Goniec

Register Login

Wywiady

piątek, 11 maj 2018 08:20

Samochody odżywają na propanie…

Napisał

– Sądzę, że wszyscy, którzy myślą nad tym, żeby zaoszczędzić połowę pieniędzy, powinni zastanowić się nad przestawieniem samochodu na propan. Jeżeli ktoś wydaje 10 tysięcy dolarów na paliwo w ciągu roku, to będzie wtedy wydawał 5 tysięcy... Z Robertem Jękoszem z firmy LGP Pro Experts rozmawia Andrzej Kumor.


Andrzej Kumor: Proste pytanie, dlaczego nie jeździmy na propanie? Przecież system ten jest bardzo czysty, tzn. jeżeli mówimy o środowisku naturalnym itd., to spalanie propanu jest o wiele czystsze niż spalanie benzyny, nawet tej tzw. czystej. 

        Dlaczego nie ma programu rządowego, który by zachęcał do przestawiania samochodów na propan, czy nawet produkcji samochodów już z możliwością wykorzystywania propanu, przecież Kanada ma gaz?

        Robert Jękosz: Nie uwierzy Pan, w Kanadzie latem spala się tyle propanu, że miasto Barrie, wszyscy mieszkańcy mogliby jeździć cały rok za darmo.

        Palimy to znaczy?

        Wypalamy do atmosfery. Propan jest produktem ubocznym petrochemii. Czyli jeżeli robimy benzynę, to im więcej oktanów benzyna ma, tym więcej propanu nam zostaje ubocznie. I w zimie to jest dobre, bo ogrzewamy tym domy, wszyscy są zadowoleni, jest sezon kukurydziany, kiedy jest kukurydza wyparzana. Natomiast w lecie jest problem ze składowaniem propanu. No i jeżeli nie mamy tego gdzie trzymać, to musimy to wypalać.

        Nas się tutaj obciąża jakimiś podatkami węglowymi, nie wiadomo czym, a potem „pali się gazowe ognisko”.

        Tak, płonie ognisko przez całe lato, bo jest tak mało samochodów propanowych, że nie są w stanie spalić tego propanu, który jest nadwyżką w produkcji. 

        Kiedyś mieliśmy 750 dolarów upustu, które dawał rząd, żeby przełożyć samochód na propan. Zostało to wycofane w momencie, kiedy HST powstało. Dwa podatki połączyli i stwierdzili, że ani federalny rząd nie chciał dawać tych 750 dolarów, ani ontaryjski rząd nie chciał dawać, więc że najlepiej to zlikwidować. I zlikwidowali.

        Ile kosztuje przestawienie samochodu na propan?

        Przestawienie kosztuje między cztery a pięć tysięcy dolarów. 

        To jest pokaźna kwota.

        Tak, to jest pokaźna kwota. Dla normalnego człowieka, niezarabiającego na jeździe samochodem, to są duże pieniądze. Teraz na przykład trzeba przejechać 20 tysięcy kilometrów, żeby się w jeden rok zwróciła ta inwestycja. Ale w wypadku taksówki zwraca się to w niecały miesiąc, na przykład taksówki wożące ludzi na lotnisku robią 25 tysięcy kilometrów miesięcznie.

        Gdy ktoś często jeździ latem na cottage, to też wyrabia kilometry...

        To jest właśnie te 20 tysięcy. Po 20 tysiącach już jest system spłacony.

        Dzisiaj jechałem samochodem, benzyna jest po 1,36 – 1,40 dolara.

        Prawda. A propan jest po 50 centów.

        On jest trochę mniej kaloryczny, więcej się go wypala?

        Tak. Traci się około 15 do 10 procent na dystansie, czyli jeżeli, dajmy na to, cena propanu wynosi 50 centów, dokładamy do tego 10 procent, 20 procent dołóżmy, czyli to będzie 10 centów, czyli w sumie 60 centów.

        To jest mniej niż połowa ceny benzyny.

        Przejeżdża Pan tyle samo za 60 centów co za 1,37 dolara. Propan jest lepszy dla silnika, ma więcej oktanów. Samochody naprawdę „żyją” na propanie, chcą jeździć. 

        Mamy teraz problem z nowymi samochodami, bo mają direct injection...

        Firmy w Europie pracują nad tym, żeby to pokonać. Tam są wtryski włożone w komorę spalania. Jeżeli nie przepuścimy przez to paliwa, to się po prostu spalą, bo one są w temperaturze 1200 stopni. Systemy, które są zrobione do tych samochodów, wtryskują również małe ilości benzyny, żeby ochładzać injectory. 

        Są samochody, które można zamówić w fabryce, na przykład fordy. W Fordzie za 280 dolarów można zamówić silnik, który jest przygotowany do spalania propanu, czyli robią specjalne „siedzenia” pod zawory, które są wzmacniane, przez co silnik dłużej jeździ na propanie.

        Czyli nie tylko mogą się nad tym zastanawiać ludzie, którzy zarabiają samochodem, ale również tacy, którzy po prostu dużo jeżdżą; których samochody mają duże przebiegi, bo wtedy to naprawdę eksploatacja samochodu kosztuje pół ceny.

        To jest troszkę więcej niż pół ceny. Sądzę, że wszyscy, którzy myślą nad tym, żeby zaoszczędzić połowę pieniędzy, powinni zastanowić się nad przestawieniem samochodu na propan. Jeżeli ktoś wydaje 10 tysięcy dolarów na paliwo w ciągu roku, to będzie wtedy wydawał 5 tysięcy.

        To jest poważna kwota, można nowy samochód za to spłacać.

        Ci, co jeżdżą taksówkami, w ciągu trzech lat oszczędzają na nowe samochody. Przez trzy lata mają pieniądze oszczędzone z propanu.

        Nie wiem, czy Pan zauważył, że wszyscy taksówkarze, kierowcy limuzyn, oni wszyscy jeżdżą na propanie. Nie robią tego zwykli ludzie.

        No właśnie, dlaczego?

        Jest tego kilka powodów. 

        To przejdźmy do tego, co jest złego. Co się dzieje, jak jest wypadek? Jak to jest, jeśli chodzi o kwestię ubezpieczenia? Czy jest wtedy inna stawka, jak to wygląda?

        Według mnie, są tylko dwie złe rzeczy związane z propanem. Po pierwsze, trzeba zapłacić za conversion, a po drugie, trzeba znaleźć miejsce na zbiornik. Wszystko inne to są same plusy, ale przede wszystkim oszczędzamy pieniądze.

        Jeździmy i na benzynie, i propanie? Bo zbiornik benzynowy zostaje?

        Tak, zostaje, i trzeba zamontować drugi zbiornik na propan. To są dual systems, czyli jeżeli propan się skończy, system się automatycznie przełącza na benzynę. 

        Jest jeszcze jedna rzecz, nie ma dużo stacji. One powstają, tylko to nie jest jak w Europie, że co 500 metrów jest stacja propanowa. Jeżeli się zacznie jeździć na propanie, to się wie, gdzie są te stacje – po prostu widzi się, przejeżdżam 500 km, jest tu i tu stacja i tam jadę zatankować.

        Nie ma takiej sytuacji, że staniemy, bo nie ma propanu, dlatego że mamy benzynę, możemy zatankować benzynę i jechać dalej na benzynie, zasięg takiego samochodu się wydłuża.

        Oczywiście, przeważnie się podwaja. Następna sprawa, bezpieczeństwo. Wszystko jest zaaprobowane przez kanadyjski rząd. Zbiorniki mają wszystkie DofT proof, czyli Department of Transportation, one przeszły testy wytrzymałościowe na zderzenie, na wybuchowość. Te zbiorniki nie wybuchają. Te samochody się palą, benzyna się pali, ale nie wybuchają. Nie ma czegoś takiego, że jedzie Pan, zapali papierosa i samochód Panu wybuchnie, nie ma takich rzeczy. 

        Co do ubezpieczeń, jest kilka firm, które nie lubią propanu, ale na przykład w State Farm nie ma żadnego problemu z ubezpieczeniem. TD jest jedyny, który robi problemy. Nie znamy powodu, ale mieliśmy parę przypadków, kiedy TD odmówiło ubezpieczenia samochodu na propan. W pozostałych firmach nie ma najmniejszego problemu, jeżeli coś się stanie z samochodem, wypłacają co do grosza za całą instalację.

        Czyli ta instalacja jest traktowana też jako wartość samochodu?

        Tak, podnosi wartość samochodu o tę sumę, na którą jest rachunek wystawiony.

        Przejdźmy do kolejnej rzeczy. Jeśli ktoś postanowi sprzedać samochód, ile kosztuje przełożenie instalacji do kolejnego? I jak długo ten system będzie służył oraz co trzeba w nim wymieniać, jaki jest czas żywotności?

        To tak jak z samochodem, trzeba robić serwis. Trzeba przyjeżdżać, wymieniać filtry – co 50 tysięcy wymieniamy dwa filtry, co 100 tysięcy trzy filtry. Jeżeli się to robi systematycznie, to w zasadzie taki samochód jest na całe życie. Kanadyjska pogoda nie pomaga nam w utrzymywaniu tego systemu przez wiele lat. Myślę, że po sześciu – ośmiu latach trzeba wymieniać wiązkę elektryczną, ale to są koszty rzędu 400 – 500 dolarów. I ten system może jeździć całe życie z tym samochodem.

        Koszt przełożenia systemu z samochodu do samochodu wynosi między 1500 a 2000 dolarów, czyli mniej więcej połowa tego, co kosztuje.

        Jak jest z temperaturami, czy trzeba się obawiać upałów czy bardzo niskich temperatur? Czy przy bardzo niskich samochód startuje bez żadnego problemu?

        Nie trzeba się obawiać. Samochody zawsze startują na benzynie, dopiero jak temperatura silnika osiągnie 35 stopni, wtedy samochód się automatycznie przełącza na propan, tak że te wymogi kanadyjskie, które powstały w 50. latach, że samochody muszą przechodzić testy na minus 40 stopni, to jest totalna bzdura, bo takich samochodów już nie ma. Startujemy w zimie, w lecie, nieważne, czy jest gorąco, czy jest ciepło – wiadomo, w lecie się bardzo szybko przełączy na propan, nawet czasami  w ciągu 2 sekund czy sekundy, w zimie to trwa około 1,5 - 2 minut.

        Czy to jest bezpieczne, jeśli zostawiamy samochód, a on się nagrzewa? Można oparzyć się od dotykania, czy dalej ten zbiornik jest bezpieczny?

        Zbiorniki mają specjalne zawory. Jeżeli wzrośnie ciśnienie, to te zawory upuszczają propan. To nie jest tak, że spuszczają cały propan, tylko upuszczają trochę, żeby zmniejszyć ciśnienie. Ciśnienie spuszczone, wszystko jest w porządku i bezpieczne.

        Panie Robercie, wracam do pierwszego pytania. Może to jest teoria spiskowa, ale dlaczego nie jeździmy na propanie, skoro mieszkamy w Kanadzie, kraju zasobnym w gaz, w ropę, i mamy do dyspozycji paliwo, które jest o wiele lepsze, czystsze od zwykłej benzyny?  Jaka jest Pana teoria?

        Nie wiem. Ja mam dwa wytłumaczenia. Pierwsze, jesteśmy bogaci, nasze społeczeństwo tutaj, dobre pieniądze zarabiamy i ludzie często zmieniają samochody. W Europie samochód jeździ 8 – 10 lat z tym samym właścicielem, tutaj wszyscy chcą leasy 3 lata, 2 lata. To się opłaca. 

        Naprawdę opłaca się zmienić samochód na propan, ale ta inwestycja, te 4 czy 5 tysięcy dolarów, wszyscy, których na to stać, pytają, a kiedy mi się to zwróci? Są sceptyczni, bo mają doświadczenia z tymi systemami, które były lata temu.

        W których lało się do gaźnika?

        Tak, to były gaźnikowe systemy. Kanadyjczycy naprawdę się sparzyli. Naszymi klientami są oczywiście Polacy, ale głównie Europejczycy, którzy mieli już doświadczenie z instalacjami gazowymi, albo taksówkarze, którzy robią tych kilometrów tyle, że dla nich nie jest ważne jaki system, oni muszą oszczędzać pieniądze, a to jest sto dolarów oszczędności więcej każdego dnia.

        Jeżeli ktoś ma samochód, który pije tę benzynę, jak właśnie jakiś SUV.

        Wszystkie samochody piją benzynę.

        Ale mówię o takich, które spalają 14-15-16 litrów, bo jak jeździmy dużym SUV-em, to tyle nam pali, to tutaj oszczędność jest olbrzymia.

        To są kolosalne pieniądze, które naprawdę mogą nam zostać w kieszeni. Z drugiej strony, rząd nie pomaga.

        Jaka jest Pana teoria, dlaczego nie pomaga?

        Dlaczego nie pomaga? Wiadomo, podatki! Od propanu jest tylko może 3 procent podatków plus podatek drogowy, carbon tax i HST. Nie ma tych narzutów 60 czy 70 procent jak w benzynie, tylko mały podatek.

        Rządowi w ogóle się nie opłaca propagować tego czystego paliwa. Jedyna instytucja, którą znam, a która jeździ samochodami na propan, to jest policja w London. To jest jedyna policja – mają pięć czy sześć cruiserów – w całej Kanadzie, która używa propanu. Są zadowoleni, ale „po cichu”. 

        Na przykład teraz w Stanach Zjednoczonych policja zaczyna jeździć na propanie. Bardzo dużo jest na Florydzie policyjnych samochodów, które jeżdżą na propanie. U nas – my jesteśmy po prostu za bogaci. 

        Czyli jeśli ktoś jest nie za bogaty, to przestawienie samochodu na propan ma naprawdę sens, bo zostaną mu w kieszeni grube tysiące dolarów.

        Musimy policzyć, że w ciągu 3 lat to się zwróci, zależy oczywiście, ile kto jeździ. Jeśli jeździ 20 tysięcy, to jest 5 tysięcy dolarów na rok oszczędności.

        Czyli przez pierwszy rok ma spłacony system, a potem to już tylko oszczędności.

        Nie ma ludzi w Kanadzie, którzy robią 20 tysięcy kilometrów rocznie, przeważnie to jest 40 tysięcy. Nawet wyjazd na Kaszuby to jest 400 kilometrów w jedną stronę, czyli 800 w jeden weekend, do Montrealu wyskoczyć to jest 500, czyli 1000 już.

        To są jednak przebiegi i posiadanie takiego taniego paliwa zaczyna powodować, że się zastanawiamy, jak zaoszczędzić.

        My jesteśmy w Ontario, to jest 1,37 dolara, a w Kolumbii Brytyjskiej to już jest 1,60 dol. I wszyscy straszą, że to przyjdzie do nas. Jeżeli przyjdzie... Nawet jeżeli propan to jest połowa ceny benzyny, to z dolara to jest tylko 50 centów, z 1,60 dolara to jest już 80 centów oszczędności.

        Panie Robercie, to miejmy nadzieję, że to przyjdzie do nas i klienci przyjdą do Pana.

        Nie, ja wszystkim życzę dobrego życia. My mamy bardzo dużo klientów tutaj, około 3 tysięcy, i ja życzę wszystkim dobrego życia. Ci, co przyjdą do nas, to są ludzie, którzy myślą o swoich portfelach, a zaoszczędzone pieniądze mogą wykorzystać na coś innego.

        Chodzi też o środowisko naturalne, bo ten propan się czyściej spala.

        Tak. Nasz rząd nie myśli o tym, ale my musimy myśleć za rząd.

        Dziękuję bardzo.

       

Osoby zainteresowane założeniem instalacji gazowej w samochodzie mogą się kontaktować z 

LPG Pro Experts 

tel. 9058559600

email Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

2568 Royal Windsor Dr, 

Mississauga, 

ON L5J 1K7

piątek, 11 maj 2018 07:53

Wolność na osiemnastu kołach

Napisał

Jako mały chłopak widziałem film, w którym amerykański żołnierz jedzie ciężarowym studebakerem po zbombardowanej, niemieckiej autostradzie z ładunkiem szampana. Rok 1945. I był tam taki moment, kiedy mu się ten studebaker psuje, a on nie dbając o awarię, wyciąga butelkę szampana i odbija szyjkę o zderzak. Mnie się to tak spodobało, że postanowiłem – o ile tylko nadarzy się w życiu okazja – zostać właśnie takim kierowcą!

Andrzej Kumor: Przez kilkadziesiąt lat jeździłeś dużymi ciężarówkami. To ciężka praca, ale ma chyba też niesamowity urok. Pokonywanie przestrzeni, zmiana krajobrazów, klimatów... Patrząc teraz, z pozycji człowieka, który już tego nie robi, już ma to za sobą, czy zrobiłbyś to drugi raz, wybrałbyś po raz drugi tę ścieżkę?

        Marcin Baraniecki: Prawdopodobnie tak, ale właściwie bardzo trudno wczuć się w tamtą sytuację z początku lat 80., kiedy zaczynałem. Inna rzecz, że chyba zawsze chciałem być kierowcą. Po szkole średniej nie bardzo wiedziałem, co właściwie chcę studiować.

        Jednocześnie siedziała we mnie dość dziecinna myśl, że najbardziej to chciałbym być kierowcą dalekobieżnej ciężarówki. Jako mały chłopak widziałem film, w którym amerykański żołnierz jedzie ciężarowym studebakerem po zbombardowanej, niemieckiej autostradzie z ładunkiem szampana. Rok 1945. I był tam taki moment, kiedy mu się ten studebaker psuje, a on nie dbając o awarię, wyciąga butelkę szampana i odbija szyjkę o zderzak. Mnie się to tak spodobało, że postanowiłem – o ile tylko nadarzy się w życiu okazja – zostać właśnie takim kierowcą!

        Taka magia wizerunku.

        Tak. Potem szukałem w ojcowym atlasie i znalazłem najdłuższą możliwą trasę. Z Lizbony do Władywostoku. Tak to sobie wymyśliłem. I także to, że będę jechał z ładunkiem korka. Ładunek szampana wydawał mi się trochę za bardzo tłukący. Korek był bezpieczny! Ten obraz został mi w głowie na całe lata, niemniej jednak trzeba go było na razie zawiesić na kołku... 

        W każdym razie w momencie przyjazdu do Kanady wiedziałem, że teraz przyszedł czas na realizację tego dawnego marzenia. Miałem to szczęście, że trafiłem na niejakiego Hansa Strohackera, który w Surrey, BC prowadził małą firmę transportową. On mnie zatrudnił i u niego zdobywałem pierwsze szlify. Później, po dwóch miesiącach przeniosłem się do Toronto.

        Jakie rzeczy najbardziej pamiętasz? Bo ludzie mówią, że to jest monotonia.

        Tak bym tego nie nazwał. A jeśli chodzi o wspomnienia, to pamiętam bardzo dużo – nawet z tych odległych już dziś lat. Żeby nie zapomnieć, napisałem o tych początkach książkę pt. „Książęta highwayu”, potem dwie inne...

        Jeździłeś jako singel?

        Tak, ale zdarzały się na samym początku sytuacje, że musiałem jeździć z pomocnikiem. Dowoziliśmy wtedy szafki kuchenne na rozmaite budowy, głównie po Ontario, ale także do północnego Quebecu i innych prowincji. Byliśmy nawet w Hay River na Terytoriach Północno-Zachodnich.

        W wielu przypadkach jeździło się po zabłoconych budowach. Warunki były prawie „poligonowe”.

        Lubisz jeździć sam? Być sam ze sobą?

        Wtedy, podczas pierwszych kroków w truckingu, nigdy nie byłem sam, ale z chwilą gdy skończyłem z tymi szafkami i znalazłem się na dalekiej trasie, ogarnęła mnie ogromna ulga, która brała się stąd, że chyba pierwszy raz w życiu miałem czas na spokojne myślenie. Wiem, że to brzmi trochę śmiesznie, ale tak było. Pamiętam chwile, gdy wychodziłem z trucka, żeby go zatankować, i o niczym innym nie marzyłem, tylko o tym żeby być z powrotem na drodze. Nawet ta krótka chwila na stacji benzynowej wytrącała mnie z równowagi, bo przerywała moją samotność. Pamiętam dokładnie ten moment, kiedy uświadomiłem sobie, że mam czas dla siebie samego. I ten moment pamiętam do dzisiaj!

        Medytacja na drodze.

        Powiedzmy. Ostatecznie krajobrazy, które widzi się wzdłuż dróg, często gęsto nie są ani ciekawe, ani nawet ładne... Na przykład Radisson Highway w Quebecu. Las, las i jeszcze raz las, wypalone sosny, żwirowa droga i w sumie nie ma gdzie oka zawiesić. To samo jest w Manitobie czy w ogóle w interiorze, w Saskatchewanie. Jasne, że to jest ogromny, wspaniały kraj i mówienie o tym, że nie jest ładny, zakrawa na bluźnierstwo, ale jestem szczery. Pewnie, że jest wiele wspaniałych scenerii, piękne krajobrazy w Rocky Mountains, drogi nad Pacyfikiem i inne, ale są też bardzo nijakie – powiedzmy nudne.

