Goniec

Register Login

Wywiady

        97-letni Jan Gregalis, harcerz, zesłaniec, żołnierz gen. Andersa, walczący pod Monte Cassino, odznaczony dwukrotnie Krzyżem Walecznych, jeden z założycieli SPK w Kanadzie, działacz polonijny, opowiada o swym życiu. Pan Gregalis przeznaczył ostatnio 200 tys. dol. na fundusz na rzecz Zakładu dla Ociemniałych w Laskach, katedrę języka polskiego na UofT, polskie harcerstwo w Kanadzie oraz Muzeum Orlińskiego w Wawel Villa. Cześć i Chwała Bohaterom.  Dzisiaj mieszka w Wawel Villa.

        Andrzej Kumor: Panie Janie, ma Pan nieprawdopodobny życiorys, należy Pan do pokolenia, które tak dużo dla Polski zrobiło, przeszedł Pan przez cały szlak umęczenia narodu polskiego, od Syberii, a następnie przez szlak wojskowy razem z Andersem, Włochy, bitwa pod Monte Cassino. Skąd Pan pochodzi, gdzie są Pana rodzinne strony?

        – Urodziłem się właściwie w województwie warszawskim, w Warszawicach, to mała miejscowość, ale ojciec dostał posadę na Kresach, na Polesiu – jak miałem niecałe dwa lata, to przyjechaliśmy na Polesie, ojciec tam pracował cały czas. I od tego czasu aż do wojny wychowywałem się na Polesiu.       

        - Przeżył Pan inwazję armii sowieckiej. Jak to wyglądało i jak Pan się dostał w ich ręce?

        – To było 17 września.   Gdy oni przyszli, to jeszcze z początku zachowywali się zupełnie w porządku, uważam, jeszcze nic takiego nie było. Źle się zachowywali Żydzi. Żydzi od razu tworzyli swoje organizacje i „sypali”.

        – Donosili?

        – Tak, donosili. Ojciec pracował w sądzie, to wiadomo.

        – Administracja państwowa.

        – Tak że był socjalnie „niebezopasny” element. Ojca aresztowali po paru miesiącach. Aresztowali całą rodzinę, wywieźli razem do Kazachstanu, tzn. ojca, mamę, trzy siostry i jednego brata, najmłodszego, żona miała trzech braci, którzy byli w obozie jenieckim i po umowie Sikorski-Majski znaleźli się w II Korpusie.

        – Jak to się stało, że Pan znalazł się na zesłaniu?

        – Polesie należało, według Rosjan, bo Białorusi. Chodziły takie słuchy, i ponoć potwierdzone faktami, że oni zaczęli brać do wojska, a ja byłem w tym wieku, że akurat się nadawałem, bo miałem już skończone 18 lat. Więc sobie pomyślałem, że do wojska sowieckiego nie pójdę. No i po rozmowie z rodzicami postanowiłem uciekać. Miałem kolegę za przyjaciela, który miał brata starszego w Brześciu. I tak było, że wyjechałem, dostałem się do Brześcia, byłem tam, ale ten kolega, jego brat, oni już należeli do jakiejś organizacji niepodległościowej. I pewnego dnia przyszli i aresztowali tego mego kolegę, brata i mnie. Dali mnie do więzienia, które nazywało się Czerwoniak, dlatego że było z czerwonej cegły zbudowane i było czerwone, więc wszyscy nazywali go Czerwoniak. Zaraz po miesiącu czy dwóch – nie pamiętam już dokładnie – odbył się sąd i dali nam po pięć lat.

        – Pięć lat łagru?

        – Łagru. Jak jeszcze siedziałem na Czerwoniaku, ale przyszedł Lelewel, wnuk Lelewela tego wielkiego, jak go nazywam. Wnuka też zamknęli. I on siedział razem w tej celi, gdzie ja siedziałem, a to była cela na pięć – sześć osób, ale tam siedziało prawie trzydzieści. No i on siedział i opowiadał nam oczywiście o swoim dziadku.  

        Ale mnie potem wywieźli, a Lelewel jeszcze został, wywieźli do Kotlasu.

        – Gdzie to jest, jaki to rejon?

        – Przed Uralem na północy. Oni tam budowali kolej. Przedtem jeszcze,  wybudowali Kanał Białomorski. Tam bardzo dużo ludzi zginęło. W każdym razie nas tam dali, do Kotlasu, potem nad rzekę Peczorę, bo tam jedyne środki przemieszczania się to była woda, nie było dróg jeszcze ani kolei, myśmy dopiero zaczynali budować tę kolej. Wywieźli nas do tajgi, tam gdzie mieli ten odcinek kolei budować, bo kolej już dochodziła już z południa i z zachodu. Dali nam siekiery, piłki – nazywały się „łuczok” – powiedzieli, tu wasz dom. 

        – I trzeba było go wybudować?

        – Najpierw zaczęliśmy budować szałasy z gałęzi. W każdym razie jakoś żeśmy się koło siebie zrobili, i wycinaliśmy drzewa, tam gdzie miała kolej iść. Piękne modrzewie tam rosły, piękne lasy. Myśmy to wycinali wszystko, potem jak już wycięliśmy pewien odcinek, to trzeba było wyrzucić z ziemi wszystek torf, bo szyn nie można kłaść na torfie, bo się ugina itd. Tak że myśmy z początku wycięli, potem wyrzucaliśmy ten torf. W niektórych miejscach było tego torfu mało, a w niektórych był on głębiej, tak że trzeba było wyrzucać. Ci na górze mieli jeszcze znośnie, ale ci coraz niżej... Robili takie tarasy, że się stało na tarasie i wyrzucało się ziemię do góry. I niektórzy, co tu dużo mówić, byli w wodzie po kolana, ci na dole. No i potem stamtąd załadowali nas na rzekę Peczorę. Zładowali nas na barki na tej rzece i wieźli nas w stronę Morza Białego. Nie wiem, co myśmy mieli tam robić, ale te barki zamarzły i już żeśmy stali ładnych parę dni chyba. I wtenczas – to był już rok 1942 – umowa Sikorski – Majski była.

