Goniec

Register Login

Wywiady

sobota, 25 maj 2013 22:06

IPN do pomocy

Napisane przez

Z dyrektorem Biura Edukacji Publicznej IPN o eksponowanej w Centralnej Bibliotece w Mississaudze wystawie pt. "Zagłada polskich elit" rozmawia Andrzej Kumor.


dyr ipnGoniec: Czy to jest pierwsza wizyta w Kanadzie i czy to jest pierwszy pomysł, żeby z taką wystawą przyjechać?

Dyrektor Biura Edukacji Publicznej IPN dr Andrzej Zawistowski: Nie, to jest kolejny z elementów naszego programu polonijnego, ale również programu przybliżania historii Polski osobom niebędącym polskiego pochodzenia, a mieszkającym za granicą, bo to też jest ważne, prowadzić dalej pracę formacyjną, bo historia tworzy tożsamość Polaków, nie tylko w kraju, ale i za granicą, ale również mówić o historii Polski innym, tym którzy tej wiedzy nie mają. Wystawa w bibliotece jest kolejnym etapem, najpierw była pokazywana w Toronto w uniwersytecie dla Kanadyjczyków.

– A oprócz tego USA, Australia, Europa?

– Tak, oczywiście. Wystawy nasze w tej chwili liczą około 400 egzemplarzy, różnych tematów. Podróżują nie tylko po kraju, choć przede wszystkim po Polsce.

– Jakie są główne tematy?

– Jest to generalnie historia Polski w XX w., od odzyskania niepodległości, przez II w. św., po tematy peerelowskie do 89 roku.

– Tutaj jest dużo szkół polskich, mamy szkolnictwo polskie, wiem, że Pan miał też spotkania z nauczycielami. Czego dotyczyły?

– Wykorzystujemy takie przyjazdy, żeby zaprezentować pełną gamę naszej oferty, a więc również oferty naukowej i oferty edukacyjnej. Pokazujemy nauczycielom nasze produkty edukacyjne, zachęcamy do skorzystania z nich. Przywozimy również i przekazujemy je tutaj.

– Co to za produkty, produkty edukacyjne to brzmi tak trochę...?

– Znaczy przywozimy książki edukacyjne, scenariusze zajęć, a tu pokazywaliśmy przede wszystkim naszą nową grę edukacyjną, która się nazywa "Znaj znak". Jest to gra, która uczy historii przez zabawę, bardzo prosta gra, ale jednocześnie dająca bardzo duży element wiedzy. Pokazuje ponad sto trzydzieści najważniejszych dla historii Polski symboli, nie tylko polskich, ale związanych z historią Polski. Bardzo się cieszę, że wśród tych symboli znalazł się również symbol Karpatczyków. Dzisiaj była o tym mowa, że trzeba o tym mówić. Do każdej szkoły w Polsce ta gra dotarła i dotarła również tutaj.

– A co z filmami dokumentalnymi? Wiem, że IPN jakieś filmy produkował swego czasu czy Telewizja Polska produkowała.

– Oczywiście. Jeżeli chodzi o produkcję filmów, my się skupiamy na jednym etapie przede wszystkim, na notacjach. Świadkowie historii odchodzą, mamy wśród nas już tylko kilku, którzy byli pod Monte Cassino. Staramy się zapisać na taśmie filmowej ich wspomnienia, rozmowy z nimi, po to żeby historyk czy dokumentalista filmowiec za pięć – dziesięć lat, kiedy będzie mógł, kiedy będzie miał materiał, mógł do tego sięgnąć, kiedy już być może tych ludzi nie będzie. Natomiast filmy również powstają, choć są bardzo drogie, więc w niewielkim wymiarze udaje się nam je produkować.

– Tutaj, w Kanadzie, w Stanach Zjednoczonych, dzisiaj na palcach rąk liczymy tych weteranów, którzy zostali, to całe pokolenie odeszło, ale są po nich pamiątki. Czy Instytut w jakiś sposób te pamiątki zbiera, czy apeluje do ludzi o to, żeby zwracać te wszystkie rzeczy, nieraz bardzo cenne, wyniesione przez Syberię, przez cały szlak bojowy, które często lądują na śmietniku?

– To nie jest główny cel powołania Instytutu Pamięci Narodowej, ale oczywiście staramy się w środowiskach polonijnych apelować, że jeżeli ktoś chce przekazać materiały, czy to w postaci oryginałów, czy w postaci cyfrowych kopii, jest możliwość, żeby je na zawsze zarchiwizować, bo jest to narodowy zasób archiwalny.

Właśnie w Instytucie Pamięci Narodowej jest taka kolekcja, która tego typu materiały zbiera, archiwizuje i dzieje się to w wielu państwach świata, nie tylko tu w Kanadzie, ale przede wszystkim z Wielkiej Brytanii, Francji, ze Stanów Zjednoczonych zgłaszają się kombatanci. Bardzo często rodziny, które nie wiedzą, z jakim materiałem mają do czynienia, czasami rodziny już w ogóle niemówiące w języku polskim, kiedy np. małżonką weterana była obywatelką tych krajów, w których się osiedlił. I takie zbiory do nas również trafiają.

– A co z historią emigracji, historią emigracji lat 50., te fale następowały mniej więcej co dziesięć lat? Chciałem zapytać o to, czy Instytut również zajmuje się dokumentowaniem tego rodzaju losów?

– Oczywiście, co pięć lat Instytut w ramach działalności naukowo-badawczej ogłasza tak zwane projekty priorytetowe, czyli projekty, na które kładziemy szczególny nacisk, jeżeli chodzi o ich zbadanie, opracowanie, a przede wszystkim jeśli chodzi o upublicznienie wyników tych badań. Od 2011 roku mamy cztery takie projekty priorytetowe: II wojna światowa, której to historia po zakończeniu komunizmu tak naprawdę nie została opisana w już wolnym kraju, to jest historia Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej jako tego organu odpowiedzialnego za zniewolenie narodu po 44 roku, to jest kryzys 56 roku najmniej znany, i czwartym tematem, który jest opracowywany w ramach tego, jest historia emigracji. Jest powołany specjalny zespół, który składa się z historyków Biura Edukacji Publicznej Instytutu Pamięci Narodowej i historyków z innych ośrodków, Polskiej Akademii Nauk, z uniwersytetów, którzy opracowują dzieje emigracji polskiej od 39 roku aż do roku 90.

– Gdyby ktoś chciał się skontaktować, po materiały, gdzie ma się zwrócić? Wejść na stronę internetową Instytutu i tam szukać pomocy? Do kogo bezpośrednio można się zwrócić?

– Jeżeli poszukiwane są nasze materiały, najłatwiej to zrobić poprzez stronę www.pamiec.pl. Jest to nasza strona internetowa, która skupia całość naszej działalności w Internecie. Wszystkie portale tematyczne, wszystkie informacje, tam są również kontakty do osób, które prowadzą działalność edukacyjną i mogą pomóc. A jeżeli bezpośrednio, to na stronę internetową ipn.gov/polonia.

– Dziękuję bardzo.

sobota, 04 maj 2013 09:12

Konstruowanie mistyki

Napisane przez

Z Leszkiem Długoszem, aktorem, literatem, kompozytorem, pianistą, jednym z najbardziej znanych polskich poetów śpiewających, kiedyś związanych z Piwnicą pod Baranami, rozmawia Andrzej Kumor.

– Przede wszystkim gratuluję występu w Ottawie...

– Myślę, że było wszystkim miło, bo była naprawdę świetna atmosfera, doskonałe warunki, o sobie też mogę powiedzieć chyba, artysta w niezłej formie. (śmiech)

– "Piwnica pod Baranami" i w ogóle Pana osoba to takie wspomnienie starego Krakowa, takiej oazy w morzu siermiężnego komunizmu. Warszawa to było miasto agresywne, gdzie wszyscy jechali robić karierę, a w Krakowie uchowało się trochę starej polskiej tożsamości.

– Tak było. Kraków jednak nie był tak napięty na kariery centralne, tak bym powiedział, odsunięty był od centralnego żłobu, jakim zawsze staje się stolica, i grupowali się ludzie bardziej skoncentrowani na jakości własnego życia; czym ono ma być wypełnione, czy karierą, czy jakąś realizacją własnego programu w życiu. Tak bym to widział ideologicznie i nieco wzniośle z dystansu. No ale to zasługa poprzednich pokoleń, że takie miasto nam zbudowały, z taką atmosferą, z takimi podpowiedziami. Wszędzie zależy, gdzie, kto i na co stawia; jedni na kariery, inni na realizację samego siebie, własnych potrzeb, marzeń, ambicji niekoniecznie związanych z pojęciem tzw. kariery.

– Istniało coś takiego jeszcze wtedy, w czasach komunistycznych, tzw. polska inteligencja, takie środowisko, które może do końca nie było zdrowe, można opisywać wiele jego chorób...

– Ono było wyjątkowe.

Po pierwsze, ocalało miasto, ocalały rzeczy, meble, ocalały pamiątki, ocalały biblioteki i to już było pole nieosiągalne w innych miastach zrujnowanych. To ocaliło pewne podpowiedzi z przeszłości, pewną klasę, która akurat przez komunę była deptana i niszczona, bo była groźna, bo ona nie trawiła komuny.

I na pewno wiele powodów złożyło się na to, że powstała taka odrębna stylistyka, jak środowisko "Piwnicy pod Baranami". No, ciężko się było tam dostać, bo trzeba było coś wnosić.

– Jak to było w Pana przypadku? Poznał Pan Piotra Skrzyneckiego?

