takim staropolskim określeniu mówią o Polsce Matka Polska – i mają żal.
Myślę, że ta teoria Giedroycia wzięła dzisiaj rzeczywiście w łeb, bo trzeba, oczywiście, dobrze współpracować z tymi narodami, ale trzeba bronić swoich interesów. Bronić przede wszystkim mniejszości polskiej. To są jednak liczby idące w miliony. Bronić choćby i wspierać działalność edukacyjną, szkoły polskie, domy kultury, gazety i w ogóle interesować się na bieżąco i interweniować, jak się dzieje krzywda. To niestety się nie dzieje.


– Na koniec zapytam, czy Ksiądz nie odnosi takiego wrażenia, że nie ma komu bronić Polski, że to jest ułomność całego pokolenia ludzi, którzy przez dwadzieścia lat tę Polskę mają w bardzo korzystnej sytuacji historycznej, być może niepowtarzalnej w dziejach, i jak gdyby nie potrafią stworzyć silnego ośrodka politycznego, silnego kraju, nie potrafią obronić polskiego interesu?


– No tak, oczywiście. Myślę, że tu się powtarza sytuacja, jaka była przed zamachem majowym w Polsce okresu międzywojennego, że do 1926 roku skłócenie polityków i pewna małostkowość niesamowita, i partyjniactwo też ogromne, czyli postawienie partii ponad interes narodowy, spowodowało, że Piłsudski już nie miał innego wyjścia, jak dokonać rzeczy może bardzo trudnej – bo tam zginęli wtedy polscy żołnierze w zamachu majowym – ale że to była jakaś tama przeciwko trwonieniu tej pięknej idei, jaką była niepodległość, bo Polska odzyskała niepodległość.
Oczywiście, dzisiaj trudno mówić o zamachu kolejnym, bo nie ma Józefa Piłsudskiego i nie ma osób, natomiast myślę, że taki renesans idei niepodległościowej w Polsce musi nastąpić. Idei niepodległościowej, która jest ponad interesem poszczególnych partii, która jednak broni państwa polskiego i broni też Polaków mieszkających na wschód od Polski.
Ale przecież trzeba pamiętać, że ogromna liczba Polaków jest poza granicami, w tym czasie ostatnim dwa miliony ludzi wyemigrowało do Europy Zachodniej. To są nieprawdopodobne liczby. I dzisiaj Polacy muszą
powiedzieć, że tak jak Papież mówił pozdrawiam Polaków w kraju i na emigracji – zawsze to Jan Paweł II podkreślał – to dzisiaj to jest bardzo aktualne. Natomiast brakuje tej polityki, bo i wobec Polonii tej zarobkowej, która z biedy w tej chwili wypływa na Zachód, i wobec Polaków tam pozostałych. Ja się trochę martwię tym, bo nie za bardzo widzę takie osoby, które by temu podołały. Na razie jest ostry konflikt polityczny, bij zabij, między dwoma ugrupowaniami, natomiast nie ma jakiejś koncepcji takiej jasnej w tej sprawie.
Jeszcze powiem na koniec, że chciałbym podziękować wszystkim organizatorom wystawy i kwesty organizowanej na terenie Kanady. Jak wspomniałem, jestem po raz piąty, rzeczywiście było świetnie, i te wystawy...
Trudno tu wymieniać wszystkie osoby, ale te które pomogły nam w Montrealu, Ottawie, w Guelph, Hamilton, Toronto, w Burlington, chciałem wszystkim serdecznie podziękować i wszystkie zebrane fundusze, również ze sprzedaży moich książek, kalendarzy idą na trzy nasze ośrodki, w tym dwa to są Dom Stałego Pobytu Chorzeszów pod Łodzią, Warsztaty Terapii Zajęciowej w Sosnowcu na Górnym Śląsku, i właśnie ciekawa rzecz, Dom dla Niepełnosprawnych im. Dzieci Kresów, dla upamiętnienia tych dzieci, które zginęły na Kresach, w Lubinie koło Legnicy na Dolnym Śląsku. I w imieniu podopiecznych tych trzech ośrodków chciałem wszystkim serdecznie podziękować.


