Goniec

Register Login

Wywiady

Andrzej Kumor: Cieszę się, że możemy mieć okazję do rozmowy o świętym Andrzeju Boboli, bo jest święty przez moje pokolenie – myślę – nieznany. Wprawdzie po sprowadzeniu jego trumny z ciałem w 1938 roku, jego kult zaczął się rozwijać, ale później o nim ponownie zapomniano. Być może, że powodem tego były warunki, w jakich przyszło nam żyć po II wojnie światowej w Polsce. Ale obecność Księdza w Kanadzie, kustosza sanktuarium św. Andrzeja Boboli w Strachocinie, jest okazją, aby św. Andrzeja Bobolę, Patrona Polski, nam przybliżyć.

Ks. Józef Niżnik: Podobnie jak Pan, tak i ja nie znałem świętego Andrzeja Boboli. I trzeba powiedzieć, że bardzo wielu Polaków nie zna tej postaci. Bobola należy do tych świętych, którym nie jest łatwo dotrzeć do świadomości, że to są święci. Dlatego jego życiorys zawiera bardzo dużo luk, jeśli chodzi o szczegółową wiedzę o nim. Powiem, że jeśli znalazł się w katalogu świętych, to jest zasługą Boga, a nie ludzi.
Bobola jest świętym, który pokazuje świętość innego wymiaru. Świętość nie przed ludźmi, ale świętość przed Bogiem. Dlatego nie zatroszczono się o to, aby napisał, kiedy i gdzie się urodził, jakie imiona mieli jego rodzice czy rodzeństwo. Nie rozumiemy, dlaczego to się stało. Wiemy tylko, że pochodził z rodziny szlacheckiej i wstępując do zakonu, zrezygnował z godności szlacheckiej, z kariery doczesnej na ziemi. O tym, kim był wówczas, wyjaśnia nam dokument, który znaleziono kilkanaście lat temu w Uppsali w Szwecji. Jest w nim list rodziny napisany do prowincjała w Wilnie, w którym rodzina prosi, aby Andrzej Bobola został przeniesiony z jezuickiej prowincji wileńskiej do krakowskiej. Jako powód podano, że są trudności z kontaktem z Andrzejem. I kiedy o tym dowiedział się Andrzej Bobola, to pisze też list z prośbą do prowincjała, aby nie przychylał się do prośby rodziny, bo on nie po to poszedł do zakonu, żeby się zajmować swoją rodziną. Radykalne rozwiązania stosował Andrzej Bobola przez całe swe życie. Nie był: tak i nie. To był taki radykał ewangeliczny. To radykalne podejście do życia zrozumiał u początku życia zakonnego, gdy mając trudny charakter, jak zresztą wszyscy Bobolowie, którzy ciągle byli w sądach grodzkich, bo prowadzili spory ze wszystkimi, był taki epizod w jego życiu po wstąpieniu do zakonu, że przełożeni chcieli go wyrzucić ze zgromadzenia. I wtedy podjął niesamowitą pracę nad swoim charakterem, nad sobą. Myślę, że poprzez te trudności Pan Bóg przygotowywał go do tego, co kiedyś miało się stać. Bóg miał wobec niego swoje plany, a Andrzej potrafił być im wierny.


– Co to znaczy?

– Myślę, że szatan chciał zniszczyć to powołanie. Ale Bóg okazał się mądrzejszy i silniejszy w Andrzeju. Wykorzystał jego trudności do wzrostu duchowego, a on hartował się poprzez krzyż. I co najważniejsze, w tych trudnościach odkrył, że dzięki odpowiednim środkom można zmienić temperament i charakter.
Dla Andrzeja Boboli były dwie rzeczywistości duchowe. Pierwsza, to adoracja Najświętszego Sakramentu, a druga autentyczna relacja do Matki Najświętszej. Zastosowane środki po pewnym czasie dostrzegli przełożeni, że to nie jest już ten sam nowicjusz. A w późniejszym okresie, gdy został kapłanem, wyświęconym w 1622 roku, pomogły mu być bardzo o gorliwym zakonnikiem.
Poszedł do biednych, potrzebujących, grzeszników i opuszczonych. On już w XVII wieku zastosował metodę nowej ewangelizacji, polegającą na tym, że udawał się do ludzi i w ich domach ewangelizował. Wiadomo, że przez to narażał się zakonowi, ponieważ nie przestrzegał reguł życia wspólnotowego, bo go tygodniami, nieraz miesiącami nie było w klasztorze.
Po drugie, dla Andrzeja Boboli najważniejszy był człowiek i stąd też nie pytał, czy to wyznawca Kościoła wschodniego, czy zachodniego, czy jest prawosławny, czy katolik, szedł do każdego. Wszystkich chciał zbliżyć do Jezusa.

– Czy to prawda, że Kościół wschodni zarzuca Boboli, że nawracał na wiarę katolicką?

– To trzeba wytłumaczyć. Były skargi wyznania prawosławnego na Andrzeja Bobolę do jego przełożonych, że nie przestrzega ustalonych reguł w Kościele, że chodzi po domach naszych wiernych i nawraca na katolicyzm. Ale trzeba zaznaczyć, że Andrzej Bobola nikogo nie zmuszał do przejścia na katolicyzm, tylko chciał pokazać, jak ważne jest życie w wierze, w modlitwie, w odniesieniu do Boga. I wskazywał, że wszyscy mamy duszę nieśmiertelną i mamy się zbawić. Stąd też ta prostota ewangelizacyjna Andrzeja pociągała ludzi do Boga i dlatego całe wioski przechodziły z prawosławia na katolicyzm. Dzięki temu, że Andrzej Bobola wierzył, że powinniśmy być w jednym Kościele, wierzył w siłę jednego Kościoła, jest patronem jedności chrześcijańskiej i za tę jedność poniósł męczeńską śmierć.

– Ksiądz rozmawiał z Andrzejem Bobolą? Jak to się stało, że odkrył Ksiądz świętego Andrzeja Bobolę?

– I tutaj dochodzimy do bardzo ważnej rzeczy. Andrzej Bobola za gorliwość, za wierność, za oddanie Kościołowi zapłacił wielką cenę, bo poniósł bardzo okrutną śmierć. Papież Pius IX powiedział, że to jest największy męczennik Kościoła. We wszystkich opisach jego życiorysu jest opis jego okrutnego męczeństwa. Kozacy w rzeźni zwierzęcej czynili z Andrzejem rzeczy okrutne. Później miał skromny pogrzeb. I to jest ten fenomen jego drogi na ołtarze. Na to trzeba dzisiaj zwracać uwagę i mówić. To nie ludzie wynieśli go na ołtarze. Gdyby nie jego pośmiertne objawienia, nie byłoby go w katalogu świętych.

– Pierwsze było w Pińsku.

– Tak. 16 kwietnia 1702 roku, kiedy powiedział, że trzeba odnaleźć jego trumnę, oddzielić ją od innych. Wiemy też o drugim przyjściu Andrzeja Boboli, w 1819 roku w Wilnie ukazał się Alojzemu Korzeniowskiemu. Wpierw Marcinowi Godebskiemu, który był rektorem Kolegium Jezuickiego w Pińsku. Trzecie objawienie, takie bardzo ważne, było w Strachocinie w roku 1987, w parafii, w której ja jestem.
Jeśli chodzi o mnie, to przyszedłem do Strachociny z początkiem września, dokładnie 7 września 1983 roku, na zastępstwo, bo miałem studiować historię na KUL-u. I w związku z tym, że w Strachocinie zachorował kapłan, biskup Tokarczuk mnie wezwał i mówi, jedź tam na trzytygodniowe zastępstwo, bo dopiero w październiku zaczynasz studia, a nie mam kapłana, aby tam poszedł na zastępstwo. Nie wiedząc oczywiście ani o tych sprawach mojego poprzednika, że miał spotkania i że jego poprzednicy przezywali to samo, przyszedłem na zastępstwo i po kilku dniach do mnie też przyszedł ten kapłan. Była widoczna postać kapłana o charakterystycznej brodzie, czarnej sukmanie.

– I co dalej?

– Po tym spotkaniu pozostało tylko pytanie, kto to jest, jak się nazywa? Było to spotkanie, którego nie życzyłbym nikomu, bo było bardzo dramatyczne dla mnie. Przeżyłem je jako napad na plebanię. Jeżeli widzisz nad sobą w świetle księżyca człowieka, to się chcesz bronić. I tak samo było i ze mną, chciałem się bronić, a ta postać znikła. Dopiero na drugi dzień podzieliłem się swoim przeżyciem z pracującą w zakrystii siostrą: jak będzie tak dalej, jak tej nocy, to ja tu długo nie wytrzymam. A siostra zadała mi pytanie: czy kogoś widziałem? Dlaczego? Bo jak widział ksiądz, to nas to nie zdziwi, bo tu ktoś do księży przychodzi. To co mówię jest o tyle wiarygodne, że wcześniej o tym nigdy nie słyszałem. Gdybym o tym wiedział, to mógłbym podejrzewać, że to stało się z powodu strachu czy lęku.
Później do mnie przychodził, pukając w drzwi, ale zawsze o tej samej godzinie co to pierwsze objawienie. Było tak, że nieraz przychodził dwa razy w tygodniu, nieraz dwa miesiące go nie było.

– Milczał?

– Pukał zawsze. A ja się bałem. Tak jak moi poprzednicy, dużo Mszy Świętych odprawiałem za tego księdza i dużo się modliłem. To mnie nauczyło wsłuchiwania się w głos z innego świata. Wiedziałem, że wyjaśnienie tej sprawy może przyjść tylko stamtąd, od nikogo więcej. I tak się stało, 16 maja 1987 roku. To dzień w liturgii, gdzie się wspomina św. Andrzeja Bobolę. W Strachocinie kultu jego nie było. Nigdy objawienia się tej postaci nie kojarzyłem z Andrzejem Bobolą. Raczej brałem pod uwagę, że to któryś z kapłanów prosi o pomoc.

– Wiedział Ksiądz, że on się tam urodził?

– Tego jeszcze nikt nie wiedział. Tej wiedzy w ogóle nie było. Kultu nie było, nikt nie mówił o narodzeniu św. Andrzeja Boboli w Strachocinie. Jeśli dziś mówimy o narodzeniu św. Boboli w Strachocinie, to ze względu na to, co stało się 16 maja 1987 roku. To wtedy po prawie czterech latach spotkań przyszła odwaga i zadałem objawiającej się postaci dwa pytania, które mnie najbardziej interesowały. Kim jesteś i czego chcesz? Inne rzeczy mnie wtedy nie interesowały, między innymi takie: kiedy się urodził, czy tu się urodził, czy coś innego? Mnie interesował ksiądz, któremu mam pomóc, i jak mu pomóc. I wtedy słyszę wyraźny głos – jestem święty Andrzej Bobola, zacznijcie mnie czcić w Strachocinie. Czyli że ta jedna chwila, tyle cierpienia przez lat kapłanów, mojego, dwa zdania, powiedziałem, zadałem pytanie, odpowiedział. Koniec spotkania.
I jadę z tą radosną wiadomością do mojego ordynariusza biskupa Ignacego Tokarczuka, aby oznajmić, że sprawa w Strachocinie się wyjaśniła, a On, słuchając tego, mówi, a skąd ja wiem księże, że ksiądz nie masz halucynacji? Mówił tak, bo on też nie znał życiorysu Boboli. Ale mi powiedział: Jedź do jezuitów, niech oni ocenią, czy to może być prawdą.

