Goniec

Register Login

Wywiady

Goniec: Mary, cieszysz się dzisiaj wolnością, czy spodziewasz się, że 12 września wrócisz do więzienia?

Mary Wagner: Nie spodziewam się, to znaczy, powiedziałabym, nie zdziwiłabym się, gdyby sędzia wysłał mnie tam z powrotem. Sądzę, że może to być tak, albo tak, biorąc pod uwagę czas, który już odsiedziałam, a także poprzednie wyroki, które miałam, więc może być różnie. Prokurator występuje o wiele więcej czasu, wysoki wyrok.

– No właśnie, dlaczego, twoim zdaniem, prokurator żąda maksymalnego wymiaru kary?
– Początkowo prokuratorem nie był Craig Power, była nim kobieta Tanya Monterro i ona też była prokuratorem w moim procesie w ubiegłym roku. Również wtedy domagała się najwyższego wymiaru kary, więc tym razem zażądała na samym początku najwyższego wymiaru kary, 18 miesięcy więzienia, oraz aby mi odmówiono zwykłego w takich wypadkach przeliczenia kary odbytej w areszcie na karę w zakładzie karnym. Prokurator po prostu utrzymał to żądanie 18 miesięcy.

– Nie sądzisz, że sprawa obrony życia nienarodzonych tutaj, w Kanadzie, jest beznadziejna? Niedawne oświadczenia premiera federalnego Justina Trudeau, a także atmosfera w sądach, która zazwyczaj nie sprzyja ludziom o nastawieniu pro-life, jakie są twoje nadzieje na zmianę?
– Wierzę w zmartwychwstanie, prawdziwie wierzę, że chrześcijanie potrafią się ponownie zmobilizować, podobnie jak miało to miejsce na samym początku chrześcijaństwa. Więc jeśli patrzy się tylko z ludzkiego punktu widzenia, staje się to niemożliwe, ale Ewangelia to jest codzienny przekaz dla nas, więc myślę, że to może się zmienić. Gdybym uważała, że nie ma nadziei, to tego bym nie robiła. Nadzieja jest zawsze, kiedy jedna matka zmienia swoją decyzję i rodzi swoje dziecko. Jak można to pomierzyć?! To jedno życie.

– Nie widziałem wśród publiczności na twoich procesach wielu księży katolickich. Czy to cię rozczarowuje, brak zdecydowanego stanowiska Kościoła katolickiego, poziom wsparcia, jakie otrzymujesz, czy nie?
– Kościół katolicki stoi za mną swym nauczaniem, mam silne wsparcie od wielu księży, dwóch emerytowanych biskupów również udzieliło mi bardzo dużego poparcia w ciągu minionych kilku lat. Nie wiem. Nie możemy siebie porównywać, na przykład do Polski, ale nie mogę powiedzieć, że jestem rozczarowana. Podczas ostatniej rozprawy był ksiądz katolicki, nowa twarz, więc nawet jeśli nie przychodzą tłumnie, nie można powiedzieć, że nie ma wsparcia.

– Nie sądzisz, że Kościół katolicki powinien być bardziej widoczny w debacie publicznej przeciwko aborcji?
– Tak, wszyscy powinniśmy być bardziej zaangażowani, bo wszyscy jesteśmy Kościołem, osoby świeckie również, ja przecież jestem osobą świecką. Tak, powinniśmy być bardziej oddani Chrystusowi, jako chrześcijanie, zwłaszcza jeżeli popatrzymy na to, co dzisiaj dzieje się na świecie wokół nas, w innych krajach, gdzie są chrześcijanie, którzy gotowi są ryzykować życie, idąc na Mszę Świętą. To jest rzeczywistość powszechna w Nigerii, rzeczywistość wielu chrześcijan na Bliskim Wschodzie. Myślę, że tutaj, w Kanadzie, jesteśmy zbyt wygodni.