        – Czyli ile lat był Pan w tajdze?

        – Posłali mnie tam pod koniec 40 roku.

        – Czyli od tego czasu do amnestii tam Pan pracował?

        – Potem, jak stamtąd jechałem, to jechałem trzy miesiące, bo to północ Rosji aż prawie do granicy perskiej, to kawał drogi.  Tam jak żeśmy zamarzli, już jak była umowa Sikorski – Majski, to mówili, że my już nie jesteśmy „zakluczeni”, tylko jesteśmy „towariszczy”. I jakoś barki ruszyły i myśmy z powrotem płynęli do Kotlasu. 

        – Po trzech miesiącach dotarł Pan do Kujbyszewa?

        – Tak, tam się rząd polski tworzył, przedstawicielstwo rządu polskiego z Londynu. No ale jak to wszędzie w początkach i w Rosji, był straszny bałagan. Różne słuchy chodziły, każdy co innego mówił. Poradzili nam, żebyśmy szli na południe dalej. No i myśmy szli z Kujbyszewa dalej na południe. Ja doszedłem do Samarkandy, Samarkanda, nie wiem, w jakim stanie była, już nie pamiętam.

         Wiedzieliśmy, że armia się tworzy, i szukaliśmy sposobu, żeby dalej się dostać, więc pojechaliśmy do Buzułuku. W Buzułuku miejsca nie było, bo już wszystko było zapełnione, bo wszyscy Polacy z całej Rosji sunęli na południe, żeby do wojska się dostać. Ale nam poradzili, że w Guzarze tworzyła się 11. Dywizja Piechoty, że tam może. Więc ja miałem kolegę, razem wyruszyliśmy do Guzaru. Kiedy żeśmy tam dotarli, wybuchła epidemia tyfusu plamistego, wszy. Bo w Rosji, jako że to kulturalny kraj, w każdym większym mieście na stacji była „woszobojka” i woda, „kipiatok”. 

        – Jak działała „woszobojka”?

        – To był specjalny budynek i oni tam gotowali wodę i robili parę. Ubrania się zdejmowało i dawało do pary, i to miało zabijać wszy. Ale to nie zabijało, tylko rozjuszało je jeszcze bardziej i były bardziej agresywne potem.

        – Czyli przyjął się Pan tam do wojska, do tej dywizji piechoty Pana zapisali?

        –  Nie. Ja zachorowałem na tyfus, ale że wszystkie szpitale były pełne, wszystkie budynki, które można było wykorzystać dla tych chorych z epidemii, były zajęte, to nas na dworze dali, pod murem, pod ścianą nas poukładali i tak żeśmy leżeli. Nie było ani termometru, o żadnych lekarstwach nie było mowy.

        – Czyli czym leczono? Niczym nie leczono, tylko Pan leżał?

        – Tak, leżałem tylko. No ale byłem młody i jakoś wytrzymałem to. Wytrzymałem, przeszedłem.

        – Jak Pan wyzdrowiał, to wzięli Pana do wojska, czy już wojska nie było?

        – Jak wyzdrowiałem, to tam się tworzyła szkoła podchorążych, więc poszedłem do szkoły, pamiętam 28 marca, bo to moje urodziny akurat, 43 roku.

        – Pan został podoficerem?

        – Nie. Wyjechaliśmy do Krasnowodska, to port nad Morzem Kaspijskim, tam załadowali nas na barki i popłynęliśmy do Persji, miejscowość nazywała się Ahwaz. 

        – Przeszedł Pan cały szlak bojowy II Korpusu, z 3. Dywizją Strzelców Karpackich?

        – Tak. 

        – Walczył Pan o Monte Cassino, Ankonę, ale co Panu najbardziej utkwiło z tego szlaku bojowego?

        – Najbardziej, jak zostałem ciężko ranny.

        – W jakich okolicznościach?

        – Wtenczas już byłem podporucznikiem, miałem pluton w Brisigiela w Apeninach we Włoszech. Była straszna pogoda, śnieg i deszcz padał, takie nie wiadomo co. Rozmieściłem pluton po natarciu – zdobyliśmy wtedy Brisigielę. Szedłem do chłopców, których porozmieszczałem wszędzie, bo myśmy byli pierwsza linia, tzw. czujki, najdalej wysunięty w stronę nieprzyjaciela oddział. Usiadłem i rozmawiałem sobie z chłopcem, który był w moim wieku albo młodszy nawet. I wtedy trafił mnie artyleryjski pocisk. Widzi Pan? Tu jest dziura. Straciłem kompletnie prawe oko. 

        – Jak Pana ewakuowano?

        – Od razu z linii sanitariusze wzięli na nosze i do pierwszego punktu opatrunkowego prowadzą. Mnie prowadzili, któryś się poślizgnął i wyleciałem z noszy. Wtedy mówię do nich, weźcie mnie jeden pod rękę, drugi z drugiej strony pod rękę i ja pójdę lepiej, bo to w górach, Apeninach, ślisko, pogoda. A potem na punkcie opatrunkowym, gdzie już dostałem pierwszą pomoc, to lekarz zdecydował, że może da się uratować oko. Zadzwonił i przyleciał „Kubuś”, a „Kubuś” to był mały samolot, nawet nie pamiętam, jakiej marki, który latał na rozpoznania. Niemcy do niego nawet nie strzelali, bo bali się zdradzić swoje miejsca stanowisk ogniowych. „Kubuś” mnie przewiózł do Ankony do szpitala. Tam nie dało się nic zrobić z okiem. Angielski szpital, pytali mnie się – widzi, widzi? Mówię, nie widzę, to już tak zostało i właściwie dla mnie wojna się skończyła.

        – Już Pan nie wrócił do oddziału?

        – Wróciłem do oddziału, ale już po wojnie, dlatego że w szpitalu byłem, a to już był koniec wojny, 1945 rok. Tak że wróciłem do oddziału i byłem w nim do końca, aż wyjechałem potem do Anglii.

        – Cały czas z II Korpusem?