– Byłem młodym kandydatem na artystę, coś pisałem, coś śpiewałem, coś komponowałem, skończyłem uniwersytet wydział polonistyki i studiowałem w szkole aktorskiej, no i miałem takie potrzeby zajmowania się i muzyką, i jakimś pisaniem – wychodziły z tego piosenki. Znalazłem się w tym zespole, jak sporo ludzi na początek, na tzw. godzinnych występach, jak to Piotr Skrzynecki ogłaszał, a propos, przedwczoraj, 27 kwietnia, minęła jego rocznica śmierci, daleka już...

I okazało się, że jestem osobą bardzo dobrze sprawdzającą się, która wnosi jakiś taki swój koloryt, ludzie to podchwycili i zaczęli przychodzić także na Długosza. I tak to poszło. Od tego czasu minął kawał życia. Ani specjalnie nie planowałem, ani wymyślałem sobie taką biografię, że będę zajmować się pisaniem piosenek i występowaniem. Różne miałem rojenia i przymiarki, chciałem się zajmować reżyserią filmową, chciałem się zajmować w pewnym momencie aktorstwem, wszystko to odpadało i nie umiałem określić, czym tak naprawdę mam się zająć. Wiedziałem, że jakiś rodzaj pisania, jakiś rodzaj muzykowania jest mi potrzebny, że to jest coś, czego nie mogę się wyprzeć, że to stanowi mój budulec. To musi zostać, co z tym zrobić? No zostało to, śpiewanie i pisanie.

Teraz trochę więcej zajmuję się pisaniem, z rozmaitych powodów, przede wszystkim prace ze śpiewaniem są mniej ciekawe w moim przypadku, ponieważ nastąpiła taka ogromna obniżka kulturowa.

– O to chciałem właśnie Pana zapytać, bo mówimy o starych czasach, o tej inteligencji i o Krakowie, a przecież Kraków jest dzisiaj zupełnie inny...

– Ale to co jest w Krakowie, to chyba jest ogólnoświatowa tendencja, strasznego obniżenia poziomu kulturowego. Właściwie za kulturę uważa się popkulturę, ot, taką rozrywkę masową, która kiedyś miała to swoje miejsce, zawsze miała, i swoją funkcję, ale ona przedstawiana jest jako wystarczająca ranga kulturowa, a to jest czasami okropny gust, okropna tancbuda, podlane erotyką, wulgarnością i media to propagują.

– Dlaczego tak się stało, w końcu ci ludzie, którzy dzisiaj są tymi troglodytami kulturowymi, są z jakichś rodzin, oni otrzymali jakieś wychowanie, więc co się stało z tym wychowaniem ludzi, wychowaniem w Polsce, wychowaniem w Krakowie?

– Oto pytanie, jaki to jest człowiek. Dlatego że prymitywne umysły, nierozbudzone, niezadające sobie pewnych pytań, a ograniczające się do łubu-dubu i do seksu, to łatwiej nimi sterować i utrzymać w ryzach niż ludzi zadających sobie pytania, dociekających pewnych sensów, pewnych wartości.
W związku z tym wyższa kultura stała się znowu niebezpieczna, bo ona pobudza myślenie; pobudza inne odniesienia historyczne, stawia pewne pytania, a rozrywka konsumpcyjna polegająca na prymitywnych uciechach i jeszcze doprawienie pikantnością, czyli seksem, to jest proste. Lud wali, dołączy się do tego piwko i jest poparcie, przekładane wszelako.

– Ale to jest taka kultura jak za okupacji.

– Dokładnie tak. W dodatku wmawia się takiemu, że stanowi elitę, że stanowi warstwę jak najbardziej na topie. I to jest, niestety, tendencja nie tylko polska, ale w takich czasach przyszło nam żyć, tak wieje przez cały świat tego rodzaju prymityzowanie, które ułatwia w sumie hodowanie człowieka bardziej bezwolnego, bezkrytycznego, który przyjmuje łatwiej, co mu się tam wciśnie. I sprzeda mu się, a sprzedaje mu się towary różne.

– Nie sądzi Pan, że również w przypadku "Piwnicy pod Baranami" ta oaza była jednak w pewnym sensie kontrolowana, że była to opozycja reglamentowana?

– Tak wszyscy mówią i tak rzeczywiście, w jakimś stopniu, było. I nie ma co udawać, że myśmy o tym nie wiedzieli. Nie mogłoby istnieć coś, co nie miało jakiegoś przynajmniej tolerowania. Można było jednym ruchem, jednym ukazem wszystko zamknąć, podpalić – zresztą był taki pożar; zlikwidować, ale była kwestia ceny, czy to się i władzy opłacałoby, ponieważ Piwnica dość szybko zdobyła pewną renomę i w Polsce, a nawet i za granicą, propagandowo nie opłacałoby się likwidowanie jakiejś tam grupki nieszkodliwych wariatów w Krakowie, na boku, żeby ich zamknąć, więc utrzymywało się to. Myślę, że doskonale wiedzieli, że jest pełno ubecji, że jesteśmy kontrolowani, limitowani stąd dotąd, niemniej, w tym co było w ogóle możliwe, stanowiło to i tak pewien szerszy zakres pewnej wolności, sposobu bycia, żartowania, mogliśmy pewne rzeczy przemycać. Mówiąc brzydko, w sposób cwany wobec cenzury, na który nie miała chwytu, nie miała sposobu; w tekście nie było nic, ale było w sposobie wygłoszenia, w sposobie prezentacji, co jako aluzja chwytało i tak stanowiło to dodatkową piętrową zabawę. Wie pan, dobre nauki, przeszkody stawiane – nie wiem – w więzieniu czy w państwie politycznym potrafią wykształcić pewien rodzaj porozumiewania się, inteligentniejszej komunikacji. I to było finezyjne.
To była wartość wynikająca właśnie z pewnego ograniczenia, z tych limitów, ale wymagała, powiedziałbym, inteligencji i nadawcy, czyli artysty, i odbiorcy, czyli publiczności.

– Zapytam wobec tego Pana o Polskę, dla kogo Pan śpiewa dzisiaj, dla kogo Pan dzisiaj gra, dla kogo Pan pisze, skoro sytuacja jest tak zła? Czy tylko dla nas, emerytów tamtych czasów?

– O nie! Ja jestem z gatunku ludzi trudnych do dobicia i dla mnie do samego końca jest nadzieja. My mamy, myślę, fałszywe rozpoznanie, my opieramy się na fałszywych, tendencyjnych danych oficjalno-medialnych... Tymczasem rzeczywisty obraz odczucia społecznego jest inny.
Media są zaangażowane w propagowanie oficjalnej postawy rządowej, czyli partyjnej, aktualnej, i lewicowe, ponieważ one w dalszym ciągu są w rękach inaczej ubranych, ale tych samych właścicieli i zarządców lewicowych z tamtego systemu, którzy tego nie wypuścili.

Nazwali się inaczej, kupili sobie inne garniturki, kupili sobie inne ubranka, powpinali inne znaczki, ale to jest ta sama w gruncie rzeczy tendencja i postawa polityczna.

Ale odczucie społeczeństwa jest, śmiem powiedzieć, rzetelne i zdrowe. Tylko to nie jest reprezentowane w mediach, w prasie, telewizji zwłaszcza. Publiczność, jeśli jestem gdzieś, sale są pełne, fantastycznie ludzie odbierają, i nie mówię tylko o sobie, ale o tego typu artystach, mógłbym szerszą listę wymienić ludzi, którzy zostali odsunięci, ponieważ w pewnym sensie niosą inny klimat, inne rozbudzenie, inne podpowiedzi, więc nie trzeba, żeby oni byli w obiegu.

Ale jest bardzo żywe oczekiwanie publiczności na spotkanie, na "towar", czyli na płyty, książki. I przychodzą na moje koncerty, oczywiście rówieśnicy, więc starsze pokolenia, bo to jest normalne, którzy mają wspólne Jaszczury, wspólny Rynek, ale przychodzą dzieci i wnuki. I to jest fantastyczne. Wszystko jest kwestią środowiska i domu.

– No właśnie.

– Tu jest prawda. Społeczeństwo pokazywane w mediach nie jest uczciwie i prawdziwie reprezentowane.

– No to ja zapytam znowu, to niby Polska jest wolna, niby jest demokracja, to dlaczego tacy ludzie rządzą Polską i dlaczego są takie media, skoro większość ludzi, tak jak ludzie, z którymi Pan się spotyka, nie są reprezentowani? Przecież demokracja się opiera na reprezentacji właśnie.

– Też podzielam to pytanie z wielkim niepokojem. Dlaczego ludzie tak się zachowują? Dlaczego tak wybierają? Czy ze strachu, z bezwolności, z głupoty, z wygodnictwa, a dają się tak manipulować, godzą się na rozmaite nieprawości, jakie się im wtyka, mając przed oczami rozmaite afery, kradzieże, co i raz pokazywane, potem sądy mówią, co mówią i ludzie jakoś cicho siedzą? Czy – dotknę rzeczy najbardziej bolesnej – stopień upaprania, tak to nazwę, społeczeństwa jest o wiele większy, w związku z tym boją się odsłonić przeszłość czy swoją, czy kogoś z rodziny, dają przyzwolenie, żeby byli tak traktowani.

To jest wielki problem, którego anibyśmy podejrzewali na tym etapie, jakie będzie miało polskie społeczeństwo, i to jest problem wynikający z braku, krótko mówiąc, lustracji, w duchu oczyszczenia, której zaniechano w Polsce, która się tak wlecze i wydaje tak niemoralne rezultaty, tak bym powiedział, że przy władzy utrzymują się kombinatorzy, kłamcy, a uczciwa część społeczeństwa nic nie robi; albo nie ma odwagi i energii, żeby ich odsunąć.