– Ja dziękuję bardzo za wywiad i za wszystko, co Ksiądz robi. I powiem na koniec tylko, że może to jest taka drobna rzecz dla odbudowy tej solidarności narodowej, która jest Polakom tak niesamowicie potrzebna, żeby odbudować naród, potrzebna jest solidarność między ludźmi biednymi, bogatymi, między ludźmi mieszkającymi w Polsce, mieszkającymi za granicą, itd. Wtedy będziemy silni.


– Oczywiście. To daj Boże. Amen.

piątek, 09 listopad 2012 16:31

Co z tego masz?

Napisane przez

kramarskiZ Markiem Kramarskim rozmawia Franciszek Stawowski.


– Obecnie pełni Pan funkcje Wielkiego Przeora Orderu Świętego Stanisława, prezesa ds. interwencji Krajowego Forum Przedsiębiorczości oraz wiceprzewodniczącego Europy Wolnych Ojczyzn. Skąd czas i chęci do zajmowania się tak wieloma sprawami? Jakie profity daje dziś tak nieprzeciętna aktywność poza zawodem?


– Na początek mała poprawka. W Orderze Świętego Stanisława B.M. pełnię funkcję Wielkiego Przeora Polski, co jest istotne, bo jest to organizacja charytatywna o charakterze międzynarodowym. Order został mocno związany z ostatnim okresem dziejów Rzeczypospolitej będącej wspólnotą narodów – polskiego, litewskiego, ukraińskiego i białoruskiego. (...)
Zawsze byłem tak zwanym niespokojnym duchem i nie mogłem biernie patrzeć na otaczający nas bezsens. (...) Uczestnicząc w pracach Krajowego Forum Przedsiębiorczości, w miarę moich skromnych możliwości przede wszystkim staram się pomagać ludziom mającym kłopoty z władzą. Obowiązujące w Polsce przepisy są koszmarne i należałoby je jak najszybciej zmieniać, ale nawet przy tym stanie prawnym z zachowaniem zdrowego rozsądku można obywatelowi pomóc.
EWO-PP jest partią otwartą, gdzie dominują poglądy konserwatywno-liberalne, a przede wszystkim pozytywne myślenie i zdrowy rozsądek. Wszystko, co robimy, ma pomagać budowaniu polskiej rozumnej społeczności, wzmacniać nasze narodowe państwo. Nie warto się przy tym zniechęcać brakiem wpływu czy trudnościami z uzyskaniem masowego odzewu i dawać wiarę deklarowanej przez aktualny układ nieprzemijalności politycznego ładu. (...)


– Jakie korzyści przynosi działalność w Orderze, jakie w Forum i wreszcie dlaczego angażuje się Pan w działania partii politycznej, cokolwiek by jednak powiedzieć o charakterze chrześcijańsko-liberalnym, a jednocześnie ewidentnie proeuropejskim? Zdarza się czasem pytanie: co z tego masz?


– Może nie wprost "co z tego masz?", ale często słyszę "po co ci to?". Pytanie jednak padło, więc postaram się na nie odpowiedzieć. Nie jest to proste, trzeba bowiem rozpatrzyć sprawę w kilku płaszczyznach. (...) Z punktu widzenia materialnego, to wszystko trochę kosztuje, bynajmniej zaś nie przynosi wprost osobistych korzyści. Czasem z kolei, mimo naszego własnego wkładu, dla ludzi, którym pomagamy, daje to pozytywny efekt (...).