        Czyli trzeba potrafić być samemu ze sobą, bo są ludzie, którzy tego nie lubią, którzy szukają towarzystwa?

        Do pewnego stopnia. Mam przyjaciela, który jest wielkim samotnikiem i bardzo lubi być sam, ale jeździ z psami. Mówi, że doskonale się rozumieją.

        Powiedz, jak się zmienił trucking na przestrzeni tych trzydziestu iluś lat, bo dzisiaj są GPS-y, ograniczenia, logbooki elektroniczne itd.

        Ogromnie się zmienił. Przede wszystkim jest bardzo dużo regulacji, które odzierają trucking z kolorytu. Po prostu nie ma już tego powabu, który był dawniej, kiedy trucker był panem sam dla siebie.

        To nie są już ci książęta highwayu?

        Nie są. Tamte lata minęły bezpowrotnie. Tak samo jak te, w których ja sam zaczynałem. Lata 80. nijak się miały do tego, co było w latach 60. – 70. Tamtą epokę najlepiej obrazuje film „Konwój”. Trochę humorystycznie, ale duch został przekazany. Spotykałem wielu kierowców, którzy jeździli w tamtych latach, nawet jeszcze wcześniej, i opisywali różne stare zwyczaje i wymagania, które wtedy obowiązywały. Nie było Trans-Canada Highway i nie było 401. Do Montrealu jeździło się Hwy 2. To był zupełnie inny trucking. 

        Trochę humorystyczny przykład. Przewóz świeżej żywności wyglądał w ten sposób, że w naczepie zamontowana była nad przewożoną żywnością krata posypana lodem i co jakiś czas trzeba się było zatrzymywać i ten lód przecierać, żeby opadał na towar i go chłodził. Wszystko to przeszłość. Wydaje się, że prawie nierealna.

        Czyli więcej było uroku, więcej było wolności?

        Bez porównania.

        A czy było też więcej pieniędzy?

        Nic podobnego. Tak wtedy, jak i dziś w transporcie nie ma żadnych kokosów. Bardzo wielu ludzi idzie do transportu dla pieniędzy, ale też wielu gorzko się rozczarowuje. Oczywiście, jeśli buduje się firmę transportową, to jest inna kwestia, ale jeżeli jeździ się dla kogoś lub jest się owner-operatorem jednej ciężarówki, to w moim przekonaniu trudno zostać milionerem.

        Godziwe życie, tak?

        Godziwe życie? Tak, ale jednocześnie życie pochłaniające ogromnie dużo czasu. Nieproporcjonalnie dużo w stosunku do zarobków. W domu jest się gościem.

        No właśnie, jak to jest z rodziną?

        Trzeba mieć bardzo wyrozumiałą żonę albo się nie żenić! Można też jeździć z żoną, ale to pod warunkiem, że nie ma się dzieci.

        Wyrozumiała żona to skarb. Zawsze mówię, że najważniejszym zadaniem mężczyzny jest znalezienie dobrej, mądrej, wyrozumiałej żony. Jeżeli ma się szczęście i znajdzie się taką, to wszystko inne przyjdzie samo. Jeżeli ma się taką osobę, która cię popiera i rozumie, to jest się wygranym. Tak właśnie było i jest ze mną.

        I te długie nieobecności w domu odbijają się też na wychowaniu dzieci?

        Z całą pewnością. No, chyba że robi się to, co ja później robiłem, to jest jeździ się na krótkich dystansach, czyli na mieście. Pewnie, że ciągle jeszcze to jest jakieś 300 – 400 km dziennie, ale jest się codziennie w domu. Bo co jest ważne, nie tylko dla kierowców, ale dla wszystkich, to to, żeby być codziennie w domu. Ja nie mówię, żeby być non stop i gotować z żoną obiad, ale żeby przyjść chociaż na parę godzin do domu, wziąć prysznic, pocałować żonę, zobaczyć dzieci... Mówię to z perspektywy 70 lat życia! (śmiech).

        Zmieniła się też technologia, wspomniałem o GPS-ach, jest Skype, ludzie mogą słuchać tej samej stacji radiowej przez cały kontynent. Jak to było w tych starych czasach, miałeś mapy?

        Tak, oczywiście.

        Jak się znajdowało klienta?

        Używało się mapy, bardzo często wyrysowanej przez dyspozytora na kawałku kartki. Nie było w tym nic złego. Ja bardzo lubię mapy i do dnia dzisiejszego ich używam, nie używam GPS-u. Ale pytasz mnie o te wszystkie nowe rzeczy. Oczywiście to jest zupełnie nowy świat. I trzeba docenić ten postęp. Przecież nie można siedzieć cały czas w przeszłości, jak mój sąsiad, jeszcze w Polsce, który twierdził, że miotła jest lepsza od odkurzacza. Albo na przykład mówił, że trawę skosi lepiej kosą niż kosiarką!

        Miałeś swojego trucka?

        Tak. Zacząłem od czterech, ale to było wtedy trochę za szybko i za odważnie. Zatrudniałem czterech kierowców i czterech pomocników, bo jak już wspomniałem, rozwoziliśmy szafki kuchenne, które wymagały ręcznego rozładunku. Ale okazało się, że to było dla mnie odrobinę za dużo i musiałem zwinąć interes i zostać z jednym truckiem.

        Czy trudno było znaleźć kierowców?

        I tak, i nie. To była trudna i niewdzięczna praca. Ręczny rozładunek mebli kuchennych. Proszę to sobie wyobrazić. Na budowach, często po śliskiej desce, którą kładliśmy pomiędzy naczepą a nowo budowanym domem. I wszystko przenoszone na plecach!

        Nie było ramp?

        Nic nie było. Pamiętam, jak przyjechaliśmy do osiedla Manitouwadge w północnym Ontario. Błoto do kolan! Ledwo wjechałem. Dobrze, że przy wyjeździe pomogli nam tamtejsi Indianie, ale to, że się wtedy z tej błotnej topieli wyrwałem, graniczyło z cudem. To był prymityw i ciężka praca. I do takiej pracy trudno było znaleźć kierowców.

        To bardzo szeroki temat.

        Cały czas jest droga przed Tobą?

        Zawsze coś się dzieje. Dajmy na to przyjeżdża się na jakieś zakazane przez Boga i ludzi odludzie, żeby wziąć przygotowany do drogi trailer. Ciemna, zimowa noc, zamarznięty trailer, nie możesz się zaczepić, bo jest ślisko, wreszcie się zaczepiasz, ale nie możesz podnieść łap naczepy, bo wszystko jest zamarznięte, więc szarpiesz się, pot spływa po plecach... To są chwile, gdy ma się wątpliwości, czy się dobrze wybrało.

        Cały czas mówię o tych pierwszych latach. Wtedy były logbooki, trzeba było je wypełniać, ale dużo ludzi oszukiwało, czy były wypadki, że ludzie zasypiali?

        Naturalnie, takie sytuacje były zawsze, nie tylko w Ameryce i Kanadzie, ale w Europie tak samo.

        Czy spedycja wymagała, żeby tak jeździć, tzn. żeby jeździć ostro?

        Bywały takie sytuacje. Aż nazbyt często. Każdy z nas, który jeździł, ma w życiorysie sytuacje, o których nie chce wspominać. Zdarzało się, że dyspozytor wydawał nieludzkie polecenia, bez liczenia się z jakimikolwiek przepisami. Wyrażało to się na przykład w takim postawieniu sprawy: albo jedziesz, albo możesz zaparkować i już nie wracać do tej pracy. W sytuacji, kiedy się miało mortgage, troje dzieci i niezarabiającą żonę, trzeba się było dobrze zastanowić, czy zaparkować tego trucka. Więc jechało się. Czasem bez odpoczynku po dwudziestu godzinach przebytej już drogi.

        Z jaką prędkością? Czy były wtedy ograniczenia tak jak teraz do 104 km na godzinę?

        W Ontario ograniczniki szybkości wprowadzono bardzo niedawno. Trucki nie mogą jechać szybciej niż 104 kilometry na godzinę. W Europie chyba 90. 

        Zacząłeś pisać książki o tym. Czy dlatego, żeby choć trochę zachować klimat tamtych czasów, tamtej rzeczywistości, który może się rozpłynąć i nikt nie będzie o nim pamiętał?

        W dużej mierze tak. Z pisaniem zawsze byłem bardzo blisko, nawet jeszcze w Polsce. Wzięło się to z mojego hobby, jakim jest genealogia, którą interesuję się od przeszło 50 lat. Robiłem opracowania genealogiczne głównie na potrzeby rodziny i stąd chyba wzięły się późniejsze próby esejów, opowiadań. Tu, w Kanadzie, najpierw zacząłem pisać do miesięcznika „W drodze”, a potem od 1999 roku dla prowadzonego przez Marzenę i Romana Wiktorowiczów truckerskiego magazynu „Truck and Roll”.

        A czy w tym zdominowanym przez mężczyzn świecie jest miejsce dla kobiet?

        Kobiety w truckingu to wdzięczny i bardzo szeroki temat.

        Ludzie opowiadają o jakichś legendarnych wyjazdach do Meksyku...

        Ja bym powiedział, że to jest margines, nie ma o czym mówić. Mało ciekawy, raczej, powiedziałbym, smutny margines.

        Właśnie miałem użyć tego słowa.

        Inna rzecz, że nikogo nie można sądzić! Różnie bywa i różne są ludzkie losy. 

        No właśnie, życie jest niesamowicie bujne i bogate, człowiek by nie przewidział, pisząc scenariusze. Zapytam więc o jakąś jedną historię związaną z truckingiem. Coś niezwykłego, niesamowitego?

        Było ich tak wiele! Pisałem o nich w moich książkach. „Książęta highwayu”, „Łoś z Pagwa River”, „Pretorianie” czy „Bulldog”. Wszystkie one pełne są najprzeróżniejszych, często fascynujących truckerskich przygód! Zapraszam do czytania!

        Cieszę się, że piszesz dla „Gońca”. Dziękuję za rozmowę.

        Cała przyjemność po mojej stronie.

Z Marcinem Baranieckim 

rozmawiał Andrzej Kumor


Książkę 

"Kasa, Kobiety i inne opowiadania". można kupić od Autora
Tel. 905 464 04 09
e-mail: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

piątek, 04 maj 2018 07:57

Kosmetyki nie muszą truć…

Napisał

Wpływ kosmetyków na zdrowie często jest lekceważony,  ludzie uważają, że jeżeli się czymś posmarują, to zostaje na zewnątrz i nie ma to wpływu na ich organy, tymczasem kosmetyki zawierają szereg składników niezdrowych czy wręcz trujących; mają różne substancje chemiczne, utrwalacze itp., i to wszystko przenika do organizmu przez naszą skórę.

                  Andrzej Witowski, właściciel firmy Elma Skin Care: Po pierwsze, gdy Pan mówi, że  kosmetyki mają wpływ na nasze zdrowie, trzeba pamiętać, że skóra jest największym organem człowieka. To jest osiem kilogramów i według starej nomenklatury polskiej ma trzy przedrostki: włosy, paznokcie i genitalia.

                  To wszystko to jest skóra. I z jednej strony, ona nas chroni, a z drugiej strony, jest odbiciem tego, co się dzieje w całym organizmie.

                  Działa do wewnątrz i na zewnątrz?

                  Tak, ona jest lustrem tego, jak się czujemy, jak ją odżywiamy, jak nasz metabolizm działa i na co chorujemy, a z drugiej strony, wszystkie urazy skóry, może nie urazy, bo ona się regeneruje bardzo dobrze, ale wszystkie jej choroby, wszystkie jej infekcje oddziałują na cały organizm, osłabiają go.

                  Natomiast jeśli chodzi o dbanie o skórę, to często zarówno kosmetyki, jak i nasze codzienne nawyki powodują, że gdy wydaje nam się, że dbamy o skórę, często ją właśnie osłabiamy. Jeśli chodzi o przemysł kosmetyczny, to jest on nakierowany na zarabianie pieniędzy i często bardziej szkodzi niż pomaga.

                  Szkodzimy skórze, myśląc, że o nią dbamy. Co należy robić, żeby skórę zachować w dobrym stanie?

                  Po pierwsze, jeżeli chodzi o higienę, wydaje nam się, że jeżeli się często myjemy dobrym mydłem czy dobrym szamponem – a te szampony są coraz mocniejsze – to my o nią dbamy. Tymczasem ją odtłuszczamy. Na przykład, jeżeli często myjemy włosy, a tak bywa,  jeżeli ktoś chodzi na basen, to ta woda wypłukuje lżejsze frakcje z tych tłuszczów, które są w skórze (po ang. body oil), wypłukuje oleje, a pozostają woski (waxes), które powodują między innymi czopowanie porów, przez co skóra nie oddycha. Ktoś skarży się, że ma problem ze skórą na głowie, a przecież myje ją tak często...

                  Podobnie z tzw. uchem pływaka; woda wypłukuje lżejsze frakcje tłuszczów z ucha, pozostają woski i po pewnym czasie ucho się zatyka i po prostu się nie słyszy czy woda się dostanie i nie wypływa.

                  Innym problemem jest to, że używamy kosmetyków, które mają ogromne ilości konserwantów. To, co my nazywamy kosmetykami, to są w 90 procentach emulsje tłuszczów i wody. Żeby to zemulgować, potrzebny jest silny detergent, mniej więcej taki jak w płynie do mycia naczyń. I ten detergent właśnie pozostaje na skórze. A żeby te kosmetyki się nie psuły, czyli nie ulegały dekompozycji, potrzebny jest bardzo silny konserwant, po polsku, a po angielsku preservative. Jeżeli on zabija bakterie gnilne w kremie, to także zabija dobrą florę bakteryjną na skórze, która jest naturalną ochroną skóry.

                  Innym czynnikiem są warunki, jakie mamy w domach. Ogrzewanie, przesuszone powietrze to jest drugi czynnik, który zabija tę najważniejszą ochronę skóry, jaką jest dobra flora bakteryjna.

                  Pan jest z wykształcenia chemikiem?

                  Jestem chemikiem, właściwie to fizykochemikiem. Miałem się zajmować wyszukiwaniem punktów szczególnych, czyli azeotropowych, w mieszaninach wieloskładnikowych cieczy, w równowadze ciecz – para, ale tak się złożyło, że zostałem wysłany, żeby robić destylację rozpuszczalników w zakładzie, który produkował antybiotyki. Uruchamiałem też produkcję dwóch nowych antybiotyków, ale potem pracowałem w galwanizerniach i robiłem farby.

                  Jeżeli chodzi o moją pierwszą pracę, byłem związany z przemysłem farmaceutycznym, co mi nie bardzo pomagało w Kanadzie, bo tutaj trafiłem do przemysłu kosmetycznego, a miałem troszeczkę inne standardy...

                  Widział Pan przemysł kosmetyczny z pierwszej ręki...

                  Osiemnaście lat pracowałem i robiłem kosmetyki czy formułowałem kosmetyki dla bardzo różnych firm, tanich i drogich, i widziałem, na czym to polega.

                  Założył Pan własną firmę, chce Pan to robić inaczej? 

                  Pomimo tego, że pracowałem, to zawsze miałem jakąś swoją firmę i w Polsce, i tutaj, ale już był czas, że się wybierałem na emeryturę, i się zdarzyło, że moja wnuczka dostała łuszczycy.

                  Szukaliśmy leków, to co było oferowane, to były tylko steroidy, i w jej wieku – 12 lat, to było bardzo niewskazane.

                  I tak z kolegami z Polski, z którymi jestem bardzo związany, zaczęliśmy szukać czegoś, co by jej pomogło. To, co żeśmy znaleźli, to sposób ekstrakcji, żeby uzyskać komórki macierzyste roślinne, które są skarbnicą wszystkich substancji odżywczych – które są potrzebne dla skóry – ochronnych, bo także antyoksydantów i kinetyny, która przyspiesza regenerację skóry.

                  To spowodowało, że ja właściwie nie robię samych kosmetyków, ale różne maści, a część z tych maści działa jak bardzo dobre kosmetyki.

                  Mają również właściwości lecznicze?

                  Tak, pierwsza maść, którą zrobiłem – Elma 01, działa praktycznie na wszystko, od ukąszenia komarów – powoduje, że nie ma śladu po nich, poprzez łuszczycę, egzemę, oparzenia, obrzęki, leczenie ran, do leczenia hemoroidów.

                  Na czym polega ten tajemniczy sposób, w który sprawia, że można wszystkie te przypadłości wyleczyć przy pomocy jednej maści?

                  Nagroda Nobla w 2012 r.,  pokazywała, jak można cofnąć transformację komórki macierzystej skóry do tych komórek pierwotnych i uzyskiwać różne organy.

                  Uzyskać komórkę macierzystą z normalnej komórki?

                  Nie, z komórki macierzystej skórnej uzyskać taką komórkę macierzystą, która była pozyskiwana przedtem tylko i wyłącznie z zygoty czy z krwi pępowinowej i jakby obejść ten problem moralny.

                  Oni właściwie wyjaśniali sposoby i przyczyny transformacji komórek macierzystych skórnych, cofanie albo na przykład z komórek, które się przekształcają w mieszki włosowe, albo wytwarzają więcej kolagenu, albo odtwarzają skórę. Z wiekiem te komórki też się starzeją, czyli po prostu ich aktywność spada, i oni znaleźli sposób, jak można tę aktywność podnieść i regenerować skórkę jakby od środka. Na przykład, jeżeli używamy kolagenu, który jest świetnym środkiem, doskonałym – tylko jest jeden problem. Jeżeli go kładziemy w kremie, zwłaszcza jeżeli nasza skóra jest jeszcze stosunkowo młoda, to nasza własna produkcja kolagenu spada, bo skóra jest leniwa. Tymczasem, jeżeli uda nam się zdopingować komórki macierzyste skóry do wytwarzania większej ilości kolagenu, elastilu, to skóra nabiera sprężystości, gładkości i po prostu się odmładza.

                  Pan znalazł sposób, jak to zrobić?

                  Mniej więcej wiemy, jak odżywić te komórki, tylko ja znalazłem sposób, jak efektywnie wyekstrahować z komórek macierzystych roślinnych te substancje, które będą biologicznie czynne na skórze (a nie na półce), i żeby one w kontakcie ze skórą się uaktywniały; dawały efekty, które polegają jednocześnie na leczeniu różnych przypadłości, odmładzaniu skóry i powstrzymywaniu wypadania włosów czy powodowaniu odrastania włosów. W tej chwili pracujemy nad maścią, która będzie powodowała niwelację bólów, takich jak ból kręgosłupa, stawów czy innych. To  przez działanie zewnętrzne miejscowe, a nie przez branie jakichś silnych środków przeciwbólowych.

                  Takie znieczulanie poprawia cyrkulację krwi, wzmacnia te wszystkie systemy immunologiczne, które powodują, że infekcje są zwalczane.

                  Skąd te komórki?

                  Komórki, tak jak mówiłem, roślinne – teraz wszyscy mówią macierzyste komórki roślinne – jeszcze aktywne, ale wszyscy, którzy coś sadzili albo coś hodowali, to wiedzą, w którym miejscu przyciąć pomidory, wiedzą, w którym miejscu przyciąć gałązkę jabłoni, bo wiedzą, gdzie te komórki macierzyste są zgrupowane, zmagazynowane, kiedyś, w starszej biologii, nazywano to stożkami wzrostu.

                  Wystarczy więc znaleźć takie rośliny, które mają tych komórek najwięcej.

                  Prosta sprawa – jeżeli Pan sadzi pomidory lub ogórki w ogródku i raz w tygodniu ma Pan czas, żeby je opielić, to po tygodniu zielsko jest większe od tych sadzonek, i tak wkoło. Dlatego że te zielska, te zioła, mają taką siłę, że wystarczy kropla deszczu i one nagle „eksplodują”.

                  W tradycyjnej literaturze mamy bardzo dużo wskazówek, które z tych roślin – w Polsce to są calendula (nagietek), babka, bardzo popularne – w Chinach żeń-szeń, ale to nie ma takiego znaczenia, bo natura obdarzyła nas po równo. Nie ma miejsca na świecie, gdzie jest złote zioło, które na wszystko działa. Tylko myśmy stracili zainteresowanie tym, co mamy pod nosem.

                  Oczywiście, są pewne rośliny, jak żywokost, których składniki powodują odbudowę chrząstek czy więzadeł. Ja korzystam jednocześnie z wiedzy z przeszłości i z tego, co w tej chwili jest przyszłością.

                  Czyli jest to jak gdyby ziołolecznictwo przetworzone?

                  To jest przetworzone ziołolecznictwo i z tym ziołolecznictwem to jest tak, że bardzo dużą szkodę robią ci, którzy zajmują się ziołolecznictwem, a nie mają odpowiedniej wiedzy – ja nie wiem, jak je stosować, bo nie jestem lekarzem – ale wiem, jak wydobyć, to co w tych ziołach jest cennego.