– Może to jest właśnie obraz polskich elit?

– Nie wiem, czy można ich nazwać elitą, czy to jest zniewolenie jednak innego rodzaju społeczeństwa, które się boi oczyścić, boi się zareagować odpowiednio – nie chcę używać popularnych słów – i daje temu... i bezdurnie daje się prowadzić i manipulować.

Możliwości manipulacji są ogromne, strachy, szantaże, uwodzenie towarami, wolnością, swobodami, poddaje się te wszystkie swobody, rozpasanie, rozwydrzenie, rzuca się takie rozmaite mniejszości seksualne, narkotyki itd. itd., żeby tylko robić zamęt i mącić. Tak rozbite i spreparowane społeczeństwo staje się łatwiejszym do prowadzenia stadem baranów.

– Rozumiem, ale z tego wynika, że Polska nie jest krajem wolnym, ale "stadem baranów" prowadzonym przez ekipę, która jest ekipą okupacyjną, to jest gubernia, to jest ktoś, kto administruje tym terenem.

– Niestety to jest drastyczne i skrótowe bardzo, co mówimy, niestety, uczciwie musiałbym tak odpowiedzieć, że to jest społeczeństwo, które po prostu zbaraniało, daje się prowadzić przez cwanych zarządców.

A kim oni są ci zarządcy i gdzie oni są, czy oni są tylko w Polsce, czy oni mają szersze powiązania? Ja nie jestem politykiem, staram się być tylko artystą, nigdy nie chciałem być i nie będę politykiem, ale jestem obywatelem, który wyraża pewne poglądy i pewien niepokój.

– Chciałem Pana zapytać na koniec, z czym Pan do nas przyjeżdża, czego możemy się spodziewać?

– Przyjeżdżam z tym, co zwykle ja przywożę, piosenki, wiersze. Na pewno będzie jakieś przypomnienie klasyki. Umówmy się, sztuka jest też po to, żeby budziła pewne nastroje, emocje, jest wiosna, trzeba ją też zauważyć, jest pięknych parę uczuć ludzkich, są piękna przyroda, piękne kobiety, piękna muzyka, piękna sztuka, to wszystko człowiek musi uwzględnić. No i na pewno pytania co robimy, w jakiej jesteśmy sytuacji, czy mamy świadomość, jak jesteśmy chwytani w pewne sidełka i zarządzanie, a na ile jesteśmy wolni, a na ile tylko nam się wydaje.

Więc będzie i klasyka, i nowe rzeczy, bo moja stara publiczność oprócz przyjemności przypomnienia sobie tamtych rzeczy chciałaby zobaczyć, co ja dzisiaj robię, i z tego się będzie składał ten koncert.

– Kogo Pan najmilej wspomina z "Piwnicy pod Baranami"?

– Wie pan co, właśnie trzymam w ręku pierwszy egzemplarz mojej książki, która zatytułowana jest "Pod BaranamI – ten szczęsny czas". Omawia lata, kiedy ja tam byłem, 60. i 70. Szczęśliwie był to najwspanialszy okres, kiedy Piwnica była w swoim największym rozkwicie, była najwspanialsza grupa indywidualności, poczynając od Demarczyk, Zachwatowicz, no i oczywiście na czele jednak, jaki on nie był, taki nie był, szaławiła, szalbierz i szaleniec, ale człowiek naprawdę myślący i niezwykły, i wolny, jak tylko można było być w tamtej chwili pod tytułem Piotr Skrzynecki, którego uważałem za mojego przyjaciela, podpowiadacza i mistrza w dosłownym sensie, ale też wyciągam w tej książce wiele innych osób, które nie występowały i nie były znane powszechnie, natomiast miały ogromne zasługi i wkład w konstruowaniu stylu, mistyki konstruowaniu repertuaru, jakości, na przykład Janina Garlicka, parę jeszcze innych osób, które będą w tej książce wydobyte. Książka zawiera wspaniałą, unikalną dokumentację, moja żona była przez dziesięć lat tzw. szefową Piwnicy, Basia Długoszowa, i zostały nam niezwykłe dokumenta, pamiątki, fotografie. Tak że ktoś, kto jest zainteresowany, ogląda i czyta z policzkami zaróżowionymi.

– W takim razie, do zobaczenia w Toronto.

– Serdecznie zapraszam, to już niedługo.

piątek, 26 kwiecień 2013 19:05

Katarzyna Michniewicz zaprasza do DUCA Credit Union

Napisane przez

duka1

– Zacznijmy od historii...

– DUCA Credit Union jest spółdzielnią holenderską, powstałą w 1954 roku, została założona przez holenderskich emigrantów. Najpierw przyjmowano tylko Holendrów, dopiero później otworzono się na wszystkie narodowości. Taka jest historia DUCA.

– Ilu ma członków?

– Czterdzieści jeden tysięcy członków, piętnaście oddziałów.

– Gdzie działa, na jakim terenie?

– W Mississaudze, tutaj na zachodzie metropolii, jesteśmy pierwszym oddziałem.

– A poza GTA?

– Jesteśmy w Newmarket, Orangeville, Bowmanville, Brampton, Etobicoke, Burlington, Rexdale, Richmond Hill, Scarborough, Toronto, Whitby.

– Zawsze powstaje takie pytanie, dlaczego wybrać credit union, co tu jest lepiej? Co może Pani dodatkowo zaproponować?

– Zasadnicza różnica pomiędzy credit unions a bankami jest taka, że jak banki mają zysk, to nie dzielą się nim z klientami. Zazwyczaj lepiej wynagradzani są wówczas menedżerowie, CEO itd. Natomiast cała filozofia credit union polega na samopomocy, ludzie pomagają ludziom, czyli jeśli credit union ma zysk, to oddaje go swoim członkom.

– I DUCA oddaje?

– Oddaje.

– Ile to było w ubiegłym roku?

– Od 1999 roku w ramach programu bonus share, oddaliśmy ludziom 68 milionów dolarów.

– Czym się różni posiadacz zwykłego konta, czy zawsze jest członkiem credit union, czy jest jakieś rozróżnienie między członkami?

– Nie. Żeby otworzyć konto w DUCA, trzeba wpłacić 50 dol., to udział. Wtedy staje się udziałowcem.

– Jak te zyski są dzielone? Czy w zależności od wkładu?

– W zależności od procentu. DUCA płaci z dwóch stron. Jeśli ktoś ma u nas inwestycje, GIS, RRSP, TFSA, i jeśli ktoś ma pożyczki, mortgage'e, linie kredytowe, za wszystko. Jak mamy długi, płacimy procent, jak mamy inwestycje, bank nam płaci, natomiast DUCA płaci profit sharing od tego procentu.

– W zależności od tego, jak dużo żeśmy bankowi zapłacili w tę albo w tę, to DUCA nam zapłaci taką dywidendę?

– To są tak zwane dywidendy albo rabaty, bardzo mało credit unions w tej chwili je płaci. Wygląda to tak – maksymalna suma, którą można dostać od Duki w postaci zwrotu bonus shares, wynosi tysiąc dolarów, takie jest ograniczenie.

– Rocznie?

– Tak, tysiąc dolarów rocznie od konta. Ale co ludzie robią, na przykład na jednym koncie mają mortgage, na drugim mają oszczędności, więc dostaną bonus od dwóch kont.

W tamtym roku zapłaciliśmy naszym członkom cztery procent dywidendy za pieniądze, które nam zapłacili, i za pieniądze, które myśmy im zapłacili.
To jest od procentu, nie od tego, że na przykład ktoś ma mortgage, zapłacił 20 tysięcy mortgage'u, nie, tylko od tego procentu, który był na mortgage'u.

– Mówimy, że wszystko można w DUCA mieć, więc powiedzmy, co konkretnie w DUCA można mieć?

– Pełny wachlarz usług finansowych jak w zwykłym banku, a nawet lepiej. Co więcej, programy hipoteczne są bardzo elastyczne, mamy dużo programów własnych, czyli jesteśmy na przykład w stanie zrobić przefinansowanie czy dofinansowanie we własnym systemie. I nie musimy wtedy korzystać z adwokatów, którzy zazwyczaj biorą 500 – 600 dol.

Jeżeli, na przykład, ktoś ma u nas mortgage i chciałby wziąć drugi mortgage czy linię kredytową do stu tysięcy dolarów, tak zwane multi, zapłaci za to 99 dol. Przypuśćmy, że ktoś ma pierwszy mortgage u nas i będzie chciał wziąć drugi mortgage albo linię kredytową HELOC, wtedy jesteśmy w stanie mu to zrobić za 99 dolarów, a nie za 500 dolarów. Nie zawsze musimy robić pełną wycenę. Mamy tak zwane per view, które będzie kosztowało 42 dol., a nie 250 czy 270 dol.

– Na podstawie oszacowania okolicy, jaki jest dom itd.?

– Tak, i to jest dla wewnętrznych członków, dla klientów, którzy już mają mortgage w DUCA.

Natomiast jeśli ludzie chcieliby przenieść mortgage lub kupują dom, to wtedy te opłaty są inne, bo adwokata trzeba wynająć.

Jeśli chodzi o mortgage, są możliwości odnowienia mortgage'u wcześniej, tzw. early renewal. Teraz mamy oprocentowanie 2,97, jeśli komuś mortgage odnawia się w 2016 roku, bez płacenia kary można wystąpić o early renewal, a procent będzie pomiędzy. Jeśli ktoś ma oprocentowanie 5,50, a teraz jest 2,97, i dostanie 3,80 czy 3,90 procent, to i tak jest do przodu.