– Dlaczego do jezuitów?

– Bo Andrzej Bobola był jezuitą i w Warszawie, na ulicy Rakowieckiej, znajduje się trumna z jego relikwiami. Trochę się ociągałem, wiedząc przecież, że jezuici to zakonnicy, którzy mają uczonych kapłanów, a tu jakiś tam proboszczunio z małej parafii przyjeżdża i mówi, że objawia mu się św. Andrzej Bobola. Popatrzmy, jaki to był proces pewnych rzeczy, musiałem się zgodzić na upokorzenie, może na śmiech, powiedziano już mi, że mogę mieć halucynacje. A tu jeszcze trzeba udowodnić, że tych halucynacji nie mam.
I to jest właśnie dla mnie największe zaskoczenie. Kiedy przyjechałem do jezuitów – po raz pierwszy tam byłem – wszedłem do klasztoru na ulicy Rakowieckiej i mówię, że chciałbym z przełożonym porozmawiać, jestem księdzem z południa. I przyszedł kapłan, a kiedy powiedziałem, że jestem proboszczem w Strachocinie, on mi odpowiedział – to tam gdzie się Bobola urodził. Ja pytam, skąd ojciec wie? A on mi tłumaczy, że ich współbrat, Jan Poplatek, w 1936 roku napisał książkę o błogosławionym Andrzeju Boboli, przygotowującą do kanonizacji, i gdy szukał jego genealogii, w pewnym momencie doszedł, że mógł się urodzić w Strachocinie, bo tam mieszkała jego rodzina. Ale dlatego, że nie znalazł żadnych dokumentów ani w archiwum w kurii, ani w parafii, to stwierdził, że nie można stwierdzić, że tam się urodził. My wiemy, dlaczego nie ma tych dokumentów. 33 lata po urodzeniu św. Andrzeja Boboli, na parafię napadli Tatarzy, spalili księdza żywcem na plebanii i zrabowali wszystko. Jedyne, co z tamtych czasów pozostało do dzisiaj, to jest chrzcielnica.

– Czy to ta, w której święty był chrzczony?

– Tak. Pan Bóg pozostawił nam materialny znak, że coś się ważnego przy tej chrzcielnicy wydarzyło. Nie pozwolił o tej chrzcielnicy zaginąć.

– Co się stało po spotkaniu u jezuitów w Warszawie?

– Po tej rozmowie jezuita Mirosław Maciuszkiewicz napisał książkę pt. „Znów o sobie przypomniał św. Andrzej w Strachocinie”.

– Znów.
– Tego tytułu użył dlatego, aby uświadomić wszystkim czytelnikom, że to, co wydarzyło się w Strachocinie, dla niego nie jest czymś zaskakującym. On wiedział, że Bobola objawiał się już wcześniej w Pińsku i Wilnie. A teraz to jest kolejne objawienie w Strachocinie. A to, co jest nicią łączącą wszystkie objawienia św. Andrzeja Boboli, to przychodzenie tylko do księży. Wpierw przyszedł do jezuity, później do dominikanina, a teraz do księdza diecezjalnego. To ostatnie objawienie się Andrzeja wpłynęło na przekaz, że św. Andrzej Bobola urodził się w Strachocinie, w miejscowości na Podkarpaciu, gdzie od roku 1520 mieszkali Bobolowie do roku 1863. Wzgórze, które zamieszkiwali, do dziś nazywa się Bobolówka.

– Ale nie tylko mówi się dziś, że św. Andrzej urodził się w Strachocinie, ale jest tam jego sanktuarium.

– A jest dlatego, że jezuici przekazali parafii Strachocina relikwie. 16 maja 1988 roku. Biskup Ignacy Tokarczuk, ordynariusz przemyski, sam przyjechał na tę uroczystość, aby w jego obecności relikwie św. Andrzeja zostały wniesione do kościoła. Na pamiątkę tego wydarzenia wykonaliśmy nowy ołtarz w kościele poświęcony Andrzejowi Boboli. Najważniejsze w tym ołtarzu są relikwie Świętego, jego obraz i chrzcielnica z XV wieku. Ten ołtarz biskup Tokarczuk poświęcił. Od tego dnia rozpoczęły się w parafii spotkania modlitewne ze św. Andrzejem Bobolą, każdego 16. miesiąca. Dziś bardzo wielu ludzi przychodzi na te nabożeństwa, a w okresie letnim spotkania odbywają się na Bobolówce i biorą w nich udział hierarchowie Kościoła z różnych diecezji w Polsce.

– Bobolówka, to ważne miejsce kultu św. Andrzeja Boboli w Strachocinie. Niech Ksiądz opowie o tym miejscu.

– Bobolówka znajduje się około pół kilometra od kościoła parafialnego. W tym miejscu mieszkała tylko szlachta. Uszanowali to miejsce zaborcy i najeźdźcy prowadzący wojny z Polską. A nie uszanowali tego miejsca komuniści, którzy ostatnią właścicielkę wyrzucili z dworku, a z czasem powstało w tym miejscu kółko rolnicze. Ten czas to okres dewastowania tego miejsca. Dopiero gdy zaczęliśmy czcić św. Andrzeja Bobolę i odkryliśmy, że tu Święty przyszedł na świat, podjęliśmy starania, aby to miejsce odzyskać. I trzeba powiedzieć, że się udało, dzięki życzliwości wójta gminy Sanok, a także życzliwości mieszkańców i Powiatowego Zarządu Kółek Rolniczych. Od końca XX wieku Bobolówka jest po części własnością parafii (blisko 5 hektarów), a mniej więcej 1 hektar należy do Sióstr Franciszkanek Rycerstwa Niepokalanej, które są obecne w parafii i bardzo angażują się w rozwój kultu św. Andrzeja Boboli. Dziś jest to teren religijny. Znajduje się tu ołtarz polowy, dróżki różańcowe, stacje Drogi Krzyżowej. Od kilu lat na Bobolówce znajdują się domki z ławkami, gdzie pielgrzymi mogą odpocząć i spożyć posiłek. Nad utrzymaniem tego miejsca czuwa Grupa św. Andrzeja Boboli, gromadząca parafian, którzy spłacają dług wdzięczności św. Andrzejowi za to, że wyprosił im lub ich bliskim u Boga wyjątkowe łaski. Ponadto w parafii znajduje się źródełko z wodą o właściwościach uzdrawiających oraz przepiękny Domek Matki Bożej Japońskiej.

– A skąd się wziął ten Domek Matki Bożej Japońskiej?

– I tu wspomnę o drugim ważnym dziele Bożym, które powstało w Strachocinie, a jest nim Niepokalanów Żeński, w którym są siostry zakonne. Zgromadzenie to powstało w Japonii, a zostało erygowane w Strachocinie w tym samym czasie, gdy rodził się kult św. Andrzeja Boboli w Strachocinie. A jeśli ten kult się rozwija, to wielka w tym zasługa sióstr zakonnych, które nie tylko przyjmują do swego Oratorium św. Józefa pielgrzymów, ale pomagają w organizacji wszelkich uroczystości andrzejkowych. A ten Domek Matki Bożej Japońskiej powstał dla upamiętnienia pobytu w Strachocinie sióstr z Japonii i podkreślenia powstania zgromadzenia w Japonii.

– Wspomniał Ksiądz o pielgrzymach do św. Andrzeja Boboli. Doszły nas słuchy, że niektórzy z nich to osoby wyjątkowe w Polsce. Mógłby Ksiądz coś powiedzieć o tym naszym czytelnikom?

– Oczywiście, że mogę. Początki kultu św. Andrzeja to wielka praca, aby do świadomości ludzi dotarło, że to miejsce jest ważne dla nich. Największą pracę wykonał sam św. Andrzej, który w krótkim czasie przekonał ludzi do siebie w Strachocinie. Liczne świadectwa ludzi o uzdrowieniach, nawróceniach, wyproszonych przez jego orędownictwo dzieciach dla małżeństw, które nie mogły ich mieć, przyczyniały się do rozgłosu i zachęcały ludzi znajdujących się w potrzebie, do pielgrzymowania do Strachociny. Może podam tylko jeden przykład, aby czytelnicy zobaczyli, jak skuteczny był św. Andrzej. Oto w sąsiedniej parafii wieczorem przychodzi młodzieniec do proboszcza, z prośbą, że pragnie podpisać zobowiązanie do trzeźwości na okres jednego roku. Proboszcz świadom, że jest to alkoholik, mówi mu, że nie wytrzyma. Ale on uparł się, że musi zerwać z alkoholem i zacząć inne życie. No i podpisał. Na drugi dzień, a była to niedziela, proboszcz zaprosił po Mszy św. jego matkę do zakrystii, aby podzielić się tą wiadomością. Gdy jej oznajmił, że nareszcie będzie miała spokój, bo syn podpisał zobowiązanie do całkowitej abstynencji, to matka się rozpłakała. Więc ją pyta: czemu płaczesz?, a ona odpowiada: ja wczoraj, nikomu nic nie mówiąc, wzięłam chleb i wodę i poszłam do Andrzeja Boboli pieszo, aby synowi wyprosić nawrócenie.
Takich spraw jest wiele w Strachocinie. Podziwiam od wielu lat tę skuteczność orędownictwa św. Andrzeja Boboli. On potrafi takie rzeczy czynić. I to jest renomą naszego sanktuarium. Ludzie mówią: jedź do Strachociny, to ci św. Bobola wyprosi zdrowie, nawrócenie. Z czasem fenomenem Strachociny zajęły się media i trzeba powiedzieć, że to też pomogło w zwróceniu uwagi na Strachocinę i działającego w niej św. Andrzeja. Był taki okres, że chcieli robić sensację o tym, co się tu dzieje, ale nie udało się. Świadectwa ludzi o tym, co tu się dzieje, ukazane w programie „Nie do wiary”, wielu telewidzom wskazały drogę do Strachociny nie tylko z miejscowości w Polsce, ale i ze świata. W roku 2005 do Strachociny do św. Andrzeja Boboli po raz pierwszy przyjechały siły patriotyczne, by się modlić za Polskę. Owocem tych modlitw było zwycięstwo w wyborach parlamentarnych. Ale tego zwycięstwa nikt nie łączył z pielgrzymką do Strachociny, do św. Andrzeja Boboli. A my w Strachocinie nadal pracowaliśmy nad rozwojem kultu św. Andrzeja Boboli. Coraz liczniejsze pielgrzymki indywidualne czy zbiorowe, świadectwa ludzi o wyproszonych łaskach doprowadziły do tego, że arcybiskup Józef Michalik, ordynariusz przemyski, zainteresował się i powołał komisję, aby zajęła się tym, co się tu dzieje. W konsekwencji kościół w Strachocinie 19 marca 2007 roku stał się sanktuarium świętego Andrzeja Boboli.

– Niech Ksiądz opowie o tym, co stało się w roku 2015.