– Niedawno premier Kanady uznał aborcję za prawo kobiety, za element „praw człowieka”, i to o charakterze globalnym. Z drugiej strony, dlaczego ruchy dbające o dobro kobiet nie wspierają nawet odpowiedniego poradnictwa? Przecież to powinno być prawo kobiety, aby być w pełni poinformowaną, czym jest aborcja, jakie zagrożenia dla niej niesie, nawet patrząc z punktu widzenia osób popierających zabijanie nienarodzonych?
– W twoim pytaniu są dwa zagadnienia. Po pierwsze, oczywiście, aborcja nie jest żadnym prawem, nie ma czegoś takiego w prawie kanadyjskim i nie sądzę, by było to w ten sposób ujęte w prawie jakiegokolwiek innego kraju. Ludzie mogą tak mówić, mogą w ten sposób na to patrzeć, ale to nie znaczy, że to jest prawda, że to jest prawo. Premier tak powiedział, ale to nigdzie nie jest zapisane w prawie. Aborcja została po prostu zdekryminalizowana, a więc jest dopuszczalna. Ona nigdy nie może być prawem, nigdy nie można mówić o prawie do zabicia bezbronnej osoby, zwłaszcza nienarodzonego dziecka. Jako chrześcijanie, możemy się nad tym zastanowić, co by było, gdyby wszystko zostało zdekryminalizowane, czy również byśmy na to pozwalali, jako chrześcijanie, tak jak dzisiaj, kiedy dopuszczamy zabijanie nienarodzonych dzieci, ponieważ nie jest to karalne, jak dopuszczamy do zakładania biznesów aborcyjnych, za co wszyscy jesteśmy w pewnym sensie odpowiedzialni; za ten proces zabijania dzieci – to odpowiedź na pierwszą część pytania.
Jeśli chodzi o poradnictwo, jeśli rzeczywiście ktoś jest szczerze przekonany, że kobieta powinna mieć możliwość decyzji, to dlaczego nie powinna otrzymywać wszystkich informacji na ten temat?! Tym bardziej że aborcja może kobiety fizycznie zranić, a oczywiście również emocjonalnie i psychicznie, co trudniej zmierzyć. Wiemy, że wiele kobiet stało się bezpłodnymi z powodu aborcji i nie zdawało sobie z tego sprawy, że to było gdzieś tam drobnym druczkiem napisane w dokumentach, które podpisywały, bo nikt im tego nie wytłumaczył. Aborcja, której poddają się nastolatki, młode kobiety, bez zgody rodziców, przecież nawet jeśli osoba poniżej 16. roku życia chce sobie zrobić tatuaż, to rodzic musi wyrazić zgodę. Oczywiście to jest wielka hipokryzja, jeśli popiera się prawo kobiety do wyboru, a jednocześnie odmawia się jej pełnej informacji.

– Może to nie jest właściwy czas, aby zadać to pytanie, ale jakie są twoje plany, jak chcesz kontynuować swoją misję? Czy chcesz ją zmienić, tak by była bardziej akceptowalna dla prawa?
– Jeśli zostanę zwolniona, jeśli wyjdę, chciałabym oddać się przez jakiś czas modlitwie, złożyć to wszystko na ręce Pana Boga i zapytać go, bo tak naprawdę to modlitwa jest najważniejsza w moim życiu i to nigdy się nie zmieni.

– Czego oczekujesz po tych listach referencyjnych, masz nadzieję, że pozostaną one jako dokument świadczący, że tak wiele ludzi, podobnie jak ty, uznaje aborcję za zabijanie? Jaki jest cel?
– Cel jest taki, że sędzia zwrócił się do mnie z propozycją przedłożenia listów poparcia i uznałam, że jest to dobra okazja dla nas wszystkich, aby okazać swoją miłość dla nienarodzonych dzieci i sprzeciw wobec niesprawiedliwości, która je dotyka, więc o to mi głównie chodzi. Ci, którzy mnie dobrze znają, może pewnie mogą coś powiedzieć na temat mojej osoby czy charakteru, ale to jest drugorzędne. Otrzymuję bardzo dużo listów i maili. Mam więc nadzieję, że będzie świadectwo dla sędziego, dla prokuratora, że będą zdawali sobie sprawę ze wsparcia, w przeciwieństwie do tego, co często podają media, które usiłują przedstawić nas jako nieliczną garstkę ludzi zabiegających o sprawiedliwość dla nienarodzonych; mam więc nadzieję, że poruszy to sędziego osobiście.