– Czyli warto przyjść, porozmawiać, bo jest bardzo dużo możliwości uratowania bardzo poważnych pieniędzy przy tego rodzaju pożyczkach jak hipoteczne, bo dla większości ludzi to jest największa pożyczka.

– Tak. Największa pożyczka i największy wydatek. Są jeszcze możliwości przejęcia mortgage'u, żeby zrobić port mortgage, czyli jeśli się sprzedaje swoją nieruchomość, a ma się dobry procent, można mortgage przenieść na następną nieruchomość. Są te możliwości, wszystkie te programy, które mają duże kanadyjskie banki, my je też mamy .

– To są propozycje dla indywidualnych klientów, a co dla ludzi, którzy sprzedają, pośredniczą, dla brokerów...

– Mamy specjalny program dla mortgage brokers i dla agentów real estate. W tej chwili mamy oprocentowanie 2,97, a brokerom płacimy 0,80 business points, a agentom real estate 0,25.

– To jest konkurencyjna oferta?

– Tak, bardzo konkurencyjna. Współpracujemy z brokerami już od bardzo dawna, jest to bardzo popularny nasz produkt.

– Również z polskimi brokerami? Ma Pani doświadczenia z polskimi brokerami?

– Tak, oczywiście.

– Mówiliśmy o pożyczkach, banki to jest miejsce, gdzie się również nosi pieniądze zarobione, w związku z tym jak inwestycje wyglądają, co można w DUCA ulokować?

– Jest dużo możliwości lokowania pieniędzy. Wszystko zależy od tego, z jaką sumą pieniędzy mamy do czynienia. Przy różnych kwotach można dostać różne oprocentowanie.

– A co by Pani radziła w dzisiejszych czasach, mutual funds czy raczej konta terminowe?

– To zależy od podejmowanego ryzyka, mam uprawnienia do sprzedawania mutual funds. Zależy to od tolerancji ryzyka klienta, dlatego że wszystko, co jest w banku, czyli ten depozyt czy gwarantowane investments certificates, to jest wszystko zagwarantowane, tylko nam grozi inflacja, ale procent, który mamy obiecany, dostaniemy. Natomiast jeśli zdecydujemy się na fundusze inwestycyjne, to muszą Państwo sobie wszyscy zdawać sprawę, że procent nie jest gwarantowany.

– Ale czasem jest piętnaście...

– Tak, czasem jest piętnaście, ale powtarzam, produkt w inwestycje w mutual funds jest niegwarantowany.

– Można rozmawiać w DUCA po polsku?

– Tak, można. Wielu ludzi dzwoni do nas i zaczyna rozmawiać po polsku. DUCA jest holenderską credit union, ja mówię po polsku i mamy jeszcze innego pracownika, Łukasza, który też mówi po polsku. Jak się do nas dzwoni, to prosimy – żeby może zacząć po angielsku i poprosić mnie albo Łukasza.
duka2

– Czasem wydaje się, że banki to są takie niby pewniejsze, bo nie upadają tak łatwo i mają większe aktywa. Jak to jest z DUCA, czy miała kiedykolwiek kłopoty? Jak się DUCA plasuje w rankingu instytucji finansowych?

– Jeśli chodzi o ranking, to na sto największych credit unions w Ontario, bo mówimy o Ontario, a są one jeszcze bardzo popularne w Albercie i Saskatchewan, DUCA jest na 24. pozycji, tak że to chyba coś mówi. Na tej pozycji plasuje się już od wielu lat, powtarzam, na sto największych credit unions. DUCA ma 15 oddziałów, 41 tysięcy członków, 1,3 miliarda aktywów i jest dochodowa od lat. Każdy rok jest rokiem kończącym się zyskiem, a nie na zero czy na deficycie.

– Czyli zawsze można mieć nadzieję, że coś się ekstra otrzyma później?

– Zawsze. Chciałam jeszcze powiedzieć o naszych czekowych kontach – a wielu ludzi jest zainteresowanych czekowymi kontami – mamy cztery opcje, które praktycznie nie mają opłaty albo jest ona bardzo niska. Wiele instytucji teraz, jak trusty, proponuje ludziom konta czekowe za darmo. Gdy ktoś często używa konta czekowego, wypisuje wiele czeków, będzie szukał konta czekowego tam, gdzie najtaniej. Niestety, w kanadyjskich bankach opłaty za konta czekowe i biznesowe są bardzo wysokie. Tak że DUCA ma w miarę dobre plany kont czekowych.

– A dla drobnej przedsiębiorczości, małych biznesów?

– Też mamy. Pracujemy w tej chwili nad pakietami na konta biznesowe. Ale studenci mają no fees students package, no i oczywiście heritage package, dla ludzi, którzy są już emerytami.

– Znaleźć Panią można w oddziale DUCA w Erin Mills Town Center, gdzie najlepiej zaparkować?

– Od strony szpitala, dokładnie sam róg Eglinton i Erin Mills.

I tam jest DUCA właśnie?

– Tak, tam jest DUCA, jesteśmy na dolnym poziomie plazy, poniżej food court.

– Dziękuję za rozmowę.

(ak)

sobota, 20 kwiecień 2013 20:44

Nie chodzi o wzajemną adorację

Napisane przez

Nie chodzi o wzajemną adorację. Ta obecność, frekwencja w kościele, mają ewangelizacyjne znaczenie zwłaszcza dla chrześcijan i katolików żyjących w Kanadzie...

bp wlechowiczZ biskupem Wiesławem Lechowiczem, duszpasterzem emigracji, rozmawia Andrzej Kumor


– Księże Biskupie, jakie są główne problemy duszpasterstwa emigracji? Połowa nas, Polaków, mieszka poza Polską, i tworzymy bardzo zróżnicowane środowiska; Polacy na Wschodzie, emigracja zarobkowa w Europie i w końcu my, czyli ta emigracja starsza, która jest na innych kontynentach, Ameryka Północna, Australia.


– Tych problemów jest dosyć dużo, i one występują na różnych poziomach. Taki poziom organizacyjny, strukturalny, wiąże się ze współpracą Konferencji Episkopatu Polski z konferencjami episkopatów krajów, gdzie Polacy żyją i gdzie polscy duszpasterze pracują.
A zatem są to kwestie związane z ułożeniem relacji, z dogadywaniem się z poszczególnymi biskupami. Jedni w większym stopniu, inni w mniejszym stopniu rozumieją np. konieczność sprawowania liturgii w języku polskim, bardzo dużo biskupów stara się o to, żeby Polacy żyjący na terenie ich diecezji włączali się nie tylko poprzez obecność, ale także poprzez aktywne zaangażowanie w duszpasterstwo danej diecezji w języku miejscowym.
Muszę powiedzieć, że większość episkopatów, zwłaszcza Europy Zachodniej, ma dobrze poukładane relacje z Episkopatem Polski i dlatego też tutaj jesteśmy jakoś zadowoleni.

Natomiast gdy chodzi o kraje takie jak Stany Zjednoczone Ameryki Północnej czy Kanada, to generalnie księża, którzy tutaj pracują, zarówno zakonnicy, jak i diecezjalni, mają podpisane umowy o pracę z miejscową diecezją, z miejscowym lokalnym Kościołem i nie ma jakichś ośrodków, które by koordynowały pracę migracyjną i dla polskich misji katolickich. Bezpośrednio księża polscy podlegają miejscowym biskupom i stąd te relacje są przejrzyste, pracują księża polscy z Polakami, tak jak w Polsce pracuje się z różnymi wspólnotami, ruchami, stowarzyszeniami czy grupami.
Kolejna płaszczyzna, która czasami generuje problemy, to jest kwestia koordynacji pracy duszpasterskiej w poszczególnych krajach.

Coraz więcej Polaków, niestety, za granicę wyjeżdża, w tej chwili się szacuje, że Polaków żyjących za granicą Polski jest około 18 milionów. Stąd ważną rzeczą jest, by tym Polakom zapewnić możliwość dostępu do sakramentów świętych, do Słowa Bożego głoszonego w języku polskim.

Trzeba pamiętać, że zazwyczaj pierwsze pokolenie, drugie pokolenie imigrantów posługuje się głównie językiem polskim. Oczywiście w tej chwili język angielski jest coraz lepiej przyswajalny przez młodych ludzi, stąd Polacy doskonale język angielski znają, ale często się spotykam z taką sytuacją, że mimo znajomości języka angielskiego Polacy chcą się modlić w języku polskim.

 

– To jest tak, że w sprawach ważnych, lekarz, modlitwa itd., każdy chce rozmawiać w swoim języku.


– Naturalnie. Więc chcemy, żeby ta siatka, jeśli można tak powiedzieć, ośrodków duszpasterskich i księży z Polski była dosyć gęsta. Są oczywiście jeszcze takie miejsca, gdzie księży i kościołów, gdzie są odprawiane Msze Święte w języku polskim, jest mało. Pojawiają się też nowe wyzwania. W ostatnim czasie coraz więcej Polaków wyjeżdża do Skandynawii, nawet na Bałkanach pojawiają się Polacy. Tam, niestety, nie możemy się pochwalić zbyt dobrą sytuacją, jeżeli chodzi o liczbę polskich księży.

No i wreszcie problemy emigracji to są te, z którymi spotykają się duszpasterze w ośrodkach, parafiach, duszpasterze, którzy spotykają się z Polakami mającymi prawo do słuchania Słowa Bożego, do korzystania z sakramentów świętych, ale też z Polakami, którzy niejednokrotnie traktują księdza nie tylko jako duszpasterza, ale jako psychologa, pedagoga, powiernika, kierownika duchowego.