        – Tak. Myśleliśmy, że wrócimy do Polski, ale Poczdam był, no i sny się skończyły o Polsce. Ja wiedziałem, że do Polski już nie wrócę, bo już byłem w Rosji i nie chciałem drugi raz się dostać.

        – Pojechał Pan z Korpusem do Anglii, co Pan tam robił?

        – W Anglii oni sformowali Polski Korpus Rozmieszczenia i to było coś w rodzaju przygotowania do pracy. Były organizowane najróżniejsze kursy rzemieślnicze, jak krawiectwo i inne, ale ja Anglików też nie lubiłem po Poczdamie, więc powiedziałem sobie, że przy pierwszej okazji, jaka będzie, to ja z Anglii wyjadę. I Kanada zaoferowała pracę na farmie. Zgłosiłem się na farmę, kontrakt podpisałem na dwa lata. W Kanadzie pracowałem dwa lata i w czasie sianokosów zaprószyłem to dobre oko.

        – Miał Pan tylko jedno?

        – Miałem tylko jedno i byłem już kompletnie niewidomy. Farmer oczywiście musiał mnie odwieźć do szpitala i do lekarza. Lekarz ten porozmawiał ze mną i pyta, co ty robisz na farmie? A ja mówię, kontrakt podpisałem, bo chciałem z Anglii wyjechać. A on mówi, chcesz, żebym ci pomógł, żebyś już więcej na farmie nie pracował? Ja mówię, jak najbardziej.

         Tak że on to zrobił, że już więcej nie wróciłem na farmę. On to zrobił, dlatego że, jak powiedział, nasza dywizja we Włoszech była z waszą dywizją. Dlatego on się zainteresował mną. 

        Potem zacząłem szukać pracy i znalazłem w De Havillandzie.

        – Budował Pan samoloty?

        – Byłem inspektorem. Z początku byłem składaczem, tzw. assembler, a potem De Havilland sam zaproponował mi, że mnie wyśle na kurs inspektora i że będę inspektorem. Zgodziłem się i zostałem inspektorem, i nawet dość wysoko doszedłem w inspekcji. A po 30 latach poszedłem na emeryturę.

        – Pan się cały czas udzielał w naszej społeczności polskiej, bo działał Pan w SPK, budował siedzibę przy Beverley...

        – Należę do 20 pierwszych, którzy zakładali SPK w Kanadzie, Władek Turzański był, inni. Tak że właściwie byłem z tymi, którzy zakładali SPK, i w SPK pracowałem dwadzieścia parę lat prawie.

        – Tutaj widzę Krzyż Harcerski wśród odznaczeń, był Pan harcerzem w Polsce?

        – Byłem w harcerstwie. Tutaj też się udzielałem, ale jako przyjaciel harcerstwa.

        – Wtedy, kiedy harcerstwo się na Kaszubach rozwijało?

        – Tak, na Kaszubach. Budowałem tam kaplicę, tam był ksiądz Grzondziel, który już nie żyje, bardzo się udzielałem, ale serduszko mi nawaliło znowuż, tak że już musiałem uważać. Z De Havillanda się z tego powodu zwolniłem, jeszcze mogłem pracować, ale po trzydziestu latach i w tej kondycji ja i lekarze powiedzieli, idź pan na emeryturę, dosyć już tego.

        – Czy Pan wtedy myślał, że Polska się w ogóle odrodzi, że będzie Polska, czy miał Pan nadzieję, czy Pan myślał, że to będą Sowiety zawsze?

        – Ja wtedy wiedziałem, że coś powstanie, ale ja i dzisiaj nie wierzę za bardzo. To, co się dzieje obecnie, to przekracza wyobrażenie dosłownie. 

        – Panie Janie, Pan bardzo hojny dar poczynił ostatnio, przeznaczając wielką sumę pieniędzy na fundusz, który ma służyć między innymi harcerzom.

        – Tak.

        – Dlaczego takie postanowienie?

        – Dlatego że lubię harcerstwo. Sam kiedyś byłem harcerzem i po przybyciu tu też się bardzo udzielałem.

        – Co daje harcerstwo?

        – Daje życie między ludźmi, że się razem trzymają, i wyrabia charakter też. 

        – To wielki zaszczyt, że Pan zgodził się z nami rozmawiać, bo jest Pan przedstawicielem tego pokolenia, które dla Polski wszystko oddało.

        – O tak, i to na wszystkich frontach, wszędzie.

        – Czy Pan nie uważa, że ta ofiara była nadaremnie, że trzeba było inaczej jakoś, że tyle zdrady było w tym?

        – Ja uważam, że nami manipulowano. Tak samo Ameryka. Roosevelt powiedział, że Polska natchnieniem narodów, a potem ją sprzedał.

        – My jesteśmy czuli na ładne słówka. Nawet jak prezydent Trump pojechał do Warszawy, to wszystkim się bardzo podobało, jak mówił.

        – No tak, właśnie o to chodzi, że nas takie słówka biorą i najgorzej, że my wierzymy w te słówka, bo realność pokazuje zupełnie inaczej, jak realnie na to patrzeć. 

        Z mojej rodziny ja jestem ostatni Mohikanin. Jakoś mi Pan Bóg daje. Rodzice żony umarli w Polsce jeszcze, trzy siostry umarły tu, w Kanadzie, i leżą pochowane w Wilnie w Ontario, na Kaszubach. Ja tam też będę pochowany, mam już grób zapłacony, już nawet jest kamień.

        – Tam Panu się podoba, tam pachnie Polską?

        – O tak, zawsze. Ja Kaszubów lubię, z Kaszubami miałem cottage przez trzydzieści lat, tak że dobrze z nimi żyłem i uważam, że to są dobrzy, uczciwi ludzie. Tak że jak umrę, jak żona umrze, to już mamy zapewniony budynek tam, na cmentarzu.

        – W takim razie zapytam Pana jeszcze, co cennego jest w Polsce i w Polakach? Dlaczego warto być Polakiem?