– Dziękuję bardzo za rozmowę.

czwartek, 31 sierpień 2017 21:55

Sukces miłości

Napisane przez

Niepozorna kobieta w brązowym habicie i sandałach, siostra Immolacja z Fraternity of the Poor of Jesus, zakonu opartego na franciszkańskiej regule i posługującego wśród tych „najbiedniejszych z biednych”. Poznałem ją na procesach Mary Wagner, broniącej życia nienarodzonych dzieci. Potem dowiedziałem się, że siostra Immolacja pracuje wśród bezdomnych...


– Proszę siostry, a zatem jaka jest siostry historia? Jak to się stało, że siostra spotkała Boga i odnalazła swoje powołanie?
– Moja historia... hm, to zależy, jak bardzo szczegółowo miałabym opowiadać, ale dla mnie moja historia rozpoczęła się, kiedy jako cztero-pięcioletnie dziecko czułam prawdziwą obecność Jezusa, to że jest prawdziwie przy mnie.
W tamtych czasach Msza św. była odprawiana po łacinie, oczywiście nie rozumiałam tego języka, ale rozumiałam tajemniczość, piękno i cudowność Boga. Uwielbiałam uczestniczyć we Mszy Świętej, słuchać pięknych śpiewów, stać wobec tajemnicy Boga.
Dlatego z wielką radością oczekiwałam na moją Pierwszą Komunię, bo wierzyłam, że w ten sposób mogę być najbliżej Jezusa, przyjmując go do mojego ciała.
Miałam 8 lat, kiedy przygotowywałam się do Pierwszej Komunii. To był dla mnie dzień olbrzymiej radości. Pamiętam, że w tym dniu moja mama czesała mi włosy, nie podobało mi się, jak to zrobiła, nie było to tak, jak bym chciała, ale powiedziałam jej, nie podoba mi się, ale to nie ma znaczenia, bo dzisiaj spotkam Jezusa.
Kiedy dzisiaj patrzę na moją Pierwszą Komunię, wydaje mi się, jakby to był dzień moich zaślubin; to było jakby moje wesele, piękny czas, piękny czas z naszym Panem.
Potem, kiedy miałam 10 lat, zostałam zgwałcona. Od tego zaczęła się całkiem inna droga w moim życiu, duchowym życiu. Taka rzecz prawie zabija w człowieku duszę. Od tamtego czasu cierpię na depresję, to wykorzystywanie seksualne trwało długi czas.