Być może w Kanadzie w mniejszym stopniu to jest obserwowalne, dlatego że – z tego co widzę – to większość emigrantów, większość naszych rodaków ma już za sobą kilkanaście czy nawet więcej lat pobytu w tym miejscu.

Generalnie Polacy w Kanadzie mają życie już poukładane, niemniej jednak przyjeżdżają też nowi ludzie, może nie w takim stopniu, jak w Europie Zachodniej, ale przyjeżdżają, i zwłaszcza w tej pierwszej fazie swojego pobytu niejednokrotnie oczekują od księży takiego kompleksowego wsparcia, łącznie ze znalezieniem pracy, co nie jest takie proste i łatwe.

 

– Chciałem zapytać o pewien dysonans, który mają Polacy pomiędzy parafią polską tutaj a parafiami "kanadyjskimi". Ten dysonans polega na pewnym podejściu do liturgii, obrzędach itd. Na przykład w kościele polskim do Komunii Świętej przystępuje część osób; te które uważają, że są w stanie łaski uświęcającej, a w kościele amerykańskim praktyką nagminną jest, że do Komunii Świętej praktycznie idzie cały kościół.

Z drugiej strony, o ile można domniemywać, że wszyscy ci ludzie są w stanie łaski uświęcającej, trudno jest zastać księdza w konfesjonale. I człowiek zaczyna się zastanawiać, co jest właściwe, czy jest to kwestia tylko różnicy podejścia u pewnych biskupów?


– To jest kwestia pewnej wierności nauce Kościoła.

W Ameryce, podobnie w Europie Zachodniej, jest sprawą powszechną, że na przykład udziela się absolucji powszechnej, rozgrzeszenia ludziom, którzy przychodzą do kościoła, którzy wyznają swoje grzechy nie werbalnie, ustnie, w spowiedzi indywidualnej, tylko po prostu przypominają sobie grzechy i kapłan udziela im rozgrzeszenia ogólnego.

Ta praktyka jest sprzeczna z normami Kościoła, z zarządzeniami papieża dotyczącymi celebrowania sakramentu pokuty i pojednania. Powiem szczerze, że tak do końca nie wiem, dlaczego episkopaty niektórych krajów nie zwracają na to uwagi, bo ja rozumiem, że z różnych powodów ktoś indywidualnie może tego rodzaju praktykę wprowadzać, no ale przecież od tego są episkopaty, które powinny dbać o zasady związane z liturgią, z kultem, by były zgodne z zasadami, które głosi Kościół.

Dwa tygodnie temu Ojciec Święty Franciszek spotkał się z kilkoma proboszczami Rzymu i w rozmowie zwrócił im uwagę na dwie rzeczy: żeby kościoły w Rzymie i diecezje rzymskie były otwierane, żeby były dostępne dla wiernych; żeby nie były traktowane jak muzeum, które jest otwierane na dwie – trzy godziny do dyspozycji zwiedzających turystów, a potem zamykane, a druga sprawa, żeby odkurzyć konfesjonały i żeby w konfesjonałach siedzieli księża, gotowi przyjąć penitentów.

Oczywiście w Rzymie, w bazylikach, zwłaszcza większych, zawsze były dyżury w konfesjonałach, księża spowiadali w różnych językach, niemniej większość kościołów rzeczywiście była pozbawiona konfesjonałów i księża raczej do minimum ograniczali tę posługę sakramentalną.
A więc zwrócenie uwagi przez Papieża Franciszka na Spowiedź Świętą mi osobiście daje nadzieję, że również będzie zwracał uwagę na to innym episkopatom, że będzie skuteczniejszy niż dotychczas miało to miejsce, jeśli chodzi o to, by zmobilizować, wyzwolić wśród księży wolę spowiadania.

To jest, oczywiście, jedna z najbardziej trudnych posług kapłańskich, ale to, że jest trudna, to nie znaczy, że mamy się od tego dyspensować.

Rozumiem, że Polacy żyjący w Kanadzie czy innych krajach, mają tego rodzaju wątpliwości, bo widzą, że praktyka w jednym kościele jest inna, w drugim inna, zadają sobie pytania, jak to jest, że coś, co jest dopuszczalne w jednej parafii, nie jest dopuszczalne w drugiej.

To prowadzi do pewnych wynaturzeń sumienia, prowadzi do laksyzmu, człowiek w takim momencie, jak ma pewne wątpliwości, widzi, że jest różna praktyka, no to dochodzi do wniosku, że w takim razie wszystko jest dopuszczalne, wręcz dozwolone.

A więc tutaj też jest ten problem, z którym my, jako księża, się spotykamy. Trzeba ludziom pewne rzeczy tłumaczyć i niestety, czasami nie mamy innego wytłumaczenia; trzeba po prostu powiedzieć jasno i otwarcie, że niektórzy księża postępują wbrew nauczaniu Kościoła i niejednokrotnie za tym kryje się zwyczajnie lenistwo.

Ja nie jestem tego w stanie inaczej zrozumieć.

Oczywiście, że Pan Bóg jest miłosierny, możemy zawsze jakąś tam teologię do praktyki naszego życia dorobić, jak to się mówi, ideologia do każdego zachowania zawsze się znajdzie, a to nie o to chodzi, żebyśmy Słowo Boga i Kościoła dostosowywali do naszych zachowań, tylko żebyśmy nasze zachowanie podporządkowywali pod Słowo Boga i pod słowo Kościoła.

 

– Myślę, że tu oprócz lenistwa jest też sprawa jakby "popularności" Mszy Świętej i tego, żeby nie zrażać ludzi do przychodzenia do kościoła, i podejście rozpowszechnione tutaj, że nie można dyskryminować...


– Tak, ma pan rację, oczywiście, że tak. Jeżeli jest tutaj tak zwany wolny rynek gdy chodzi o "usługi religijne", to niejednokrotnie ja to widzę, że księża ulegają pokusie, żeby na przykład głosząc Słowo Boże w czasie homilii, nie zwracać uwagi wiernym, nie wypominać im grzechów, nie być zbyt wymagającym, wręcz przeciwnie, żeby być miłym, grzecznym, czasami żeby zabłysnąć jakimś dowcipem, humorem, żeby tworzyć taką grupę wzajemnej adoracji.

A to nie chodzi o adorację wzajemną, tylko chodzi o to, żebyśmy adorowali Pana Boga i Słowo Boże, które też jest jakąś formą obecności Boga wśród nas. Jeżeli będziemy bardziej nastawieni na siebie, na nasze słowo, to wtedy zapominamy o Panu Bogu i Kościół przestaje być Kościołem.

 

– Czyli jeżeli chodzimy do kościoła i tam się dzieją tego rodzaju rzeczy, to powinny nam się jakieś tam światełka alarmowe zapalać?


– Tak. Jeżeli pojawiają się pewne wątpliwości, to wtedy trzeba włączyć światełka alarmowe, ale też mamy możliwość, żeby zapytać ludzi, do których mamy zaufanie, a poza tym dzisiaj, w erze powszechnej dostępności do dokumentów Kościoła, to w zasadzie jeżeli ktoś miałby wątpliwość, albo nie miał żadnych możliwości dotarcia do księdza, który powiedziałby, jak nauka Kościoła wygląda czy co głosi Katechizm Kościoła katolickiego, to do Internetu można wejść, wpisać "Katechizm Kościoła katolickiego", jest wyszukiwarka, Spowiedź Święta i od razu wszystko wiemy.

 

– Polacy żyją rozrzuceni po świecie, zdarza się, że mieszkają w bardzo odległych miejscowościach, gdzie nie mają dostępu do posługi kapłana katolickiego itd. Czy ta nowa technologia, Internet w jakikolwiek sposób może tutaj pomóc?


– Nie tylko że może pomóc, ale pomaga i powinna pomagać, a więc w Kościele w Polsce, bo tę sytuację najlepiej znam, bardzo często my posługujemy się tymi nowymi technologiami. Może nie jesteśmy w awangardzie jakiejś i nie mamy do dyspozycji najnowszej technologii wojskowej, ale gdy chodzi o Internet, to w zasadzie każda diecezja ma swoją stronę internetową. W diecezji tarnowskiej, z której pochodzę, to około 75 proc. parafii ma swoją stronę internetową i są to strony w większości dobrze prowadzone, aktualizowane.

Mamy katolickie agencje informacyjne, mamy radiostacje, zwłaszcza diecezjalne, ale jest i Radio Maryja, Telewizja Trwam.

Próbujemy tymi nowymi środkami ewangelizacyjnymi, środkami technologicznymi posługiwać się do ewangelizacji.

Natomiast to, że mamy do dyspozycji takie środki, jak telefon komórkowy, Skype czy jakieś inne możliwości wzajemnej komunikacji, nie oznacza, że te środki zastępują bezpośrednią obecność na przykład na Eucharystii.

Jeżeli ktoś jest chory, nie ma innej możliwości, to oczywiście jak najbardziej, może korzystać z telewizji, transmisji radiowej, z transmisji w Internecie, ale jeżeli mamy możliwość spotkania się z kimś, to raczej wolimy spotkać się z kimś, niż korzystać z telefonu komórkowego na przykład.

Kolejna sprawa, Spowiedź Święta. Też jasno tutaj Kościół formułuje swoją naukę, że jest niedopuszczalna Spowiedź Święta przez środki komunikacji współczesnej, chyba że w przypadku bezpośredniego zagrożenia życia, czyli w niebezpieczeństwie śmierci.

Ale to też, jeżeli już chcemy mówić prawdziwie, to w niebezpieczeństwie śmierci to nam wystarczy, jeżeli nie mamy możliwości wyspowiadania się, żal doskonały. Natomiast poza tą jedyną sytuacją absolutnie nie ma mowy o Spowiedzi Świętej z wielu racji.