        – Jedna bardzo ładna i dobra rzecz, że my wtedy, kiedy z nami jest już bardzo źle, potrafimy się zjednoczyć i coś zrobić.

        – Ale dopiero wtedy.

        – Dopiero wtedy.

        – Bardzo dziękuję za to, co Pan zrobił dla Polski przez wszystkie te lata, przez swoją młodość, bo mimo że wtedy wydawało się, że jest na marne, to nie jest na marne, to zostaje właśnie z młodszymi ludźmi, właśnie z tymi harcerzami, właśnie z tymi ludźmi, wśród których działa Fundusz Milenium, z młodzieżą, że Polska się przenosi dalej dzięki takim ludziom jak Pan.

        – Pewnie że tak, ale ja nie wiem... Może to się wyprostuje jeszcze.

        – Póki my żyjemy, tak jest w naszym hymnie, więc miejmy nadzieję. Dziękuję bardzo rozmowę.

20180227 082052 HDR        – Czy zgodziłbyś się z takim obrazem geopolitycznym, w którym służby amerykańskie czy tzw. wolnego świata dochodzą do wniosku, że po to by rozwalić Związek Sowiecki, trzeba przede wszystkim pokazać tym, którzy mają rzeczywistą władzę, czyli wojskówce tych krajów, że oni mogą się po prostu wzbogacić, że po co zajmują się tą idiotyczną ideologią, że weźcie i zróbcie sobie tutaj własne kraje, bantustany, my wam w tym pomożemy, dołączcie do naszej „rodziny narodów”, na naszych zasadach oczywiście, i do tego Polska się doskonale nadawała? Jesteśmy w przededniu marca. Ja myślę, że tutaj bardzo dużą rolę odegrał 68 rok, dlatego że w 68 roku z polskich władz wyjechało na Zachód, nie tylko do Izraela, bardzo dużo ludzi wpływowych w Polsce, którzy mieli znajomości i kontakty w Polsce. I ci ludzie zostali przewerbowani i przez CIA, i przez Mosad, po prostu złożono im różnego rodzaju dobre oferty. I to oni w latach 70. i 80. pracowali właśnie nad tym pokoleniem Petelickich, Czempińskich itd., żeby im pokazać, że tu nie ma co rwać żył dla jakiejś idiotycznej ideologii, że ten system można ładnie, że tak powiem, wziąć dla siebie i będą oni i ich rodziny mieli o wiele lepsze życie przez to. I właśnie dlatego liczył się tylko pieniądz, po prostu ich skorumpowano. To była najlepsza broń, żadna bomba atomowa nie była tak skuteczna jak korupcja, której użyto w stosunku do Polski, a później Związku Sowieckiego i byłego Związku Sowieckiego. Rozłożono to, co wydawałoby się nie do rozłożenia i nie do pokonania, no bo wiadomo, rakiety atomowe, to, tamto itd., a jednocześnie utrzymano kontrolę organizacyjną państwową nad tym systemem, czyli utrzymaniem bezpieczeństwa, bo chodziło o to, żeby rakiety, broń atomowa, różnego rodzaju substancje, środki nie dostały się na przykład w ręce terrorystów.

        – To właśnie próbuję powiedzieć, że od 84 roku, od tej podłej rozmowy wielkich późniejszych autorytetów, Geremka, Mazowieckiego, z Kiszczakiem i Jaruzelskim, ten scenariusz był później realizowany w tysiącu powieleniach. Ja analizowałem sto kontraktów, tych wielkich, od miliarda w górę, jak na budowę Stadionu Narodowego w Warszawie, który budowała spółka WSI Pol-Aqua, w której było więcej oficerów, z pułkownikiem Lichockim, który przez pewien czas był moim informatorem, kolega Komorowskiego, później okazał się prowokatorem. Stadion można było zbudować za połowę tej kwoty.

        – Ale tak jest w krajach Trzeciego Świata.

        – Tak jest w krajach Trzeciego Świata, tylko my jesteśmy w Europie i wydawałoby się, że mamy wolną Polskę, niektórym się wydawało, i że w wolnej Polsce takich rzeczy nie ma. I rzeczywiście tak robiono, tych ludzi skorumpowano. To jest ta różnica pomiędzy tym, od czego zaczęliśmy rozmowę, między służbami polskimi a rosyjskimi, gdzie też korupcja, interesy przestępcze, bandyckie itd., ale jednak zaczęto tworzyć jakiś nurt patriotyczny wielkiej Rosji. W Polsce nic takiego się nie stało. W Polsce te służby działały i działają na zasadzie właśnie wyłącznie dbania o własne interesy albo interes swoich przełożonych, tych mafijnych przełożonych. Nie mówię o przełożonych na zasadzie tych, którzy rządzą naszym krajem formalnie, tylko mówię o tych, którzy gdzieś tam z góry umożliwiają im prowadzenie tego typu interesów. 

        Andrzej Kumor: Cieszę się, że możemy się spotkać po długim czasie. Dużo się w Polsce zmieniło. Rozmawialiśmy ostatnim razem chyba przed wyborami prezydenckimi jeszcze czy już był prezydent, a jeszcze nie było rządu PiS-u. Wtedy mówiłeś o kilku warunkach, które będą takimi papierkami lakmusowymi, po których będziesz wiedział, czy ten rząd jest prawdziwie polski, czy nie. 

        To było ujawnienie Aneksu do Raportu o WSI, to była sprawa śledztwa ws. zamordowania księdza Jerzego Popiełuszki. Nie pamiętam, jaki był ten trzeci punkt, ale po tych dwóch już widzę, że coś słabo wychodzi. 

        Jak oceniasz dzisiejszą sytuację polskiego rządu? Rozmawiamy w czasach, kiedy, z jednej strony, jest ta „wojna polsko-izraelska” czy „polsko-żydowska”, czyli że Warszawa postawiła się pewnej narracji żydowskiej, ale z drugiej strony, też wiele rzeczy jest niezrealizowanych, na które ludzie czekali, zwłaszcza w tej rozliczeniowej warstwie.