– To było w Stanach Zjednoczonych?
– Tak w Stanach, ale to, co jest ważne, to że nigdy nie winiłam Pana Boga za te złe rzeczy, które mi się działy, a usiłowałam pozostać przy zdrowych zmysłach, żeby nie popaść w szaleństwo, bo czułam, że jestem blisko.
Przestałam myśleć o Bogu. Chodziłam jeszcze na Mszę św., ale cały czas towarzyszyły mi myśli o samobójstwie, żeby ze sobą skończyć, depresja była przytłaczająca. Raz mniejsza, raz większa. Nie miałam żadnej motywacji, gdy poszłam do szkoły... Było to dla mnie bardzo trudne chodzić do szkoły, bardzo trudne. Bardzo trudne, żeby robić cokolwiek znaczącego. Więc prawie że nie ukończyłam szkoły średniej, nie byłam się w stanie skoncentrować, musiałam zdać egzamin z jednego przedmiotu, z chemii, a nie miałam zaliczonego laboratorium. Porozmawiałam z nauczycielem, ponieważ wiedziałem, że bez tego nie ukończę szkoły średniej. Nie mówiłam żadnych szczegółów, ale powiedziałam mu, że mam kłopoty życiowe. Był na tyle miły, że pozwolił mi nadrobić to laboratorium i zdałam chemię ledwie, ledwie. Ukończyłam szkołę średnią i dostałem stypendium na uniwersytet, żeby grać w orkiestrze. Bo przez cały czas grałam na skrzypcach – to był dla mnie sposób ucieczki. Nie wiedziałam, czego chcę, nie miałam ochoty studiować muzyki; nie miałam żadnego kierunku w życiu, po prostu szłam tam, gdzie prowadziły mnie emocje.
W tamtym czasie wciąż jeszcze chodziłam na Mszę Świętą, ale stopniowo przestałam, przestałam całkowicie ze względu na grupę znajomych, którzy byli chrześcijanami, ale ewangelikami, i dużo dyskutowali o Kościele, krytykowali Kościół. To nie miało dla mnie znaczenia, nie przestałam przez to wierzyć w to, co Kościół naucza, ale mi to nie przeszkadzało że byli krytyczni wobec Kościoła, słuchałam, bo to byli moi przyjaciele.
A potem miałam innych przyjaciół... i zaczęła się ta część mojego życia, która była bardzo, bardzo daleko od Pana Boga, po prostu życia w grzechu. Zaczęłam dużo pić; zawsze piłam, już w szkole średniej, ale to się zwiększyło.
Mój świat, jako osoby, sprowadzał się do mojego wyglądu, bycia atrakcyjną, myślałam, że do tego sprowadzała się moja wartość.
Robiłam wiele rzeczy, które w oczach Pana Boga były bardzo złe. Wtedy o tym w ogóle nie myślałam. Szłam więc tak przez życie.
Kiedy opowiadam o moim życiu, jakie ono było, do momentu kiedy Go ponownie odnalazłam, zawsze mam przed oczami plastikowe torby, takie jakie ludzie wyrzucają na ulicę po zakupach i wiatr je rozwiewa, roznosi po asfalcie, brudne i podarte, po których przejeżdżają samochody. Takie było moje życie, to byłam ja, taka plastikowa torba niesiona przez wiatr. Szłam tam, gdziekolwiek powiało, nie miałam żadnej własnej motywacji ani kierunku, nie wiedziałam, co chciałabym robić.
Chodziłam na studia, a potem zrezygnowałam; stypendium, które miałam z powodu muzyki, obejmowało trzy lata, a kiedy się skończyło, odeszłam z uniwersytetu, nie uzyskawszy żadnego stopnia.
Może to wszystko pomogło mi zrozumieć, kim jestem jako Indianka; mój ojciec jest Amerykaninem pochodzenia meksykańskiego, moja matka jest Indianką. Wróciłam więc do rezerwatu, żeby mieszkać przez kilka lat razem z moją babcią. To był piękny czas, znowu wróciłam do kościoła, brałam udział w grupach młodzieżowych prowadzonych przez wspaniałego franciszkanina, ojca Matta. Więc to na jakiś czas mi pomogło, ale wciąż piłam.
Po jakimś czasie znowu pojechałam do Albuquerque w Nowym Meksyku, gdzie się urodziłam, gdzie mieszkałam wcześniej, znowu zaczęłam chodzić na studia, zapisałem się na różne kursy, ale znów nie miałam żadnej motywacji. Mój brak motywacji był tak duży, że zapisywałam się na kurs i ani razu nie szłam, co znaczy, że dostaje się „0” jako zaliczenie i ocenę „F”.