– Rok 2015 to czas, w którym w nowym świetle odczytaliśmy objawianie się św. Andrzeja Boboli w Strachocinie. Miało to związek z planowaną pielgrzymką do Strachociny kandydata na prezydenta p. Andrzeja Dudy i sił patriotycznych. Tym uroczystościom z woli biskupa ordynariusza miałem ja przewodniczyć. Szukałem więc pomocy u Ducha Świętego, aby mi pomógł przekazać do nich słowo, które w jakimś sensie będzie dla nich wszystkich darem od Boga. I wtedy doznałem olśnienia, które pozwoliło mi zrozumieć, że objawienie w Strachocinie było darem dla Polski. Św. Andrzej ponownie wyraził pragnienie pomocy narodowi, który nie zdawał sobie sprawy z nowych niebezpieczeństw i zagrożeń – zacznijcie mnie czcić. Myśmy myśleli, że dotyczy to Strachociny, a to dotyczyło Polski. Przecież kiedy Polska była w potrzebie, on się objawiał i proponował umowę: zrobicie to, a ja wam pomogę, was ocalę.

– Naprawdę tak było?

– Tak było. Gdy pierwszy raz objawił się 16 kwietnia 1702 roku, Szwedzi zbliżali się do Pińska. Rektor Kolegium Jezuitów w Pińsku szukał w myślach, kto może im pomóc. Wiedział, co Szwedzi robili z miastami, które zdobyli: rabowali, zabijali, okradali. I wtedy pojawił się w jego celi zakonnik i powiedział: jestem wasz współbrat Andrzeja Bobola, jeśli odnajdziecie moją trumnę, oddzielcie ją od innych, ja was ocalę. I tak się stało. Potem, gdy zwrócono się do niego o pomoc w wojnie z bolszewikami, też nas nie zwiódł. A zwrócił na niego uwagę Episkopat Polski wówczas, gdy Piłsudski, naczelnik państwa, nie otrzymał pomocy od Berlina, Paryża, i Londynu. Episkopat, zgromadzony pod koniec lipca 1920 roku w Częstochowie, przypomniał sobie o Boboli i zobowiązał się do podjęcia czynności przygotowujących do kanonizacji bł. Andrzeja, jeśli pomoże pokonać bolszewików. Kardynał Aleksander Kakowski, gdy po tej konferencji przyjechał do Warszawy, zarządził we wszystkich kościołach dziewięciodniową nowennę do błogosławionego Andrzeja Boboli i błogosławionego Władysława z Gielniowa. Trwała ona od 6 do 15 sierpnia. W ostatnim dniu dokonał się cud nad Wisłą. Matka Boża ukazała się bolszewikom, zaś postawa Episkopatu Polski w tamtym czasie, Piłsudskiego, a nade wszystko bolszewików, wskazuje na przekonanie, że w tym zwycięstwie był obecny Andrzej Bobola.

– W świadomości ludzi, którzy uczą się historii, nie zwraca się uwagi, że to było cudowne wydarzenie. Czy dlatego, że nad tym pracowali piłsudczycy, którzy wykreowali Piłsudskiego na głównego bohatera?

– Ocena tego, jak było i co się wówczas stało, należy do historyków. To jest ich obowiązek przekazywać prawdę. Ale trzeba dodać, że nauka w tym, co się dzieje na świecie, nie wszystko uchwyci. Wiara pozwala zobaczyć coś więcej, i to dzięki niej Polacy mówią o cudzie nad Wisłą. Choć po zwycięstwie pod Warszawą wszyscy byli zgodni, że dokonało się coś niezwykłego. Po cudzie nad Wisłą, władze kościelne, jak i Piłsudski odczytali, że Boboli zawdzięczają to zwycięstwo, bo Episkopat pisze do Stolicy Apostolskiej prośbę, aby błogosławionego Andrzeja Bobolę kanonizować, a Piłsudski zwraca się z prośbą, aby Papież uczynił go patronem Polski.

– Dlaczego Ksiądz twierdzi, że Bobola ma w tym udział, skoro Matka Boża się ukazała?

– Aby to wyjaśnić, trzeba powrócić do historii ogłoszenia Maryi Królową Polski we Lwowie 1 kwietnia 1656 roku. Według najnowszych informacji, śluby lwowskie napisał Andrzeja Bobola i przekonał króla Jana Kazimierza, aby poprzez uroczyste ślubowanie obrał Maryję Królową Polski. I tak się stało. A teraz, po wielu latach, gdy był po drugiej stronie życia, pewnie zwrócił się do Niej: skoro jesteś Królową Polski, obroń ten naród, to miasto przed bolszewikami. A Maryja jeszcze raz pokazała miłość do naszego narodu. Ocaliła nie tylko nas, ale i Zachód przed komunizmem. Dlatego to zwycięstwo było tak ważne. Kościół w Polsce, tę pamięć pielęgnuje co roku 15 sierpnia.

– Czy to prawda, że to był powód, że trumna z ciałem błogosławionego Andrzeja Boboli znalazła się w Moskwie?

– Tak, to prawda. Wielu wie, że trumna z ciałem Andrzeja Boboli znalazła się w Moskwie, ale nie wie, z jakiego powodu. A tym powodem było przypisywanie przez Polaków zwycięstwa nad nimi Andrzejowi Boboli. Dlatego, gdy to do nich dotarło, władze sowieckie wysyłają z Moskwy żołnierzy, aby odszukali trumnę Andrzeja Boboli, bo Polacy przypisują mu zwycięstwo nad nimi. I znaleźli tę trumnę w Połocku, w roku 1922. Gdy żołnierze weszli do kościoła, wpierw wyciągnęli z niej ciało i rzucili o posadzkę, a kiedy się ciało nie rozpadło, zabrali trumnę do Moskwy. Wystawiono ją najpierw w Narodowym Muzeum Higieny, aby ludzie podziwiali cuda natury. Tyle lat upłynęło od śmierci człowieka, a ciało jego się nie rozkłada. Ludzie jednak, zamiast podziwiać, to klękali i się modlili. Dlatego też władze muzeum zdecydowały, aby trumnę z ciałem Błogosławionego wynieść do rupieciarni. Księża z Moskwy, którzy wiedzieli o tym, poinformowali Stolicę Apostolską, a ona podjęła starania o odzyskanie trumny, uzasadniając, że dla katolików jest ona świętością. Władze komunistyczne zgodziły się oddać trumnę, a ceną, jaką za jej przekazanie wyznaczono, było zboże, które miało ratować ludność od śmierci głodowej. Ale zgadzając się na oddanie trumny katolikom, władze postawiły dwa warunki: po pierwsze, trumna z ciałem nie mogła być przewożona przez Polskę, a drugi, że nie mogła się znaleźć w Polsce. Dlatego obrano trasę przez Odessę, Morze Czarne, Konstantynopol i Morze Śródziemne, a towarzyszyła jej eskorta wojska, bo Watykanowi przekazywano ważne materiały państwowe. 1 listopada 1923 roku trumna została przekazana Papieżowi i przez kilka miesięcy była w jego prywatnej kaplicy.

– I w 1938 roku święty polski jednak powrócił do Polski.

– Tak. Stało się to po kanonizacji 17 kwietnia 1938 roku, w uroczystość Zmartwychwstania Pańskiego, przez Piusa XI. Uroczyste sprowadzenie trumny miało miejsce w czerwcu roku 1938, czyli 80 lat temu. Znajduje się dziś w Warszawie, w sanktuarium św. Andrzeja Boboli u Ojców Jezuitów.

– A teraz powróćmy do Strachociny. Dlaczego Ksiądz zachęca ludzi do modlitwy za Ojczyznę, za przyczyną św. Andrzeja Boboli, i mówi, że św. Andrzej może uratować Polskę?

– Ma to związek z objawieniem św. Andrzeja Boboli w Strachocinie w roku 1987, jak i wspomnianą pielgrzymką sił patriotycznych przed wyborami prezydenckimi, jak i parlamentarnymi. Przecież ci ludzie znaleźli się na modlitwie w Strachocinie, aby mieć prezydenta z obozu patriotycznego, jak i sami chcieli rządzić. I to, o co prosili, to wszystko się stało. Czy można wobec tego przejść obojętnie? Czy można o tym zapomnieć? Dlatego uważam, że muszę Polakom zamieszkującym wśród różnych narodowości na świecie o tym mówić i czynić wszystko, by dziś nie zapomniano o udziale św. Andrzeja Boboli w tych zwycięstwach, jakie dokonały się w roku 2015.

– To jest ważne przesłanie.

– Tak, to jest ważne przesłanie. Moja misja ma też związek z objawieniem się św. Andrzeja Boboli z 1819 roku w Wilnie. To jest bardzo ważne objawienie, a przeżył je Alojzy Korzeniewski, kapłan, z zakonu dominikańskiego. To jest kapitalna historia i warto ją w tym miejscu przywołać. Oto Polski nie ma już na mapach świata. Polska jest pod zaborami. I tenże kapłan chciał Polsce pomagać, obudzić ducha narodowego, dlatego głosił patriotyczne kazania w Wilnie. Kiedy to doszło do władz rosyjskich, przyszli do jego przełożonych i mówią: jeśli ten kapłan będzie głosił patriotyczne kazania, to klasztor zamkniemy, a was wyrzucimy z tego miasta. Od tego momentu jedynym miejscem dla ojca Alojzego była cela zakonna. On to boleśnie przeżywał. I do tego obolałego zakonnika przychodził Bobola. Gdy pojawił się w celi, powiedział: Jestem Andrzej Bobola, jezuita. Wpierw pouczył go, że Polsce bardziej potrzebna jest modlitwa i jego cierpienie niż patriotyczne kazania. A po tym rzekł do niego: Podejdź do okna, coś ci pokażę. I kiedy podszedł, zauważył za oknem mnóstwo żołnierzy, którzy walczą ze sobą. Bobola mu objaśnił: Widzisz tę wojnę? Jak ona się skończy, Polska znowu będzie na mapach świata. 99 lat przed odzyskaniem niepodległości Andrzej Bobola zapowiedział ponowne pojawienie się Polski na mapach świata.
Drugie proroctwo dotyczyło jego patronatu nad Polską. To było coś niesłychanego. Gdy mówił te słowa, nie był nawet beatyfikowany, a on mówił, że nadejdą czasy, że będzie patronem Polski. I stało się to dopiero w 2002 roku.
I przekazał w tym objawieniu trzecie proroctwo, które jeszcze się nie dokonało. Oto to proroctwo: gdy będę głównym patronem, Polska będzie pełna rozkwitu.

– Czyli na to jeszcze czekamy.

– I wydaje mi się, że teraz nastąpił ten moment, aby uczynić św. Andrzeja Bobolę głównym patronem Polski. Co to znaczy? Czy chodzi o to, aby podnieść liturgiczną rangę św. Andrzeja Boboli i z drugorzędnego patronatu uczynić pierwszorzędny by był równy Matce Bożej, świętym: Wojciechowi i Stanisławowi? W moim rozumieniu, uważam, że nie o to chodzi. To właśnie mówię Polakom, aby uczynili św. Andrzeja głównym patronem dotyczącym spraw Polski i za jego przyczyną modlili się do Boga za Polskę. I gdy Polacy będą się modlić za Ojczyznę za przyczyną św. Andrzeja Boboli, to Bóg nas ocali i przeprowadzi przez trudne dziś chwile. Skoro Bobola uratował Pińsk przed Szwedami, Warszawę przed bolszewikami, to i dziś uratuje Ojczyznę przed groźnym liberalizmem. Zachęcając Polaków do modlitwy za Ojczyznę, podkreślam, że nie promuję ludzi czy partii politycznych, ale kocham Polskę, Ojczyznę moją. Tak wiele jej zawdzięczam i chciałbym, żeby Polska była chrześcijańska i zachowała swoją katolicką tożsamość. A że dziś Polskę atakują różne siły, to znajduję zrozumienie tego, co się dzieje, w przepowiedni Prymasa Polski, kardynała Augusta Hlonda.