                  Że to nie jest takie śmieszne to ziołolecznictwo, to wspomnę, że stosunkowo niedawno, chyba trzy lata temu, przyznano Nagrodę Nobla dla Chinki, która znalazła w ziołach w czasie wojny wietnamskiej substancję zwalczającą malarię, która to choroba zabiła więcej Wietnamczyków niż Amerykanie. Ona dostała za to Nagrodę Nobla i w końcówce lat 60. tę produkcję rozpoczęto; do dzisiaj te substancje są używane w środkach przeciw malarii.

                  Jak ktoś krzyczy, że tylko postęp i nowoczesność, to często trzeba się obejrzeć, żeby zobaczyć, w którym kierunku idziemy. Często się okazuje, że wpuszczamy się w ślepe uliczki w pogoni za jakąś publikacją z fałszywymi danymi i postęp często nie jest postępem, ale zboczeniem.

                  Ta maść pomogła Pana wnuczce?

                  Łuszczyca jest straszną chorobą, na szczęście się okazało, że u niej była bardzo łagodna, bo była to hormonalna łuszczyca.

                  Łuszczyca atakuje nie tylko skórę, ale są wewnętrzne objawy. Ta maść nie leczy łuszczycy, tylko leczy objawy. Na przykład, gdy moja wnuczka chodziła na basen, to nie musiała nosić długiego rękawa, bo nie było widać plam na rękach, co było w tym czasie jej największym problemem. Tak że to nie jest maść na zwalczanie łuszczycy.

                  W łuszczycy są ważne różne rzeczy, jak np. dieta, ale objawy dla wielu ludzi są bardzo istotne. Przy czym gdy objawy nie są leczone, łuszczyca się rozwija gwałtownie i może dojść do uszkodzeń serca, więzadeł, żołądka. To nie jest tylko kwestia kosmetyki, lecz ma znaczenie ogólne, ale niestety ta maść nie zwalcza przyczyn.

                  Jaką gamę produktów Pan oferuje? Jedna maść może być na wiele chorób?

                  Tak, ale nie na wszystko. Jeżeli sobie założyłem, że konkretna maść będzie dobra też na odrastanie włosów, to posmarowałem nią głowę i pobrudziłem poduszkę, w ogóle nie dało się umyć przez tydzień itp.

                  Tak że w zależności od konsystencji i na jakiej bazie są te produkty, mamy 3 – 4 maści na bazie lanoliny, mamy 3 – 4 oleje na opryszczkę, na łuszczycę, która występuje na twarzy albo na egzemy na twarzy, no i na przeciwdziałanie wypadaniu włosów.

                  Trzecia grupa produktów jest na bazie shea butter, które jest jeszcze lepsze niż coconut butter, świetny surowiec.

                  Co to jest shea butter?

                  W Polsce nazywało się to wiśnią afrykańską, bo wyglądem przypomina ogromną wiśnię lub podwójną czereśnię. Jest to orzech, który ma czerwoną skórkę, wielkości wielkiej czereśni, a w środku tylko miąższ. Ten orzech jest używany do produkcji Philadelphia Cheese, do produktów spożywczych, jest świetną substancją w produkcji kosmetyków, w naturalny sposób chroni przed promieniowaniem ultrafioletowym, ma także bardzo dużo antyoksydantów.

                  Shea jest w sumie świetna, ale trochę kłopotliwa, bo dosyć twarda – żeby jej używać jako kosmetyku, trzeba coś z nią zrobić. Ja do shea dodaję moich ekstraktów ziołowych i czasami kwasu hialuronowego. Otrzymuję w ten sposób skin revitalizer, który powoduje młodszy wygląd i leczy też drobne infekcje, drobne skazy.

                  Mówił Pan, że w kosmetykach używa się bardzo dużo konserwantów, ale przecież nie bez powodu, bo chodzi o to, żeby ten kosmetyk „żył” długo na półce. Pan używa konserwantów?

                  Nie używam. Czasami mówię o wodzie, wtedy wszyscy się dziwią. Zauważyłem, że woda w kosmetykach jest bardzo ważna z dwóch powodów.

                  Po pierwsze, nadaje kremom dobrą konsystencję. Kremy zawierają jej od 30 do 60 proc.; lotion od 70 do 90 proc. Woda powoduje, że kosmetyki są łatwe w aplikacji, rozsmarowują się, trzymają zapach. Tylko że jeśli się używa wody, trzeba też używać bardzo silnych konserwantów. To jedno.

                  A po drugie, woda to najtańszy surowiec chemiczny i świetnie zwiększa zysk.

                  Zwiększając objętość?

                  Oczywiście, i przez to zwiększa zysk, tylko żeby zemulgować wodę z tłuszczem, który zawiera wszystkie substancje odżywcze dla skóry, trzeba użyć emulgatora albo emulsifiera, różnie to nazywają, ale to jest silny detergent, na ogół po polsku to jest sulfobursztynian. To jest właśnie ten wynalazek, że można myć naczynie po śledziach gorącą wodą, bo i tak nie będzie zapachu, bo on wszystko rozpuszcza. Taki detergent robi emulsję przyjemną w użyciu, ale nie jest dla skóry obojętny, a poza tym trzeba użyć dużo konserwantu.

                  Ponieważ ja robię wszystko bez wody, moje produkty są trzy – cztery razy droższe od innych. Z kolei używa się ich bardzo mało, choć nie są tak łatwe w użyciu, takie przyjemne, bo trzeba je rozetrzeć – mają z tego powodu swoje minusy.

                  Ale przede wszystkim właściwości bakteriobójcze calenduli, czyli nagietka, wystarczają w zupełności i moje produkty mogą stać w łazience długi czas. Pierwsza maść, którą zrobiłem i którą ciągle daję do sprawdzenia bakteriologicznego, stoi już cztery lata, odkryta, i ciągle jest sterylna. Calendula nie tylko dostarcza substancji z komórek macierzystych, nie tylko powoduje lepszą cyrkulację krwi, to jeszcze dezynfekuje i skórę, i samą maść.

                  Klienci są zadowoleni?

                  Sprzedaję na razie w bardzo małych ilościach.  Poza tym rynek, konkurencja jest taka, że można by tu przytoczyć kopernikańskie powiedzenie, że zły pieniądz wypiera dobry; wszystko jest oparte na tym, żeby zrobić ładne opakowanie, co przy naszej niewielkiej skali jest bardzo drogie, dobre zapachy, no i konsystencję, a jak ten kosmetyk działa, to się po prostu zmienia zapach, zmienia kolor i reklamuje, że to jest coś nowszego, coś jeszcze lepszego, i tak w kółko.

                  Do moich produktów ludzie się muszą przekonać, ale mam świadectwa, które pokazują, że działają fantastycznie.

                  Pozostaje mi życzyć, żeby przekonał Pan jak najwięcej ludzi, żeby przestali sobie szkodzić, kupując rzeczy tylko dlatego, że są ładnie opakowane. Jak dotrzeć do ludzi, żeby byli zainteresowani, jaki Pan ma pomysł?

                  Na początku próbowałem robić ogłoszenia w „Mississauga News” czy docierać do ludzi przez website. Mój website bardzo dobrze działa, ale Google ogranicza liczbę wchodzących ludzi, lewarowanie, pozycjonowanie w wyszukiwarce – jeśli szuka ktoś kosmetyków, to pierwsze dwie – trzy strony są zajęte przez firmy kosmetyczne, które są potentatami, a nikt dalej nie szuka, nie widzi.

                  Jeśli chodzi o angielski rynek, to była porażka z „Mississauga News”, natomiast polski rynek rozwija mi się najlepiej.

                  My jeszcze wierzymy w zioła, a może dlatego, że w Polsce jest jeszcze trochę linii dobrych polskich kosmetyków. Począwszy od kremu Nivea, który był najlepszym kremem, jaki kiedykolwiek został zrobiony, a polski Nivea z Poznania był najlepszą walutą, bo był dwa czy trzy razy lepszy od tego już zmodyfikowanego niemieckiego.

                  To zresztą jeden wielki skandal, bo to przypadło Polsce i to jest polski produkt, wymyślony przez polskiego Żyda, który nie mówił po niemiecku, tylko po żydowsku. Krem Nivea był doskonały, dlatego że jego twórca znalazł  rodzaj tłuszczu, który absorbuje 35 proc. wody. W tej chwili to jest już za drogi surowiec – on był chyba też z lanoliny wyselekcjonowany – a po drugie, te 35 proc. wody to jest za mało i dlatego ciągle robi się modyfikacje.

                  Ale polskie zioła... Gdy w Polsce prowadziłem firmę kosmetyczną, to kontaktowałem się z różnymi ludźmi. Były na przykład ekstrakty polskie tatarakowe, superremedium na wypadanie włosów. To nie wyszło, dlatego że okres przechowywania tataraku był pięcio- czy może siedmioletni, żeby uzyskać ten ekstrakt. No i całe przedsiębiorstwo zostało skasowane w 1939 roku. Aroma, która w Henrykowie pod Warszawą, która miała to produkować, potem się skoncentrowała tylko na zapachach syntetycznych.

                  Jest wiele polskich osiągnięć w tej dziedzinie?

                  Polskich osiągnięć mamy mnóstwo w każdej dziedzinie.

                  Tylko nie potrafimy ich wykorzystać i sprzedać?

                  Zazwyczaj ktoś inny zabiera i to robi.

                  Cóż, mam nadzieję, że to nie jest nasza ostatnia rozmowa. Pan ma olbrzymią wiedzą na temat chemii użytkowej i chciałbym, żeby Pan  pomógł nam rozeznać się w  tym świecie.

                  Jak włosy wypadają, to nie boli, ale dam taki przykład, że jak ja wychowywałem moją córkę, to prałem 30 pieluch dziennie i myłem ją dziesięć razy dziennie, za każdym razem jak się zsikała.

                  W tej chwili mamy suche pieluchy, które są „bardzo ekologiczne”; potrzebują 600 lat do rozpadu w środowisku. One są suche w dotyku, ale uryna wpływa cały czas na skórę dziecka, na najbardziej wrażliwe miejsca. Kiedyś dziecko uczyliśmy, żeby po ośmiu miesiącach maluch już nie siusiał w pieluchy, dzisiaj się zdarza, że dzieci idą z pieluchami do szkoły, skoro to jest takie wygodne. Jeżeli jeszcze do tego używa się taniego kremu (na diaper rush), to nie tylko, że się buduje alergię od moczu, który jest po to wydzielany, żeby już nie był w organizmie, ale się jeszcze buduje alergie związane z konserwantami.

                  Tworzymy w ten sposób pokolenie alergików, a alergia może być przyczyną wszystkich innych chorób skórnych, przez łuszczycę, egzemy itd. To jest właśnie przykład takiego działania na skróty – to jest wygodne, każdy chce tego użyć, ale nikt się nie zastanawia, jakie to ma konsekwencje.

                  Zrobiłem krem na diaper rush, właściwie nie dla dzieci, tylko dla Murzyna, który ważył osiemset funtów i w lecie nie mógł chodzić, bo się odparzał. Ten krem działa, ale to jest właśnie ten problem, żeby trafić do odbiorców z informacją, jak można temu zapobiegać. Trzeba również dzieci uczyć, żeby te pieluchy były tylko do czasu, kiedy są naprawdę konieczne.

                  Z wypadaniem włosów jest podobnie. Często nam się wydaje, że dbamy o głowę, a robimy coś przeciwnego.

                  Człowiek sobie nie zdaje sprawy, że sam sobie zaszkodził, i narzeka na żywność. Alergeny atakują ze wszystkich stron, ale są miejsca, gdzie można w sposób łatwy je zahamować.

                  Dziękuję za rozmowę. I do następnego razu. 

piątek, 27 kwiecień 2018 07:38

Jestem dumny, że jestem Polakiem

Napisał

Z właścicielem „Miami”, nowego polskiego sklepu hurtowego w Mississaudze, o sklepie i potencjale handlu z Polską rozmawia Andrzej Kumor.

        Andrzej Kumor: Nie było tutaj jeszcze takiego sklepu, nikt nie wymyślił czegoś takiego, żeby zrobić sklep niskokosztowy. Skąd pomysł, kiedy Pan wpadł na to, żeby otworzyć tego rodzaju biznes?

        Krzysztof Werocy: Pomysł zrodził się w mojej głowie dość dawno temu, realizacja przyszła dość późno. Podyktowane to było przede wszystkim jakąś moją małą frustracją, bo jak wszyscy, zaopatruję się w polskich sklepach i któregoś dnia stwierdziłem, że to jest już tak drogo, że tak drogo być nie może. 

        A że miałem porównanie, bo jeździłem dość często do Polski, byłem największym importerem polskich sezamek, sprzedawałem do wszystkich dużych sklepów, typu Costco, Walmart, Loblaws itp.; sprzedawałem tego 500 ton rocznie, więc ze względu na to, że bywałem dość często w Polsce, na bieżąco byłem z cenami.          

        Struktura sprowadzania towaru z Polski jest dość prosta. Ktoś musi to zapakować w Polsce, jest to firma polska. Druga musi być firma-hurtownia, która odbiera w Kanadzie, w większości właścicielami są Polacy, ale nie tylko. Mamy firmę pakującą towar w Polsce – jest jeden narzut, firmę, która sprowadza tutaj, nazwijmy ją hurtownią – musi zrobić drugi narzut, i to niemały, ze względu na to, że są dość duże koszty transportu, ludzi, i to podnosi cenę, oraz jest jeszcze oczywiście narzut sklepu, który musi zatrudnić odpowiednią liczbę ludzi, ma koszty itd. 

        Więc znalazłem w tym wszystkim możliwość, żeby coś uciąć.

        Jedną część usunąć.

        Tak. Zrodził się pomysł, żeby sprowadzać towar bezpośrednio i od razu go sprzedawać. 

        Co to daje? Dwie rzeczy. Można sprzedać taniej, ja zresztą zawsze to w radiu mówiłem, że nie tyle „można sprzedać taniej”, tylko „można kupić taniej”, więc to jest takie nasze generalne hasło, że „można kupić taniej”. Ale żeby „można było kupić taniej”, my też musimy kupić taniej, gdzieś obciąć koszty i my te koszty, na tyle ile się da, obcinamy.

        Dwa – ważną rzeczą jest, że przy takiej sprzedaży nie ma większego, a powiedziałbym prawie wcale nie ma problemu, że naszym produktom kończy się data przydatności. Oczywiście, może się coś zdarzyć, ale to są tak małe ilości, że jeżeli nam coś zostanie, to oddajemy jako dary czy do kościołów, które pomagają biednym, czy gdzie indziej. Oni sprawdzają i uważają, że te produkty dalej są dobre. 

        Trzy – ze względu na to, że nasza sprzedaż jest trochę inna niż w typowym polskim sklepie, więc my dużo produktów sprzedajemy z palet. Dlaczego z palet? Bo znowu koszty są obcięte, pracownik nie musi naklejać na każdy produkt ceny, co wiąże się z dużą liczbą niepotrzebnych godzin, bo jeśli będzie cena ładnie pokazana na palecie, to każdy ją zobaczy. Jeżeli nie, to zawsze może się spytać. 

        Wiele robimy, żeby towar był świeży. Co znaczy świeży? Jeżeli płynie dwa czy trzy tygodnie, to w dniu rozładunku jest na półce lub w najgorszym przypadku na drugi dzień. 

        Jesteśmy oczywiście też otwarci na nowości, bo to jest ważne – nowości. Ludzie są znudzeni ciągle tym samym. Oczywiście, są produkty, które idą cały czas, mąka, woda... i ptasie mleczko – żartuję oczywiście. 

        Reprezentowałem kiedyś fabrykę, myśmy to z fabryką założyli, która produkuje ptasie mleczko, sezamki itd., aktualnie oni poszli w innym kierunku, tylko w swoich produktach, a ja w stu procentach tym zarządzam, jestem właścicielem i robię wszystko teraz, żeby to usprawnić. Dużo inwestycji jest potrzebnych, które usprawnią to miejsce.

        Jak Pan wybrał miejsce, dlaczego akurat tutaj? Jedni mówią, że na uboczu, bo trzeba tu zajechać, inni mówią, że słabo widać. 

        Chodziło o prostą sprawę;  powstały tutaj, z tyłu za nami, Walmart, Costco. Są to sklepy, które są od paru lat, nie są długo. Główne dwa skrzyżowania, gdzie Polacy robią zakupy, typu Dundas i Dixie, są blisko, więc łatwość dostania się. 

        Następna sprawa, która się z tym wiąże. Czekałem na ten lokal parę lat. Tu były różne biznesy. Akurat tak się stało, że jeden lokal się zwolnił, więc doszedłem do wniosku, że to jest wystarczająca powierzchnia. A okazuje się, że co i raz dobieram następne. Dzisiaj dysponujemy 15 tys. stóp kwadratowych i  planujemy kolejne, żeby było otwarcie na drugą stronę budynku, gdzie jest możliwość parkingu nawet na dwieście aut. 

        Mamy projekt, będziemy o tym rozmawiać z miastem, żeby ze stacji GO zrobić tutaj furtkę, nie trzeba nic więcej; żeby i tamten parking można było wykorzystywać, bo na weekendy jest przeważnie pusty, w ten sposób ludzie mogliby z drugiej strony sobie wejść i zrobić zakupy. 

        Planujemy też zrobienie polskich dań, czyli po angielsku mówiąc hot table, dania, które będą na miejscu i na wynos. To jest bardzo ważne, będzie można na miejscu sobie usiąść i wypić kawę. 

        Jest wiele możliwości, żeby oprócz typowego sklepu, hurtowni – różnie to nazywamy, bo to są podstawowe rzeczy – żeby można było kupować nasze wyroby, czyli deli. Idzie to w bardzo fajnym kierunku, więc też szukamy wielu producentów, nie opieramy się na jednym.

        Mówił Pan o towarach, że są trochę inne niż w zwykłym polskim sklepie. Ale są tu i wędliny, i mięso, i jest nabiał.

        Wejdę w słowo, mięsa jeszcze nie ma, będzie wprowadzone w momencie uruchomienia hot table, ale sprowadzamy sery, białe sery i różne desery do tego, sprowadzamy je bezpośrednio z Polski samolotem i przeważnie co środy i w czwartek już wykładamy na półki. To jest ważne, bo chodzi o datę przydatności, żeby było świeże. Staramy się; nie są to akurat jeszcze, według mnie, te ceny serów, które powinny być, ze względu na kanadyjskie cła sięgające 200 proc.

        Jak to jest z tym wolnym handlem?

        Jeżeli chodzi o sery, to jeszcze nie działa. Mamy wiadomości bezpośrednio z Food Administration kanadyjskiego, że od Nowego Roku będą duże zmiany. A ze względu na to, że posiadam licencję na sprowadzanie, więc na pewno, jeżeli te wszystkie zmiany zajdą, u nas też zajdą zmiany „na plus”, czyli na minus w cenach – będzie taniej, bo o to tu tylko chodzi.

        Kolejna rzecz, „Miami”. Miami się kojarzy z tym, że wielu ludzi ma tam posesje czy wyjeżdża na wakacje. Dlaczego Miami to polski sklep?

        Dużo ludzi zadaje to pytanie. 

        Po pierwsze, ze względu na to, że byłem przedstawicielem firmy polskiej, która w Bełchatowie produkuje wyroby słodkie – oni produkują dość dużo tego, kontener dziennie, i to jest wysyłane po całym świecie, nawet mało jest tego produktu w Polsce – więc na początku ja byłem ich przedstawicielem, stąd ta nazwa Miami. 

        Po drugie, Miami się fajnie kojarzy, bo Miami kojarzy się z ciepłem, z czymś, co jest fajne. Więc myślę, że zrobimy tak, żeby tu też było fajnie. 

        Planujemy też dać tutaj palmy, żeby wszyscy widzieli, że „jedziemy tam pod palmę”, żeby było wesoło. 

        Jesteśmy otwarci na wszystkie sugestie, na nowości, zrobimy też specjalną skrzynkę, do której będzie można wrzucać zdjęcie czy nazwę towaru i w miarę możliwości – a wszystko jest możliwe – to będziemy chcieli na początku w małych partiach, a jak będzie się sprzedawać, to w większych partiach to sprowadzać.

        Mamy akurat ten plus, że kontenery płyną do nas praktycznie co dwa tygodnie, więc możemy dużo rzeczy dokładać. Wybieram się do Polski, żeby przypilnować, żeby było jak najwięcej nowości. I najważniejsze, będę pracował, żeby produkty były bezglutenowe i bez cukru plus dietetyczne, całe półki, bo dzisiaj jest trend, że dużo ludzi właśnie szuka takich produktów.