        Wojciech Sumliński: Warszawa postawiła się, ale ja mam głębokie przekonanie, że postawiła się zdecydowanie za miękko i zdecydowanie za słabo. Do tego pewnie dojdziemy, natomiast jeśli chodzi o te papierki lakmusowe, to tak istotnie było. 

        Dla mnie, jako dla kogoś, kto zna Andrzeja Witkowskiego, zna jego śledztwo i wie, co jest w tym śledztwie, tam jest bomba atomowa dotycząca pokazania roli Geremków, Mazowieckich i tych wszystkich szubrawców, którzy przez wiele lat uchodzili za patriotów. Przecież Mazowiecki był pierwszym premierem wolnej, podobno, Polski. 

        To wszystko można by pokazać na kanwie sprawy wyjaśnienia wszystkich okoliczności śmierci, tego co nastąpiło później w sprawie najgłośniejszej, najbardziej tajemniczej zbrodni PRL, jaką było zamordowanie księdza Jerzego Popiełuszki. To się nie stało.

        Może Pan opowiedzieć o swoim nawróceniu, skąd ta wiara i skąd ten czyn, aby ewangelizować przy pomocy kina? 

        – Kwestie dotyczące nawrócenia na pewno były kluczowe, zawsze byłem katolikiem, zawsze chodziłem do kościoła w niedzielę, ale wtedy, te kilkanaście lat temu, Pan Bóg postawił na mojej drodze osoby, dzięki którym dowiedziałem się, że do Pana Boga można zwracać się inaczej, w taki sposób bezpośredni, że On nie jest jakimś bóstwem gdzieś tam daleko, tylko że jest Osobą i można spróbować budować z nim relację, żeby się nie bać. Mnie jako facetowi było szczególnie ciężko wejść w coś takiego, bo zawsze chcemy mieć taki swój teren, bezpieczeństwo, a tutaj trzeba kierować nagle myśli bezpośrednio do Boga, ale okazało się, że w momencie, kiedy się na to zdecydowałem, to zaczęły się dziać cuda w moim życiu, to były rzeczy... 

        Pan był ekonomistą, miał Pan karierę przed sobą. 

        – Pracowałem w spółkach skarbu państwa na bardzo wysokich stanowiskach, w spółkach strategicznych. Był to taki okres, że byłem dyrektorem odpowiedzialnym za cały tranzyt ropy naftowej w Polsce (...) 

        W życiu nie myślałem, że Pan Bóg wszystko wywróci w moim życiu, później pracowałem w mediach, w Polskim Radiu byłem dyrektorem zarządu przez około pięciu lat…

piątek, 23 luty 2018 13:30

My dopiero nadrabiamy zaległości

Napisał

        W dniach 14-17 lutego delegacja Instytutu Pamięci Narodowej w składzie Jan Baster – zastępca prezesa IPN, Adam Siwek – dyrektor Biura Upamiętnienia Walk i Męczeństwa, oraz Agnieszka Jędrzak – kierownik Samodzielnej Sekcji Kontaktów Międzynarodowych w Biurze Prezesa IPN, przebywała w Kanadzie. Korzystając z okazji, przeprowadziliśmy rozmowę…

        Goniec - Czy IPN ma program, czy zamierza otworzyć program, który badałby to, jak rozbijano Polonię; działanie rezydentury PRL w Kanadzie?

        Wiceprezes IPN Jan Baster - Z tego co ja wiem, choć tym się nie zajmuję, to takiego programu centralnego nie mamy, natomiast pojedynczy badacze z pewnością tym się zajmują. 

        - Chciałem się więc też zapytać, na ile instytut jest niezależny w swoich działaniach, wolny od wpływów politycznych, bo właśnie dowiedziałem się, że umorzono śledztwo w sprawie mordu partyzantki żydowskiej na polskich chłopach w Koniuchach; a jest to sprawa, która leży mi na sercu nie tylko dlatego, że zgłosił ją Kongres Polonii Kanadyjskiej, ale akurat tak się złożyło, że kilkadziesiąt lat temu przeprowadziłem wywiad z osobą, która przeżyła tę masakrę, panem Tubinem. Z tego, co mi wiadomo, to Instytut wysłał jedynie jakieś zapytania do władz innych krajów o zlokalizowanie sprawców, natomiast z przesłanych do IPN dokumentów wynikało, że sprawcy jak najbardziej są znani, chwalą się tym, co zrobili, i sprawa jest jakby podana na tacy. Tymczasem utknęła. Dlaczego? Czy z powodów politycznych? 

        - Myślę, że wolności Instytutu bronimy skutecznie, natomiast trzeba pamiętać, że są to jakby dwa obszary działalności, działalność naukowa, czyli badania, kwerendy i opracowywanie później materiałów to jest pion naukowy. I jest pełna wolność badań naukowych. A kwestia śledztw to jest pion prokuratorski, który jest jeszcze bardziej niezależny, no bo pomimo że w nazwie i formalnie komisja ścigania jest w strukturach Instytutu, to dyrektor pionu jest zastępcą prokuratora generalnego i tutaj nigdy tak nie było, żeby prezes Instytutu miał możliwości jakiegokolwiek ingerowania w prace prokuratorów czy narzucania im sposobu prowadzenia spraw czy wpływania na to, że sprawa jest umorzona. To są tak naprawdę pytania do prokuratorów do tego, który prowadził sprawę. 

sobota, 03 luty 2018 18:57

Na emeryturę za miasto

Napisał

- Jak dawno temu wyjechaliście z Mississaugi?

- Przeprowadziliśmy się w czerwcu 2016 roku.

- Jak długo ten pomysł się rodził?

- Bardzo krótko 2 miesiące.

- Jeszcze, jak pracowałem nasłuchiwałem różnych osób... A to jeden znajomy się wyprowadził, a to drugi. Mój supervisor miał dom blisko pracy w Brampton, ze swoją towarzyszką przeprowadzili się do jej cottage’u nad jezioro Simcoe, na południe od Barrie i stamtąd dojeżdżał do pracy. Więc i ja zacząłem myśleć o czymś podobnym i gdy spotkałem się z moim agentem real estate, żeby wynająć basement w swoim domu w Mississaudze. Gdy już tak finalizowaliśmy wszystkie formalności, to była jego ostatnia wizyta, zapytałem wtedy, a co gdybym ja kupił coś na północy? I tak się zaczęło. To było w okolicach połowy grudnia; w połowie kwietnia mieliśmy zamknięcie..