Forum czasami występuje w charakterze neutralnego negocjatora w sporze pomiędzy urzędem a obywatelem (...). Czasem wystarczy uświadomić urzędnikowi, że lepiej przychylniej i po ludzku popatrzeć na sytuację przedsiębiorcy, bo to nie jest przestępca, a czasem tylko przedziwny zbieg okoliczności doprowadził do niepożądanych efektów. I to wystarczy, by zamiast bankruta i zwolnionych z jego firmy pracowników zakład dalej funkcjonował, a budżet dalej miał "kurę" znoszącą mu bardziej lub mniej "złote jajka". (...)
Jest takie przysłowie, że "czasem trzeba trochę stracić, żeby potem dużo zyskać". Bezduszne stosowanie litery prawa nie prowadzi do sukcesu. Zwłaszcza kiedy stanowione prawo jest dziurawe i można śmiało powiedzieć, że daje urzędnikowi nadmierne możliwości interpretacji. Paradoksalnie mądrość urzędnika przy stosowaniu prawa i znajomość przepisu po stronie obywatela przynosi sukces, a twarde trzymanie się koślawej często litery z jednej, czy nieudolne próby omijania przepisu z drugiej strony często skutkują zawsze wspólną w końcu przecież porażką.
Jeśli chodzi o wątek efektu po latach, to w Orderze św. Stanisława działania zostały ukierunkowane głównie na nasze dzieci. Organizujemy dożywianie potrzebujących (nie lubię nazywać ich biednymi) dzieci w szkołach, bo wszyscy wiemy, że z tym jest u nas kiepsko i jak wiele mamy takich sytuacji, gdzie jest to jedyny ciepły posiłek, jaki zje taki dzieciak w danym dniu.
I znowu wrzucam tu kamyczek do tego jakże pięknie zapowiadającego się ogródka – można to organizować w szkołach, gdzie działa kuchnia. Załatwiamy na to nie tylko pieniądze, ale często dostawy bezpośrednio nazwijmy to – z pola upraw. Jeżeli władze zadecydują o likwidacji kuchni, a posiłki miałaby potem przywozić firma cateringowa, to cała sprawa bierze w łeb. Firma ma zamówienie, musi zarobić i tak ma być, ale nie przełoży się to na ugotowanie jeszcze dodatkowych stu porcji. W związku z tym uczniowie chodzą głodni, czują się gorzej, psychika się im rozwala, rośnie agresja, wykluczenie i mamy kolejne patologie.
Czy nikt nie potrafi w ten sposób spojrzeć na ten problem? Władza mówi, że nie mamy dość pieniędzy, ale przecież czasami te się znajdują na zapłacenie firmie cateringowej. Proszę mi nie zarzucać, że jako liberał powinienem popierać rynek, ale te firmy mają dla kogo pracować i niekoniecznie musi to być szkoła. Jeżeli Pan zamówi posiłek i przywiozą Panu jakieś świństwo, to Pan tam drugi raz nie zamówi. Ze szkołą bywa inaczej. Zawierane są długoterminowe kontrakty i problem jest z głowy, bo potem nikt dzieciakami się nie przejmuje. (...)
To jest jedno. Organizujemy również wyjazdy takich dzieci na kilkudniowy wypoczynek do luksusowych ośrodków wypoczynkowych, przyjmowane są zatem nieodpłatnie nie pod namiot czy do schroniska, ale w normalnych komfortowych hotelach. Podam przykład, na początku tego roku ponad 50 dzieci z opiekunami było na nartach w Zakopanem. Kojarzy Pan zapewne Hotel Kasprowy. Czy chce Pan wiedzieć, co ci kilkunastoletni chłopcy i dziewczynki mówią? Te dzieci niejednokrotnie wyjeżdżają, płacząc, że były to najpiękniejsze dni w ich marnym, monotonnym i ubogim w jakiekolwiek pozytywne wrażenia życiu. Większość z nich nie była dalej od swoich domów niż kilka kilometrów. Zapyta Pan, jaki to ma sens? Proszę pomyśleć, te dzieci poza swoją biedą (niestety muszę tu użyć tego określenia) z reguły od urodzenia nie widziały innego świata. Jak zatem mają dążyć do zmiany swojej sytuacji, kiedy nie wiedzą, że coś innego istnieje i jak to naprawdę wygląda. (...)
Po takim otarciu się uczniów o inne warunki mamy odzew od nauczycieli i opiekunów, że mają lepsze wyniki w nauce, bo nie trzeba ich do niej gonić przysłowiowym batem. Te dzieci zaczynają marzyć, nagle się dowiadują, że to też może być świat dla nich.
A teraz proszę mi powiedzieć, czy warto to robić? Co ja z tego mam? Mam te uśmiechające się z łzami w oczach dzieciaki… Czy to mało? (...)