        Zapomniałem powiedzieć o najważniejszej rzeczy, że oprócz tego wszystkiego mamy tutaj również chemię. Pod chemię podciągam, oprócz typowych proszków polskich, płynów do płukania itd., również linię kremów Ziaja, wszystko co tylko Ziaja produkuje, do tego dochodzi teraz jeszcze Biały Jeleń, ale jesteśmy otwarci na różne inne sugestie odnośnie do kosmetyków. Będą też niespodzianki, ale nie chcę wyprzedzać, jak będą, to wtedy powiem.

        Jak Pan ocenia jakość polskiej żywności? Niektórzy mówią, że wchodzą do Polski duże firmy, koncerny i że zaczyna być tak jak w Niemczech, tak jak we Francji. Gdzie szukać tej prawdziwej, dobrej polskiej żywności?

        Uważam, że nadal, w porównaniu do standardów polskich odnośnie do nie tylko żywności, ale produkcji żywności, to my w Kanadzie jesteśmy bardzo daleko w tyle. 

        Polska w żywności jest bardzo nowoczesnym krajem; opakowania, jakość. Dam przykład. Każdy z nas próbował i zwykle lubi ptasie mleczko. Wszyscy je zachwalali, bo Wedel był najlepszy. Dzisiaj okazuje się, że to już nie jest prawdą, że Wedel jest najlepszy. Miałem ptasie mleczka i wedlowskie, i z Odry, i od różnych innych producentów, i okazuje się, że najlepsze jest to z Majami, które jest robione – bo to jest też ważne – na maśle, o czym nie każdy wie, na czym jest robione, więc ja znam całą produkcję, zresztą pomagałem też ustawiać w Bełchatowie linię produkującą sezamki, więc z punktu technologicznego produkcję znam, przydatność, pakowanie, że jest pakowane na dwóch tackach, że to jest o dwa miesiące dłużej, a to też jest ważne, nikt zresztą nie będzie trzymał ptasiego mleczka sześć miesięcy – ale inne nawet jakości. 

        Zresztą jeździcie Państwo do Polski, to macie przykład wędlin itd. Jest możliwość – będziemy nad tym pracować, żeby niektóre suche wędliny ściągać do Kanady. To się polepsza, wszystkie obostrzenia, zmiany idą w dobrym kierunku. Każdy powie, no że przecież to się tu na miejscu produkuje, ale ja dalej twierdzę, że to, co się tu produkuje, niech się dalej produkuje, ale to co się produkuje w Polsce, jest naprawdę dobrej jakości. 

        Niech Państwo sprawdzą, jak polskie firmy prężnie działają na tak ciężkim rynku, jak angielski, niemiecki, nie mówiąc o innych rynkach europejskich. Dzisiaj nie będę mówił o tym, że mam grupę, która wysyła naszą żywność, kilkaset kontenerów miesięcznie, do Stanów. Więc to o czymś świadczy.

        Oczywiście też będziemy wprowadzać inne etniczne produkty. Była Jugosławia, ja to nazywam Bałkany, dużo żywności ukraińskiej jest bardzo dobrej, rosyjskiej, mamy tu duży przekrój i chcielibyśmy być otwarci na inne rynki. My też niektóre rzeczy od nich kupujemy i konsumujemy.

        Więc jeżeli chodzi o jakość polskiej żywności, jestem pewien, że tym można zawojować rynek, nawet kanadyjski. Dużo firm nie jest przygotowanych lub nie było zainteresowanych rynkiem kanadyjskim, dlatego dużo opakowań jest w języku polskim i nie spełnia tutejszych norm. To będziemy zmieniać.

        Dlaczego nie interesowały się kanadyjskim rynkiem, czy przez to, że były cła?

        Przez cła, ale też dużo ludzi nie jest zainteresowanych lub nie zna tego rynku, bo to jest specyfika odległości. Nie wiedzą, że na tym rynku, jeżeli się zrobi opakowanie, które spełnia normy, czyli język angielski, francuski, nutrition facts, ta tabelka informacyjna itd., to mnóstwo naszych produktów można sprzedawać do sieci. Mam więc kilka projektów.

        Sieci supermarketów?

        Tak. Tym bardziej że z nimi już handlowałem i mam doświadczenie. Nieraz nawet główni „buyerzy”, czyli ci co kupują towary i zaopatrują np. Costco, pytali mnie, czy masz jeszcze jakiś towar polski? Dlaczego? Dlatego, że ta nasza sezamka tutaj jest w kolorze niebieskim, jest rozpoznawalna jak coca-cola. To było jeszcze wprowadzone przez firmy polskie, dawniej komunistyczne, 50 lat temu.

        Czyli jest olbrzymi potencjał tego rynku.

        Rynek jest chłonny, poza tym warto popracować nad niektórymi polskimi wyrobami, bo naprawdę mamy dobre. Mamy szansę sprowadzania ryb, których tu na rynku nie ma, mrożonych ryb, bo to jest najbezpieczniej i najprościej.

        A co jeszcze będzie w „Miami”?

        Myślimy o mrożonkach. Sprowadzamy już niektóre linie kapust i innych warzyw w wiaderkach, inaczej pakowane. Są  mniejsze firmy w Polsce, ale robią to bardziej smakowo, co też jest ważne. Mało tego, ponieważ mamy dość duży przepływ ludzi, mamy większą szansę niż przeciętny sklep dostawiania różnych produktów, w małych seriach, i testowania tego rynku.

        Myślę przyszłościowo o tym, co też robią inne duże sklepy, żeby tu też były stoiska, że jeżeli przyjdzie nowość, żeby ileś tego towaru było po prostu do spróbowania. Nie do kupienia, tylko najpierw trzeba spróbować. Aha, pasuje, kupuję, na tej zasadzie. 

        Trochę trzęsiemy na tym rynku. Coś się dzieje i zmienia, więc to też zmusza moją kochaną konkurencję, którą szanuję, w większości znam tych ludzi, i chodzi o to, że oni muszą też zrozumieć, że ten rynek potrzebuje pewnych zmian.

        Bo Polska się zmienia.

        Tak, Polska się zmieniła. Ludzie bardzo dużo podróżują, więc znają produkty. Telewizja polska – zresztą też mamy przedstawicieli, którzy u nas sprzedają bardzo prężnie programy, co też polecam ze względu na to, że wielu ludzi o to pyta. Jeżeli się kupuje gdziekolwiek skrzynkę i nie ma serwisu, to osoba starsza musi dzwonić gdzieś po Nowych Jorkach, Chicagach i nikt nie przyjedzie, nikt nie wymieni, nikt nie doradzi, jaki Internet, jaka prędkość itd. te detale. Dzisiaj, mając mamę 83-letnią, nie mam już 20 telefonów dziennie, że się skrzynka zepsuła. To też jest ważne. Nawet jak coś dostawiamy u nas, to ja muszę być pewny, że jest to pomocne dla ludzi, a nie szkodliwe.

        Na koniec chciałem zapytać, kim jest Krzysztof Werocy i jaka jest Pana historia, bo z tego co Pan mówi, rozpiera Pana energia?

        Trudno mówić o sobie. Jak każdego, kto tu przyjechał, a jestem tu już trzydzieści parę lat – drogi były różne. Były trucki, była dystrybucja ulotek na dużą skalę, później była dystrybucja sezamek. Zawsze się gdzieś kręciłem przy „kupił – sprzedał”, jak ja to nazywam. Dużo rzeczy też kupowałem w Kanadzie i wysyłałem do Polski, np. sprzedawałem kontenerami płytę pilśniową. Te połączenia z Polską dzisiaj owocują, bo są dobre kontakty, zdrowe, na biznesowym dość dobrym poziomie. Poza tym Polacy są tak zorganizowani, są tak ogromne hurtownie, tak pięknie zrobione...

        Jesteśmy przedsiębiorczym narodem.

        Tak... że ja jestem dumny, że jestem Polakiem. Dzisiaj przywożąc kogokolwiek z innego kraju do Polski, nie ma się czego wstydzić, a jest się czym pochwalić. 

        Dlatego, jeżeli robimy tu jakiś biznes, to też zróbmy go tak, żeby się było czym pochwalić. Wymyśliliśmy coś; raz, że jest taniej, dwa, żeby było przyjemniej itd. 

        Więc to nie jest tak, że ja się tylko nastawiam, jak w większości w biznesie, że to musi być zysk. To też musi być coś, co po prostu lubimy. Jestem otwarty na każdą krytykę, słucham, przyjmuję, jeżeli coś trzeba poprawić – poprawimy. 

        Ważna jest też atmosfera. Na razie mamy niedograne np. otwieranie drzwi, takie detale, więc trzeba to wszystko usprawnić, ułatwić. Nie jesteśmy długo na rynku, ale robimy co się da, a przynajmniej staramy się.

        Dziękuję serdecznie, gratuluję i cieszę się, że Polska ma w Panu ambasadora, bo gdyby tacy ludzie byli wszędzie, to Polska byłaby potęgą gospodarczą.

        Dziękuję i zapraszam wszystkich. 

        Zawsze można się spytać o mnie, jestem otwarty na wszystkie sugestie, bo uważam, że trzeba słuchać ludzi; tego, co jest potrzebne; nie tego co my sobie wymyślimy, ale tego, co rynek dyktuje...

piątek, 20 kwiecień 2018 07:32

Będę promować Polonię…

Napisał

        Natalia Kusendova jest znaną działaczką polonijną, ubiegała się kilka lat temu o stanowisko trustee szkolnego w Mississaudze. Działała w ontaryjskiej Partii Postępowo-Konserwatywnej. Obecnie ubiega się o nominację partii na posła do legislatury Ontario w okręgu Mississauga-Centre.

Andrzej Kumor: Pani była już kandydatem na trustee szkolnego, co Panią skłoniło, żeby ponownie wdać się w politykę? 

        Natalia Kusendova: Zawsze miałam ochotę na wkroczenie w życie polityczne. W 2014 były wybory w Mississaudze, a właśnie taka pozycja kuratora oświaty, szczególnie że startowałam do katolickiego school board, dla mnie była ważna, żeby mówić o wartościach chrześcijańskich, katolickich i chronić edukację katolicką tutaj w Ontario i Mississaudze, dlatego że była mowa na temat amalgamacji tych dwóch systemów, czyli publicznego i katolickiego. Uważam, że jest ważne, żeby te dwa systemy dalej istniały, dlatego też startowałam w tamtych wyborach. Wtedy, to było cztery lata temu, byłam dosyć świeżo po moich pierwszych studiach, studiowałam biologię na UofT, i uważałam, że jakieś zmiany powinny zajść w szkolnictwie, dlatego że system high school, czyli poziomu średniej szkoły, nie przygotowuje odpowiednio uczniów do studiów uniwersyteckich, które są na o wiele wyższym poziomie. Chciałam się skupić na tzw. mentoringu, żeby troszeczkę podnieść poziom studiów średnich, ale też żeby połączyć uczniów z profesjonalistami w swoich zawodach. Więc to był jeden punkt mojej kampanii wtedy.

        Drugim punktem była żywność w szkołach, bo to, co serwują naszym studentom w kafeteriach, to jest jedzenie bardzo mało wartościowe, to jest fast food. Chciałam wkroczyć w życie publiczne, kurator to jest taka półetatowa publiczna pozycja i wtedy się czułam na siłach, żeby to robić.

        – Pani bardzo dobrze mówi po polsku. 

        – W wieku 12 lat imigrowaliśmy z mamą i bratem, jeszcze wtedy ojciec był, do Kanady. Emigrowaliśmy z Czech, z Pragi.

        – Pani mama jest Polką?

        – Mój ojciec jest Słowakiem, mama Polką. Mam bardzo silne polskie korzenie. Jak byłam dzieckiem, mieszkaliśmy w Europie, w różnych krajach, ale zawsze do babci, do Polski, na Podkarpacie, jeździliśmy na wakacje, na ferie i bardzo sobie ceniłam i cenię polskie korzenie.

        Gdziekolwiek byłam, zawsze mama wysyłała mnie do polskiej szkoły, sobotniej czy czwartkowej, gdziekolwiek by to było, i dlatego mój język polski jest na dość dobrym poziomie. Do dzisiaj piszę, działam w Polonii, używam polskiego na co dzień, jeżdżę do babci do Polski przynajmniej raz w roku, czasami dwa. 

        Zaczęłam działalność polonijną w harcerstwie, gdzie przez wiele lat byłam zastępową, potem pełniłam wyższe funkcje, prowadziłam drużynę harcerek, obozy letnie, może siedem – osiem lat byłam szczepową obozów letnich. Harcerstwo wpoiło we mnie jeszcze patriotyczne, religijne wartości, naukę o historii Polski. Ja przecież nie chodziłam nigdy do polskiej szkoły dziennej, tylko do sobotniej. Nauka o historii Polski – wszystko wyniosłam z harcerstwa i harcerstwu zawdzięczam ten patriotyczny duch i że się nauczyłam o wszystkich zasługach Polaków na świecie.

        Później moja działalność przerodziła się w działalność studencką, jak już byłam na uniwersytecie, kiedy utworzyliśmy organizację pod nazwą Polska Inicjatywa Studentów w Kanadzie, i różną inną działalność, różne konferencje dla młodzieży polonijnej, takie już bardziej networkingowe, pod hasłem „Quo Vadis”, wiele razy, może siedem czy osiem edycji, byłam związana z ich organizacją lub sama osobiście je organizowałam. Zawsze, przez całą moją kadencję tutaj – a mieszkam już osiemnaście lat w Kanadzie – byłam bardzo ściśle związana z Polonią. Dzisiaj jestem w Zarządzie Głównym Kongresu Polonii Kanadyjskiej, gdzie udzielam się jako dyrektor i jestem odpowiedzialna właśnie za wdrażanie młodzieży do naszej działalność plus też staram się pomóc w różnych rzeczach. Jestem też w zarządzie Stowarzyszenia Polskich Weteranów Koło nr 20 na Beverley Street, gdzie staram się też pomóc w różnych sprawach. Dla mnie działalność polonijna to jest oczywiste, to jest coś, co robię i moi znajomi mnie z tego znają, i sobie to bardzo cenię. Ale oprócz działalności polonijnej zajmuję się też działalnością polityczną od ostatnich czterech lat, co, uważam, jest bardzo ważne, bo jako Polonia powinniśmy się także angażować politycznie.

kusevdova1618

        Moje wartości zawsze były bliskie Partii Konserwatywnej. Gdy byłam młodsza, studiowałam biologię, więc za bardzo nie zwracałam uwagi na politykę, ale od kiedy zaczęłam studia pielęgniarskie i zobaczyłam, jak nasz system zdrowotny kuleje, wtedy naprawdę otworzyłam oczy, że my, jako Kanadyjczycy, jesteśmy dumni z naszego systemu zdrowia, że to jest universal health care system, a jednak jak się widzi rzeczywistość, jak się w tym jest, jak się w tym pracuje, już jako studentka pielęgniarstwa – to jest mój drugi fakultet, który ukończyłam – widziałam, jakie są potrzeby zmiany w tym systemie. 

        – Ale liberałowie mówią my to zmieniamy, dajemy na to pieniądze.

        – Przez ostatnie cztery lata, kiedy się dosyć blisko interesuję polityką prowincyjną, przez pierwsze trzy lata nie było inwestycji w służbę zdrowia. Powiem więcej, bodajże od roku 2012 do 2016, przez cztery lata, w Ontario były zamrożone budżety dla szpitali. To jest fakt. Nawet jeżeli inflacja poszła w górę 2 procent, budżety szpitalne były zamrożone przez cztery lata. Co to oznaczało? Szpitale w Ontario nie mogą mieć deficytu, czyli nie mogą wydać ani dolara więcej, niż im daje rząd. Jeśli nie mają zwiększonej puli pieniędzy nawet o inflację, a jest społeczeństwo, które potrzebuje coraz więcej, starzejące się społeczeństwo...

        – I jest więcej ludzi.

        – Jest więcej ludzi, a nie ma żadnego wzrostu budżetu. To powoduje, że szpitale przez te cztery lata musiały pielęgniarki zwolnić – w 2015 tysiąc pielęgniarek w Ontario straciło pracę – musiały zamknąć sale operacyjne, dlatego na przykład teraz się czeka w Ontario rok na wymianę stawu biodrowego albo stawu kolanowego, i musiały też zmniejszyć liczbę łóżek szpitalnych. To jest fakt, że przez cztery lata były zamrożone budżety. I teraz, gdy jest czas wyborów i na rok przed nimi – w zeszłym roku była niewielka inwestycja, no i w tym roku jest wielka inwestycja. Teraz, gdy jest czas na głosowanie, to liberałowie zdecydowali, żeby kupić nas za nasze własne pieniądze. Dlatego w ostatnim budżecie, w którym jest osiem miliardów dolarów deficytu, postanowili, że będzie wszystko dla wszystkich. Jeśliby to ogłosili cztery lata temu, mogłabym powiedzieć, że to jest słuszne i starają się coś zmienić...

         Dla mnie to jest fałszywe. I myślę, że ludzie w Ontario i ci, którzy będą głosować, już się nie nabiorą na takie fałszywe triki i widzą przez to, że rząd liberalny nie jest dla nas, nie jest dla ludzi, tylko fałszywie nam robi nadzieję. Jeszcze jedna bardzo ważna sprawa – jesienią zeszłego roku premier, jak również minister finansów Sousa obiecał, że budżet będzie zbilansowany na koniec ich czteroletniego panowania. I co się okazało? Teraz, jak jest czas na głosowanie, ogłosili budżet z ośmiomiliardowym deficytem. Jak my możemy, jako głosujący, ufać takiemu rządowi, który najpierw, sześć miesięcy temu, mówi: OK, zbilansujemy nasz budżet, a później się okazuje, że nie, kolejne osiem miliardów deficytu. W Ontario mamy zadłużenie już na ponad 300 miliardów. Ludzie może sobie nie zdają sprawy, jaki straszny jest to dług. Oprócz tego są oczywiście odsetki, będziemy to spłacać do końca życia. Nie tylko my, także nasze dzieci. Mamy większy dług niż Kalifornia. Uważam, że jest czas, żeby skończyć z takim szastaniem pieniędzmi przez rząd. Myślę, że ludzie w Ontario się budzą, bo prowadzę kampanię, chodzę od do domu do domu, rozmawiam z ludźmi, mówią, że głosowali kiedyś na liberałów, ale w tym roku będą głosować na konserwatystów.

        – Oprócz spraw ekonomicznych, są też sprawy społeczne. Jedną z takich zmian, które były bardzo szeroko oprotestowywane, jest zmiana w programie wychowania seksualnego.         

        – Tak, popieram stanowisko Douga Forda, który powiedział, że he will repeal and replace Kathleen Wynne’s sex-ed curriculum, czyli że program będzie wymieniony i poprawiony, i ja to w stu procentach popieram. Jako pielęgniarka i osoba, która działa w służbie zdrowia, uważam, że jest potrzebna edukacja dla dzieci, jeśli chodzi o wychowanie fizyczne plus seksualność, ale musi to być odpowiednie do wieku i rodzice muszą być włączeni do konsultacji i też w pisanie tego programu. 

        To, co dla mnie jest szokujące, to że ten program rządu Kathleen Wynne był napisany przez człowieka, który jest oskarżony o pornografię dziecięcą.

        Dla mnie jest absurdalne, że coś takiego w Ontario mogło przejść, że taki człowiek napisał program, według którego potem nasze dzieci się uczą. Dzisiaj wszystko jest w Internecie, nasze dzieci dużo się uczą z Internetu, więc uważam, że jakiś poziom edukacji seksualnej powinien być, ale to musi być, po pierwsze, konsultowane z rodzicami, też pisane razem z rodzicami i musi to być odpowiednie wiekowo. Dzieci w trzeciej klasie nie powinny się uczyć o pewnych sprawach, o których się teraz uczą. Więc ja jestem w stu procentach przeciwko temu programowi i mam nadzieję, że jak stworzymy konserwatywny parlament, przejdziemy przez wszystkie, nie tylko seksualne, programy nauczania, bo nawet w matematyce, języku angielskim, Ontario potrzebuje przygotowywać naszych uczniów do wyższego poziomu, dlatego że wyniki uczniów w Ontario, niestety, w tej chwili nie są nawet na poziomie kanadyjskim, tylko są poniżej. Więc uważam, że musimy cały program nauczania przejrzeć, odnowić i wprowadzić zmiany. Jestem za tym w wypadku sex-ed w stu procentach.

        – To zostając przy sprawach społecznych i sprawach, które są gorącym kartoflem, czyli takich, których nikt nie chce dotknąć – to jest kwestia aborcji. W dzisiejszym systemie nie ma nawet obowiązku udzielania jakichkolwiek konsultacji, to znaczy żadnego poradnictwa. Czy Pani nie sądzi, że powinno się tutaj zapewnić kobiecie więcej informacji?