Po pierwsze, właśnie z tej racji, że brakuje tego osobistego kontaktu, po drugie, też narażona jest na utratę tajemnica Spowiedzi Świętej.

My wiemy doskonale, że ta komunikacja przez takie środki, jak telefon komórkowy, Skype, Internet, nie gwarantuje pełnej dyskrecji, więc i nawet z tego względu Kościół się nie może zgodzić na to, żeby spowiadać przez te środki komunikacji współczesnej.

 

– Księże Biskupie, zapytam, czy emigracja – to nie jest emigracja, to są nasi bracia na Wschodzie...


– To są Polacy.

 

– ...Polacy, od których Polska odeszła. Czasem się słyszy takie głosy, że przyjeżdżają księża z Polski w tych parafiach, które są na Białorusi czy na Ukrainie, starają się odprawiać czy większą wagę przywiązują do odprawiania Mszy św. w języku miejscowym, zaniedbując język polski, podczas gdy ci ludzie, ci katolicy to w zasadzie Polacy, jak to jest?


– Trzeba tutaj każdą sytuację analizować osobno, bo myślę, że generalizować nie można.

Jak już wspomnieliśmy, pierwsze pokolenie, drugie pokolenie Polaków posługuje się językiem polskim nie tylko ze względów sentymentalnych, ale powiedzmy praktycznych, bo nie znają jeszcze języka miejscowego. Natomiast kolejne pokolenie, i to widzimy doskonale w Europie Zachodniej, o wiele łatwiej rozmawia w języku miejscowym niż w języku polskim. Osobiście byłbym zwolennikiem, żeby dla tych osób, zwłaszcza starszych, które zawsze się modliły w języku polskim, celebrować mszę w języku polskim, a dla młodych ludzi, dla których język polski jest tylko językiem, który słyszą w domu i nigdzie więcej, i o wiele łatwiej im się posługiwać w języku na przykład ukraińskim, białoruskim, litewskim, żeby celebrować Mszę Świętą w tamtych językach.

My, jako katolicy, jako księża Kościoła, oczywiście dbamy, żeby zachować polskie tradycje, polski język, kulturę, dbamy o ducha patriotycznego, ale przede wszystkim powinniśmy dbać o to, aby docierać z Dobrą Nowiną do jak największej liczby osób. Jeżeli ktoś nie rozumie zbyt dobrze języka polskiego, to byłoby to nieroztropnością, gdybyśmy my, polscy księża, celebrowali Eucharystię i głosili Słowo Boże w języku polskim tylko po to, żeby język polski zachować na danym terenie. My musimy wtedy mówić językiem zrozumiałym dla tamtejszych ludzi. Tak że tutaj troska o język polski nie może być troską naczelną i pierwszą, gdy chodzi o duszpasterzy.

 

– Ostatnie pytanie. Jak Ksiądz widzi tutaj naszą społeczność? To jest może takie niezręczne pytanie, ale chodzi mi o szczerą ocenę sytuacji.


– Nie mam podstaw do tego, żeby dokonywać oceny obiektywnej, bo jestem tylko w parafii św. Maksymiliana Kolbego w Mississaudze. Miałem okazję być na pielgrzymce w Wilnie, odwiedziłem też parafię w Brampton, z tym że to były takie odwiedziny prywatne bym powiedział. Zobaczyłem kościół, zobaczyłem zaplecze. Byłem też w Toronto w kościele św. Kazimierza, byliśmy w St. Catharines, tak samo, odwiedzić tamtejszego proboszcza ks. Alfreda. A więc trochę miałem okazji zobaczyć, jak wygląda to duszpasterstwo, ale nie na tyle, żeby formułować jakieś tezy jednoznaczne i ogólne.
Natomiast jeśli chodzi o tę wspólnotę w Mississaudze, to jestem pod dużym wrażeniem muszę powiedzieć. To jednak kilka dobrych tysięcy, może więcej nawet, osób uczestniczących we Mszach Świętych w czasie niedzieli, żywa modlitwa. Mam okazję zaobserwować zaangażowanie ojca Janusza Błażejaka i ojców wikariuszy pracujących w tej parafii.

Jestem naprawdę pod wrażeniem, widzę, że jest wszystko dobrze zorganizowane, jest dobre zaplecze duszpasterskie, są ludzie świeccy, którzy tutaj ojców wspierają, tak że nie widzę w zasadzie jakichś takich większych problemów. Oczywiście te problemy są, one są związane z problemami ludzi, którzy do tej parafii należą, ale w zasadzie tak patrząc z boku, to wszystko tutaj jest poukładane jak najlepiej i cieszę się bardzo, że też w kościele, oprócz osób w starszym wieku, widzę ludzi młodych, dzieci, rodziny.

To daje mi taką nadzieję, że ta wiara będzie przekazywana z pokolenia na pokolenie. Cieszę się bardzo, że w tej parafii jest adoracja wieczysta Najświętszego Sakramentu, no i zawsze w tej kaplicy ktoś jest, ktoś się modli, a więc to mnie bardzo raduje.

Pod dużym wrażeniem byłem tak samo uczestników pielgrzymki w Wilnie. Około tysiąca osób przybyło, widać takiego ducha głęboko religijnego. Tak że to mnie bardzo cieszy i będę na pewno wyjeżdżał z Kanady pod dużym wrażeniem pracy ojców oblatów i zarazem wiary tych ludzi, którzy do tego kościoła przychodzą.

Powiem tak pół żartem, pół serio, że kiedy po raz pierwszy przyjechałem do tej parafii św. Maksymiliana, zobaczyłem na parkingu setki chyba samochodów, zapytałem, czy tu jest jakiś supermarket w pobliżu, bo w Europie tyle samochodów to tylko można zobaczyć koło jakiejś galerii handlowej , a tu się okazuje, że koło kościoła.

Ta obecność, frekwencja w kościele, mają ewangelizacyjne znaczenie zwłaszcza dla chrześcijan i katolików żyjących w Kanadzie. Też chcę wspomnieć tutaj, że pracują nie tylko oblaci; pierwsze dni tutaj, w Kanadzie, miałam zajęte spotkaniami z księżmi tworzącymi Konferencję Polskich Księży, przybyło około 50 tych księży, a więc byli to księża diecezjalni, zakonni, oprócz ojców oblatów są też inni, księża, ojcowie. Są siostry zakonne, siostry misjonarki Chrystusa Króla dla Polonii zagranicznej, siostry felicjanki, siostry franciszkanki. A więc sądzę, że Polacy, którzy w tej części Kanady mieszkają, mają chyba zapewniony dostęp do posługi duszpasterskiej, do takiej dobrej posługi, nie przeciętnej, bym powiedział, co mnie bardzo cieszy.

 

– Dziękuję bardzo.

sobota, 13 kwiecień 2013 01:09

Poetą być. Współcześnie

Napisane przez

Rafał Grzywnowicz, poeta współczesny. Pragnie dotrzeć do innych, jednocześnie zachowując w swojej duszy element starego ducha. Swój pierwszy tomik wydał sam, we wrześniu 2011 roku. Jego znak charakterystyczny? Permanentna wena. Wszystko zapisane tu: http://www.grzywnowicz.com/.



Rafał GrzywnowiczKarolina Jaskólska:
- Poeta… kojarzy się z długim szalem, wielkim piórem i wciąż natchnioną miną. Jak jest naprawdę?

Rafał Grzywnowicz: - Szal? Nigdy nie miałem i nie mam zamiaru posiadać, zamiast pióra kolekcjonuję ołówki, którymi najlepiej mi się pisze. Staram się zawsze mieć jakiś przy sobie wraz z notesem. Chociaż odczuwam znaki czasu i robię czasami notatki w swoim iphonie. Ale to nie to samo. Papier to papier i w tym czuję emocje.
(...)

- Jak wygląda życie pisarza, poety w Polsce?

- Poeta w Polsce pracuje na etacie w pewnej firmie. Zarabia. Dokształca się. Obserwuje. Dla mnie osobiście marzy się domek na wsi w zupełnej głuszy. Tylko ja, laptop i dzika natura. A i jeszcze wena. Bez niej ani rusz. Generalnie to średnio ją lubię. Dopada mnie przeważnie w wieczornych godzinach i wtedy niestety dojadam. Kilogramów przybywa. Mina mojego trenera od tenisa ziemnego jest wtedy nie do przecenienia (śmiech). Tak więc sama Pani rozumie, że teraz pisarze i poeci to raczej zwyczajni ludzie.

(...)

- Odnośnie do stereotypów. Nie powiedziałabym o Panu na pierwszy rzut oka, że jest Pan poetą. Jak się zaczęła Pana przygoda z pisaniem?

- Okazuje się, że trzeba mieć wygląd nawet na poetę (śmiech). To może dlatego nawet żony nie mam. Muszę się w takim razie nad tym zastanowić (śmiech). Co do pisania to wszystko zaczęło się od tak zwanej weny. Dziwne zjawisko. Nie potrafię wytłumaczyć, skąd się wzięła i po co? Po powrocie ze szkoły wiedziałem, że mam siąść przy biurku, wziąć ołówek, kartkę papieru i coś napisać. Tak powstał wiersz "Codziennie rano". Przerabialiśmy w szkole wtedy poezję Baczyńskiego. Emocje, jakie zawarł ten młody chłopak w swojej poezji, były wyznacznikiem dla mojej poezji. Dlatego lubię obserwować ludzi czytających moje wiersze i po tym oceniam, czy dany wiersz jest OK. Chociaż moi znajomi mają swoją wersję wydarzeń i są przekonani, że to lenistwo z mojej strony i po prostu nie chce mi się czytać moich wierszy.