– A jaka jest to przepowiednia?

– W przededniu swojej śmierci 21 października 1948 roku, kardynał Hlond powiedział: W planach Bożych Polska ma bronić chrześcijaństwa, jest do tego przeznaczona i powołana, ale żeby mogła to zadanie pełnić, to idzie teraz długi czas jej oczyszczenia. Ale to nie będzie ostatnie oczyszczenie, przyjdzie drugie, o wiele trudniejsze, bo Polskę opuszczą wszyscy, nawet jej przyjaciele, Polska zostanie sama. Ale jeśli Polska wytrwa na tej drodze, w miłosierdziu Bożym pierwsza zostanie wywyższona i stanie się światłem dla innych narodów.
I czy to się nie spełnia na naszych oczach? Dlatego módlmy się do Boga za przyczyną św. Andrzeja, bo kardynał Hlond powiedział: Na placu walki pozostaniemy sami. Ale przecież to nie ludzie są panami historii, ale Bóg. Dlatego tak to widzę i rozumiem, dlatego zachęcam tylko ludzi do modlitwy. Nic więcej nie czynię. Mówię Polakom: tylko módlcie się za Ojczyznę.

– Proszę Księdza, dziękuję bardzo. Do zobaczenia w Strachocinie, myślę, że wszyscy powinni przynajmniej raz zobaczyć, i być w tym miejscu, gdzie zaczyna bić serce nowej Polski.

– Cieszę się, że to nowe sanktuarium rozwija się i coraz więcej osób przyjeżdża do Strachociny, aby szukać pomocy dla Ojczyzny przez wstawiennictwo św. Andrzeja. Zachowujemy spokój. Odprawiane tu nabożeństwa nie mają charakteru politycznego. Droga nam jest Polska, więc za nią się modlimy. Jeśli ktoś zrozumiał, kim w jego życiu jest ojciec i matka, to będzie zawsze ich kochał i szanował. A czy Ojczyzna nie jest moją Matką? Wiele jej zawdzięczam i tak jak mogę, dla Polski pracuję jako ksiądz, z jednej strony, głoszę rekolekcje, modlę się, ale z drugiej strony, mówię ludziom, co powinni czynić, aby zbawić siebie i pomagać Polsce, swej Ojczyźnie.

– Bardzo dziękuję.

piątek, 23 marzec 2018 08:19

KINGA SURMA DO LEGISLATURY!!!

Napisał

        Kinga Surma pracowała m.in. dla Roba Forda w Radzie Miasta Toronto, od dawna związana z Partią Konserwatywną, kandyduje obecnie z jej ramienia w wyborach w Etobicoke Centre. Kinga urodziła się w Polsce, przyjechała do Kanady z rodzicami jako mała dziewczynka, studiowała na uniwersytecie w Guelph oraz we Francji. W swoich planach – jeśli zdobędzie mandat – ma doprowadzenie do założenia polskiej szkoły w swoim okręgu – nie sobotniej, lecz realizującej program po polsku. Jej kandydatura jest też dobrym przykładem dla innych młodych Polaków, by angażować się w politykę. Obiecuje, że będzie otwarta na polskie sprawy i problemy.

        Goniec: Pani chodzi obecnie od domu do domu i rozmawia z wyborcami, a więc o czym ludzie mówią? Z czym się do Pani zwracają?

        Kinga Surma: Mówią, że jest im ciężko, że mieszkanie w Toronto jest bardzo drogie, że stracili wiarę w rząd i służbę publiczną, tyle pieniędzy jest marnotrawione, tyle jest skandali; czują, że nic od nich nie zależy, i dlatego szukają kogoś, kto będzie ich reprezentował, będzie ich głosem. Takim człowiekiem, takim kimś jest Doug Ford, myślę, że on odniesie duży sukces.

        – Widziałem wiele kampanii i wszyscy tak mówią, gdy chcą uzyskać władzę. Tego rodzaju słowa my, wyborcy, słyszymy co każdą kampanię, a potem jest tak samo.

        – Trzeba pokazać ludziom zaangażowanie, zawsze odpowiadam, jak ktoś do mnie dzwoni, chodzę do domów. 

        – Jak to zrobić, żeby ludzie poczuli, że mają głos, że coś od nich zależy? 

        – Zbudować silny, dobry zespół i przestrzegać tych właśnie zasad, wrócić do źródeł, by służyć wyborcom, to jest bardzo prosta podstawowa zasada służby w stosunku do elektoratu. 

        – Pani zdaniem, jakie są dzisiaj największe zagrożenie dla tej prowincji?  Stany Zjednoczone wprowadzają cła, widzimy, że nasz dolar jest coraz słabszy, co trzeba zmienić w gospodarce tej prowincji?

        – Myślę, że przede wszystkim mamy nadmierne regulacje. Sloganem wyborczym Douga Forda jest „Ontario otwarte dla biznesu”, więc musimy utrzymać niskie opłaty za energię elektryczną... 

        – Ale jak? Premier Wynne też mówi, że chce niskich opłaty za energię elektryczną, i pożyczyła na to olbrzymie pieniądze, w konsekwencji będzie to kosztowało wiele więcej niż planowana poprzednio podwyżka..

        – Oni stracili tak wiele pieniędzy na kontrakty na zieloną energię, trzeba stworzyć środowisko, w którym biznes może prosperować; trzeba stworzyć warunki sprzyjające drobnej przedsiębiorczości; jeśli ludzie z niewielkich firm mówią, że podniesienie płacy minimalnej następuje zbyt szybko i jest zbyt duże, że to sprawi, iż będą redukować zatrudnienie, więc może nie jest to najlepszy wybór w tej chwili. Płaca minimalna być może powinna wzrosnąć, ale powinniśmy dać czas, aby małe firmy mogły zaabsorbować ten koszt. A więc chodzi o to, w jaki sposób oni rządzą – nadmierna regulacja, marnotrawstwo – musimy to zatrzymać. 

        – Wspomniała Pani o kontraktach na zieloną energię, czy nadal będzie różnica w opłatach za prąd produkowany przez wiatraki i elektrownie słoneczne, czy to będzie się zmieniać? 

        – W sobotę wybraliśmy lidera i on pracuje nad nową platformą, takie pytania są przedwczesne. Musimy trochę poczekać 

        – Bill Clinton powiedział kiedyś, że w zasadzie przede wszystkim chodzi o gospodarkę. Pani podziela to zdanie? 

        – Tak, uważam, że najważniejsze są miejsca pracy, jeżeli ludzie tracą pracę, nie mają pieniędzy, w budżetach domowych nie ma pieniędzy; jeżeli nie mają pieniędzy, żeby wydawać; nie ma pieniędzy krążących w gospodarce, a wtedy są mniejsze wpływy z podatków,  a rząd ma mniej do rozdysponowania. A więc, absolutnie, gospodarka to najważniejsza rzecz.

        – Doug Ford, nowy lider Partii Konserwatywnej, wygrał między innymi głosami konserwatystów społecznych. Poruszył m.in. temat dostępności aborcji; chodziło o to, że dziewczynki nastoletnie mogą mieć przeprowadzoną aborcję, nie pytając rodziców o zgodę, a jednocześnie potrzebują takiej zgody, żeby choćby pojechać na szkolną wycieczkę. Pani zdaniem, ta sfera powinna być nadal pomijana, czy też powinny być poczynione jakieś ustalenia, na przykład gdy chodzi o nowy program edukacji seksualnej?

         – Znów powiem, że te pytania są po prostu przedwczesne. Jeśli chodzi o program edukacji seksualnej w szkołach, to była sprawa, która wpłynęła właściwie podczas mojej nominacji, i wielu rodziców było bardzo sfrustrowanych, że nie było właściwego procesu konsultacji. Jestem bardzo zadowolona, że Doug poruszył tę sprawę podczas debaty na lidera Partii Konserwatywnej. Prawdę mówiąc, myślę, że cały program nauczania we wszystkich przedmiotach powinien być ponownie przeanalizowany, wierzę, że nowy lider wybierze dobrego ministra oświaty, który pomoże mu w tym procesie. 

        – Po edukacji problemem jest oczywiście służba zdrowia. Jestem tutaj od 30 lat i naprawdę odczuwam pogorszenie się opieki medycznej, liczba błędów lekarskich, o jakich się słyszy, być może wynikające z przeciążenia lekarzy pracą, obłożone chorymi szpitale, łóżka wystawione na korytarze, to już nie ten system opieki medycznej, z którego Kanada była słynna. A więc co robić? 

        – To, co robili liberałowie przez ostatnie lata zarządzania służbą zdrowia, to  mówienie, że przeznaczają nowe środki, ale te środki nie były przeznaczane na zatrudnianie lekarzy, pielęgniarek, budowę nowych szpitali i domów opieki długoterminowej; przeznaczali te pieniądze w bardzo dużej części na administrację. Trudno powiedzieć, co zrobić konkretnie, do momentu aż ma się do dyspozycji wszystkie informacje, a te będziemy mieli wtedy, kiedy zostaniemy wybrani; wtedy możemy dopiero właściwie przeanalizować ten problem. Gdy chodzę od domu do domu, pytam się, czy sądzisz, że w ciągu minionych 10 lat w służbie zdrowia się poprawiło, nikt nie odpowiada, że tak. Nikt! 

        – Zaczęła Pani karierę od pracy w City Hall u Roba Forda? 

        – Nie, pracowałam najpierw dla Piotra Milczyna, radnego miasta, ale on wtedy był bardziej konserwatywny, pracowałam dla niego i dla Douga Holidaya.

        – Rob Ford często podkreślał, że w mieście jest kultura marnotrawstwa i szastania pieniędzmi..

        – Tak samo jest w prowincji, mogę to powiedzieć, bardzo dużo nauczyłam się od Roba Forda i bardzo chciałabym takich samych zmian w prowincji. Żeby te pieniądze zostały uzyskane nie przez wyższe podatki, tylko przez zwiększenie wydajności i ograniczenie marnotrawstwa. 

        – Jak to zrobić? 

        – Pierwsze, co można zrobić, to audyt każdego departamentu; zatrudnia się niezależną firmę kontrolującą. Rob tak zrobił to w mieście, a potem każdemu departamentowi powiedział, musicie znaleźć 10 proc. oszczędności.

        – Można coś takiego zrobić w prowincji? 

        – Absolutnie tak, nie mam co do tego żadnych wątpliwości! 

        – Jeździ Pani do Polski? 

        – Nie byłam już dziewięć lat, bardzo tęsknię. Powiedziałam młodszej siostrze, że jak wygram, to jedziemy do Polski na wakacje.