- W lutym pojechaliśmy tutaj oglądać.

- Podobała się okolica czy ktoś coś zaproponował?

- Podobała się okolica, ponieważ tutaj mają swoje cottage’e nasi znajomi

- Ten agent nieruchomości zaproponował nam do kupienia swój własny cottage.

- Myśmy przyjechali obejrzeliśmy; był ciekawy; był to duży dom pięciopokojowy, a więc dosyć spory, zrobiliśmy zdjęcia i wysłałem te zdjęcia synowi. A on, co można się było spodziewać, wysłał mi kilka innych. Wszedł na internet i tutaj poszukał w okolicy. Dodał, żeby nie podejmować decyzji zanim się nie obejrzy kilku innych. Że nie można tak na jedną opcję iść. Obejrzeliśmy kilka posesji, ale jakoś nie za bardzo nam się podobały, a jednym z tych zdjęć, które dostałem, to było zdjęcie tego domu i na tablicy wbitej przed domem był telefon. Zadzwoniłem do tego agenta czy można obejrzeć, on powiedział że nie ma czasu, ale za chwilę zadzwonił że tak teraz, więc my w samochód i przyjechaliśmy. Poprosiłem mojego kolegę, który dużo pracował na budowach, był hydraulikiem chciałem żeby on był ze mną, żeby spojrzał technicznie na to. Przyszliśmy tutaj razem, kolega wszedł, zobaczył te kaloryfery które są właśnie na wodę i powiedział mi tak; no Bartek nie chcę tutaj robić żadnych min, ale jak tego nie kupisz...

- Czyli okazja i to zadecydowało że się zdecydowaliście. Czy od razu kupowaliście z myślą, że będziecie wynajmować?

- Ja już się szykowałem do pójścia na emeryturę ale ten agent real estate powiedział mi że dużo łatwiej dostać kredyt, jak się pracuje, niż jak się jest na emeryturze, jest wtedy mniej opcji. Mniej też kredytodawców.

- To ważna informacja.

- Wtedy doszedłem do wniosku na to dobrze, to działamy i tak to się potoczyło.
Ten dom był do sprzedania chyba ze 3 lata, właściciel miał swoje dzieci już dorosłe i oni używali go od 40 lat jako cottage. On postanowił jednak to sprzedać, żeby podzielić pieniądze pomiędzy dzieci, bo to wiadomo, żeby nie było problemu, ale dzieci chciały jeszcze używać, więc oni zawsze dawali ogłoszenie do sprzedania dopiero gdzieś w październiku, kiedy już skończyło się lato, przestali używać ten dom na wakacje, ale jednocześnie nikt też wtedy już się nie zgłaszał do kupowania. I to tak trwało. My właśnie trafiliśmy w takim momencie, kiedy już właśnie ten znak był nawet zdjęty, dlatego że to już był grudzień, a umowa z agentem trwa tylko 3 miesiące.

- Udało się i tak razem poukładały się te wszystkie klocki że postanowiliście zamieszkać tutaj na emeryturę?

- Po prostu doszliśmy do takiego wniosku: cottage za tyle pieniędzy to dla nas jest rzecz niepraktyczna, dla nas dwojga, ale jako dom i to do wynajęcia, jakbyśmy tutaj mieli mieszkać, to proszę bardzo....

- Mieszkacie i wynajmujecie jednocześnie? Dom jest obszerny...

- Mieszkamy na dole, górę wynajmujemy.

- I to się bardzo wszystko dobrze spłaca ten pierwszy rok przebrnęliśmy. Nam tylko zależy żeby mieć na podatki i opłaty

- No, ale powiedzcie, jak to jest, bo wyprowadziliście się z centrum „polskiego” miasta, a tutaj nie ma sklepów, restauracji... Jak to jest z opieką zdrowotną?

- Szpital jest w Midland, to jest od nas oddalone około 15 km.

- A jak z odśnieżaniem?

- Naszą ulicę odśnieżają tutaj szybciej i wcześniej niż odśnieżali naszą ulicę w Mississaudze.

- I to wszystko bardzo sprawnie idzie?

- Tak, tak tutaj nam odśnieżają driveway,

- A jak urzędy?

Jakby to powiedzieć, ludzie w urzędach są mniej przepracowani, tu urzędnicy czekają na petenta.

- To taka stara Kanada jak za dawnych lat?

- Widać że urzędnicy są nieprzepracowani i jak klient wchodzi to oni się cieszą że przyszedł.

- Bardzo miłe wrażenie.

- Czyli poprawa?

- Tak.

- Jak często jesteście w Mississaudze, Toronto? Czy to nie jest uciążliwe tak podróżować?

- To bardzo nas aktywizuje, bo jeszcze nie czujemy się tak całkiem wypchnięci poza życie miejskie, a jednocześnie jeszcze mamy gdzie pojechać; syna odwiedzamy, on tutaj przyjeżdża, takim wahadłowym systemem sobie funkcjonujemy.

- Czyli prawie taka emerytura jak na Florydzie, tylko bliżej?

- Dokładnie.

- Przyjemnie jest się wybrać do Mississaugi, do znajomych, do syna pojechać. To jest przyjemność. A w lecie o szóstej po południu zawsze, bo tak to w ciągu dnia jesteśmy zajęci, ale tak szóstej idziemy na plażę, wykąpiemy się tam i ma się bardzo przyjemne wrażenie.

- Co tu dużo mówić; ja i Bartek jesteśmy z Lublina, wychowywaliśmy się w blokach, od dziecka ja to dopiero w tej chwili mówię, gdybym ja od dziecka miała takie życie, jak teraz mam tyle przestrzeni to bym miała z ośmioro dzieci. Bo aż czuję się jak grzesznik, który nadużywa przestrzeni.