Tak więc raz chodziłam do szkoły, potem znowu nie chodziłam, byłam w różnych związkach, potem z nich wychodziłam, dłuższych, krótszych. Jeden trwał pięć lat, a kiedy mnie zmęczył, po prostu odeszłam bez słowa. Drugi związek był bardzo długi, ale był bardzo, bardzo zły. Żaden związek nie może być dobry, jeżeli jest bez Boga, a w tle była zawsze moja depresja; nigdy nie ustąpiła. Przez rok byłam leczona, dostawałam lekarstwa, pomagało mi to doraźnie. Ale nie zlikwidowało bólu. Więc tak wyglądało moje życie przez wiele, wiele lat. Jakoś starczyło mi energii, aby zostać paralegal. Ukończyłam kurs, dostałam świadectwo, a następnie złożyłam podanie o pracę w biurze legal aid. Reprezentowałam różnych klientów ubiegających się o świadczenia rentowe, różnych biednych ludzi z upośledzeniami, dzieci i osoby dorosłe, z zaburzeniami dwubiegunowymi, schizofrenią, uszkodzeniem wątroby z powodu brania narkotyków czy picia alkoholu, dzieci z płodowym syndromem alkoholowym, ludzi z wieloma różnymi problemami, również z silną depresją. Mogłam ich lepiej zrozumieć, ponieważ w czasie gdy byłam na studiach, chciałam studiować psychologię. Potem pomyślałam o medycynie, więc wzięłam biologię, która jest konieczna, aby ubiegać się o przyjęcie do szkoły medycznej. Dostałam nawet stypendium, aby iść na pre-med, program dla studentów native American. To było w Nowym Jorku, a kiedy miałam tam jechać... po prostu nie pojechałam. Tak skończyła się moja szkoła medyczna, moje myślenie o szkole medycznej. Ale to wszystko pomogło mi w reprezentowaniu moich klientów. Pracowałam w tym zawodzie przez pięć lat. Musiałem wtedy występować przed sędzią sądu administracyjnego, aby przedstawiać sprawy moich klientów. Musiałam się przygotować, tak jak w sądzie, do procesu. Trzeba było zadawać pytania ekspertom powoływanym przez stronę rządową, którzy zeznawali, Twój klient jednak jest zdolny do pracy i wyjaśniali dlaczego. Trzeba było obalać ich argumenty, musiałam rozumieć kartoteki medyczne. To wszystko robiłam przez pięć lat. Pewnego razu sędzia, z którym byliśmy zaprzyjaźnieni, zadzwonił do mnie i powiedział: jesteś lepsza niż wielu adwokatów, którzy reprezentowali przede mną swoich klientów, powinnaś pomyśleć o studiowaniu prawa. I zaczęłam o tym myśleć. Ukończyłam moje studia bakałarskie, brakowało mi tylko 14 zaliczeń i wszystkie kursy zdałam na bardzo dobry. Dostałam rekomendację od moich profesorów i dyrektora legal aid, którzy zaświadczali o moich sukcesach w reprezentowaniu klientów, złożyłam podanie na prawo do UNM, ponieważ mieli tam program federalnego prawa w odniesieniu do Indian, jako pierwszy uniwersytet w kraju specjalizował się w prawie między rządem federalnym a plemionami indiańskimi. To chciałam studiować, zdałam więc egzamin wstępny. Chcieli ze mną oczywiście rozmawiać, ponieważ widzieli wszystkie te oceny niedostateczne w moim indeksie, więc to wszystko im wyjaśniłam. Byłam swoim pierwszym klientem, broniąc sama siebie. Zrozumieli to i przyjęli mnie na wydział prawa. Tak więc zajmowałam się prawem między federacją a Indianami. Stałam się też bardzo radykalna, prawie do tego stopni, że zaczęłam nienawidzić Europejczyków, z tego powodu jak traktowali rdzennych mieszkańców Ameryki. W tamtych czasach nie żyłam w Bogu, nie patrzyłam na to oczami Jezusa Chrystusa. Tak więc byłam radykalna, można może nawet powiedzieć, że stałam się feministką, ale co interesujące, to że nawet wówczas nigdy bym nie powiedziała, iż aborcja jest czymś dopuszczalnym. Nigdy!