        – Dziękuję bardzo i życzę sukcesu. 

        97-letni Jan Gregalis, harcerz, zesłaniec, żołnierz gen. Andersa, walczący pod Monte Cassino, odznaczony dwukrotnie Krzyżem Walecznych, jeden z założycieli SPK w Kanadzie, działacz polonijny, opowiada o swym życiu. Pan Gregalis przeznaczył ostatnio 200 tys. dol. na fundusz na rzecz Zakładu dla Ociemniałych w Laskach, katedrę języka polskiego na UofT, polskie harcerstwo w Kanadzie oraz Muzeum Orlińskiego w Wawel Villa. Cześć i Chwała Bohaterom.  Dzisiaj mieszka w Wawel Villa.

        Andrzej Kumor: Panie Janie, ma Pan nieprawdopodobny życiorys, należy Pan do pokolenia, które tak dużo dla Polski zrobiło, przeszedł Pan przez cały szlak umęczenia narodu polskiego, od Syberii, a następnie przez szlak wojskowy razem z Andersem, Włochy, bitwa pod Monte Cassino. Skąd Pan pochodzi, gdzie są Pana rodzinne strony?

        – Urodziłem się właściwie w województwie warszawskim, w Warszawicach, to mała miejscowość, ale ojciec dostał posadę na Kresach, na Polesiu – jak miałem niecałe dwa lata, to przyjechaliśmy na Polesie, ojciec tam pracował cały czas. I od tego czasu aż do wojny wychowywałem się na Polesiu.       

        - Przeżył Pan inwazję armii sowieckiej. Jak to wyglądało i jak Pan się dostał w ich ręce?

        – To było 17 września.   Gdy oni przyszli, to jeszcze z początku zachowywali się zupełnie w porządku, uważam, jeszcze nic takiego nie było. Źle się zachowywali Żydzi. Żydzi od razu tworzyli swoje organizacje i „sypali”.

        – Donosili?

        – Tak, donosili. Ojciec pracował w sądzie, to wiadomo.

        – Administracja państwowa.

        – Tak że był socjalnie „niebezopasny” element. Ojca aresztowali po paru miesiącach. Aresztowali całą rodzinę, wywieźli razem do Kazachstanu, tzn. ojca, mamę, trzy siostry i jednego brata, najmłodszego, żona miała trzech braci, którzy byli w obozie jenieckim i po umowie Sikorski-Majski znaleźli się w II Korpusie.

        – Jak to się stało, że Pan znalazł się na zesłaniu?

        – Polesie należało, według Rosjan, bo Białorusi. Chodziły takie słuchy, i ponoć potwierdzone faktami, że oni zaczęli brać do wojska, a ja byłem w tym wieku, że akurat się nadawałem, bo miałem już skończone 18 lat. Więc sobie pomyślałem, że do wojska sowieckiego nie pójdę. No i po rozmowie z rodzicami postanowiłem uciekać. Miałem kolegę za przyjaciela, który miał brata starszego w Brześciu. I tak było, że wyjechałem, dostałem się do Brześcia, byłem tam, ale ten kolega, jego brat, oni już należeli do jakiejś organizacji niepodległościowej. I pewnego dnia przyszli i aresztowali tego mego kolegę, brata i mnie. Dali mnie do więzienia, które nazywało się Czerwoniak, dlatego że było z czerwonej cegły zbudowane i było czerwone, więc wszyscy nazywali go Czerwoniak. Zaraz po miesiącu czy dwóch – nie pamiętam już dokładnie – odbył się sąd i dali nam po pięć lat.

        – Pięć lat łagru?

        – Łagru. Jak jeszcze siedziałem na Czerwoniaku, ale przyszedł Lelewel, wnuk Lelewela tego wielkiego, jak go nazywam. Wnuka też zamknęli. I on siedział razem w tej celi, gdzie ja siedziałem, a to była cela na pięć – sześć osób, ale tam siedziało prawie trzydzieści. No i on siedział i opowiadał nam oczywiście o swoim dziadku.  

        Ale mnie potem wywieźli, a Lelewel jeszcze został, wywieźli do Kotlasu.

        – Gdzie to jest, jaki to rejon?

        – Przed Uralem na północy. Oni tam budowali kolej. Przedtem jeszcze,  wybudowali Kanał Białomorski. Tam bardzo dużo ludzi zginęło. W każdym razie nas tam dali, do Kotlasu, potem nad rzekę Peczorę, bo tam jedyne środki przemieszczania się to była woda, nie było dróg jeszcze ani kolei, myśmy dopiero zaczynali budować tę kolej. Wywieźli nas do tajgi, tam gdzie mieli ten odcinek kolei budować, bo kolej już dochodziła już z południa i z zachodu. Dali nam siekiery, piłki – nazywały się „łuczok” – powiedzieli, tu wasz dom. 

        – I trzeba było go wybudować?

        – Najpierw zaczęliśmy budować szałasy z gałęzi. W każdym razie jakoś żeśmy się koło siebie zrobili, i wycinaliśmy drzewa, tam gdzie miała kolej iść. Piękne modrzewie tam rosły, piękne lasy. Myśmy to wycinali wszystko, potem jak już wycięliśmy pewien odcinek, to trzeba było wyrzucić z ziemi wszystek torf, bo szyn nie można kłaść na torfie, bo się ugina itd. Tak że myśmy z początku wycięli, potem wyrzucaliśmy ten torf. W niektórych miejscach było tego torfu mało, a w niektórych był on głębiej, tak że trzeba było wyrzucać. Ci na górze mieli jeszcze znośnie, ale ci coraz niżej... Robili takie tarasy, że się stało na tarasie i wyrzucało się ziemię do góry. I niektórzy, co tu dużo mówić, byli w wodzie po kolana, ci na dole. No i potem stamtąd załadowali nas na rzekę Peczorę. Zładowali nas na barki na tej rzece i wieźli nas w stronę Morza Białego. Nie wiem, co myśmy mieli tam robić, ale te barki zamarzły i już żeśmy stali ładnych parę dni chyba. I wtenczas – to był już rok 1942 – umowa Sikorski – Majski była.

        – Czyli ile lat był Pan w tajdze?

        – Posłali mnie tam pod koniec 40 roku.

        – Czyli od tego czasu do amnestii tam Pan pracował?

        – Potem, jak stamtąd jechałem, to jechałem trzy miesiące, bo to północ Rosji aż prawie do granicy perskiej, to kawał drogi.  Tam jak żeśmy zamarzli, już jak była umowa Sikorski – Majski, to mówili, że my już nie jesteśmy „zakluczeni”, tylko jesteśmy „towariszczy”. I jakoś barki ruszyły i myśmy z powrotem płynęli do Kotlasu. 

        – Po trzech miesiącach dotarł Pan do Kujbyszewa?

        – Tak, tam się rząd polski tworzył, przedstawicielstwo rządu polskiego z Londynu. No ale jak to wszędzie w początkach i w Rosji, był straszny bałagan. Różne słuchy chodziły, każdy co innego mówił. Poradzili nam, żebyśmy szli na południe dalej. No i myśmy szli z Kujbyszewa dalej na południe. Ja doszedłem do Samarkandy, Samarkanda, nie wiem, w jakim stanie była, już nie pamiętam.

         Wiedzieliśmy, że armia się tworzy, i szukaliśmy sposobu, żeby dalej się dostać, więc pojechaliśmy do Buzułuku. W Buzułuku miejsca nie było, bo już wszystko było zapełnione, bo wszyscy Polacy z całej Rosji sunęli na południe, żeby do wojska się dostać. Ale nam poradzili, że w Guzarze tworzyła się 11. Dywizja Piechoty, że tam może. Więc ja miałem kolegę, razem wyruszyliśmy do Guzaru. Kiedy żeśmy tam dotarli, wybuchła epidemia tyfusu plamistego, wszy. Bo w Rosji, jako że to kulturalny kraj, w każdym większym mieście na stacji była „woszobojka” i woda, „kipiatok”. 

        – Jak działała „woszobojka”?

        – To był specjalny budynek i oni tam gotowali wodę i robili parę. Ubrania się zdejmowało i dawało do pary, i to miało zabijać wszy. Ale to nie zabijało, tylko rozjuszało je jeszcze bardziej i były bardziej agresywne potem.

        – Czyli przyjął się Pan tam do wojska, do tej dywizji piechoty Pana zapisali?

        –  Nie. Ja zachorowałem na tyfus, ale że wszystkie szpitale były pełne, wszystkie budynki, które można było wykorzystać dla tych chorych z epidemii, były zajęte, to nas na dworze dali, pod murem, pod ścianą nas poukładali i tak żeśmy leżeli. Nie było ani termometru, o żadnych lekarstwach nie było mowy.

        – Czyli czym leczono? Niczym nie leczono, tylko Pan leżał?

        – Tak, leżałem tylko. No ale byłem młody i jakoś wytrzymałem to. Wytrzymałem, przeszedłem.

        – Jak Pan wyzdrowiał, to wzięli Pana do wojska, czy już wojska nie było?

        – Jak wyzdrowiałem, to tam się tworzyła szkoła podchorążych, więc poszedłem do szkoły, pamiętam 28 marca, bo to moje urodziny akurat, 43 roku.

        – Pan został podoficerem?

        – Nie. Wyjechaliśmy do Krasnowodska, to port nad Morzem Kaspijskim, tam załadowali nas na barki i popłynęliśmy do Persji, miejscowość nazywała się Ahwaz. 

        – Przeszedł Pan cały szlak bojowy II Korpusu, z 3. Dywizją Strzelców Karpackich?

        – Tak. 

        – Walczył Pan o Monte Cassino, Ankonę, ale co Panu najbardziej utkwiło z tego szlaku bojowego?

        – Najbardziej, jak zostałem ciężko ranny.

        – W jakich okolicznościach?

        – Wtenczas już byłem podporucznikiem, miałem pluton w Brisigiela w Apeninach we Włoszech. Była straszna pogoda, śnieg i deszcz padał, takie nie wiadomo co. Rozmieściłem pluton po natarciu – zdobyliśmy wtedy Brisigielę. Szedłem do chłopców, których porozmieszczałem wszędzie, bo myśmy byli pierwsza linia, tzw. czujki, najdalej wysunięty w stronę nieprzyjaciela oddział. Usiadłem i rozmawiałem sobie z chłopcem, który był w moim wieku albo młodszy nawet. I wtedy trafił mnie artyleryjski pocisk. Widzi Pan? Tu jest dziura. Straciłem kompletnie prawe oko. 

        – Jak Pana ewakuowano?

        – Od razu z linii sanitariusze wzięli na nosze i do pierwszego punktu opatrunkowego prowadzą. Mnie prowadzili, któryś się poślizgnął i wyleciałem z noszy. Wtedy mówię do nich, weźcie mnie jeden pod rękę, drugi z drugiej strony pod rękę i ja pójdę lepiej, bo to w górach, Apeninach, ślisko, pogoda. A potem na punkcie opatrunkowym, gdzie już dostałem pierwszą pomoc, to lekarz zdecydował, że może da się uratować oko. Zadzwonił i przyleciał „Kubuś”, a „Kubuś” to był mały samolot, nawet nie pamiętam, jakiej marki, który latał na rozpoznania. Niemcy do niego nawet nie strzelali, bo bali się zdradzić swoje miejsca stanowisk ogniowych. „Kubuś” mnie przewiózł do Ankony do szpitala. Tam nie dało się nic zrobić z okiem. Angielski szpital, pytali mnie się – widzi, widzi? Mówię, nie widzę, to już tak zostało i właściwie dla mnie wojna się skończyła.