- Tutaj przy tym domu jest dosyć duża działka, z 60 akrów, to takie szczęście że ten dom jest tutaj przy tej alei i nawet w upały nie jest aż tak gorąco, jest cicho, nawet gdy to jezioro szumi, aż huczy, to tutaj tego nie słyszymy.

- A zwierzęta? Czy jest jakiś problem ze zwierzętami?

- Problemu nie ma.

- Rakuny?
- No tak są, trzeba uważać śmieci nie zostawiać. Zwierzęta są dookoła, jeżeli zostawi się zamknięty green bin to one sobie radzą z tym bez najmniejszych problemów przewracają go otwierają. Mamy liski widziałam dwa różne.

- A niedźwiedzie?

- No niedźwiedzia jeszcze nie widziałam.

- Ja widziałem niedźwiedzia, kilka kilometrów stąd. Pomyślałem sobie że chyba trzeba zawiadomić jakieś władze. Zadzwoniłem do tutejszego urzędu i mówię, proszę panią przejeżdżając tu i tu widziałem niedźwiedzia.  A ta pani mnie pyta, no i co? Mówię że pomyślałem że trzeba zawiadomić, „że państwo rejestrujecie takie przypadki”, a ona, że tutaj są niedźwiedzie, że tutaj żyją.

- Nie cierpicie zimą na brak towarzystwa, samotność?

- Nie, a zresztą praktycznie to codziennie kogoś mamy tutaj z wizytą albo sami gdzieś jedziemy. 100 m przez ten las przyjechali właśnie dzisiaj nasi znajomi sponsorowani przez tych samych sponsorów co my byliśmy sponsorowani i właśnie dzisiaj jeszcze się z nimi spotkamy.
Kilometr stąd nasi znajomi też mają cottage, też są emerytami, więc czasami też siedzą tutaj cały czas po kilka dni w tygodniu. Też wahadłowo zmieniają się z dziećmi; jak dzieci przyjeżdżają to oni wyjeżdżają do Mississaugi; tam jest rodzina, gdzie żona jest Polką.

- Życie towarzyskie kwitnie?

- Przede wszystkim sąsiedzi tutaj są sobie jak gdyby troszeczkę potrzebni. Dlatego że wiedzą, iż mogą być sytuacje takie że będą potrzebować sąsiada do pomocy.

- To tworzy taką wspólnotę wioski?

- Tak.

- No a latem? Bo latem to tutaj jest zatrzęsienie ludzi, ta plaża jest popularna, niedaleko jest Wasaga Beach, nie macie problemów z ludźmi, którzy zastawiają wyjazdy parkują samochody?

- Tutaj nie ma pozwolenia na parkowanie.

- Nie ma tłumów, nie ma tak, że ludzie przyjeżdżają zostawiają auto i idą na plaże?

- Do niedawna jeszcze można było parkować, gdzie się chce, ale zaczęły się tworzyć problemy powiedzmy higieniczne, nie mówiąc już o tym że wszędzie stały samochody, czasami nawet nie można było wyjechać ze swojego podjazdu. W związku z tym miasto postawiło zakaz parkowania i są tylko wyznaczone miejsca. Na Balm Beach jest publiczna plaża z płatnym parkingiem i tutaj jest też kilka miejsc, gdzie można parkować, jeżeli wykupi się w mieście pozwolenie. To w ten sposób teraz działa. I dzięki temu jest spokój.
Jak była taka masa przyjezdnych...

- Bo to jest przecież urlopowa okolica i na wyjazdy weekendowe również.

- A nie było nigdzie tutaj ubikacji publicznej, więc można sobie wyobrazić co się tutaj wszędzie działo.

- Ludzie z plaży przychodzili tutaj do lasu?

- Do lasu, wszędzie, nie mówiąc już o tym że pewnie też załatwiali się jeziorze. Ale mówiąc szczerze, właśnie w okresie sezonu i lata to tutaj jest przyjemny ruch ludzi, nie czuje się tłumów, ale też nie jest tak, że siedzimy na pustkowiu; ludzie chodzą na spacer z pieskami. Bo tutaj każdy wtedy kogoś ma, jakiegoś gościa, albo letnicy, albo rodziny zjeżdżają się, tak że jest tutaj wesoło, tam się bawią, tu się bawią...

- Nie żałujecie, to była dobra decyzja? Dobry ruch, polecacie każdemu?

- Polecamy dlatego że tak faktycznie jest, że z wiekiem człowiek potrzebuje - przynajmniej dla nas tak jest - potrzebowałam świeżego powietrza.

- Są ludzie, którzy lubią chodzić po plazach; wtedy rzeczywiście nie ma tutaj atrakcji, mogą się czuć obco.

- To ile jest do kościoła, na przykład?

- 10 km do Midland.

- Ale my tutaj chodzimy, do kościółka w Perkinsfield; to jest taka podwójna parafia, z kościołem Świętej Anny Penetanguishene.

- Jest wszystko spod bokiem? A supermarket? Gdzie robicie zakupy?

W Midland, tam są dwa duże sklepy Food Basic i No Frills; jest też Walmart, Home Depot, Canadian Tire. Jest wszystko, żyć nie umierać.

- Dziękuję bardzo i życzę dużo zdrowia i zadowolenia.

- Dziękujemy.

        - Dlaczego zajęła się Pani polityką? Po studiach zarządzania na UofT pracowała Pani w sektorze finansowym, po co się było angażować? Dlaczego uznała Pani, że warto w to wejść? 

        - To bardzo dobre pytanie. Ale przy takich znaczących decyzjach trudno wskazać jakiś jeden powód; zawsze przyczyn jest wiele. 

        Ale jedna z nich była dla mnie bardzo ważna. Gdyby zapytać kogoś o definicję współczesnej demokracji to pewnie odpowie że sprowadza się to do „równania”; jedna osoba = jeden głos, bo to realnie określa współczesną demokrację. W dawnych czasach trzeba było być właścicielem ziemskim, mieć to czy tamto, ale ostatecznie uznaliśmy, że każdy może głosować.  Dla mnie jednak druga strona tego „równania” to pytanie o to na kogo możemy głosować. 