        – Powinno się informować o ryzyku itd., więc na pewno powinno to odbywać się w sposób bardziej rzetelny, i wydaje mi się, że to powinno być więcej niż jedna konsultacja, to powinno być kilka konsultacji, też może konsultacja z psychologiem, żeby się upewnić, że to jest rzeczywiście decyzja świadoma i że to jest coś, co ta kobieta życzy sobie zrobić. Tak jak Pan powiedział, to jest kwestia federalna, ale my to finansujemy, my, z naszych pieniędzy, podatnika, są finansowane aborcje i po prostu uważam to za niesłuszne i tak nie powinno być. Ale tak jak Pan mówi, to jest kwestia federalna i na szczeblu prowincyjnym nie za bardzo możemy już z tym walczyć, dlatego że to już było przesądzone federalnie. Chyba że się zmieni w przyszłym roku rząd federalny i wtedy możemy zadziałać razem z naszą Partią Konserwatywną na tym szczeblu.

        – Co Polonia będzie miała, jeśli Pani będzie posłanką do legislatury Ontario?

        – W Mississaudze mamy ponad 100 tys. ludzi, którzy są Polakami drugiej generacji, którzy się czują Polakami. Uważam, że to jest trochę smutne, że nie mamy w tej chwili naszej reprezentacji czy to w radzie miejskiej, czy to na szczeblu federalnym, czy prowincyjnym. Nie ma Polaków, którzy by byli na takich stanowiskach. Myślę, że dużo jako Polonia się zasłużyliśmy, budując Kanadę, budując Ontario. Płacimy przecież podatki, pracujemy, i ważne jest, żeby nasz naród też był reprezentowany. Wszyscy oczywiście jesteśmy i czujemy się Kanadyjczykami, ale mamy te polskie korzenie i polskie wartości. Czy to są wartości katolickie, czy to są wartości na przykład tylko konserwatywne, czy tradycyjny model rodziny, który ja szanuję, promuję i też chcę wdrażać w swoje życie. Myślę, że to są wszystko ważne rzeczy. Dobry przykład to sikhowie. Sikhów jest czterysta tysięcy w Kanadzie, a mają bardzo dużo posłów we wszystkich parlamentach, nawet teraz wiele pozycji w gabinecie ministrów. A my jako Polonia, a jest nas 1,1 miliona w Kanadzie, mamy jednego posła Toma Kmiecia, który jest w Albercie. Uważam, że stać nas na więcej i dlatego też startuję i dlatego też popieram Kingę Surmę, która startuje. I jeśliby ktoś startował z ramienia innej partii, to też bym tę osobę popierała. Oczywiście może nie bezpośrednio, ale w inny sposób. Uważam, że jest ważne, żebyśmy jako Polonia angażowali się w sprawy tego kraju, bo przecież mieszkamy tutaj, płacimy podatki tutaj, więc ważne jest, żeby mieć swój głos, swoją perspektywę i wnosić zmiany takie, które my chcemy wnosić. 

        Jeśli zostanę posłem tutaj, w rejonie Mississauga-Center, gdzie mieszkam szesnaście lat, gdzie się wychowałam, tutaj należę do parafii św. Maksymiliana Kolbego – jestem po prostu w tej społeczności i będę silnym głosem, reprezentując nasze sprawy, będę promować Polonię w parlamencie i będę pracować na rzecz Polonii. Moje drzwi będą otwarte dla wszystkich, nie tylko dla Polaków, dla wszystkich, no ale przede wszystkim, wiadomo, dla Polaków. Na co mogą Państwo liczyć? Że moje drzwi zawsze będą otwarte i wszystkich poglądów wysłucham i będę promować te, które są ważne dla nas jako Polonii w Kanadzie.

        – Bardzo dziękuję i życzę powodzenia.

sobota, 21 kwiecień 2018 07:29

Rodzina, wolność, gospodarka

Napisał

        Tanya Granic Allen jest znaną działaczką społeczną w Ontario, niedawno ubiegała się o przywództwo w ontaryjskiej Partii Postępowo-Konserwatywnej, by ostatecznie poprzeć kandydaturę Douga Forda. Obecnie ubiega się o nominację partii na posła do legislatury Ontario w okręgu Mississauga-Centre.

Goniec: Niektórzy twierdzą, że w polityce chodzi głównie o zagadnienia gospodarcze. Pani jest uważana za konserwatystkę społeczną, dlaczego, Pani zdaniem, sprawy społeczne są ważne?

Tanya Granic Allen: Są bardzo ważne, choć sądzę, że gospodarka na wiele sposobów wpływa na rodziny, również w sprawach społecznych; jeśli ludzie są obciążeni wysokimi podatkami czy wysokimi opłatami za korzystanie z energii elektrycznej, to znaczy, że rodzice muszą ciężej pracować, a to często oznacza mniej czasu dla dzieci i rodziny.

        Kiedy ubiegałam się o stanowisko lidera partii, uświadomiłam sobie, że wielu rodziców nie zdaje sobie sprawy, co dzieje się w systemie oświatowym – na przykład jeśli chodzi o wychowanie seksualne. Dlaczego więc uważam, że jest to ważne? Bo dzieci są przyszłością Ontario; to, w jaki sposób są wychowywane i jakie wartości są im przekazywane, określi to, jak wyglądać będzie przyszłość prowincji. Ważne jest nie tylko to, jaki jest poziom  nauczania przedmiotów, które mają w szkołach, ale również czego się uczą.

        – Pani pracowała do Parents As First Educators (PAFERE)?

        – Tak, obecnie moja praca jest tam zawieszona,  ale stamtąd wiele osób mnie zna.

        – Organizacja powstała po tym, jak wprowadzono nowy program nauczania seksualnego?

        – Wcześniej, nie byłam przewodniczącą od samego początku, była nią dr Teresa Pierre. Organizacja powstała w 2010 roku, ja przyszłam w 2016 i to, z czego jesteśmy najbardziej znani przez minione kilka lat, to działalność publiczna w wielu kwestiach, szczególnie odnośnie do nowego programu nauczania seksualnego, ale także takich jak ustawa 89, która została uchwalona rok temu (ustawa ta m.in. pozwala władzom na odbieranie dzieci rodzicom, którzy nie szanują ich orientacji seksualnej – red.), która ma destrukcyjny wpływ na ontaryjskie rodziny.

        – Ludzie o przekonaniach konserwatywnych często są uważani za anachronizm, wiele osób twierdzi, że najważniejsza jest gospodarka, to zaś są sprawy społeczne, które wprowadzają podziały, jak choćby kwestia małżeństw homoseksualnych czy aborcji, czy uważa Pani, że sprawy te są ważne? Jakie jest Pani stanowisko w sprawie aborcji?

        – Wszyscy wiedzą,  że jestem pro-life. 

        – W Kanadzie nie mamy żadnego prawa aborcyjnego, co, Pani zdaniem, powinno się więc zrobić, od czego zacząć?

        – Każdy wie, że jako katolik, jestem pro-life. Te sprawy leżą w gestii federalnej.

        – Tak, ale odpowiedzialność za świadczenie  opieki medycznej już nie jest sprawą federalną.

        – No właśnie, dlatego naszym zdaniem, lekarze powinni mieć wolność sumienia czy kierować lub nie kierować na wspomagane samobójstwo, a to stało się tutaj u nas, w Ontario, olbrzymim problemem, podczas gdy w Ameryce czy w innych prowincjach wolność sumienia lekarzy jest szanowana, to samo dotyczy Personal Support Workers czy pielęgniarek.

        – A co z poradnictwem? Obecnie, kiedy kobieta chce się poddać aborcji, nie otrzymuje żadnej niezależnej informacji, jedyne informacje, jakie uzyskuje, pochodzą od zakładu usługowego – przychodni aborcyjnej, która jest nastawiona na zysk.

        – Wielokrotnie jasno mówiłam, że wierzę w wolność ekspresji, wolność religii i wolność sumienia, i w tym mieści się również wolność do bycia poinformowanym. Sądzę więc, że powinniśmy zachęcać do otwartego dialogu na temat wszystkich spraw i pozwalać ludziom decydować o sobie, ale oni nie są w stanie podejmować tych decyzji, jeśli nie dysponują odpowiednimi informacjami. 

        – Jest Pani zwolenniczką wolności wypowiedzi, czy powinna być ona w jakiś sposób ograniczona?

        – Dobra demokracja pozwala na wolną i otwartą wymianę poglądów; nie wierzę w konieczność niańczenia debaty. Mój ojciec wyjechał z komunistycznego kraju, gdzie miał to doświadczenie, i wielu z nas, imigrantów słowiańskich, pamięta te dni i wie, że to nie były dobre czasy. Musimy stronić od tego rodzaju totalitarnego systemu rządzenia. 

        – Gdzie postawić granice? 

        – Myślę, że przy jakiejkolwiek ekspresji, bo mamy w Kanadzie wolność ekspresji, która nawołuje do fizycznej przemocy, tu bym postawiła granicę.

        – Jesteśmy społeczeństwem wielokulturowym, przyjechaliśmy tu z wielu stron świata, przywieźliśmy różne poglądy na sprawy społeczne, na temat roli kobiet, małżeństwa, jak by Pani określiła, co to znaczy być Kanadyjczykiem; jak by Pani określiła „kanadyjskie” wartości?

        – Jesteśmy teraz w Mississauga Centre i dużo osób, które wybrały Ontario i Mississaugę dla swych rodzin, podziela konserwatywne wartości i zasady. To znaczy, że chcą wychowywać dzieci tak, jak to uznają za najbardziej właściwe, to znaczy są przeciwko seksualizacji dzieci w wieku szkolnym i ja nawet nie uznaję tego za kwestie konserwatyzmu społecznego.

        Mamy obecnie program nauczania seksualnego opracowany po części przez osobę skazaną za pornografię dziecięcą, Bena Levina. Nie trzeba być konserwatystą społecznym, aby uznać, że to parodia. To parodia i to powinniśmy wstrzymać. Tymczasem Kathleen Wynne i jej liberałowie tutaj, w Mississaudze, nic z tym nie robią – a to jest porażające. Dlatego postanowiłam ubiegać się o przywództwo w Partii Konserwatywnej, dlatego chcę reprezentować okręg Mississauga Centre i mówię, „nie”, bo w Ontario będziemy pierwszoplanowo traktować dzieci i  rodziny. To zaś oznacza poprawę polityki gospodarczej, zredukowanie opłat za prąd, aby rodziny nie musiały wybierać między zakupami jedzenia a rachunkiem za prąd. Ale to oznacza również, że to te rodziny powinny decydować, jak ich dzieci są wychowywane, a nie rząd.

        – A co z prawem szarijatu, z kwestią islamskich nakryć głowy, czy, Pani zdaniem, powinny być one dopuszczone w przypadku osób w służbie publicznej?

        – Wierzę w wolność ekspresji i wolność religii; podobnie jak dla wielu innych kanadyjskich kobiet, wyjaśnienie moim własnym dzieciom (potrzeby noszenia) burki czy nikabu stanowi wyzwanie, ale to powiedziawszy, jeśli kobieta z własnej woli wybiera tego rodzaju strój, to jest to część wolności ekspresji.

        – Również w przypadku policjantek czy innych funkcjonariuszy?

        – Powtórzę, uważam, że ludzie powinni mieć wolność wypowiedzi i ekspresji, tak długo jak nie nawołują do fizycznej przemocy przeciwko innym.

        – Pytam tyle o wolność wypowiedzi, ponieważ żyjemy w czasach politycznej poprawności, która pewne tematy zalicza do tabu. Czy uważa Pani, że będzie mogła swobodnie mówić o tych sprawach w legislaturze? Czy będzie Pani w stanie poruszać te zagadnienia?

        – Jestem tutaj po to, by reprezentować Mississauga Centre i moi wyborcy oczekują ode mnie, bym silnym głosem mówiła o sprawach, które ich dotyczą, więc jeśli uzyskam tę nominację – tak, będą kontynuowała to wszystko – po to kandyduję. 

        Nie jestem tu, by dostać jakieś stanowisko czy tytuł; jestem tutaj, ponieważ uważam, że w naszym społeczeństwie istnieje potrzeba rozwiązania tych spraw, i cieszę się na możliwość pracy, aby je rozwiązywać. 

        Jeśli chodzi o cenzurę, tak, jestem przeciwko politycznej poprawności, przeciwko cenzurze, zwłaszcza w wydaniu rządu. Więc myślę, że ludzie mogą oczekiwać, iż będę wypowiadać się jasno i dobitnie, ponieważ tak powinien robić dobry poseł, który reprezentuje wyborców i daje im głos.

        – Jakie więc są główne sprawy, które  Pani poruszy w legislaturze?

        – Doug Ford jest liderem i to on wyznacza platformę partii. Jestem zadowolona, że mogę go w tym poprzeć, i uważam, że powinniśmy spotkać się i porozmawiać na temat wielu z tych spraw. Doug uznał, że nowy program edukacji seksualnej to problem, i zobowiązał się do odwołania narzuconej przez Kathleen Wynne agendy. Wielu ludzi właśnie dlatego na niego zagłosowało.

        – Czy, Pani zdaniem, edukacja seksualna powinna być nauczana w szkołach, czy też powinna to być odpowiedzialność rodziców?

        – Definitywnie jest miejsce w szkole na edukację seksualną. Studiowałam biologię i sądzę, że to ważne, pozostaje pytanie, co jest stosowne dla jakiego wieku, a to ile, i w jakim wieku, powinno być pozostawione decyzji rodziców. Nawet jeśli wprowadzimy lepsze wychowanie seksualne, które nie będzie szkodziło dzieciom, a będą rodzice, którym to nie będzie się podobało – to wciąż powinni mieć możliwość postanowienia, że ich dzieci nie będą tego nauczane. Wybór zawsze powinien należeć do nich, a nie do rządu.

        Jestem przekonana, że dzieci powinny mieć kursy edukacji seksualnej, zaś kiedy i w jakim zakresie, powinno być zdecydowane przez rodziców, skonsultowane z nimi.  

        – Proszę na koniec powiedzieć o swojej rodzinie i pochodzeniu, o Pani korzeniach.

        – Urodziłam się w Kanadzie, mój ojciec wyjechał jeszcze w czasach komunistycznej Jugosławii i przyjechał tu, do Ontario. Mama pochodzi z pięknej wyspy Malta. Rodzice poznali się tutaj na szkockiej zabawie w Toronto. To taka typowa emigracyjna historia z lat 60. Jestem jednym z pięciorga rodzeństwa, zawsze byliśmy bardzo aktywni społecznie. Zostałam wychowana i chodziłam do szkoły w Etobicoke. Potem poszłam na University of Western Ontario gdzie uzyskałam stopień w naukach politycznych, ale chodziłam też na kursy matematyki i nauk przyrodniczych. 

        Kiedy byłam w London, chodziłam do kościoła Matki Boskiej Częstochowskiej, nauczyłam się tam polskich pieśni. Byłam tam ubiegłej jesieni, ponieważ Andrzej Śpiewak zaprosił mnie na spotkanie.

        Mieszkałam i pracowałam w Mississaudze dla prywatnej firmy budowlanej jako menedżer, potem w ratuszu w Toronto, poznałam mojego męża, mamy czwórkę dzieci i jeszcze kilka miesięcy temu mieszkałam tutaj, w Mississauga Center, postanowiliśmy jednak kupić farmę i obecnie mamy 100 akrów ziemi na północy, więc dzielimy czas między GTA a północą.

        Korzenie mojego męża są tutaj, w Mississaudze, sięgają lat pięćdziesiątych, kiedy był wychowywany w Cooksville, w czasach gdy były tam głównie sady. Mój mąż ma pochodzenie szkocko-angielskie. 

        – Bardzo dziękuję i życzę powodzenia.

piątek, 13 kwiecień 2018 07:43

Wiem, że nasz program się podoba…

Napisał

        Minister mieszkalnictwa i pomocy społecznej Ontario Piotr Milczyn specjalnie dla „Gońca” komentuje najnowszy budżet prowincji. W związku z czerwcowymi wyborami prezentować będziemy na naszych łamach stanowiska poszczególnych partii biorących w nich udział.

Goniec: Oczywiście, na początku chciałbym zapytać o to, co wszyscy komentują w tym tygodniu, o nowy budżet. Dlaczego akurat teraz te wszystkie dobre rzeczy się pojawiły, a nie wtedy, kiedy Partia Liberalna w Ontario zaczynała rządzić? Czy to jest właściwy czas, aby wydawać pożyczane pieniądze?

Minister Piotr Milczyn: Przede wszystkim, wszystko, co robimy, ma ciągłość, weźmy opiekę dla dzieci, cztery lata temu wprowadziliśmy Full Day Kindergarten program, dzięki temu udało się powiększyć liczbę miejsc, a dalsza część planu była taka, żeby zwiększyć liczbę miejsc opieki dla dzieci i też dać więcej opieki dla dzieci młodszych. Przez ostatnie dwa budżety mieliśmy pieniądze, aby zwiększyć liczbę miejsc w daycares, i teraz powiedzieliśmy, że dla dzieci od 2 i pół roku do 4 lat, kiedy dzieci idą do kindergarten, daycare będzie za darmo, a to jest bardzo ważne dla rodziców małych dzieci. Sam mam młodą, dziewięcioletnią córkę i myśmy płacili 17 tys. dol. rocznie. Tak więc to jest kontynuacja tego, co robiliśmy wcześniej. 

G: Panie ministrze, ale czy nas na to stać? Wszyscy są zaniepokojeni tym, co się dzieje w Stanach Zjednoczonych, renegocjuje się układ NAFTA; między Stanami Zjednoczonymi a Chinami jest nowa sytuacja, a w Ontario ostatnio spadają ceny domów. Ludzie zastanawiają się, czy to jest właściwy czas i ile to wszystko kosztuje, czy nie będziemy musieli później, czy nasze dzieci i wnuki nie będą musiały, strasznie dużo płacić za obsługę długu, który teraz powstaje? 

P.M.: Nasza gospodarka jest w bardzo dobrym stanie, mamy najniższy procent bezrobocia od wielu lat, dzisiaj opublikowane zostały nowe dane za marzec; powstało 11 000 nowych miejsc pracy i wszystkie full-time; przez minione 10 lat w Ontario zostało stworzonych ponad 820 000 nowych stanowisk pracy.

        Rynek nieruchomości przechodzi niewielką korektę, wszyscy się tego spodziewali od dłuższego czasu, ale ciągle się dużo buduje, nowe projekty są w stanie planowania. Większość sektorów naszej gospodarki ma dobre rezultaty, oczywiście to, co się dzieje w Stanach Zjednoczonych, jest trochę niepokojące, ale wygląda, że idzie do przodu w pozytywny sposób. 

        Nie sądzę, żeby Amerykanie obalili wolny handel, mam nadzieję, że to jest sposób negocjowania, my będziemy mieli jakąś umowę i ciągle nasze firmy będą miały dobry dostęp do amerykańskiego rynku. 

        Trzeba też pamiętać, że nie tak dawno potwierdziliśmy wolny handel z Europą, a kanadyjskie firmy dopiero zaczynają rozpatrywać, jakie możliwości to im daje; mamy nadzieję, że handel z Europą się lepiej rozwinie, mamy też podpisany TransPacificPact TPP; Kanada go podpisała, a Amerykanie nie, co nam daje lepszy dostęp do wielu rynków w Azji. 

        Dlaczego to wszystko tłumaczę? Dlatego, że mamy silną gospodarkę, nasz rząd przez minione kilka lat pracował nad tym, żeby nasze finanse były w lepszym stanie, w tym roku mamy małą nadwyżkę, co roku około miliarda wydatków obcinaliśmy, aby być w lepszym stanie, abyśmy mogli robić następne inwestycje w opiekę społeczną w Ontario, czy to są dzieci, czy nasza młodzież, czy nasi seniorzy.

G.: No właśnie, emeryci; wielu z nich po przepracowaniu wielu lat w Kanadzie – jeśli nie mają emerytury od jakiejś firmy, polega tylko na tym, co daje państwo. Czy nie jest pora na to, żeby zreformować cały system emerytalny, żeby emerytura była godna i nie trzeba było korzystać z zapomogi? 

P.M.: Nasza partia  prowadziła rozmowy z rządem federalnym, aby poprawić system Canada Pension Plan. Stephen Harper odmówił jakiejkolwiek wręcz współpracy. Nastąpiła zmiana rządu w Ottawie, umowa została zmieniona i teraz Canada Pension Plan zostanie bardzo wzmocniony, ale oczywiście to dotyczy tych, którzy teraz pracują, i ich ewentualnych emerytur. 