- "Wszyscy artyści to prostytutki". Poeci też? (śmiech)

- Naprawdę? A kto to powiedział? Tak naprawdę to zależy, o jakiej prostytucji tutaj mówimy. Poeci nie mogą nimi być, bo na poezji się nie zarabia, a czy warto pisać coś, czego się nie czuje, dla paru groszy? A później się tego wstydzić? Co do innych artystów to gołym okiem widać, że wystarczy pokazywać się w telewizjach śniadaniowych, a nie tworzyć. Może nie wymieniajmy nazwisk (śmiech). Nie cierpię takiej prostytucji. Najgorsze jest to, że ci ludzie są mocno promowani bo można na nich zarobić. Dlatego ja się zabezpieczam i mam nadzieję, że nie załapię tej choroby (śmiech).
(...)

- Dla poety, pisarza ważne jest dziś, aby trafić do czytelnika. Jak jest z promowaniem swoich utworów?

- Potrzebna jest kasa, której nie mam. Takie czasy, ale nie mam o to pretensji. W Polsce na poezji raczej nikt się nie dorobił. Dobrze jest, jak się zwrócą poniesione koszty.

- Teraz jest Facebook, Twitter. Ale czy to nie za bardzo "nowoczesne" dla poety? Czy może tu znów mówię stereotypami?

- Ta nowoczesność czasami wprowadza mnie w szał. Zamiast siedzieć i pisać kolejny wiersz, to trzeba pamiętać o fanach na tych portalach. Nie stać mnie na menedżera lub agencję, która dbałaby o mnie na tym polu działania. Generalnie daję wpisy, jak ktoś z fanów czy znajomych napisze do mnie, co słychać? Trochę wstyd, ale z drugiej strony, wolę "ćwierkać" wtedy, gdy mam coś do powiedzenia lub zwyczajnie odczuwam taką potrzebę, a nie wtedy kiedy trzeba. A trzeba codziennie, no prawie, żeby istnieć w wirtualnym świecie. Ponadto nie wiem, czy mam ochotę żyć w takim świecie.

- Można mówić, że to Pana zawód? Można się utrzymać z pisania?

- Szymborska i Miłosz pewnie się utrzymywali. Chociaż nie rozmawiałem z nimi na ten temat, więc pewności takiej nie mam. Żeby tworzyć i wydawać tomiki wierszy, trzeba mieć pieniądze lub sponsora. Nie mam przekonania, że mam odpowiedni wygląd, żeby ktoś chciał/chciała być moim sponsorem (śmiech). A tak na poważnie to mam przeświadczenie, że kiedyś to będzie mój zawód i tylko pisaniem będę się zajmował. Dlatego piszę scenariusze i pracuję nad książką.

- Mało osób dziś czyta. Według wirtualnych mediów, w zeszłym roku 61 proc. badanych nie miało kontaktu z żadną książką. To przerażające. Ma Pan jakiś plan B?

- Proszę też zwrócić uwagę na pozycje, jakie czytają. Bo samo czytanie dla czytania to jeszcze nie wszystko. Kiedyś zrobiłem eksperyment na Facebooku. Polegało to na umieszczaniu dowcipów. Okazało się, że czym krótszy kawał, tym miał więcej udostępnień oraz lajków. W dorosłość wchodzi pokolenie tak zwanego "kciuka". Więc w sumie nie wymagajmy od nich, że zaczną więcej czytać. Mój plan B polega na tym, żeby dotrzeć do tych ludzi. Nie można ich obarczać do końca za to, że nie sięgają po książki.

- W jaki sposób chce Pan do nich dotrzeć?

- Zmienia się moje pisanie. Polega to na tym, że istnieje fikcyjna osoba pisząca blog. Krótkie zwarte treści z dużą dozą seksu, górnolotnych idei, szybkim życiu i tak zwane balety. To ich kręci i próbują się dostosować. Tak więc te statystyki sami musimy poprawić a nie narzekać, że ludzie nie czytają.

- Większość poetów skupia się jednak na cierpieniu, bólu. Na tym co złe na świecie.

jaskolska

- Inspiracją może być podmuch wiatru. Dlatego staram się mieć przy sobie notatnik, żeby zanotować w razie potrzeby odpowiednie treści. Ale faktycznie coś w tym jest, przynajmniej w moim przypadku, że ból i cierpienie biorą górę. Ale to nieprawda, że życie jest złe czy, mówiąc bardziej dosadnie, do dupy. Sami jesteśmy jego kreatorami. Warto podejmować odważne i czasami wręcz absurdalne decyzje. Nikt za nas nie przeżyje naszego życia, a czy warto przejmować się i zamartwiać nad wszystkim i wszystkimi? Od prawie roku jestem mediatorem rodzinnym w praktyce indywidualnej oraz sądowej. Dlatego stwierdzam, że absolutnie nie mam jakichkolwiek problemów.

- Dziękuję za rozmowę.

 

Rozmawiała Karolina Jaskólska

piątek, 05 kwiecień 2013 09:49

40 lat w Palestrze mecenasa Marka Malickiego

Napisane przez

IMG 1458

Znany adwokat i działacz polonijny mec. Marek Malicki obchodził niedawno 40. rocznicę przyjęcia do Palestry. Uroczystość zbiegła się z otwarciem kolejnego biura tej zasłużonej kancelarii, tym razem tuż przy polskiej plazie "Wisła", przy1420 Burnhamthorpe Rd., w okolicy Burnhamthorpe i Dixie. Kancelaria Malicki i Malicki założona została przez ojca pana Marka, Stefana Malickiego, a jej duszą jest żona, p. Elwira Malicki, osoba, która – jak powiedział jubilat – patrzy na to, co będzie, a nie na to co jest. Gratulując sukcesu, poprosiliśmy Państwa Malickich o krótki wywiad...

Elvira Sanchez de Malicki: - Zacznijmy od odrobiny historii; mój teść Stefan Malicki był sędzią w Polsce przed wojną i losy wojenne zaprowadziły go do Wielkiej Brytanii, gdzie wstąpił do brygady powietrznodesantowej w Szkocji. Tam brał udział w pracach licznych organizacji. Gdy przyjechał do Kanady, jego dyplomy nie zostały uznane. W 1951 roku przyjechał z żoną i dwójką małych dzieci - jak większość imigrantów - nie mieli grosza przy duszy. Postanowił więc, że ponownie pójdzie na studia; od nowa zaliczył całe studia prawnicze, ukończył Osgoode Hall. W 1959 roku rozpoczął praktykę. W 1973 roku, 40 lat temu, dołączył do niego syn Marek. W 2009 roku obchodziliśmy 50-lecie istnienia praktyki adwokackiej.

Dwa lata po tym, jak Marek zaczął pracę w kancelarii, ojciec zachorował i wszystko zostało na jego głowie. W 2007 roku postanowiliśmy, że zamiast emerytury w wieku 55 lat - jak większość ludzi, poszerzymy kancelarię. Nasz najmłodszy syn - a mamy czworo dzieci, postanowił studiować prawo, w tym roku ukończy studia. Zamiast emerytury czy sprzedaży praktyki, postanowiliśmy rozszerzyć działalność firmy. Pracuje w niej trzech prawników, mamy prawników znających hiszpański i język polski. Chcemy przyjąć co najmniej dwóch kolejnych prawników mówiących obydwoma językami. Podczas naszego ubiegłorocznego przyjęcia bożonarodzeniowego przyszło ponad 20 osób - prawników i pracowników. Jest to duży sukces.

piątek, 22 marzec 2013 23:45

Basiu, kiedy przyleciałaś?

Napisane przez

Przyleciałam tu w lipcu 2010 roku, czyli już 2,5 roku temu.

– Skąd w ogóle wziął się pomysł, żeby tu przylecieć?


– Tak naprawdę to przywiodła mnie tu ciekawość. Chciałam zobaczyć, jak wygląda życie w Kanadzie, a ponieważ od trzech lat mieszkała tu już moja młodsza siostra, a jeszcze dłużej nasz kuzyn z rodziną, to pomyślałam, że to dobra okazja do tego, aby ich odwiedzić i przy okazji doświadczyć chociaż przez krótki czas kanadyjskiego życia za Oceanem.
Pierwotnie plan zakładał, że będę tu tylko przez okres wakacji, pozwiedzam okolice, nauczę się języka, spędzę czas z rodziną, może pójdę do jakiejś dorywczej pracy, żeby trochę dorobić. A wyszło tak, że jestem tu już ponad dwa lata (śmiech).


– Co w takim razie sprawiło, że Twój pobyt się wydłużył?


– Hmmm... Fajnie było! (śmiech) Było zupełnie inaczej niż w Polsce, powiedziałabym – łatwiej. Mimo że na samym początku, już po decyzji, że zostaję, nie było łatwo, bo musiałam zacząć myśleć o znalezieniu stałej pracy oraz o tym, gdzie zamieszkam, jednak trudności te nie trwały długo i po pewnym czasie znalazłam pracę, która pozwalała mi się spokojnie utrzymać.


– Jakie były Twoje pierwsze myśli po wylądowaniu na lotnisku w Toronto, pamiętasz je?


– Tak. Pomyślałam sobie "co ja tutaj robię?" i przede wszystkim "jak ja sobie tu poradzę?".


– Mimo że wiedziałaś , że masz tu siostrę, wujka i kuzyna?


– Tak, mimo to martwiłam się, jak ja się tu odnajdę. Po wakacjach zdecydowałam, że zostanę jednak na rok. Nawet nie zauważyłam kiedy, ale po upływie tego czasu już nie chciałam wracać do Polski. Więc zostałam.