– Dlaczego?
– Ponieważ wiedziałam, że to jest złe; to było coś we mnie, co mi to mówiło, że nie ma żadnego akceptowalnego powodu dla aborcji. Jest to dla mnie teraz bardzo ciekawe, jak tak patrzę na moje przeszłe życie. Ponieważ było tyle innych nauk Kościoła, które odrzucałam, byłam wtedy kimś, kogo nazywamy „kawiarnianym katolikiem”, kto sobie wybiera z nauczania Chrystusa to, co mu odpowiada. Byłam kimś takim. Pomimo mojego katolickiego wychowania; chodziłem do katolickiej szkoły od I do VIII klasy.
Ukończyłam więc prawo, zdobywając kilka prestiżowych nagród za moje osiągnięcia akademickie. Uzyskałam również prestiżowy grant od bardzo znanej firmy prawniczej w Nowym Jorku, która ma biura na całym świecie, o który ubiegali się absolwenci uniwersytetów Ivy League z Harvardu, Stanforda, a ja po prawie na UNM... Pojechałem na rozmowę do Los Angeles. Przedstawiłam projekt pracy w obronie praw dzieci z alkoholowym zespołem płodowym, reprezentowania ich na różnych forach oświatowych przy składaniu podań o renty, projekt pracy z przedstawicielami resortu sprawiedliwości, by poszerzyć wiedzę policjantów, jakie są różnice w reakcjach ludzi dotkniętych tym syndromem w stosunku do innych. I wybrano mój projekt! Dostałam ten grant.
Dlaczego o tym wszystkim opowiadam? Nie dlatego, że chcę się chwalić, nie ze względu na siebie, ale dlatego, że patrząc z dzisiejszej perspektywy, w każdym momencie mojego życia widzę Bożą rękę. Wiele razy sprowadzałam na siebie niebezpieczne sytuacje, będąc bezmyślna, kiedy mogłam kogoś zabić, na przykład prowadząc po pijanemu. Bóg był zawsze przy mnie, nie pozwolił mi umrzeć. A powiedziałabym, że gdybym wtedy, w którymś momencie mojego ówczesnego życia zginęła, poszłabym do piekła. Oczywiście, wiem, że Bóg jest miłosierny i bierze pod uwagę okoliczności, ale subiektywnie mówiąc, z mojego punktu widzenia to właśnie przychodzi mi na myśl. Fakt, że byłam w stanie ukończyć prawo, że zdobyłam te wszystkie nagrody, ten grant, że później pracowałam dla rządu federalnego w dziedzinie praw dotyczących Indian w czasie negocjowania kontraktów z plemionami przy realizacji programów federalnych – mówię o tym, ponieważ była w tym ręka Boża; widzę to jako Boże błogosławieństwo. Zarabiałam coraz więcej pieniędzy. Nigdy nie było to moim celem, nigdy nie starałam się o jakąś pracę dla pieniędzy. Wciąż jednak depresja mnie nie opuszczała, ostatecznie mój związek się rozpadł; może był zły, ale czułam się rozbita. Przyzwyczajamy się do naszych okoliczności, do rutyny, więc gdy się to zakończyło, nastał dla mnie bardzo trudny, mroczny okres, bardzo mroczny. Ale jeszcze zanim to się stało, zaczęłam ponownie chodzić na Mszę Świętą, znowu poczułam przywiązanie do Boga, czułam, jak byłam blisko Jezusa, gdy byłam dzieckiem, a więc skończył się mój związek, jestem w tym mroku, w desperacji...
I często to jest właśnie czas, kiedy możemy ponownie usłyszeć Boga, to co do nas mówi, bo cały czas był z nami, czekając. Więc, pamiętam, pewnego dnia zaczęłam ponownie chodzić na msze, poszłam do spowiedzi, stałam przed krzyżem, spojrzałam na Chrystusa, zapytałam, Panie, gdzie ja mam iść, oświeć mnie! I od tego momentu zaczęła się ponownie moja droga z Chrystusem. Nie było to łatwe, w ogóle nie było to łatwe, wciąż miałam depresję, ale rozpoczął się okres uzdrowienia, odnalazłam żarliwą miłość do Niego, znów się zakochałam w Bogu. Na zaproszenie mojej siostry Marii i jej męża włączyłam się w grupę modlitewną, katolicką grupę charyzmatyczną. Kiedy mnie zaprosiła i powiedziała, jaka to grupa, o co chodzi, brzmiało to dosyć dziwnie. Poszłam tam i to odmieniło moje życie, nauczyłam się, jak być otwarta na Ducha Świętego, jak pozwolić mu we mnie działać, więc od tego momentu oddałam się całkowicie Bogu, zostałam lektorem, katechetką, pełnię posługę. Archidiecezja ogłaszała możliwości posługi w więzieniach, więc złożyłam podanie, poszłam na interview i czekałam na dokumenty, żeby móc to robić, ale nagle tak się stało, że odnalazłam się przed kliniką aborcyjną, modląc się. Stało się to tak, że federalne ministerstwo do spraw Indian, gdzie pracowałam, było niedaleko kaplicy świętej Tekakwitha, codziennie chodziłam tam na mszę. Pamiętam postać bardzo chudego człowieka z bardzo długą siwą brodą, miał mały czerwony samochód, a na nim wielki obraz Matki Boskiej z Guadalupe. Modliliśmy się wspólnie podczas Mszy Świętej, on nie wiedział, kim ja jestem, ja nie wiedziałam, kim on jest. Ale jakoś poznaliśmy się i dowiedziałam się, że modli się przed kliniką aborcyjną. Zaczęłam więc robić to razem z nim i jest on moim ojcem duchowym w głoszeniu ewangelii życia. Będąc z nim na chodniku, wiele się od niego nauczyłam, wiele się nauczyłam, chodząc razem z nim, by pomagać ludziom. Nazywa się Philipp Legis, piękny człowiek, ma dzisiaj 82 lata i z tego co wiem, nadal jest tam, robi to na chodnikach, był wielokrotnie aresztowany, poturbowany przez policję, trafiał do więzienia. Pracował dla Operation Rescue. On jest moim serdecznym przyjacielem i ojcem. Więc najpierw zaczęłam się modlić, a potem zaczęłam rozmawiać. Jednym z członków naszej grupy modlitewnej była Claudia, kobieta z Brazylii, ożeniona z Amerykaninem, i ona wracała do Brazylii; zaprosiła nas, żebyśmy ją tam odwiedzili. Nigdy mnie to nie interesowało, nigdy przez myśl mi nie przeszło, aby jechać do Brazylii. Po roku ponownie przyjechała do USA na operację. I kiedy się o tym dowiedziałam, poprosiłam moją siostrę Marię, żeby się dowiedziała, czy chce, abyśmy się za nią modliły. Wtedy Bóg stworzył więź duchową między mną a Klaudią i kiedy zaprosiła mnie ponownie, nalegając, przyjedź, przyjedź do Brazylii, wreszcie się zgodziłam i pojechałam. I tam spotkałam siostry Fraternity of the Poor of Jesus Christ. Przyciągnęła mnie ich prostota, ich radość, ich miłość Boga, więc zaczęłam iść w tym kierunku. W zakonie była tylko jedna Amerykanka, siostra Magdalena, zaczęłam z nią korespondować i ona powiedziała, że założyciel o. Gilson chce otworzyć misję w USA i może mogłabym pracować wspólnie z siostrą Magdaleną, aby to się stało.
Poznałyśmy się bliżej z siostrą Magdaleną, poznała moją historię, część mojej historii, więc kiedy o. Gilson w 2010 roku przyjechał do USA, poprosiła mnie, żebym się z nim spotkała. Pojechałam więc do Kalifornii, spotkałam się z nim i opowiedziałam mu o sobie. On tego wysłuchał i powiedział, masz powołanie, chodź do nas. To było sześć lat po tym, jak wróciłam do Kościoła. W październiku 2010 roku pojechałam do São Paulo i zaczęłam iść z Chrystusem.