        W kraju, w którym się urodziłam, w Indiach, wszyscy mają prawo głosu, ale zdolność do bycia wybieranym jest ograniczona do elity. Wystarczy popatrzeć na liczbę arystokratów którzy obecnie są politykami. A więc system się zmienił, ale władza pozostała w rękach tej samej elity. Bo zwykły człowiek nie miał żadnej możliwości, aby ubiegać się o mandat. Nawet w krajach, jak Wielka Brytania jest podobny model, jak w Indiach; kto będzie się ubiegał o mandat decyduje partia, a więc decydują koneksje. Pomyślałem sobie, że prawdziwa demokracja jest tylko wówczas, kiedy zwykli ludzie mają możliwość ubiegania się o mandat. I tak jest w Kanadzie, ponieważ mamy otwarty proces nominacyjny; mamy to, co Amerykanie określają jako primaries, a więc nie jest to decyzja jednej osoby z partii o tym, kto może ubiegać się o mandat, a raczej system otwarty. Gdy przyjechałam do Kanady to mnie właśnie  najbardziej uderzyło.  Ale też zastanawiałam się czy naprawdę? Czy rzeczywiście ktoś bez nazwiska, nie ustosunkowany,  bez pieniędzy; czy przecięty człowiek może ubiegać się o urząd polityczny. Sądzę że to jest najważniejsze bo to zwykli ludzie wiedzą co jest najlepsze dla innych. Ja podobnie, jak wszyscy mam mortgage, tak samo martwię się o wykształcenie mojej córki; o emeryturę. I jest ważne żebym się martwiła, ponieważ wtedy mogę autentycznie reprezentować innych. 

wtorek, 23 styczeń 2018 08:24

Wielki koncert - Wywiad z maestro Andrzejem Rozbickim

Napisane przez

        Janusz Niemczyk: Na koncercie, który Pan przygotowuje będą występowali pieśniarze operowi aż z 9 krajów świata, w tym z bardzo bogatych krajów. Jak widzę na plakacie, sponsorami w większości są osoby, firmy z polskiego, polonijnego środowiska. Polska sponsoruje cały świat?

        Andrzej Rozbicki: To tak nie wygląda. To nie jest tak zupełnie prawda. Jeśli Pan popatrzy dokładnie, Parama nie jest Credit Unią polską, a litewską. Ja muszę powiedzieć, że od lat współpracuję z Paramą. Chyba już od czterech lat zapraszam solistów z Litwy. W przyszłym roku mam mieć koncert na Litwie. 

        Podobnie zresztą jest z firmą Carawan. Jest ona ukraińską firmą. Carawan od lat jest na koncertach. Zawsze im się to podoba, co robię, i się z tego cieszą. To pracuje w obydwie strony. Tam są również różne inne loga łącznie ze słoweńskim. Słoweńcy się bardzo cieszą z tego, że przyjeżdża ich pierwszy tenor David Jagodic. Rozmawiałem z księdzem, który służy w społeczności słoweńskiej w Toronto i który również jest związany z muzyką klasyczną, i też się bardzo cieszy z tego powodu. 

piątek, 19 styczeń 2018 07:51

Niesiemy radość ludziom - Rozmowy „Gońca”

Napisał

        Rozmowa z Dorotą Majerczyk, kierownikiem i założycielem zespołu „Majeranki” z Chabówki, i Jurkiem Czyszczoniem, organizatorem pobytu zespołu w Toronto.

        Andrzej Kumor: Skąd pomysł przyjazdu zespołu tutaj i czy pierwszy raz jesteście za oceanem i w Kanadzie?

        Dorota Majerczyk: W Kanadzie jesteśmy już po raz drugi, również właśnie z inicjatywy Jurka. Połączyliśmy ten przyjazd z naszą wizytą w Teksasie, ponieważ 26 grudnia już wylecieliśmy do Houston do naszych znajomych w Teksasie, do Polonii w Teksasie.

        – Górale są wszędzie.

        – Tak, górale są wszędzie. Oni nas zaprosili. Więc pomyśleliśmy, że byłoby wspaniale, żeby te dwa miejsca połączyć, no i cały ciężar organizacji spoczywał właśnie na Jurku i dzięki niemu i jego przyjaciołom, którzy nas tutaj ugościli – jesteśmy i możemy się dzielić tym, co najpiękniejsze w tym okresie bożonarodzeniowym, czyli właśnie śpiewając pastorałki, kolędy, polskie i tradycyjne.

        – Jak powstał zespół?

        – Zespół powstał w 2005 roku z inicjatywy mojej i mojego męża, nazywamy się Majerczykowie...

        Andrzej Kumor, Goniec: Chciałem poprosić o komentarz tego wszystkiego, co się w Polsce dzieje, bo niektórzy poczuli się zagubieni. Pani premier, popularna, mówiła na falach Radia Maryja jeszcze, że jakieś lobby zabiegają wewnątrz PiS-u, różne podziały się robią przez to. Pan minister Macierewicz też miał wielu zwolenników, zawsze bronił Polaków i o Polakach mówił. Jak to z Ojca perspektywy wygląda?

        O. Jan Król CSsR z Radia Maryja: Panie redaktorze, sytuacja dla wielu ludzi jest dziwna i trudna do zrozumienia. Jednak myślę, że ostatnie wystąpienie – które czytałem, będąc już tutaj – pana prezesa Kaczyńskiego daje pewną nadzieję, bo zapewniał, że nie będzie żadnej zmiany jeśli chodzi o kierunek działania rządu, działania ministrów, więc to pozwala mieć nadzieję, że ten kierunek będzie utrzymany. Jeżeli ten kierunek będzie utrzymany, sprawy polskie powinny pójść do przodu.

        Natomiast dziwne jest, że akurat odwołano ministrów, łącznie z panią premier, którzy bardzo dobrze sobie radzili w swoich resortach, a pani premier, kierując całym rządem.