        – Już Pan nie wrócił do oddziału?

        – Wróciłem do oddziału, ale już po wojnie, dlatego że w szpitalu byłem, a to już był koniec wojny, 1945 rok. Tak że wróciłem do oddziału i byłem w nim do końca, aż wyjechałem potem do Anglii.

        – Cały czas z II Korpusem?

        – Tak. Myśleliśmy, że wrócimy do Polski, ale Poczdam był, no i sny się skończyły o Polsce. Ja wiedziałem, że do Polski już nie wrócę, bo już byłem w Rosji i nie chciałem drugi raz się dostać.

        – Pojechał Pan z Korpusem do Anglii, co Pan tam robił?

        – W Anglii oni sformowali Polski Korpus Rozmieszczenia i to było coś w rodzaju przygotowania do pracy. Były organizowane najróżniejsze kursy rzemieślnicze, jak krawiectwo i inne, ale ja Anglików też nie lubiłem po Poczdamie, więc powiedziałem sobie, że przy pierwszej okazji, jaka będzie, to ja z Anglii wyjadę. I Kanada zaoferowała pracę na farmie. Zgłosiłem się na farmę, kontrakt podpisałem na dwa lata. W Kanadzie pracowałem dwa lata i w czasie sianokosów zaprószyłem to dobre oko.

        – Miał Pan tylko jedno?

        – Miałem tylko jedno i byłem już kompletnie niewidomy. Farmer oczywiście musiał mnie odwieźć do szpitala i do lekarza. Lekarz ten porozmawiał ze mną i pyta, co ty robisz na farmie? A ja mówię, kontrakt podpisałem, bo chciałem z Anglii wyjechać. A on mówi, chcesz, żebym ci pomógł, żebyś już więcej na farmie nie pracował? Ja mówię, jak najbardziej.

         Tak że on to zrobił, że już więcej nie wróciłem na farmę. On to zrobił, dlatego że, jak powiedział, nasza dywizja we Włoszech była z waszą dywizją. Dlatego on się zainteresował mną. 

        Potem zacząłem szukać pracy i znalazłem w De Havillandzie.

        – Budował Pan samoloty?

        – Byłem inspektorem. Z początku byłem składaczem, tzw. assembler, a potem De Havilland sam zaproponował mi, że mnie wyśle na kurs inspektora i że będę inspektorem. Zgodziłem się i zostałem inspektorem, i nawet dość wysoko doszedłem w inspekcji. A po 30 latach poszedłem na emeryturę.

        – Pan się cały czas udzielał w naszej społeczności polskiej, bo działał Pan w SPK, budował siedzibę przy Beverley...

        – Należę do 20 pierwszych, którzy zakładali SPK w Kanadzie, Władek Turzański był, inni. Tak że właściwie byłem z tymi, którzy zakładali SPK, i w SPK pracowałem dwadzieścia parę lat prawie.

        – Tutaj widzę Krzyż Harcerski wśród odznaczeń, był Pan harcerzem w Polsce?

        – Byłem w harcerstwie. Tutaj też się udzielałem, ale jako przyjaciel harcerstwa.

        – Wtedy, kiedy harcerstwo się na Kaszubach rozwijało?

        – Tak, na Kaszubach. Budowałem tam kaplicę, tam był ksiądz Grzondziel, który już nie żyje, bardzo się udzielałem, ale serduszko mi nawaliło znowuż, tak że już musiałem uważać. Z De Havillanda się z tego powodu zwolniłem, jeszcze mogłem pracować, ale po trzydziestu latach i w tej kondycji ja i lekarze powiedzieli, idź pan na emeryturę, dosyć już tego.

        – Czy Pan wtedy myślał, że Polska się w ogóle odrodzi, że będzie Polska, czy miał Pan nadzieję, czy Pan myślał, że to będą Sowiety zawsze?

        – Ja wtedy wiedziałem, że coś powstanie, ale ja i dzisiaj nie wierzę za bardzo. To, co się dzieje obecnie, to przekracza wyobrażenie dosłownie. 

        – Panie Janie, Pan bardzo hojny dar poczynił ostatnio, przeznaczając wielką sumę pieniędzy na fundusz, który ma służyć między innymi harcerzom.

        – Tak.

        – Dlaczego takie postanowienie?

        – Dlatego że lubię harcerstwo. Sam kiedyś byłem harcerzem i po przybyciu tu też się bardzo udzielałem.

        – Co daje harcerstwo?

        – Daje życie między ludźmi, że się razem trzymają, i wyrabia charakter też. 

        – To wielki zaszczyt, że Pan zgodził się z nami rozmawiać, bo jest Pan przedstawicielem tego pokolenia, które dla Polski wszystko oddało.

        – O tak, i to na wszystkich frontach, wszędzie.

        – Czy Pan nie uważa, że ta ofiara była nadaremnie, że trzeba było inaczej jakoś, że tyle zdrady było w tym?

        – Ja uważam, że nami manipulowano. Tak samo Ameryka. Roosevelt powiedział, że Polska natchnieniem narodów, a potem ją sprzedał.

        – My jesteśmy czuli na ładne słówka. Nawet jak prezydent Trump pojechał do Warszawy, to wszystkim się bardzo podobało, jak mówił.

        – No tak, właśnie o to chodzi, że nas takie słówka biorą i najgorzej, że my wierzymy w te słówka, bo realność pokazuje zupełnie inaczej, jak realnie na to patrzeć. 

        Z mojej rodziny ja jestem ostatni Mohikanin. Jakoś mi Pan Bóg daje. Rodzice żony umarli w Polsce jeszcze, trzy siostry umarły tu, w Kanadzie, i leżą pochowane w Wilnie w Ontario, na Kaszubach. Ja tam też będę pochowany, mam już grób zapłacony, już nawet jest kamień.

        – Tam Panu się podoba, tam pachnie Polską?

        – O tak, zawsze. Ja Kaszubów lubię, z Kaszubami miałem cottage przez trzydzieści lat, tak że dobrze z nimi żyłem i uważam, że to są dobrzy, uczciwi ludzie. Tak że jak umrę, jak żona umrze, to już mamy zapewniony budynek tam, na cmentarzu.

        – W takim razie zapytam Pana jeszcze, co cennego jest w Polsce i w Polakach? Dlaczego warto być Polakiem?

        – Jedna bardzo ładna i dobra rzecz, że my wtedy, kiedy z nami jest już bardzo źle, potrafimy się zjednoczyć i coś zrobić.

        – Ale dopiero wtedy.

        – Dopiero wtedy.

        – Bardzo dziękuję za to, co Pan zrobił dla Polski przez wszystkie te lata, przez swoją młodość, bo mimo że wtedy wydawało się, że jest na marne, to nie jest na marne, to zostaje właśnie z młodszymi ludźmi, właśnie z tymi harcerzami, właśnie z tymi ludźmi, wśród których działa Fundusz Milenium, z młodzieżą, że Polska się przenosi dalej dzięki takim ludziom jak Pan.

        – Pewnie że tak, ale ja nie wiem... Może to się wyprostuje jeszcze.

        – Póki my żyjemy, tak jest w naszym hymnie, więc miejmy nadzieję. Dziękuję bardzo rozmowę.

20180227 082052 HDR        – Czy zgodziłbyś się z takim obrazem geopolitycznym, w którym służby amerykańskie czy tzw. wolnego świata dochodzą do wniosku, że po to by rozwalić Związek Sowiecki, trzeba przede wszystkim pokazać tym, którzy mają rzeczywistą władzę, czyli wojskówce tych krajów, że oni mogą się po prostu wzbogacić, że po co zajmują się tą idiotyczną ideologią, że weźcie i zróbcie sobie tutaj własne kraje, bantustany, my wam w tym pomożemy, dołączcie do naszej „rodziny narodów”, na naszych zasadach oczywiście, i do tego Polska się doskonale nadawała? Jesteśmy w przededniu marca. Ja myślę, że tutaj bardzo dużą rolę odegrał 68 rok, dlatego że w 68 roku z polskich władz wyjechało na Zachód, nie tylko do Izraela, bardzo dużo ludzi wpływowych w Polsce, którzy mieli znajomości i kontakty w Polsce. I ci ludzie zostali przewerbowani i przez CIA, i przez Mosad, po prostu złożono im różnego rodzaju dobre oferty. I to oni w latach 70. i 80. pracowali właśnie nad tym pokoleniem Petelickich, Czempińskich itd., żeby im pokazać, że tu nie ma co rwać żył dla jakiejś idiotycznej ideologii, że ten system można ładnie, że tak powiem, wziąć dla siebie i będą oni i ich rodziny mieli o wiele lepsze życie przez to. I właśnie dlatego liczył się tylko pieniądz, po prostu ich skorumpowano. To była najlepsza broń, żadna bomba atomowa nie była tak skuteczna jak korupcja, której użyto w stosunku do Polski, a później Związku Sowieckiego i byłego Związku Sowieckiego. Rozłożono to, co wydawałoby się nie do rozłożenia i nie do pokonania, no bo wiadomo, rakiety atomowe, to, tamto itd., a jednocześnie utrzymano kontrolę organizacyjną państwową nad tym systemem, czyli utrzymaniem bezpieczeństwa, bo chodziło o to, żeby rakiety, broń atomowa, różnego rodzaju substancje, środki nie dostały się na przykład w ręce terrorystów.

        – To właśnie próbuję powiedzieć, że od 84 roku, od tej podłej rozmowy wielkich późniejszych autorytetów, Geremka, Mazowieckiego, z Kiszczakiem i Jaruzelskim, ten scenariusz był później realizowany w tysiącu powieleniach. Ja analizowałem sto kontraktów, tych wielkich, od miliarda w górę, jak na budowę Stadionu Narodowego w Warszawie, który budowała spółka WSI Pol-Aqua, w której było więcej oficerów, z pułkownikiem Lichockim, który przez pewien czas był moim informatorem, kolega Komorowskiego, później okazał się prowokatorem. Stadion można było zbudować za połowę tej kwoty.

        – Ale tak jest w krajach Trzeciego Świata.

        – Tak jest w krajach Trzeciego Świata, tylko my jesteśmy w Europie i wydawałoby się, że mamy wolną Polskę, niektórym się wydawało, i że w wolnej Polsce takich rzeczy nie ma. I rzeczywiście tak robiono, tych ludzi skorumpowano. To jest ta różnica pomiędzy tym, od czego zaczęliśmy rozmowę, między służbami polskimi a rosyjskimi, gdzie też korupcja, interesy przestępcze, bandyckie itd., ale jednak zaczęto tworzyć jakiś nurt patriotyczny wielkiej Rosji. W Polsce nic takiego się nie stało. W Polsce te służby działały i działają na zasadzie właśnie wyłącznie dbania o własne interesy albo interes swoich przełożonych, tych mafijnych przełożonych. Nie mówię o przełożonych na zasadzie tych, którzy rządzą naszym krajem formalnie, tylko mówię o tych, którzy gdzieś tam z góry umożliwiają im prowadzenie tego typu interesów. 