– Wśród członków Waszej partii znajduję osoby znane z aktywności w środowiskach katolickich, zaangażowane w podtrzymywanie tradycji ruchu narodowego, czy wreszcie propagujące od lat przedsiębiorczość i liberalne podejście do gospodarki. Jak to się dzieje, że konkurujące ze sobą, czy nawet wręcz zwalczające się na innym terenie nurty polityczne znalazły wspólny mianownik w Europie Wolnych Ojczyzn i ludzie ci mogą coś robić wspólnie już ładnych kilka lat?


– Pytania o działalność partyjną, to zawsze pytania o "politykę". Jeżeli Pan pozwoli, zwrócę się tu do ludzi, którzy – mam nadzieję – będą to czytać, i powiem, że wszystko, o czym dotąd mówiłem, to właśnie jest polityka! Jeżeli ktoś mówi – mnie polityka ni interesuje, bo mnie polityka nie dotyczy, to nie chcę tu nikogo obrażać, ale poradźcie mu, żeby się udał do specjalisty.
To właśnie od czynnych polityków zależy, czy to, co uchwalą, ma sens, czy też nie. Nie zapominajmy też, że nawet jak nie ma sensu i jest kompletnym idiotyzmem, to i tak nas obowiązuje, stając się narzędziem represji w rękach nie zawsze myślących urzędników. Dzień wyborów jest tak naprawdę jedynym momentem, kiedy mamy istotny wpływ na polityków, bo kiedy ich wybierzemy, tracimy możliwość korygowania ich działań.
Ogromna rzesza ludzi mówi nam, "oni" i tak robią, co chcą, to pokażę "im", że w proteście nie pójdę głosować. Myślicie, że "oni" się tym przejmą? Niestety nie, wybiorą się w ostateczności wręcz sami, a reszta będzie musiała się temu podporządkować.
Nasza partia jest z założenia otwarta, skupiona na tworzeniu kadry, dopuszcza nawet podwójne członkostwo z podobnymi ideowo bytami.


– Czy statutowa oraz mentalna otwartość Waszej "kadry" może zwiastować przełom w polskim myśleniu prawicowym, czy jak kto woli patriotycznym, które powszechnie kojarzone jest z przekleństwem walki o przywództwo i permanentną awanturą o pryncypia? Jak to jest z tą Waszą "proeuropejskością", skoro wciąż krytykujecie UE?