        To, co robimy w tym budżecie, to likwidacja dopłat do leków, czyli wszystkie leki dla naszych seniorów będą za darmo. Robimy inwestycje w healthcare, w respite care specyficznie dla seniorów, aby pomagać im dłużej samodzielnie mieszkać w domu. W związku z tym seniorzy  w wieku 75 lat i więcej, jeśli mieszkają samodzielnie, będą mieli tax credit w wysokości 750 dol. rocznie, po to aby im pomóc utrzymać mieszkanie. Nie będą musieli przedstawiać żadnych rachunków – po prostu – jak się ma 75 lat to będzie dodatkowy tax credit 750 dolarów. Jeśli dodamy do tego darmowe leki, to już jest blisko 1000 dol. rocznie. Potem wszystkie dodatkowe inwestycje w lepsze usługi dla seniorów w związku z homecare, respite care, demencją, alzheimerem, to wszystko da więcej godzin usług na seniora u niego w domu czy w long term care, gdzie  mieszka, ale to będzie więcej godzin usług na każdego seniora.

G.: A jaki jest koszt administracyjny tych nowych programów? Wprowadzane są nowe programy, o ile zwiększy to biurokrację?

P.M.: Nie ma z tym żadnej biurokracji, po prostu to są bezpośrednie wydatki. Jak mówimy o seniorach, to po prostu nie będą musieli nic płacić, jak idą do apteki. To będzie kosztować 550-650 mln dol. rocznie, a wiemy, że jak seniorzy oszczędzali na lekach, to później znajdowali się w szpitalu, wymagając jakiejś bardziej poważnej usługi medycznej. Postanowiliśmy udostępnić leki dla wszystkich, bo to taniej wyjdzie, niż gdyby się mieli znaleźć w szpitalu lub pójść do lekarza dodatkowo. 

        Tak więc dodatkowa opieka, żeby mogli mieszkać dłużej w domu, będzie kosztowała w  granicach 300 mln, a home care i respite care to 680 mln przez następne trzy lata, równocześnie dodatkowe 800 mln w tym roku dla szpitali, żeby otworzyć więcej łóżek i udzielać więcej usług, żeby ludzie mieli lepszy dostęp do usług w szpitalach.

G.: Panie ministrze, to wszystko są bardzo pozytywne rzeczy; „dla każdego coś miłego”, ale proszę mi odpowiedzieć na pytanie, dlaczego rząd jest tak mało popularny; dlaczego pani premier Wynne jest tak mało popularna w sondażach; dlaczego, Pana zdaniem, ludzie nie dostrzegają tych rzeczy, czym się niepokoją?

P.M.: Wiem, że nasz program ludziom się podoba. Mówiąc szczerze, jesteśmy u władzy 15 lat, w przypadku każdego rządu, niezależnie od tego jakiej partii, to po takim okresie niektóre rzeczy ludziom się nie podobają.

        W tej chwili mamy bardzo wyraźny wybór, nasza partia, która łoży na opiekę nad ludźmi oraz mnóstwo usług publicznych, komunikację, drogi, szpitale, i Partia Konserwatywna, która przyrzeka obciąć podatki, więc może parę groszy ludzie w kieszeni zobaczą, ale też nie będzie na opiekę medyczną, albo te szkoły będą się rozwalać, nie będziemy mieli inwestycji w miejską komunikację, albo w drogi  i w szpitale. 

        Myśmy przez to przechodzili za rządów Mike’a Harrisa przez 7 – 8 lat i proszę zobaczyć, w jakim strasznym stanie oni zostawili nasze usługi i naszą infrastrukturę.

        Myślę, że jak ludzie się zastanowią, pomyślą o swoim wyborze, o tej bardzo ważnej decyzji, na kogo głosować, co mogą stracić zależnie od tego, kogo wybiorą, to ja się czuję dosyć pewnie, że wielu ludzi do nas wróci, oczywiście nie wszyscy. Ale trzeba też pamiętać, że Ontario już ma  drugie najniższe podatki prowincyjne w Kanadzie. Tylko Nunavut ma niższe podatki niż my, to jeśli chodzi o Personal Income Tax. Jeśli chodzi o business tax, mamy też jedne z najniższych w Kanadzie, niedawno obcięliśmy też Small Business Tax.

G.: Ale to było związane z podniesieniem płacy minimalnej, co obciążyło wydatnie wiele małych biznesów.

P.M.: Obciążyło, ale też dało ponad milionowi ludzi pracujących w Ontario dużo wyższe płace i ci ludzie będą wydawać te pieniądze. Wiemy, że każdy dolar, który otrzymają, wydadzą, czy na jedzenie, czy na ubranie, to wszystko wróci do gospodarki, to wszystko wróci do tych samych biznesów, które muszą płacić te wyższe stawki. Po prostu, przez wiele lat mieliśmy gospodarkę, w której zbyt wielu ludzi pracowało za minimum wage na part-time jobs. Widzimy, że to, co zrobiliśmy, zmienia gospodarkę na lepsze i zaczyna też zmieniać jakość tych prac, jest trochę więcej full-time jobs, jest trochę mniej part-time jobs, bo trochę więcej pracodawców uznało, że lepiej mieć jedną osobę, która pracuje za dobre pieniądze, niż mieć kilka osób, co kiepsko zarabiają. Wiemy, że wiele osób, aby nie być bezrobotnymi, musiało mieć kilka prac; teraz będziemy widzieli zmiany w gospodarce z korzyścią dla wszystkich.

G.: Panie ministrze, na koniec chciałem jeszcze zapytać o Dzień Jana Pawła II. Pan jest z pochodzenia Polakiem, w środę były obchody, klub parlamentarny Partii Liberalnej zebrał się w Centrum Kultury Polskiej im. Jana Pawła II. Te obchody były jakby trochę zamknięte, czy nie jest pora, aby organizować większe obchody tego święta, to jedno pytanie, a drugie, to co z tego, co Jan Paweł II mówił i czynił, jest Panu najbliższe?

P.M.:  Jeśli chodzi o tę uroczystość, to przez kilka lat mieliśmy obchody w Queen’s Park, i w tym roku zorganizowaliśmy je w Centrum, uważaliśmy, że będą bardziej dostępne dla społeczeństwa, szczególnie dla Polaków z Toronto i Mississaugi.

        Jan Paweł II to niesamowity duchowny, ktoś kto się nie bał, i mówił, żebyśmy się też nie bali, to dzięki niemu ojczyzna powstała przeciwko komunie. Najważniejsze jest to przesłanie, żeby się nie bać, i żeby kochać innych. Jest ono ważne na całym świecie; nie tylko Polacy w Ontario czczą św. Jana Pawła II, ale wszyscy ludzie. Rzadko w historii jest taka postać jak św. Jan Paweł II.

G.: Panie ministrze, dziękują bardzo, że znalazł Pan czas, aby Pan z nami porozmawiać.

P.M.: Dziękuję bardzo.

Jak się w Kanadzie buduje, to wszyscy wiemy; przede wszystkim tanio i „na wygląd”. Dowiadujemy się o tym bardzo szybko, zwłaszcza jeśli kupujemy gdzieś na osiedlu nowy dom od buildera.

        Wszystko pięknie wygląda, a to, co było pod spodem to dopiero czas nam odkrywa. Pękają fundamenty, wykrzywiają się belki, przecieka elewacja. Oczywiście, mamy gwarancję, ale potem gwarancja się kończy i zostajemy  sam na sam z naszym domem. 

        Tak zwana kanadyjska technologia budowy domów jednorodzinnych o konstrukcji drewnianej wymaga dobrego ocieplania i wentylowania pomieszczeń. W przeciwnym wypadku w domach łatwo o pleśń i grzyb; łatwo nabawić się konieczności kosztownych remontów. 

Rozmawiam o tym z  Waldemarem i Piotrem Napora, właścicielami Valued Insulation Professionals, którzy od ponad 10 lat między innymi zajmują się niedoróbkami w zakładaniu izolacji termalnej budynków.

        Jedną z głównych rzeczy, na które powinniśmy zwracać uwagę przy zabezpieczeniu domu, jest właściwa cyrkulacja powietrza w domu i na strychu. 

        Jeśli będzie dobra, na elementach drewnianych nie będzie się zbierała wilgoć, dom będzie właściwie „oddychał”. Niestety, często nie tylko cyrkulacja jest zakłócona, ale też strych nie jest dostatecznie ocieplony.

        Firma VIP tutaj właśnie może nam przyjść z pomocą, ojciec i syn, Waldemar i Piotr, od lat zajmują się natryskiwaniem materiałów izolacyjnych, poliuretanowych, celulozowych czy szklanych.

        Aby zobaczyć, dlaczego izolacja strychu jest ważna, wystarczy przejść się zimą po nowym osiedlu mieszkaniowym i sprawdzić, na których dachach leży śnieg. Dlaczego jedne są czarne, a inne nie? Odpowiedź jest bardzo prosta – w jednych domach straty ciepła przez dach są olbrzymie i śnieg topnieje, a w innych izolacja jest dobra.

        Piotr Napora porównuje to do chodzenia zimą z gołą głową; gdy nie mamy czapki, szybko tracimy ciepło i marzniemy. 

        Niestety, zła izolacja strychów to norma. Izolacja jest właściwej grubości tam, gdzie widać, a „gdzie oczy nie widzą”, materiału izolacyjnego jest o wiele mniej. Bo trzeba robić szybko, tanio, a i tak nikomu się nie chce czołgać po strychu i patrzeć w zakamarki. 

        Warto więc się pofatygować i sprawdzić. Bo dobrze zaizolowany strych to czysta oszczędność. Ważne jest również, aby otwory wentylacyjne, które doprowadzają powietrze pod dach, były drożne, a na strychu była właściwa cyrkulacja. 

        Jeśli temperatura powietrza tuż pod dachem jest porównywalna z temperaturą zewnętrzną, wówczas nie tracimy ciepła i nie płacimy za „podgrzewanie atmosfery”.

        Latem to samo działa w drugą stronę, dzięki dobremu odizolowaniu strychu, w pokojach jest chłodno i nie musimy na okrągło używać klimatyzacji. Wszystko to przekłada się bezpośrednio na oszczędności w zużyciu energii elektrycznej i gazu. Ale nie tylko to. To również poprawia stan elementów drewnianych domu i zwiększa jego żywotność.             

        A gdy jeszcze zaoszczędzone na energii pieniądze przeznaczymy na spłatę pożyczki hipotecznej, będziemy mogli szybciej spłacić dom, a tym samym zaoszczędzić dodatkowo dziesiątki tysięcy dolarów.

        Rząd Ontario oferuje także olbrzymie dopłaty do kosztów poprawy zabezpieczeń energetycznych domu w ramach Green Ontario Fund. W przypadku izolacji strychu jest to dofinansowanie w wysokości 80 – 90 proc. ceny!  

        Firma Waldemara i Piotra pomaga w skorzystaniu z tych możliwości, wypełnia formularze; słowem, nie dość, że mamy ocieplony, zaizolowany strych, to jeszcze kosztuje nas to naprawdę niewiele. 

Piotr Napora:  Prawie każdy dom ma źle ocieplony strych. Niektórzy builderzy są trochę lepsi niż inni, ale przeważnie jak się ma dom na osiedlu, gdzie ktoś szybko wybudował z 500 domów, to można przeważnie założyć, że jest problem. Robiłem niedawno dziewięcioletni dom brata i to była „masakra”.

Waldemar Napora: Jak się ten właz otwiera, to przy wejściu jest jeszcze jako tako, ale jak  pomierzyć dalej... No bo wiadomo, że to oszczędność materiału i czasu. 

Piotr Napora: My robimy do standardu R50 (R określa opór przewodnictwa cieplnego – im większy, tym lepsza izolacja). Na niektóre domy tak, jak tutaj ojca, nie można za dużo dać, bo jak się za dużo naładuje, to wtedy nie ma odpowiedniej cyrkulacji powietrza. Złoty środek to jest właśnie R 50.

        Mamy maszynę, która to narzuca. Materiał jest w belach, sprasowany, to się wrzuca do maszyny i dmuchawy plastykową karbowaną rurą to rozprowadzają. Jedna osoba wchodzi odpowiednio ubrana, z maską z wentylatorkiem, na strych, stawiamy laser, który daje nam czerwoną linię – poziom, i się to nadmuchuje czy też „napierza”.

        W ciągu jednego dnia można zrobić dwa – trzy domy, to jest kwestia dmuchania przez dwie do trzech godzin, wcześniej przygotowujemy strych, dokładamy do tego, co już jest, no a jeżeli jest pleśń czy grzyb, to wtedy trzeba się zastanawiać, co robić. Odpowiednio zabezpieczamy i odsłaniamy otwory wentylacyjne.

        Zatem warto sprawdzić u siebie w domu, czy tego nie potrzeba zrobić. 

Waldemar Napora: Tak, można zrobić zdjęcie, wysłać do mnie, ale przeważnie każdy dom, który nie został wybudowany przez dobrego buildera,   potrzebuje poprawy izolacji.  Warto to sprawdzić, tym bardziej że teraz jest bardzo dobra okazja, bo działa program rządowy. Można skorzystać z niego co najmniej do końca roku, Aby zobaczyć, jak to działa, wystarczy wejść na stronę greenon.ca. W tym programie są bardzo różne rzeczy, są okna, są pompy i jest ocieplenie.

Piotr Napora: To działa tak, że my przychodzimy, robimy zdjęcia po i przed, wykonujemy naszą pracę, a jak wszystko jest zrobione, zapłacone, wyciągam tablet i razem wypełniamy podanie. Do tego programu wysyłam nasz invoice i zdjęcia. Klient dostaje po kilku dniach e-mail z prośbą o potwierdzenie, że zostało to zrobione, i czeka się 8 do 12 tygodni na zwrot, który może wynieść 90 proc.

        Rząd płaci dolara za stopę strychu, do maksymalnej kwoty 1500 dol., czyli od jednego strychu 1500 stóp kwadratowych. Praktycznie rzecz biorąc, za 300 dol. mamy zaizolowany strych.

        Jest bardzo dobra okazja, żeby to zrobić – program zaczął się na początku tego roku i naprawdę trzeba skorzystać.

        Czy pora roku odgrywa tutaj rolę, czy na wiosnę jest lepiej? 

        Tak, oczywiście, latem to jest naprawdę bardzo uciążliwe, może bardzo wcześnie rano, ale temperatury na strychach dochodzą do takich jak w piekarniku. To wtedy staje się niebezpieczne; można nie wyjść.

        Tak więc teraz, zanim się zrobią upały, to jest ten moment, kiedy trzeba podjąć decyzję, a wiadomo, że dobrze zaizolowany strych to jest zwrot w postaci niższych kosztów energii, lepsza cyrkulacja powietrza, zdrowszy dom. 

        Jeśli do tego rząd płaci nam 90 proc.,  to grzech nie skorzystać.

        Trudno się z tym nie zgodzić. Jest to dobry czas, aby odnowić i uzupełnić izolację strychu, tak abyśmy nie płacili własnymi ciężko zarobionymi pieniędzmi za „podgrzewanie” lub „schładzanie” atmosfery w Ontario.                 

        Panowie Waldemar i Piotr Napora, ojciec i syn, to solidna rodzinna firma z Mississaugi – warto więc zadzwonić, bo taka okazja już może się nie powtórzyć.

Waldemar Napora 647-378-3383

www.vipfoam.com

e-mail Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

        Niewielu z nas wie, że leżące 80 km na północ od Toronto Barrie ma sporą polską społeczność. Dlaczego? Rozsądne ceny nieruchomości,  świetny poziom życia i wysoki standard usług publicznych. Jest to świetne miejsce nie tylko dla ludzi młodych, których nie stać na milionowy dom w Toronto, ale również emerytów, którzy szukają tańszego i spokojniejszego miejsca na stare lata.

        – Dlaczego warto przeprowadzić się do Barrie, pytamy Annę Lewandowską, tamtejszego agenta real estate firmy Remax.

        – Nie ma lepszego momentu – ceny nieruchomości w Toronto nadal są wysokie, a tu, w Barrie, można znaleźć naprawdę dobry deal...

        – Jak to się stało, że Pani zamieszkała w Barrie? 

        – Mieszkałam w Mississaudze, jak większość Polonii, planowałam przeprowadzkę do Cambridge, bo miałam tam pracę. Domy w Cambridge były tańsze niż w Mississaudze, ale moja personalna sytuacja się zmieniła i zdecydowałem się na przeprowadzkę do Barrie. Spotkało mnie miłe zaskoczenie, bo okazało się, że domy wolno stojące w Barrie były wówczas w cenach townhouse’u w Cambridge. Kupiliśmy więc dom wolno stojący w Barrie. 

        Przeprowadziłam się w roku 2000, to było to wtedy jeszcze małe miasto, chociaż lokalni mieszkańcy twierdzili, że już się robi za duże. Wtedy miasto liczyło chyba 75 tys. osób. Ale był dobry szpital, był polski lekarz, co dla mnie było też ważne, były polskie delikatesy, no i do Toronto było blisko. 

        Ten dojazd do Toronto nadal jest bardzo dogodny. Barrie zawsze było nazywane „sypialnią Toronto”, bo jednak wówczas nie było tak dużo możliwości pracy. Teraz to się zmienia. Jestem z wykształcenia księgową i pracowałam początkowo w York Region – bez problemu dostałam pracę. 

        – A jak jest z opieką medyczną?

        – Jest kilku wspaniałych  polskich lekarzy. Nigdy nie miałam tutaj problemów; często polecam polskich klientów, którzy potrzebują opieki medycznej, i nigdy nie ma problemu. Jest też u nas bardzo dużo walking clinic, gdzie można dostać pomoc. 

        Jest tu spokojniej, ludzie w Barrie są naprawdę bardzo dobrzy, uczynni; jak komuś ktoś powie, że robi z tobą biznes, to nie trzeba nic podpisywać, nikt nie oszuka, nie zmieni zdania. Tak to działa. 

        Większość miejscowych jest bardzo przeciwna szybkiemu rozwojowi miasta i z tego, co widzę, to wszystko robią z głową. Nowe osiedla są racjonalnie budowane. Buduje się od razu centra rekreacyjne, zakłada parki. W Barrie chyba mamy 4 – 5 takich dobrych centrów rekreacyjnych z basenami. Dla osób starszych to oczywiście jest za darmo, ale i wejście na basen dla rodzin z dziećmi to też są niewielkie pieniądze. 

        Patrząc na siebie czy na moich rodziców, którzy przyjechali do Kanady na początku lat dziewięćdziesiątych, tak jak duża część emigracji, to jednak pieniądze są dla nas ważne; to, ile możemy odłożyć. Dzięki temu rodzice, którzy sprzedali dom w Mississaudze, przeprowadzili się tutaj, do Barrie, i  mogą sobie spokojnie na emeryturze podróżować po całym świecie. Mogą sobie pojechać na Florydę na 3 – 4 miesiące, dlatego że zrobili tam inwestycje. 

        – A jak z dojazdami do Toronto? Czy jest możliwość pojechania GO Train? 

        – Tak, ale godziny nie są jeszcze  dobre – jak ktoś ma wieczorem wylot, to nie zawsze to może mu pasować, ale jest GO Train z Newmarket  i tam liczba kursów jest większa. Można też zawsze wziąć coach service do Toronto i to nie są jakieś zwariowane ceny; są takie minivany, które zawiozą na lotnisko, i to kosztuje 100 dol. w jedną stronę. 

        – Pani Anno, Pani sprzedaje domy również na Florydzie, co w przypadku emerytów świetnie się dopełnia, gdy ktoś ma tutaj spłacony dom w Toronto, który  kosztuje przeciętnie 1,2 mln dol....

        – Według danych, które my tutaj mamy, dom wojno stojący w Barrie kosztował w styczniu 508.000 dol., w strefie 905 – 879 tys. dol., a w Toronto 1,2 mln. Mając spłacony dom w Toronto, można odłożyć ponad 700.000 po kupieniu domu wolno stojącego w Barrie.

        – Mówimy o ludziach starszych, którzy już myślą o tym, jak zaplanować sobie jesień życia, mają więc też możliwość kupna nieruchomości na Florydzie, bo skoro mamy jakieś pieniądze do zagospodarowania, to możemy je zainwestować, kupując dom w Barrie i na Florydzie. Proszę powiedzieć, jak wygląda kupowanie nieruchomości na Florydzie, jak to jest z uzyskaniem jakiegoś małego mortgage’u, jak to wygląda od strony prawnej, jak się za to  zabrać? 

        – Mam kontakt do wielu mortgage brokers na Florydzie, nigdy nie słyszałem, żeby ktoś miał problem, w przypadku Kanadyjczyków z reguły trzeba dać około 30 proc. downpayment i można dostać mortgage bez problemu. 

        – Jakie są tam ceny? 

        – Zależy gdzie, tam gdzie ja  jeżdżę i gdzie robię większość biznesu, to jest Venice i North Port...

        –  To jest od strony Zatoki Meksykańskiej?

        – Tak, ładna pogoda tam jest. North Port bardzo się zmienia na lepsze. Na Florydzie  robi się teraz znowu trochę boom; dużo więcej się buduje; dużo więcej się sprzedaje. Gospodarka zmienia się tam na lepsze. 