        Andrzej Kumor: Cieszę się, że możemy się spotkać po długim czasie. Dużo się w Polsce zmieniło. Rozmawialiśmy ostatnim razem chyba przed wyborami prezydenckimi jeszcze czy już był prezydent, a jeszcze nie było rządu PiS-u. Wtedy mówiłeś o kilku warunkach, które będą takimi papierkami lakmusowymi, po których będziesz wiedział, czy ten rząd jest prawdziwie polski, czy nie. 

        To było ujawnienie Aneksu do Raportu o WSI, to była sprawa śledztwa ws. zamordowania księdza Jerzego Popiełuszki. Nie pamiętam, jaki był ten trzeci punkt, ale po tych dwóch już widzę, że coś słabo wychodzi. 

        Jak oceniasz dzisiejszą sytuację polskiego rządu? Rozmawiamy w czasach, kiedy, z jednej strony, jest ta „wojna polsko-izraelska” czy „polsko-żydowska”, czyli że Warszawa postawiła się pewnej narracji żydowskiej, ale z drugiej strony, też wiele rzeczy jest niezrealizowanych, na które ludzie czekali, zwłaszcza w tej rozliczeniowej warstwie.

        Wojciech Sumliński: Warszawa postawiła się, ale ja mam głębokie przekonanie, że postawiła się zdecydowanie za miękko i zdecydowanie za słabo. Do tego pewnie dojdziemy, natomiast jeśli chodzi o te papierki lakmusowe, to tak istotnie było. 

        Dla mnie, jako dla kogoś, kto zna Andrzeja Witkowskiego, zna jego śledztwo i wie, co jest w tym śledztwie, tam jest bomba atomowa dotycząca pokazania roli Geremków, Mazowieckich i tych wszystkich szubrawców, którzy przez wiele lat uchodzili za patriotów. Przecież Mazowiecki był pierwszym premierem wolnej, podobno, Polski. 

        To wszystko można by pokazać na kanwie sprawy wyjaśnienia wszystkich okoliczności śmierci, tego co nastąpiło później w sprawie najgłośniejszej, najbardziej tajemniczej zbrodni PRL, jaką było zamordowanie księdza Jerzego Popiełuszki. To się nie stało.

        Może Pan opowiedzieć o swoim nawróceniu, skąd ta wiara i skąd ten czyn, aby ewangelizować przy pomocy kina? 

        – Kwestie dotyczące nawrócenia na pewno były kluczowe, zawsze byłem katolikiem, zawsze chodziłem do kościoła w niedzielę, ale wtedy, te kilkanaście lat temu, Pan Bóg postawił na mojej drodze osoby, dzięki którym dowiedziałem się, że do Pana Boga można zwracać się inaczej, w taki sposób bezpośredni, że On nie jest jakimś bóstwem gdzieś tam daleko, tylko że jest Osobą i można spróbować budować z nim relację, żeby się nie bać. Mnie jako facetowi było szczególnie ciężko wejść w coś takiego, bo zawsze chcemy mieć taki swój teren, bezpieczeństwo, a tutaj trzeba kierować nagle myśli bezpośrednio do Boga, ale okazało się, że w momencie, kiedy się na to zdecydowałem, to zaczęły się dziać cuda w moim życiu, to były rzeczy... 

        Pan był ekonomistą, miał Pan karierę przed sobą. 

        – Pracowałem w spółkach skarbu państwa na bardzo wysokich stanowiskach, w spółkach strategicznych. Był to taki okres, że byłem dyrektorem odpowiedzialnym za cały tranzyt ropy naftowej w Polsce (...) 

        W życiu nie myślałem, że Pan Bóg wszystko wywróci w moim życiu, później pracowałem w mediach, w Polskim Radiu byłem dyrektorem zarządu przez około pięciu lat…

piątek, 23 luty 2018 13:30

My dopiero nadrabiamy zaległości

Napisał

        W dniach 14-17 lutego delegacja Instytutu Pamięci Narodowej w składzie Jan Baster – zastępca prezesa IPN, Adam Siwek – dyrektor Biura Upamiętnienia Walk i Męczeństwa, oraz Agnieszka Jędrzak – kierownik Samodzielnej Sekcji Kontaktów Międzynarodowych w Biurze Prezesa IPN, przebywała w Kanadzie. Korzystając z okazji, przeprowadziliśmy rozmowę…

        Goniec - Czy IPN ma program, czy zamierza otworzyć program, który badałby to, jak rozbijano Polonię; działanie rezydentury PRL w Kanadzie?

        Wiceprezes IPN Jan Baster - Z tego co ja wiem, choć tym się nie zajmuję, to takiego programu centralnego nie mamy, natomiast pojedynczy badacze z pewnością tym się zajmują. 

        - Chciałem się więc też zapytać, na ile instytut jest niezależny w swoich działaniach, wolny od wpływów politycznych, bo właśnie dowiedziałem się, że umorzono śledztwo w sprawie mordu partyzantki żydowskiej na polskich chłopach w Koniuchach; a jest to sprawa, która leży mi na sercu nie tylko dlatego, że zgłosił ją Kongres Polonii Kanadyjskiej, ale akurat tak się złożyło, że kilkadziesiąt lat temu przeprowadziłem wywiad z osobą, która przeżyła tę masakrę, panem Tubinem. Z tego, co mi wiadomo, to Instytut wysłał jedynie jakieś zapytania do władz innych krajów o zlokalizowanie sprawców, natomiast z przesłanych do IPN dokumentów wynikało, że sprawcy jak najbardziej są znani, chwalą się tym, co zrobili, i sprawa jest jakby podana na tacy. Tymczasem utknęła. Dlaczego? Czy z powodów politycznych? 

        - Myślę, że wolności Instytutu bronimy skutecznie, natomiast trzeba pamiętać, że są to jakby dwa obszary działalności, działalność naukowa, czyli badania, kwerendy i opracowywanie później materiałów to jest pion naukowy. I jest pełna wolność badań naukowych. A kwestia śledztw to jest pion prokuratorski, który jest jeszcze bardziej niezależny, no bo pomimo że w nazwie i formalnie komisja ścigania jest w strukturach Instytutu, to dyrektor pionu jest zastępcą prokuratora generalnego i tutaj nigdy tak nie było, żeby prezes Instytutu miał możliwości jakiegokolwiek ingerowania w prace prokuratorów czy narzucania im sposobu prowadzenia spraw czy wpływania na to, że sprawa jest umorzona. To są tak naprawdę pytania do prokuratorów do tego, który prowadził sprawę. 

sobota, 03 luty 2018 18:57

Na emeryturę za miasto

Napisał

- Jak dawno temu wyjechaliście z Mississaugi?

- Przeprowadziliśmy się w czerwcu 2016 roku.

- Jak długo ten pomysł się rodził?

- Bardzo krótko 2 miesiące.

- Jeszcze, jak pracowałem nasłuchiwałem różnych osób... A to jeden znajomy się wyprowadził, a to drugi. Mój supervisor miał dom blisko pracy w Brampton, ze swoją towarzyszką przeprowadzili się do jej cottage’u nad jezioro Simcoe, na południe od Barrie i stamtąd dojeżdżał do pracy. Więc i ja zacząłem myśleć o czymś podobnym i gdy spotkałem się z moim agentem real estate, żeby wynająć basement w swoim domu w Mississaudze. Gdy już tak finalizowaliśmy wszystkie formalności, to była jego ostatnia wizyta, zapytałem wtedy, a co gdybym ja kupił coś na północy? I tak się zaczęło. To było w okolicach połowy grudnia; w połowie kwietnia mieliśmy zamknięcie..

- W lutym pojechaliśmy tutaj oglądać.

- Podobała się okolica czy ktoś coś zaproponował?

- Podobała się okolica, ponieważ tutaj mają swoje cottage’e nasi znajomi

- Ten agent nieruchomości zaproponował nam do kupienia swój własny cottage.

- Myśmy przyjechali obejrzeliśmy; był ciekawy; był to duży dom pięciopokojowy, a więc dosyć spory, zrobiliśmy zdjęcia i wysłałem te zdjęcia synowi. A on, co można się było spodziewać, wysłał mi kilka innych. Wszedł na internet i tutaj poszukał w okolicy. Dodał, żeby nie podejmować decyzji zanim się nie obejrzy kilku innych. Że nie można tak na jedną opcję iść. Obejrzeliśmy kilka posesji, ale jakoś nie za bardzo nam się podobały, a jednym z tych zdjęć, które dostałem, to było zdjęcie tego domu i na tablicy wbitej przed domem był telefon. Zadzwoniłem do tego agenta czy można obejrzeć, on powiedział że nie ma czasu, ale za chwilę zadzwonił że tak teraz, więc my w samochód i przyjechaliśmy. Poprosiłem mojego kolegę, który dużo pracował na budowach, był hydraulikiem chciałem żeby on był ze mną, żeby spojrzał technicznie na to. Przyszliśmy tutaj razem, kolega wszedł, zobaczył te kaloryfery które są właśnie na wodę i powiedział mi tak; no Bartek nie chcę tutaj robić żadnych min, ale jak tego nie kupisz...

- Czyli okazja i to zadecydowało że się zdecydowaliście. Czy od razu kupowaliście z myślą, że będziecie wynajmować?

- Ja już się szykowałem do pójścia na emeryturę ale ten agent real estate powiedział mi że dużo łatwiej dostać kredyt, jak się pracuje, niż jak się jest na emeryturze, jest wtedy mniej opcji. Mniej też kredytodawców.

- To ważna informacja.

- Wtedy doszedłem do wniosku na to dobrze, to działamy i tak to się potoczyło.
Ten dom był do sprzedania chyba ze 3 lata, właściciel miał swoje dzieci już dorosłe i oni używali go od 40 lat jako cottage. On postanowił jednak to sprzedać, żeby podzielić pieniądze pomiędzy dzieci, bo to wiadomo, żeby nie było problemu, ale dzieci chciały jeszcze używać, więc oni zawsze dawali ogłoszenie do sprzedania dopiero gdzieś w październiku, kiedy już skończyło się lato, przestali używać ten dom na wakacje, ale jednocześnie nikt też wtedy już się nie zgłaszał do kupowania. I to tak trwało. My właśnie trafiliśmy w takim momencie, kiedy już właśnie ten znak był nawet zdjęty, dlatego że to już był grudzień, a umowa z agentem trwa tylko 3 miesiące.

- Udało się i tak razem poukładały się te wszystkie klocki że postanowiliście zamieszkać tutaj na emeryturę?

- Po prostu doszliśmy do takiego wniosku: cottage za tyle pieniędzy to dla nas jest rzecz niepraktyczna, dla nas dwojga, ale jako dom i to do wynajęcia, jakbyśmy tutaj mieli mieszkać, to proszę bardzo....

- Mieszkacie i wynajmujecie jednocześnie? Dom jest obszerny...

- Mieszkamy na dole, górę wynajmujemy.