– Polska "prawica" jest w przeważającej części mało autentyczna, przekupna, ułomna organizacyjnie, łatwo idąca w zbyteczny zupełnie konflikt, więc w rezultacie nie ma dziś wpływu na los narodu. My zabiegamy o ludzi, którzy mając choć w części podobne do nas poglądy w tych najistotniejszych sprawach, coś zechcą z nami wspólnie zrobić, kiedy nadarzy się ku temu okazja.
Tak było z akcją informacyjną i dla referendum w sprawie Traktatu lizbońskiego, inauguracją obchodów 240. rocznicy zawiązania Konfederacji Barskiej, organizacją ogólnopolskiego sprzeciwu wobec realizacji (na 70. rocznicę Września) paszkwilu filmowego o obrońcach Westerplatte wg obrażającego uczucia Polaków i katolików scenariusza, obronie polskich przedsiębiorców przed nadmiarem niszczących regulacji i w przypadku bardzo wielu innych przedsięwzięć edukacyjnych, naukowych… Czasem bardziej, a czasem siłą rzeczy mniej przedmiotowo skutecznych.
Co do naszej proeuropejskości, to nie popieraliśmy przystąpienia Polski do UE na "radośnie" wynegocjowanych warunkach, ale skoro większość tak zdecydowała, to trudno, trzeba się w tym znaleźć. Negocjatorzy warunków przystąpienia byli merytorycznie kiepscy, zainteresowani głównie wejściem na "europejskie salony". Ale to, co się stało później i dzieje nadal, to dopiero można nazwać tragedią. "Nasi" posłowie pojechali tam chyba tylko po to, aby zabezpieczyć swoje dochody i byt do końca życia w zamian za "nicnierobienie".
Z kolei podpisany Traktat lizboński pozbawił nas sporej części suwerenności, a wielu wspomina, że ówczesnemu prezydentowi RP śp. Lechowi Kaczyńskiemu (którego nb. do końca staraliśmy się wspierać w Jego słusznych obiekcjach) nawet pióro w decydującym momencie odmówiło posłuszeństwa, tak podle to były zapisy. Powinniśmy zadać sobie pytanie, dlaczego w końcu ten antydemokratycznie przepchnięty dyktat europejskiej biurokracji nasz Prezydent mimo istotnych zastrzeżeń podpisał? Teraz dla wielu jest bohaterem i męczennikiem narodowej sprawy. Dla mnie jest jednak bardziej tragicznie zmarłym, zapewne autentycznym patriotą, który pomimo wszystko zawiódł mnie w najważniejszym momencie swojej prezydentury i nie potrafił powiedzieć "nie", gdy Polakom i innym Europejczykom działa się krzywda w imię wprowadzania "nowego ładu".
To co lansuje Europa Wolnych Ojczyzn – Partia Polska powinno być zrozumiałe dla każdego. Globalizacja panująca na świecie wymusza konsolidację dla pomniejszenia kosztów i osiągania konkurencyjności. Koncepcja integracji w formule wspólnoty suwerennych, współpracujących i konkurujących swobodnie państw, jaką zawdzięczamy ideowemu patronowi naszej formacji Stefanowi Buszczyńskiemu, daje ludziom maksimum możliwości, a niesie ze sobą minimum zagrożeń totalitarnych i kolonialnych.
Obecnie stosunkowo niewielki wstrząs, jaki się u nas odczuwa w porównaniu do głębokiego kryzysu w innych krajach, zawdzięczamy w dużej mierze właśnie zachowaniu narodowej waluty. A nasi wybrani przedstawiciele z uporem godnym maniaka brną do pozbycia się jednego z ostatnich atrybutów naszej stabilności i suwerenności.
Więc jak to jest? Czy polityka dotyczy nas wszystkich i każdego z osobna? Czy jako świadomy obywatel, mogę się "nie interesować polityką" i pozwolić, by dalej zajmowali się nią jedynie ludzie, którzy przez ostatnie dwadzieścia parę lat nie potrafili uchwalić ani jednej ustawy, która na drugi dzień nie wymagałaby poprawy?
Stroniący od polityki też dostrzegają powszechne dziś patologie, ale poddając się manipulacji, stracili wiarę w możliwość dokonania zmiany na zawłaszczonej scenie politycznej III RP. I jest im z tym przekonaniem wygodnie do czasu, kiedy nie muszą szukać pomocy, gdy polityka dobiera im się do skóry, działając przez zły przepis czy złośliwego urzędnika.


– Dziękuję serdecznie za poświęcony czas i rozmowę.


Tekst pochodzi z Biuletynu Świątecznego Europy Wolnych Ojczyzn
Narodowe Święto Niepodległości A.D. 2012