        Dom można kupić dom za 200.000 – taki już gotowy, i do wynajęcia, i do spędzania wakacji. Można też kupić bardzo ładny nowy dom od buildera za 400 000 dol. – tak że to zależy od tego, co kto potrzebuje. Oczywiście mówimy o dolarach amerykańskich. Jeżeli, na przykład, ktoś chce mieszkać na osiedlu, które ma HOA fees – to znaczy, że koszą nam trawę i z reguły  utrzymują 2 – 3 baseny, to wtedy opłaty zależą od tego, ile jest kortów tenisowych etc. Droższe mogą dochodzić nawet do 800 dol. na miesiąc, ale w starszych, a też bardzo dobrych kompleksach, mogą wynosić 100 dol. na miesiąc. 

        – Pani mówiła, że tam mieszka dużo Polaków; że można znaleźć polskie sklepy, polskich lekarzy, polski kościół...

         – Venice jest bardzo ładnym miastem, mieszka tam dużo polskich emerytów; ludzi, którzy zbliżają się do emerytury. Bardzo dużo Polaków przeprowadziło się tam z Nowego Jorku, z Chicago, z Kanady i ta polska społeczność trzyma się tam razem; organizowane są zabawy, są jakieś kawy, ciastka po kościele; ta organizacja jest prężna.

        Domy na Florydzie zawsze były bardzo dobrą inwestycją, szczególnie kiedy widzi się, jakie ceny są u nas. Dla porównania, ładny dom z basenem na Florydzie w sezonie jest wynajmowany za około 3000 USD na miesiąc. Sezon to jest styczeń – luty – marzec. W kwietniu, w maju, czyli w miesiącach letnich, dom można wynająć za około 2000 na miesiąc, i to bez żadnego problemu, bo jest bardzo duże zapotrzebowanie. 

        – A jak z pogodą? Czy są huragany? 

        – Mieliśmy w Venice w zeszłym roku huragan, ale nie było tam żadnych zniszczeń.

         – Czy ubezpieczenie w związku z tym jest droższe, czy można się ubezpieczać od huraganu?

        – To jest wszystko normalne i dużo tańsze niż Kanadzie; ubezpieczenia  domów są droższe w strefach zalewowych, ale wszystko jest do ubezpieczenia. Trzeba na to zwracać uwagę, gdy się kupuje domy blisko plaży, bliżej wody. Ceny ubezpieczeń samochodów też są niższe niż w Kanadzie. Jadąc na Florydę, nie ma też problemu wykupić na 3 – 4 miesiące ubezpieczenie zdrowotne. Można iść potem do lekarza w Stanach, to nie jest drogie, oczywiście czym człowiek jest zdrowszy, tym tańsze, i odwrotnie. Z tego trzeba sobie zdawać sprawę, ale to jest tak na całym świecie, jak się podróżuje.

        Mówiłam o cenach na Florydzie,  nadal się opłaca wynajmować domy, bo można kupić dom za 200 000 dol. i wynająć go za 3 tys. dol. miesięcznie – coś, co jest zupełnie nierealne w Toronto, a nawet w Barrie, gdzie jest bardzo duże zapotrzebowanie na apartamenty, na wynajem.

        Klienci, którzy byliby zainteresowani jakimś dodatkowym dochodem i mogliby kupić dom z wykończonym basementem i z oddzielnym wejściem, nie mieliby problemu z wyrentowaniem. Takie basementy wynajmuje się w Barrie po 1000 – 1200 dol. 

        – Czyli można sobie to tak wszystko poukładać, żeby mieć z czego przyjemnie żyć? 

        – Dokładnie tak!  

        – Proszę na koniec powiedzieć, ilu klientom Pani pomogła w tego rodzaju „wymianie” nieruchomości? 

        – Mam bardzo dużo klientów, którzy przeprowadzili się z Toronto do Barrie, ludzie starsi i młodzi, którzy dopiero zaczynają – wszyscy są bardzo szczęśliwi, że mieli szansę na wejście i możliwość posiadania pierwszego domu.

        Starsi zaś mogą spokojnie odpocząć na emeryturze bez stresu, bez ciągłej pogoni. Tu jest dużo spokojniej; mamy masę parków, jezior, tras rowerowych i spacerowych. Dla ludzi, którzy lubią jeździć na nartach, jest Moonstone, Snow Valley, Horshoe Valley, bardzo dużo do tras narciarstwa biegowego; a więc bardzo łatwo tutaj o aktywne życie; zaraz obok mamy Wasaga Beach. 

        Chciałam też wspomnieć, że Simcoe County, gdzie leży Barrie, oferuje nam w przypadku pierwszy raz kupujących grant wysokości do 10 proc. downpayment. To są duże pieniądze, i łatwo je dostać; Wypełnia się podanie, trzeba mieć dochody nie wyższe niż  75.600  dol. na rodzinę. I jeżeli się mieszka w domu przez 20 lat, nie trzeba tego oddawać. Jeżeli ten dom się sprzeda wcześniej, to trzeba oddać te pieniądze, jeżeli się zarobi, a jeżeli się straci na tym domu, to nie trzeba oddawać. Inny bardzo dobry grant jest dla rodzin, które chciałyby wziąć rodziców do siebie, i to jest do 25.000 dol.  na utworzenie legalnego mieszkania w domu. Bardzo podobne są warunki; składa się podanie, trzeba dostać pozwolenie więc rodziny mają możliwość kupna domu i wtedy otrzymać też 20 000 dol. na wykończenie basementu czy przybudówkę.        

        – Rzeczywiście bardzo atrakcyjna oferta. Oczywiście, jeśli ktoś ma jakieś szczegółowe pytania, może do Pani zadzwonić?

        – Oczywiście, zapraszam i życzę wszystkim Wesołych Świąt Wielkanocnych.

        – Dziękuję bardzo za rozmowę.

Anna Lewandowska

1-705-730-9317

Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

www.barrielistingsonline.com

Andrzej Kumor: Cieszę się, że możemy mieć okazję do rozmowy o świętym Andrzeju Boboli, bo jest święty przez moje pokolenie – myślę – nieznany. Wprawdzie po sprowadzeniu jego trumny z ciałem w 1938 roku, jego kult zaczął się rozwijać, ale później o nim ponownie zapomniano. Być może, że powodem tego były warunki, w jakich przyszło nam żyć po II wojnie światowej w Polsce. Ale obecność Księdza w Kanadzie, kustosza sanktuarium św. Andrzeja Boboli w Strachocinie, jest okazją, aby św. Andrzeja Bobolę, Patrona Polski, nam przybliżyć.

Ks. Józef Niżnik: Podobnie jak Pan, tak i ja nie znałem świętego Andrzeja Boboli. I trzeba powiedzieć, że bardzo wielu Polaków nie zna tej postaci. Bobola należy do tych świętych, którym nie jest łatwo dotrzeć do świadomości, że to są święci. Dlatego jego życiorys zawiera bardzo dużo luk, jeśli chodzi o szczegółową wiedzę o nim. Powiem, że jeśli znalazł się w katalogu świętych, to jest zasługą Boga, a nie ludzi.
Bobola jest świętym, który pokazuje świętość innego wymiaru. Świętość nie przed ludźmi, ale świętość przed Bogiem. Dlatego nie zatroszczono się o to, aby napisał, kiedy i gdzie się urodził, jakie imiona mieli jego rodzice czy rodzeństwo. Nie rozumiemy, dlaczego to się stało. Wiemy tylko, że pochodził z rodziny szlacheckiej i wstępując do zakonu, zrezygnował z godności szlacheckiej, z kariery doczesnej na ziemi. O tym, kim był wówczas, wyjaśnia nam dokument, który znaleziono kilkanaście lat temu w Uppsali w Szwecji. Jest w nim list rodziny napisany do prowincjała w Wilnie, w którym rodzina prosi, aby Andrzej Bobola został przeniesiony z jezuickiej prowincji wileńskiej do krakowskiej. Jako powód podano, że są trudności z kontaktem z Andrzejem. I kiedy o tym dowiedział się Andrzej Bobola, to pisze też list z prośbą do prowincjała, aby nie przychylał się do prośby rodziny, bo on nie po to poszedł do zakonu, żeby się zajmować swoją rodziną. Radykalne rozwiązania stosował Andrzej Bobola przez całe swe życie. Nie był: tak i nie. To był taki radykał ewangeliczny. To radykalne podejście do życia zrozumiał u początku życia zakonnego, gdy mając trudny charakter, jak zresztą wszyscy Bobolowie, którzy ciągle byli w sądach grodzkich, bo prowadzili spory ze wszystkimi, był taki epizod w jego życiu po wstąpieniu do zakonu, że przełożeni chcieli go wyrzucić ze zgromadzenia. I wtedy podjął niesamowitą pracę nad swoim charakterem, nad sobą. Myślę, że poprzez te trudności Pan Bóg przygotowywał go do tego, co kiedyś miało się stać. Bóg miał wobec niego swoje plany, a Andrzej potrafił być im wierny.


– Co to znaczy?

– Myślę, że szatan chciał zniszczyć to powołanie. Ale Bóg okazał się mądrzejszy i silniejszy w Andrzeju. Wykorzystał jego trudności do wzrostu duchowego, a on hartował się poprzez krzyż. I co najważniejsze, w tych trudnościach odkrył, że dzięki odpowiednim środkom można zmienić temperament i charakter.
Dla Andrzeja Boboli były dwie rzeczywistości duchowe. Pierwsza, to adoracja Najświętszego Sakramentu, a druga autentyczna relacja do Matki Najświętszej. Zastosowane środki po pewnym czasie dostrzegli przełożeni, że to nie jest już ten sam nowicjusz. A w późniejszym okresie, gdy został kapłanem, wyświęconym w 1622 roku, pomogły mu być bardzo o gorliwym zakonnikiem.
Poszedł do biednych, potrzebujących, grzeszników i opuszczonych. On już w XVII wieku zastosował metodę nowej ewangelizacji, polegającą na tym, że udawał się do ludzi i w ich domach ewangelizował. Wiadomo, że przez to narażał się zakonowi, ponieważ nie przestrzegał reguł życia wspólnotowego, bo go tygodniami, nieraz miesiącami nie było w klasztorze.
Po drugie, dla Andrzeja Boboli najważniejszy był człowiek i stąd też nie pytał, czy to wyznawca Kościoła wschodniego, czy zachodniego, czy jest prawosławny, czy katolik, szedł do każdego. Wszystkich chciał zbliżyć do Jezusa.

– Czy to prawda, że Kościół wschodni zarzuca Boboli, że nawracał na wiarę katolicką?

– To trzeba wytłumaczyć. Były skargi wyznania prawosławnego na Andrzeja Bobolę do jego przełożonych, że nie przestrzega ustalonych reguł w Kościele, że chodzi po domach naszych wiernych i nawraca na katolicyzm. Ale trzeba zaznaczyć, że Andrzej Bobola nikogo nie zmuszał do przejścia na katolicyzm, tylko chciał pokazać, jak ważne jest życie w wierze, w modlitwie, w odniesieniu do Boga. I wskazywał, że wszyscy mamy duszę nieśmiertelną i mamy się zbawić. Stąd też ta prostota ewangelizacyjna Andrzeja pociągała ludzi do Boga i dlatego całe wioski przechodziły z prawosławia na katolicyzm. Dzięki temu, że Andrzej Bobola wierzył, że powinniśmy być w jednym Kościele, wierzył w siłę jednego Kościoła, jest patronem jedności chrześcijańskiej i za tę jedność poniósł męczeńską śmierć.

– Ksiądz rozmawiał z Andrzejem Bobolą? Jak to się stało, że odkrył Ksiądz świętego Andrzeja Bobolę?

– I tutaj dochodzimy do bardzo ważnej rzeczy. Andrzej Bobola za gorliwość, za wierność, za oddanie Kościołowi zapłacił wielką cenę, bo poniósł bardzo okrutną śmierć. Papież Pius IX powiedział, że to jest największy męczennik Kościoła. We wszystkich opisach jego życiorysu jest opis jego okrutnego męczeństwa. Kozacy w rzeźni zwierzęcej czynili z Andrzejem rzeczy okrutne. Później miał skromny pogrzeb. I to jest ten fenomen jego drogi na ołtarze. Na to trzeba dzisiaj zwracać uwagę i mówić. To nie ludzie wynieśli go na ołtarze. Gdyby nie jego pośmiertne objawienia, nie byłoby go w katalogu świętych.

– Pierwsze było w Pińsku.

– Tak. 16 kwietnia 1702 roku, kiedy powiedział, że trzeba odnaleźć jego trumnę, oddzielić ją od innych. Wiemy też o drugim przyjściu Andrzeja Boboli, w 1819 roku w Wilnie ukazał się Alojzemu Korzeniowskiemu. Wpierw Marcinowi Godebskiemu, który był rektorem Kolegium Jezuickiego w Pińsku. Trzecie objawienie, takie bardzo ważne, było w Strachocinie w roku 1987, w parafii, w której ja jestem.
Jeśli chodzi o mnie, to przyszedłem do Strachociny z początkiem września, dokładnie 7 września 1983 roku, na zastępstwo, bo miałem studiować historię na KUL-u. I w związku z tym, że w Strachocinie zachorował kapłan, biskup Tokarczuk mnie wezwał i mówi, jedź tam na trzytygodniowe zastępstwo, bo dopiero w październiku zaczynasz studia, a nie mam kapłana, aby tam poszedł na zastępstwo. Nie wiedząc oczywiście ani o tych sprawach mojego poprzednika, że miał spotkania i że jego poprzednicy przezywali to samo, przyszedłem na zastępstwo i po kilku dniach do mnie też przyszedł ten kapłan. Była widoczna postać kapłana o charakterystycznej brodzie, czarnej sukmanie.

– I co dalej?

– Po tym spotkaniu pozostało tylko pytanie, kto to jest, jak się nazywa? Było to spotkanie, którego nie życzyłbym nikomu, bo było bardzo dramatyczne dla mnie. Przeżyłem je jako napad na plebanię. Jeżeli widzisz nad sobą w świetle księżyca człowieka, to się chcesz bronić. I tak samo było i ze mną, chciałem się bronić, a ta postać znikła. Dopiero na drugi dzień podzieliłem się swoim przeżyciem z pracującą w zakrystii siostrą: jak będzie tak dalej, jak tej nocy, to ja tu długo nie wytrzymam. A siostra zadała mi pytanie: czy kogoś widziałem? Dlaczego? Bo jak widział ksiądz, to nas to nie zdziwi, bo tu ktoś do księży przychodzi. To co mówię jest o tyle wiarygodne, że wcześniej o tym nigdy nie słyszałem. Gdybym o tym wiedział, to mógłbym podejrzewać, że to stało się z powodu strachu czy lęku.
Później do mnie przychodził, pukając w drzwi, ale zawsze o tej samej godzinie co to pierwsze objawienie. Było tak, że nieraz przychodził dwa razy w tygodniu, nieraz dwa miesiące go nie było.

– Milczał?

– Pukał zawsze. A ja się bałem. Tak jak moi poprzednicy, dużo Mszy Świętych odprawiałem za tego księdza i dużo się modliłem. To mnie nauczyło wsłuchiwania się w głos z innego świata. Wiedziałem, że wyjaśnienie tej sprawy może przyjść tylko stamtąd, od nikogo więcej. I tak się stało, 16 maja 1987 roku. To dzień w liturgii, gdzie się wspomina św. Andrzeja Bobolę. W Strachocinie kultu jego nie było. Nigdy objawienia się tej postaci nie kojarzyłem z Andrzejem Bobolą. Raczej brałem pod uwagę, że to któryś z kapłanów prosi o pomoc.

– Wiedział Ksiądz, że on się tam urodził?

– Tego jeszcze nikt nie wiedział. Tej wiedzy w ogóle nie było. Kultu nie było, nikt nie mówił o narodzeniu św. Andrzeja Boboli w Strachocinie. Jeśli dziś mówimy o narodzeniu św. Boboli w Strachocinie, to ze względu na to, co stało się 16 maja 1987 roku. To wtedy po prawie czterech latach spotkań przyszła odwaga i zadałem objawiającej się postaci dwa pytania, które mnie najbardziej interesowały. Kim jesteś i czego chcesz? Inne rzeczy mnie wtedy nie interesowały, między innymi takie: kiedy się urodził, czy tu się urodził, czy coś innego? Mnie interesował ksiądz, któremu mam pomóc, i jak mu pomóc. I wtedy słyszę wyraźny głos – jestem święty Andrzej Bobola, zacznijcie mnie czcić w Strachocinie. Czyli że ta jedna chwila, tyle cierpienia przez lat kapłanów, mojego, dwa zdania, powiedziałem, zadałem pytanie, odpowiedział. Koniec spotkania.
I jadę z tą radosną wiadomością do mojego ordynariusza biskupa Ignacego Tokarczuka, aby oznajmić, że sprawa w Strachocinie się wyjaśniła, a On, słuchając tego, mówi, a skąd ja wiem księże, że ksiądz nie masz halucynacji? Mówił tak, bo on też nie znał życiorysu Boboli. Ale mi powiedział: Jedź do jezuitów, niech oni ocenią, czy to może być prawdą.

– Dlaczego do jezuitów?

– Bo Andrzej Bobola był jezuitą i w Warszawie, na ulicy Rakowieckiej, znajduje się trumna z jego relikwiami. Trochę się ociągałem, wiedząc przecież, że jezuici to zakonnicy, którzy mają uczonych kapłanów, a tu jakiś tam proboszczunio z małej parafii przyjeżdża i mówi, że objawia mu się św. Andrzej Bobola. Popatrzmy, jaki to był proces pewnych rzeczy, musiałem się zgodzić na upokorzenie, może na śmiech, powiedziano już mi, że mogę mieć halucynacje. A tu jeszcze trzeba udowodnić, że tych halucynacji nie mam.
I to jest właśnie dla mnie największe zaskoczenie. Kiedy przyjechałem do jezuitów – po raz pierwszy tam byłem – wszedłem do klasztoru na ulicy Rakowieckiej i mówię, że chciałbym z przełożonym porozmawiać, jestem księdzem z południa. I przyszedł kapłan, a kiedy powiedziałem, że jestem proboszczem w Strachocinie, on mi odpowiedział – to tam gdzie się Bobola urodził. Ja pytam, skąd ojciec wie? A on mi tłumaczy, że ich współbrat, Jan Poplatek, w 1936 roku napisał książkę o błogosławionym Andrzeju Boboli, przygotowującą do kanonizacji, i gdy szukał jego genealogii, w pewnym momencie doszedł, że mógł się urodzić w Strachocinie, bo tam mieszkała jego rodzina. Ale dlatego, że nie znalazł żadnych dokumentów ani w archiwum w kurii, ani w parafii, to stwierdził, że nie można stwierdzić, że tam się urodził. My wiemy, dlaczego nie ma tych dokumentów. 33 lata po urodzeniu św. Andrzeja Boboli, na parafię napadli Tatarzy, spalili księdza żywcem na plebanii i zrabowali wszystko. Jedyne, co z tamtych czasów pozostało do dzisiaj, to jest chrzcielnica.

– Czy to ta, w której święty był chrzczony?

– Tak. Pan Bóg pozostawił nam materialny znak, że coś się ważnego przy tej chrzcielnicy wydarzyło. Nie pozwolił o tej chrzcielnicy zaginąć.

– Co się stało po spotkaniu u jezuitów w Warszawie?

– Po tej rozmowie jezuita Mirosław Maciuszkiewicz napisał książkę pt. „Znów o sobie przypomniał św. Andrzej w Strachocinie”.

– Znów.
– Tego tytułu użył dlatego, aby uświadomić wszystkim czytelnikom, że to, co wydarzyło się w Strachocinie, dla niego nie jest czymś zaskakującym. On wiedział, że Bobola objawiał się już wcześniej w Pińsku i Wilnie. A teraz to jest kolejne objawienie w Strachocinie. A to, co jest nicią łączącą wszystkie objawienia św. Andrzeja Boboli, to przychodzenie tylko do księży. Wpierw przyszedł do jezuity, później do dominikanina, a teraz do księdza diecezjalnego. To ostatnie objawienie się Andrzeja wpłynęło na przekaz, że św. Andrzej Bobola urodził się w Strachocinie, w miejscowości na Podkarpaciu, gdzie od roku 1520 mieszkali Bobolowie do roku 1863. Wzgórze, które zamieszkiwali, do dziś nazywa się Bobolówka.

– Ale nie tylko mówi się dziś, że św. Andrzej urodził się w Strachocinie, ale jest tam jego sanktuarium.

– A jest dlatego, że jezuici przekazali parafii Strachocina relikwie. 16 maja 1988 roku. Biskup Ignacy Tokarczuk, ordynariusz przemyski, sam przyjechał na tę uroczystość, aby w jego obecności relikwie św. Andrzeja zostały wniesione do kościoła. Na pamiątkę tego wydarzenia wykonaliśmy nowy ołtarz w kościele poświęcony Andrzejowi Boboli. Najważniejsze w tym ołtarzu są relikwie Świętego, jego obraz i chrzcielnica z XV wieku. Ten ołtarz biskup Tokarczuk poświęcił. Od tego dnia rozpoczęły się w parafii spotkania modlitewne ze św. Andrzejem Bobolą, każdego 16. miesiąca. Dziś bardzo wielu ludzi przychodzi na te nabożeństwa, a w okresie letnim spotkania odbywają się na Bobolówce i biorą w nich udział hierarchowie Kościoła z różnych diecezji w Polsce.