- I to się bardzo wszystko dobrze spłaca ten pierwszy rok przebrnęliśmy. Nam tylko zależy żeby mieć na podatki i opłaty

- No, ale powiedzcie, jak to jest, bo wyprowadziliście się z centrum „polskiego” miasta, a tutaj nie ma sklepów, restauracji... Jak to jest z opieką zdrowotną?

- Szpital jest w Midland, to jest od nas oddalone około 15 km.

- A jak z odśnieżaniem?

- Naszą ulicę odśnieżają tutaj szybciej i wcześniej niż odśnieżali naszą ulicę w Mississaudze.

- I to wszystko bardzo sprawnie idzie?

- Tak, tak tutaj nam odśnieżają driveway,

- A jak urzędy?

Jakby to powiedzieć, ludzie w urzędach są mniej przepracowani, tu urzędnicy czekają na petenta.

- To taka stara Kanada jak za dawnych lat?

- Widać że urzędnicy są nieprzepracowani i jak klient wchodzi to oni się cieszą że przyszedł.

- Bardzo miłe wrażenie.

- Czyli poprawa?

- Tak.

- Jak często jesteście w Mississaudze, Toronto? Czy to nie jest uciążliwe tak podróżować?

- To bardzo nas aktywizuje, bo jeszcze nie czujemy się tak całkiem wypchnięci poza życie miejskie, a jednocześnie jeszcze mamy gdzie pojechać; syna odwiedzamy, on tutaj przyjeżdża, takim wahadłowym systemem sobie funkcjonujemy.

- Czyli prawie taka emerytura jak na Florydzie, tylko bliżej?

- Dokładnie.

- Przyjemnie jest się wybrać do Mississaugi, do znajomych, do syna pojechać. To jest przyjemność. A w lecie o szóstej po południu zawsze, bo tak to w ciągu dnia jesteśmy zajęci, ale tak szóstej idziemy na plażę, wykąpiemy się tam i ma się bardzo przyjemne wrażenie.

- Co tu dużo mówić; ja i Bartek jesteśmy z Lublina, wychowywaliśmy się w blokach, od dziecka ja to dopiero w tej chwili mówię, gdybym ja od dziecka miała takie życie, jak teraz mam tyle przestrzeni to bym miała z ośmioro dzieci. Bo aż czuję się jak grzesznik, który nadużywa przestrzeni.

- Tutaj przy tym domu jest dosyć duża działka, z 60 akrów, to takie szczęście że ten dom jest tutaj przy tej alei i nawet w upały nie jest aż tak gorąco, jest cicho, nawet gdy to jezioro szumi, aż huczy, to tutaj tego nie słyszymy.

- A zwierzęta? Czy jest jakiś problem ze zwierzętami?

- Problemu nie ma.

- Rakuny?
- No tak są, trzeba uważać śmieci nie zostawiać. Zwierzęta są dookoła, jeżeli zostawi się zamknięty green bin to one sobie radzą z tym bez najmniejszych problemów przewracają go otwierają. Mamy liski widziałam dwa różne.

- A niedźwiedzie?

- No niedźwiedzia jeszcze nie widziałam.

- Ja widziałem niedźwiedzia, kilka kilometrów stąd. Pomyślałem sobie że chyba trzeba zawiadomić jakieś władze. Zadzwoniłem do tutejszego urzędu i mówię, proszę panią przejeżdżając tu i tu widziałem niedźwiedzia.  A ta pani mnie pyta, no i co? Mówię że pomyślałem że trzeba zawiadomić, „że państwo rejestrujecie takie przypadki”, a ona, że tutaj są niedźwiedzie, że tutaj żyją.

- Nie cierpicie zimą na brak towarzystwa, samotność?

- Nie, a zresztą praktycznie to codziennie kogoś mamy tutaj z wizytą albo sami gdzieś jedziemy. 100 m przez ten las przyjechali właśnie dzisiaj nasi znajomi sponsorowani przez tych samych sponsorów co my byliśmy sponsorowani i właśnie dzisiaj jeszcze się z nimi spotkamy.
Kilometr stąd nasi znajomi też mają cottage, też są emerytami, więc czasami też siedzą tutaj cały czas po kilka dni w tygodniu. Też wahadłowo zmieniają się z dziećmi; jak dzieci przyjeżdżają to oni wyjeżdżają do Mississaugi; tam jest rodzina, gdzie żona jest Polką.

- Życie towarzyskie kwitnie?

- Przede wszystkim sąsiedzi tutaj są sobie jak gdyby troszeczkę potrzebni. Dlatego że wiedzą, iż mogą być sytuacje takie że będą potrzebować sąsiada do pomocy.

- To tworzy taką wspólnotę wioski?

- Tak.

- No a latem? Bo latem to tutaj jest zatrzęsienie ludzi, ta plaża jest popularna, niedaleko jest Wasaga Beach, nie macie problemów z ludźmi, którzy zastawiają wyjazdy parkują samochody?

- Tutaj nie ma pozwolenia na parkowanie.

- Nie ma tłumów, nie ma tak, że ludzie przyjeżdżają zostawiają auto i idą na plaże?

- Do niedawna jeszcze można było parkować, gdzie się chce, ale zaczęły się tworzyć problemy powiedzmy higieniczne, nie mówiąc już o tym że wszędzie stały samochody, czasami nawet nie można było wyjechać ze swojego podjazdu. W związku z tym miasto postawiło zakaz parkowania i są tylko wyznaczone miejsca. Na Balm Beach jest publiczna plaża z płatnym parkingiem i tutaj jest też kilka miejsc, gdzie można parkować, jeżeli wykupi się w mieście pozwolenie. To w ten sposób teraz działa. I dzięki temu jest spokój.
Jak była taka masa przyjezdnych...

- Bo to jest przecież urlopowa okolica i na wyjazdy weekendowe również.

- A nie było nigdzie tutaj ubikacji publicznej, więc można sobie wyobrazić co się tutaj wszędzie działo.

- Ludzie z plaży przychodzili tutaj do lasu?

- Do lasu, wszędzie, nie mówiąc już o tym że pewnie też załatwiali się jeziorze. Ale mówiąc szczerze, właśnie w okresie sezonu i lata to tutaj jest przyjemny ruch ludzi, nie czuje się tłumów, ale też nie jest tak, że siedzimy na pustkowiu; ludzie chodzą na spacer z pieskami. Bo tutaj każdy wtedy kogoś ma, jakiegoś gościa, albo letnicy, albo rodziny zjeżdżają się, tak że jest tutaj wesoło, tam się bawią, tu się bawią...

- Nie żałujecie, to była dobra decyzja? Dobry ruch, polecacie każdemu?

- Polecamy dlatego że tak faktycznie jest, że z wiekiem człowiek potrzebuje - przynajmniej dla nas tak jest - potrzebowałam świeżego powietrza.

- Są ludzie, którzy lubią chodzić po plazach; wtedy rzeczywiście nie ma tutaj atrakcji, mogą się czuć obco.

- To ile jest do kościoła, na przykład?

- 10 km do Midland.

- Ale my tutaj chodzimy, do kościółka w Perkinsfield; to jest taka podwójna parafia, z kościołem Świętej Anny Penetanguishene.

- Jest wszystko spod bokiem? A supermarket? Gdzie robicie zakupy?

W Midland, tam są dwa duże sklepy Food Basic i No Frills; jest też Walmart, Home Depot, Canadian Tire. Jest wszystko, żyć nie umierać.

- Dziękuję bardzo i życzę dużo zdrowia i zadowolenia.

- Dziękujemy.

        - Dlaczego zajęła się Pani polityką? Po studiach zarządzania na UofT pracowała Pani w sektorze finansowym, po co się było angażować? Dlaczego uznała Pani, że warto w to wejść? 

        - To bardzo dobre pytanie. Ale przy takich znaczących decyzjach trudno wskazać jakiś jeden powód; zawsze przyczyn jest wiele. 

        Ale jedna z nich była dla mnie bardzo ważna. Gdyby zapytać kogoś o definicję współczesnej demokracji to pewnie odpowie że sprowadza się to do „równania”; jedna osoba = jeden głos, bo to realnie określa współczesną demokrację. W dawnych czasach trzeba było być właścicielem ziemskim, mieć to czy tamto, ale ostatecznie uznaliśmy, że każdy może głosować.  Dla mnie jednak druga strona tego „równania” to pytanie o to na kogo możemy głosować. 

        W kraju, w którym się urodziłam, w Indiach, wszyscy mają prawo głosu, ale zdolność do bycia wybieranym jest ograniczona do elity. Wystarczy popatrzeć na liczbę arystokratów którzy obecnie są politykami. A więc system się zmienił, ale władza pozostała w rękach tej samej elity. Bo zwykły człowiek nie miał żadnej możliwości, aby ubiegać się o mandat. Nawet w krajach, jak Wielka Brytania jest podobny model, jak w Indiach; kto będzie się ubiegał o mandat decyduje partia, a więc decydują koneksje. Pomyślałem sobie, że prawdziwa demokracja jest tylko wówczas, kiedy zwykli ludzie mają możliwość ubiegania się o mandat. I tak jest w Kanadzie, ponieważ mamy otwarty proces nominacyjny; mamy to, co Amerykanie określają jako primaries, a więc nie jest to decyzja jednej osoby z partii o tym, kto może ubiegać się o mandat, a raczej system otwarty. Gdy przyjechałam do Kanady to mnie właśnie  najbardziej uderzyło.  Ale też zastanawiałam się czy naprawdę? Czy rzeczywiście ktoś bez nazwiska, nie ustosunkowany,  bez pieniędzy; czy przecięty człowiek może ubiegać się o urząd polityczny. Sądzę że to jest najważniejsze bo to zwykli ludzie wiedzą co jest najlepsze dla innych. Ja podobnie, jak wszyscy mam mortgage, tak samo martwię się o wykształcenie mojej córki; o emeryturę. I jest ważne żebym się martwiła, ponieważ wtedy mogę autentycznie reprezentować innych. 

wtorek, 23 styczeń 2018 08:24

Wielki koncert - Wywiad z maestro Andrzejem Rozbickim

Napisane przez

        Janusz Niemczyk: Na koncercie, który Pan przygotowuje będą występowali pieśniarze operowi aż z 9 krajów świata, w tym z bardzo bogatych krajów. Jak widzę na plakacie, sponsorami w większości są osoby, firmy z polskiego, polonijnego środowiska. Polska sponsoruje cały świat?

        Andrzej Rozbicki: To tak nie wygląda. To nie jest tak zupełnie prawda. Jeśli Pan popatrzy dokładnie, Parama nie jest Credit Unią polską, a litewską. Ja muszę powiedzieć, że od lat współpracuję z Paramą. Chyba już od czterech lat zapraszam solistów z Litwy. W przyszłym roku mam mieć koncert na Litwie. 

        Podobnie zresztą jest z firmą Carawan. Jest ona ukraińską firmą. Carawan od lat jest na koncertach. Zawsze im się to podoba, co robię, i się z tego cieszą. To pracuje w obydwie strony. Tam są również różne inne loga łącznie ze słoweńskim. Słoweńcy się bardzo cieszą z tego, że przyjeżdża ich pierwszy tenor David Jagodic. Rozmawiałem z księdzem, który służy w społeczności słoweńskiej w Toronto i który również jest związany z muzyką klasyczną, i też się bardzo cieszy z tego powodu.