– Czy znałaś język angielski na tyle dobrze, że nie obawiałaś się, że możesz nie znaleźć pracy bez jego dobrej znajomości?


– Angielski znałam na poziomie podstawowym. Jednak po pierwszych dniach spędzonych w Mississauga stwierdziłam, że nie znam angielskiego prawie wcale! Jest ogromna różnica między językiem jakiego uczą nas w polskich szkołach a tym prawdziwym, użytkowym, którym ludzie posługują się w Kanadzie na co dzień.
Do tego dochodzą jeszcze najróżniejsze akcenty w tej multikulturowej mieszance, które czasami skutecznie zniekształcają dźwięk słowa. Więc na początku komunikowanie się było dla mnie problemem. Ale poszłam do szkoły na zajęcia z angielskiego, które bardzo mi pomogły, usystematyzowały moją wiedzę i dodały pewności siebie.


– Co takiego jest w Kanadzie, czego nie ma w Polsce, i co jest w Polsce, a brakuje tego Kanadzie?


– Przede wszystkim nie ma tu mojej najbliższej rodziny – nie licząc siostry. Najbardziej odczuwam ten brak bliskich mi osób, kiedy nadchodzą święta. Bo jest to czas, w którym rodzina powinna spędzać razem, w komplecie. W Polsce też na pewno nie ma pracy, która dawałaby satysfakcjonujące zarobki, jest po prostu ciężko się utrzymać. Tutejsze realia ekonomiczne sprawiają, że pracując nawet za najniższą stawkę, jesteś w stanie spokojnie opłacić czynsz, na przykład za wynajmowany pokój, kupić wyżywienie, bilet miesięczny na autobus i mieć jeszcze na drobne przyjemności. W Polsce, szczególnie w większym mieście, byłoby to niemożliwe do zrealizowania. Wystarczy spojrzeć na ceny wynajmu mieszkań – są one nieproporcjonalnie wysokie w stosunku do przeciętnych zarobków młodych ludzi po studiach.


– Jakie rzeczy były dla Ciebie zaskoczeniem po przylocie i pierwszych tygodniach pobytu?


– Muszę przyznać, że zaskoczeniem był dla mnie przede wszystkim sposób wychowywania dzieci, zupełnie inny od tego, który znałam z Polski. Tutaj obowiązuje tak zwane "wychowanie bezstresowe" polegające głównie na tym, że dzieci robią, co chcą, i dostają wszystko, na co mają ochotę, co nie zawsze jest według mnie dobre. Druga kwestia, która mnie zaskoczyła, to zaufanie Kanadyjczyków. W naszej ojczyźnie nie do pomyślenia jest, żeby nie zamykać domu na klucz, gdy się z niego wychodzi. Tutaj natomiast jest to notoryczne i normalne. Co więcej, bezpieczne, bo po powrocie z pracy zastajesz swój dobytek w takim stanie, w jakim go opuszczałeś. Ponadto bardzo podoba mi się otwartość i tolerancja na odmienność. Tutaj jeśli wyglądasz inaczej, masz kolorowe włosy, kolczyki i tatuaże w różnych miejscach, nikogo to nie dziwi. W Polsce natychmiast zostałabyś wytknięta palcami i obgadana.


– Powiedziałaś, że do Kanady leciałaś z myślą, że spędzisz tu miłe wakacyjne trzy miesiące, a potem wrócisz do ojczyzny. Czyli tak naprawdę miałaś być tylko turystką, zostałaś emigrantką. Jak odnajdujesz się w tej sytuacji?


– Ja od samego początku czułam się w Kanadzie dobrze. Wydaje mi się, że chyba lepiej odnajduję się teraz tutaj, niż odnajdywałam się w Polsce. Nie wiem, czy gdybym teraz wróciła do Polski, to potrafiłabym tam znaleźć swoje miesjce. Podejrzewam, że byłoby mi ciężko, zdążyłam się już tutaj zakorzenić. Kanada to teraz mój dom.


– W tym zakorzenieniu pomaga Ci chyba Twój chłopak, prawda?


– (śmiech) No tak, zdecydowanie!


– Jak się poznaliście?


– Marka poznałam po 1,5 roku mojego pobytu w Kanadzie. Poznaliśmy się w sumie przez mojego wujka, no i jakoś tak już zostało. Ta historia jest dość przewrotna, bo na początku spotykaliśmy się bardzo rzadko i raczej niechętnie, co może brzmieć trochę dziwnie, ale naprawdę tak było. W sumie to Marek mnie ignorował! W okresie, gdy się poznaliśmy, miał bardzo dużo pracy i nie miał czasu na randki, a ja odbierałam to jako brak zainteresowania z jego strony. Potem jednak sprawy potoczyły się dla nas obojga bardzo pomyślnie i do tej pory jesteśmy razem.


– W Kanadzie, a szczególnie w Mississaudze jest bardzo liczna Polonia. Co sądzisz o naszych rodakach, którzy tu mieszkają, prowadzą interesy, wychowują dzieci?


– (cisza) Bez komentarza.


– Jak wyobrażacie sobie wspólną przyszłość?


– W najbliższych miesiącach planujemy kupić mieszkanie w Mississaudze i w nim wspólnie zamieszkać. Co będzie potem, to zobaczymy. Chcemy założyć rodzinę, mieć dzieci. To są teraz dla nas najważniejsze sprawy.


- Dziękuję za rozmowę.


Małgorzata Janiak

sobota, 16 marzec 2013 16:09

Misja: znaleźć pracę

Napisane przez

Prolog

Od dłuższego czasu chciałam zrobić wywiad z osobą bezrobotną. Niby trywialny temat rozmowy.
Nic zaskakującego, biorąc pod uwagę stopę bezrobocia w Polsce. Jednakże nie mogłam zdecydować,
z kim ów wywiad przeprowadzić. Nie wiem, czy wiąże się to ze zbyt dużym (niestety) wyborem osób
borykających się z problemem znalezienia pracy, czy z chęcią jak najbliższego mi oddania sprawy.
Postanowiłam porozmawiać z najlepiej znaną mi osobą, która pracy szuka od ponad pół roku,
a w Urzędzie Pracy jest od czterech miesięcy. Przedstawiam C.B (w celu zachowania względnej
anonimowości będę posługiwała się jedynie inicjałami).


jaskolskaKarolina Jaskólska: Przyznam szczerze, że długo zastanawiałam się nad tym, z którą bezrobotną osobą porozmawiać...


C.B: Niestety, jest nas dość sporo. Miałaś wiele możliwości do wyboru.


K.J: Trochę przedmiotowo podeszłam do sprawy, nie masz wrażenia? Mój błąd...


C.B: Zapewne nie o to Ci chodziło. Wiesz, są bezrobotni i "bezrobotni". Jedni chcą pracować, szukają czegoś, co ich zaspokoi zawodowo, finansowo. Da satysfakcję, równocześnie nie "sprzedając się". Co najważniejsze starają się i, jak już było powiedziane, chcą.
Druga grupa nie za bardzo rwie się do roboty. Idzie do urzędu, zapisuje się po zasiłek i tyle. Może też inaczej. Nawet do urzędu nie idzie, wystarczy, że powtarza, iż pracy nie ma, i czeka, aż ta sama przyjdzie...

piątek, 01 marzec 2013 18:22

Co mi ich teraz nienawidzić...

Napisał

kopanski1 marca obchodzimy Narodowy Dzień Pamięci "Żołnierzy Wyklętych" – święto poświęcone pamięci Żołnierzy niezłomnych – żołnierzy antykomunistycznego i niepodległościowego podziemia, ustanowione na mocy ustawy z dnia 3 lutego 2011 roku, dlatego dzisiaj przypominamy wywiad przeprowadzony z nieżyjącym już Tadeuszem Kopańskim z Krakowa.


Obóz pracy Jaworzno skazany został w PRL-u na przemilczenie. Był miejscem komunistycznych zbrodni. Nie wolno było o nim pisać; w podręcznikach historii nie było wzmianki. Żyją jednak wciąż ludzie, którzy pamiętają, ludzie, którym Jaworzno odebrało najlepsze lata. Jak głosi motto biuletynu "Jaworzniacy": "Wolność można odzyskać, młodości nigdy".

piątek, 08 luty 2013 13:26

Celem polska racja stanu

Napisane przez

kowalski

Marian Kowalski, rzecznik Obozu Radykalno-Narodowego jest jedną z ciekawszych postaci współczesnej polskiej sceny politycznej, człowiekiem obdarzonym charyzmą i przez to posiadającym znaczny wpływ w środowiskach młodzieżowych. 

Urodził się 15 sierpnia 1964 r. w Lublinie. Uczęszczał do I Liceum im. Stanisława Staszica w Lublinie, z którego został usunięty podczas stanu wojennego. Podjął wtedy pracę w sklepie rodziców, a po ich śmierci prowadził firmę samodzielnie przez kolejne lata. Obecnie pracuje jako instruktor sportowy. Jest żonaty.
W 1992 roku był współzałożycielem Ruchu III Rzeczypospolitej, następnie Komitetu Obrony Kupców i Rzemieślników. Od 1993 roku w Unii Polityki Realnej. Założył eurosceptyczne stowarzyszenia Związek Obywatelski oraz Komitet Polska – NAFTA. Od 2005 roku był prezesem okręgu lubelskiego UPR, obecnie jest wiceprezesem. Organizował akcje przeciw Unii Europejskiej, w obronie wolności mediów i potępiające stan wojenny.
Publikuje w kwartalniku "Czwarta Rzeczpospolita" i miesięczniku "Idź pod prąd".

– Czym ma być Ruch Narodowy i jakie ma mieć konkretne cele polityczne?