– Bobolówka, to ważne miejsce kultu św. Andrzeja Boboli w Strachocinie. Niech Ksiądz opowie o tym miejscu.

– Bobolówka znajduje się około pół kilometra od kościoła parafialnego. W tym miejscu mieszkała tylko szlachta. Uszanowali to miejsce zaborcy i najeźdźcy prowadzący wojny z Polską. A nie uszanowali tego miejsca komuniści, którzy ostatnią właścicielkę wyrzucili z dworku, a z czasem powstało w tym miejscu kółko rolnicze. Ten czas to okres dewastowania tego miejsca. Dopiero gdy zaczęliśmy czcić św. Andrzeja Bobolę i odkryliśmy, że tu Święty przyszedł na świat, podjęliśmy starania, aby to miejsce odzyskać. I trzeba powiedzieć, że się udało, dzięki życzliwości wójta gminy Sanok, a także życzliwości mieszkańców i Powiatowego Zarządu Kółek Rolniczych. Od końca XX wieku Bobolówka jest po części własnością parafii (blisko 5 hektarów), a mniej więcej 1 hektar należy do Sióstr Franciszkanek Rycerstwa Niepokalanej, które są obecne w parafii i bardzo angażują się w rozwój kultu św. Andrzeja Boboli. Dziś jest to teren religijny. Znajduje się tu ołtarz polowy, dróżki różańcowe, stacje Drogi Krzyżowej. Od kilu lat na Bobolówce znajdują się domki z ławkami, gdzie pielgrzymi mogą odpocząć i spożyć posiłek. Nad utrzymaniem tego miejsca czuwa Grupa św. Andrzeja Boboli, gromadząca parafian, którzy spłacają dług wdzięczności św. Andrzejowi za to, że wyprosił im lub ich bliskim u Boga wyjątkowe łaski. Ponadto w parafii znajduje się źródełko z wodą o właściwościach uzdrawiających oraz przepiękny Domek Matki Bożej Japońskiej.

– A skąd się wziął ten Domek Matki Bożej Japońskiej?

– I tu wspomnę o drugim ważnym dziele Bożym, które powstało w Strachocinie, a jest nim Niepokalanów Żeński, w którym są siostry zakonne. Zgromadzenie to powstało w Japonii, a zostało erygowane w Strachocinie w tym samym czasie, gdy rodził się kult św. Andrzeja Boboli w Strachocinie. A jeśli ten kult się rozwija, to wielka w tym zasługa sióstr zakonnych, które nie tylko przyjmują do swego Oratorium św. Józefa pielgrzymów, ale pomagają w organizacji wszelkich uroczystości andrzejkowych. A ten Domek Matki Bożej Japońskiej powstał dla upamiętnienia pobytu w Strachocinie sióstr z Japonii i podkreślenia powstania zgromadzenia w Japonii.

– Wspomniał Ksiądz o pielgrzymach do św. Andrzeja Boboli. Doszły nas słuchy, że niektórzy z nich to osoby wyjątkowe w Polsce. Mógłby Ksiądz coś powiedzieć o tym naszym czytelnikom?

– Oczywiście, że mogę. Początki kultu św. Andrzeja to wielka praca, aby do świadomości ludzi dotarło, że to miejsce jest ważne dla nich. Największą pracę wykonał sam św. Andrzej, który w krótkim czasie przekonał ludzi do siebie w Strachocinie. Liczne świadectwa ludzi o uzdrowieniach, nawróceniach, wyproszonych przez jego orędownictwo dzieciach dla małżeństw, które nie mogły ich mieć, przyczyniały się do rozgłosu i zachęcały ludzi znajdujących się w potrzebie, do pielgrzymowania do Strachociny. Może podam tylko jeden przykład, aby czytelnicy zobaczyli, jak skuteczny był św. Andrzej. Oto w sąsiedniej parafii wieczorem przychodzi młodzieniec do proboszcza, z prośbą, że pragnie podpisać zobowiązanie do trzeźwości na okres jednego roku. Proboszcz świadom, że jest to alkoholik, mówi mu, że nie wytrzyma. Ale on uparł się, że musi zerwać z alkoholem i zacząć inne życie. No i podpisał. Na drugi dzień, a była to niedziela, proboszcz zaprosił po Mszy św. jego matkę do zakrystii, aby podzielić się tą wiadomością. Gdy jej oznajmił, że nareszcie będzie miała spokój, bo syn podpisał zobowiązanie do całkowitej abstynencji, to matka się rozpłakała. Więc ją pyta: czemu płaczesz?, a ona odpowiada: ja wczoraj, nikomu nic nie mówiąc, wzięłam chleb i wodę i poszłam do Andrzeja Boboli pieszo, aby synowi wyprosić nawrócenie.
Takich spraw jest wiele w Strachocinie. Podziwiam od wielu lat tę skuteczność orędownictwa św. Andrzeja Boboli. On potrafi takie rzeczy czynić. I to jest renomą naszego sanktuarium. Ludzie mówią: jedź do Strachociny, to ci św. Bobola wyprosi zdrowie, nawrócenie. Z czasem fenomenem Strachociny zajęły się media i trzeba powiedzieć, że to też pomogło w zwróceniu uwagi na Strachocinę i działającego w niej św. Andrzeja. Był taki okres, że chcieli robić sensację o tym, co się tu dzieje, ale nie udało się. Świadectwa ludzi o tym, co tu się dzieje, ukazane w programie „Nie do wiary”, wielu telewidzom wskazały drogę do Strachociny nie tylko z miejscowości w Polsce, ale i ze świata. W roku 2005 do Strachociny do św. Andrzeja Boboli po raz pierwszy przyjechały siły patriotyczne, by się modlić za Polskę. Owocem tych modlitw było zwycięstwo w wyborach parlamentarnych. Ale tego zwycięstwa nikt nie łączył z pielgrzymką do Strachociny, do św. Andrzeja Boboli. A my w Strachocinie nadal pracowaliśmy nad rozwojem kultu św. Andrzeja Boboli. Coraz liczniejsze pielgrzymki indywidualne czy zbiorowe, świadectwa ludzi o wyproszonych łaskach doprowadziły do tego, że arcybiskup Józef Michalik, ordynariusz przemyski, zainteresował się i powołał komisję, aby zajęła się tym, co się tu dzieje. W konsekwencji kościół w Strachocinie 19 marca 2007 roku stał się sanktuarium świętego Andrzeja Boboli.

– Niech Ksiądz opowie o tym, co stało się w roku 2015.

– Rok 2015 to czas, w którym w nowym świetle odczytaliśmy objawianie się św. Andrzeja Boboli w Strachocinie. Miało to związek z planowaną pielgrzymką do Strachociny kandydata na prezydenta p. Andrzeja Dudy i sił patriotycznych. Tym uroczystościom z woli biskupa ordynariusza miałem ja przewodniczyć. Szukałem więc pomocy u Ducha Świętego, aby mi pomógł przekazać do nich słowo, które w jakimś sensie będzie dla nich wszystkich darem od Boga. I wtedy doznałem olśnienia, które pozwoliło mi zrozumieć, że objawienie w Strachocinie było darem dla Polski. Św. Andrzej ponownie wyraził pragnienie pomocy narodowi, który nie zdawał sobie sprawy z nowych niebezpieczeństw i zagrożeń – zacznijcie mnie czcić. Myśmy myśleli, że dotyczy to Strachociny, a to dotyczyło Polski. Przecież kiedy Polska była w potrzebie, on się objawiał i proponował umowę: zrobicie to, a ja wam pomogę, was ocalę.

– Naprawdę tak było?

– Tak było. Gdy pierwszy raz objawił się 16 kwietnia 1702 roku, Szwedzi zbliżali się do Pińska. Rektor Kolegium Jezuitów w Pińsku szukał w myślach, kto może im pomóc. Wiedział, co Szwedzi robili z miastami, które zdobyli: rabowali, zabijali, okradali. I wtedy pojawił się w jego celi zakonnik i powiedział: jestem wasz współbrat Andrzeja Bobola, jeśli odnajdziecie moją trumnę, oddzielcie ją od innych, ja was ocalę. I tak się stało. Potem, gdy zwrócono się do niego o pomoc w wojnie z bolszewikami, też nas nie zwiódł. A zwrócił na niego uwagę Episkopat Polski wówczas, gdy Piłsudski, naczelnik państwa, nie otrzymał pomocy od Berlina, Paryża, i Londynu. Episkopat, zgromadzony pod koniec lipca 1920 roku w Częstochowie, przypomniał sobie o Boboli i zobowiązał się do podjęcia czynności przygotowujących do kanonizacji bł. Andrzeja, jeśli pomoże pokonać bolszewików. Kardynał Aleksander Kakowski, gdy po tej konferencji przyjechał do Warszawy, zarządził we wszystkich kościołach dziewięciodniową nowennę do błogosławionego Andrzeja Boboli i błogosławionego Władysława z Gielniowa. Trwała ona od 6 do 15 sierpnia. W ostatnim dniu dokonał się cud nad Wisłą. Matka Boża ukazała się bolszewikom, zaś postawa Episkopatu Polski w tamtym czasie, Piłsudskiego, a nade wszystko bolszewików, wskazuje na przekonanie, że w tym zwycięstwie był obecny Andrzej Bobola.

– W świadomości ludzi, którzy uczą się historii, nie zwraca się uwagi, że to było cudowne wydarzenie. Czy dlatego, że nad tym pracowali piłsudczycy, którzy wykreowali Piłsudskiego na głównego bohatera?

– Ocena tego, jak było i co się wówczas stało, należy do historyków. To jest ich obowiązek przekazywać prawdę. Ale trzeba dodać, że nauka w tym, co się dzieje na świecie, nie wszystko uchwyci. Wiara pozwala zobaczyć coś więcej, i to dzięki niej Polacy mówią o cudzie nad Wisłą. Choć po zwycięstwie pod Warszawą wszyscy byli zgodni, że dokonało się coś niezwykłego. Po cudzie nad Wisłą, władze kościelne, jak i Piłsudski odczytali, że Boboli zawdzięczają to zwycięstwo, bo Episkopat pisze do Stolicy Apostolskiej prośbę, aby błogosławionego Andrzeja Bobolę kanonizować, a Piłsudski zwraca się z prośbą, aby Papież uczynił go patronem Polski.

– Dlaczego Ksiądz twierdzi, że Bobola ma w tym udział, skoro Matka Boża się ukazała?

– Aby to wyjaśnić, trzeba powrócić do historii ogłoszenia Maryi Królową Polski we Lwowie 1 kwietnia 1656 roku. Według najnowszych informacji, śluby lwowskie napisał Andrzeja Bobola i przekonał króla Jana Kazimierza, aby poprzez uroczyste ślubowanie obrał Maryję Królową Polski. I tak się stało. A teraz, po wielu latach, gdy był po drugiej stronie życia, pewnie zwrócił się do Niej: skoro jesteś Królową Polski, obroń ten naród, to miasto przed bolszewikami. A Maryja jeszcze raz pokazała miłość do naszego narodu. Ocaliła nie tylko nas, ale i Zachód przed komunizmem. Dlatego to zwycięstwo było tak ważne. Kościół w Polsce, tę pamięć pielęgnuje co roku 15 sierpnia.

– Czy to prawda, że to był powód, że trumna z ciałem błogosławionego Andrzeja Boboli znalazła się w Moskwie?

– Tak, to prawda. Wielu wie, że trumna z ciałem Andrzeja Boboli znalazła się w Moskwie, ale nie wie, z jakiego powodu. A tym powodem było przypisywanie przez Polaków zwycięstwa nad nimi Andrzejowi Boboli. Dlatego, gdy to do nich dotarło, władze sowieckie wysyłają z Moskwy żołnierzy, aby odszukali trumnę Andrzeja Boboli, bo Polacy przypisują mu zwycięstwo nad nimi. I znaleźli tę trumnę w Połocku, w roku 1922. Gdy żołnierze weszli do kościoła, wpierw wyciągnęli z niej ciało i rzucili o posadzkę, a kiedy się ciało nie rozpadło, zabrali trumnę do Moskwy. Wystawiono ją najpierw w Narodowym Muzeum Higieny, aby ludzie podziwiali cuda natury. Tyle lat upłynęło od śmierci człowieka, a ciało jego się nie rozkłada. Ludzie jednak, zamiast podziwiać, to klękali i się modlili. Dlatego też władze muzeum zdecydowały, aby trumnę z ciałem Błogosławionego wynieść do rupieciarni. Księża z Moskwy, którzy wiedzieli o tym, poinformowali Stolicę Apostolską, a ona podjęła starania o odzyskanie trumny, uzasadniając, że dla katolików jest ona świętością. Władze komunistyczne zgodziły się oddać trumnę, a ceną, jaką za jej przekazanie wyznaczono, było zboże, które miało ratować ludność od śmierci głodowej. Ale zgadzając się na oddanie trumny katolikom, władze postawiły dwa warunki: po pierwsze, trumna z ciałem nie mogła być przewożona przez Polskę, a drugi, że nie mogła się znaleźć w Polsce. Dlatego obrano trasę przez Odessę, Morze Czarne, Konstantynopol i Morze Śródziemne, a towarzyszyła jej eskorta wojska, bo Watykanowi przekazywano ważne materiały państwowe. 1 listopada 1923 roku trumna została przekazana Papieżowi i przez kilka miesięcy była w jego prywatnej kaplicy.

– I w 1938 roku święty polski jednak powrócił do Polski.

– Tak. Stało się to po kanonizacji 17 kwietnia 1938 roku, w uroczystość Zmartwychwstania Pańskiego, przez Piusa XI. Uroczyste sprowadzenie trumny miało miejsce w czerwcu roku 1938, czyli 80 lat temu. Znajduje się dziś w Warszawie, w sanktuarium św. Andrzeja Boboli u Ojców Jezuitów.

– A teraz powróćmy do Strachociny. Dlaczego Ksiądz zachęca ludzi do modlitwy za Ojczyznę, za przyczyną św. Andrzeja Boboli, i mówi, że św. Andrzej może uratować Polskę?

– Ma to związek z objawieniem św. Andrzeja Boboli w Strachocinie w roku 1987, jak i wspomnianą pielgrzymką sił patriotycznych przed wyborami prezydenckimi, jak i parlamentarnymi. Przecież ci ludzie znaleźli się na modlitwie w Strachocinie, aby mieć prezydenta z obozu patriotycznego, jak i sami chcieli rządzić. I to, o co prosili, to wszystko się stało. Czy można wobec tego przejść obojętnie? Czy można o tym zapomnieć? Dlatego uważam, że muszę Polakom zamieszkującym wśród różnych narodowości na świecie o tym mówić i czynić wszystko, by dziś nie zapomniano o udziale św. Andrzeja Boboli w tych zwycięstwach, jakie dokonały się w roku 2015.

– To jest ważne przesłanie.

– Tak, to jest ważne przesłanie. Moja misja ma też związek z objawieniem się św. Andrzeja Boboli z 1819 roku w Wilnie. To jest bardzo ważne objawienie, a przeżył je Alojzy Korzeniewski, kapłan, z zakonu dominikańskiego. To jest kapitalna historia i warto ją w tym miejscu przywołać. Oto Polski nie ma już na mapach świata. Polska jest pod zaborami. I tenże kapłan chciał Polsce pomagać, obudzić ducha narodowego, dlatego głosił patriotyczne kazania w Wilnie. Kiedy to doszło do władz rosyjskich, przyszli do jego przełożonych i mówią: jeśli ten kapłan będzie głosił patriotyczne kazania, to klasztor zamkniemy, a was wyrzucimy z tego miasta. Od tego momentu jedynym miejscem dla ojca Alojzego była cela zakonna. On to boleśnie przeżywał. I do tego obolałego zakonnika przychodził Bobola. Gdy pojawił się w celi, powiedział: Jestem Andrzej Bobola, jezuita. Wpierw pouczył go, że Polsce bardziej potrzebna jest modlitwa i jego cierpienie niż patriotyczne kazania. A po tym rzekł do niego: Podejdź do okna, coś ci pokażę. I kiedy podszedł, zauważył za oknem mnóstwo żołnierzy, którzy walczą ze sobą. Bobola mu objaśnił: Widzisz tę wojnę? Jak ona się skończy, Polska znowu będzie na mapach świata. 99 lat przed odzyskaniem niepodległości Andrzej Bobola zapowiedział ponowne pojawienie się Polski na mapach świata.
Drugie proroctwo dotyczyło jego patronatu nad Polską. To było coś niesłychanego. Gdy mówił te słowa, nie był nawet beatyfikowany, a on mówił, że nadejdą czasy, że będzie patronem Polski. I stało się to dopiero w 2002 roku.
I przekazał w tym objawieniu trzecie proroctwo, które jeszcze się nie dokonało. Oto to proroctwo: gdy będę głównym patronem, Polska będzie pełna rozkwitu.

– Czyli na to jeszcze czekamy.

– I wydaje mi się, że teraz nastąpił ten moment, aby uczynić św. Andrzeja Bobolę głównym patronem Polski. Co to znaczy? Czy chodzi o to, aby podnieść liturgiczną rangę św. Andrzeja Boboli i z drugorzędnego patronatu uczynić pierwszorzędny by był równy Matce Bożej, świętym: Wojciechowi i Stanisławowi? W moim rozumieniu, uważam, że nie o to chodzi. To właśnie mówię Polakom, aby uczynili św. Andrzeja głównym patronem dotyczącym spraw Polski i za jego przyczyną modlili się do Boga za Polskę. I gdy Polacy będą się modlić za Ojczyznę za przyczyną św. Andrzeja Boboli, to Bóg nas ocali i przeprowadzi przez trudne dziś chwile. Skoro Bobola uratował Pińsk przed Szwedami, Warszawę przed bolszewikami, to i dziś uratuje Ojczyznę przed groźnym liberalizmem. Zachęcając Polaków do modlitwy za Ojczyznę, podkreślam, że nie promuję ludzi czy partii politycznych, ale kocham Polskę, Ojczyznę moją. Tak wiele jej zawdzięczam i chciałbym, żeby Polska była chrześcijańska i zachowała swoją katolicką tożsamość. A że dziś Polskę atakują różne siły, to znajduję zrozumienie tego, co się dzieje, w przepowiedni Prymasa Polski, kardynała Augusta Hlonda.

– A jaka jest to przepowiednia?

– W przededniu swojej śmierci 21 października 1948 roku, kardynał Hlond powiedział: W planach Bożych Polska ma bronić chrześcijaństwa, jest do tego przeznaczona i powołana, ale żeby mogła to zadanie pełnić, to idzie teraz długi czas jej oczyszczenia. Ale to nie będzie ostatnie oczyszczenie, przyjdzie drugie, o wiele trudniejsze, bo Polskę opuszczą wszyscy, nawet jej przyjaciele, Polska zostanie sama. Ale jeśli Polska wytrwa na tej drodze, w miłosierdziu Bożym pierwsza zostanie wywyższona i stanie się światłem dla innych narodów.
I czy to się nie spełnia na naszych oczach? Dlatego módlmy się do Boga za przyczyną św. Andrzeja, bo kardynał Hlond powiedział: Na placu walki pozostaniemy sami. Ale przecież to nie ludzie są panami historii, ale Bóg. Dlatego tak to widzę i rozumiem, dlatego zachęcam tylko ludzi do modlitwy. Nic więcej nie czynię. Mówię Polakom: tylko módlcie się za Ojczyznę.

– Proszę Księdza, dziękuję bardzo. Do zobaczenia w Strachocinie, myślę, że wszyscy powinni przynajmniej raz zobaczyć, i być w tym miejscu, gdzie zaczyna bić serce nowej Polski.

– Cieszę się, że to nowe sanktuarium rozwija się i coraz więcej osób przyjeżdża do Strachociny, aby szukać pomocy dla Ojczyzny przez wstawiennictwo św. Andrzeja. Zachowujemy spokój. Odprawiane tu nabożeństwa nie mają charakteru politycznego. Droga nam jest Polska, więc za nią się modlimy. Jeśli ktoś zrozumiał, kim w jego życiu jest ojciec i matka, to będzie zawsze ich kochał i szanował. A czy Ojczyzna nie jest moją Matką? Wiele jej zawdzięczam i tak jak mogę, dla Polski pracuję jako ksiądz, z jednej strony, głoszę rekolekcje, modlę się, ale z drugiej strony, mówię ludziom, co powinni czynić, aby zbawić siebie i pomagać Polsce, swej Ojczyźnie.

– Bardzo dziękuję.