– Co tam siostra robiła, gdzie pracowała?
– Na początku w São Paulo, mamy też misję Campo Morro w Paranie, gdzie jest kaplica nieustającej adoracji. Tam rozpoczęłam swą pracę misyjną, tam modliłyśmy się 24 godziny na dobę, pracowałyśmy też z młodzieżą w ramach Gethsemane, weekendowych spotkań dla młodzieży, gdzie ewangelizuje się poprzez teatr i muzykę, przez świadectwa. Wcześniej byłam w mieście Cascavel, tam posługiwałam na ulicy wśród biednych, rozdając jedzenie. Nie zostałam tam, bo zachorowałam, więc wróciłam do Campo Morro, a potem wróciłam do Stanów Zjednoczonych i rozpoczęłam pracę misyjną w Kansas.

– Chodzi siostra cały czas w habicie, nie tak wiele zakonnic nadal posługuje w habitach, czy to pomaga?
– Habit świadczy o naszym oddaniu, poświęceniu się Bogu. Niezliczone razy nie tylko katolicy dziękowali mi za to, że chodzę w habicie, że noszę habit. Habit do nas przyciąga, ludzie chcą wiedzieć, co on oznacza, a każda część habitu ma swoje religijne znaczenie. Powiedziałabym więc, że pomaga to przyciągać do nas ludzi i w większości wypadków ludzie bardzo to szanują, to jest siła charyzmatu. Habit to siła Chrystusa w nas, życia konsekrowanego.

– Kiedy przyjechała siostra do Kanady?
– W marcu 2016 roku.

– A jak poznała siostra Mary Wagner?
– W lipcu w kościele świętej Marii zobaczyłam ulotkę z ogłoszeniem. Z powodu zainteresowania obroną życia wraz z siostrą Caritas poszłyśmy na spotkanie. To był pierwszy raz, kiedy słuchałam Mary.

– A teraz jest siostra prawie na każdym procesie i ją wspiera.
– Tak, modlitwą.

– Czym się siostry zajmują?

– Mamy tutaj posługę na ulicach wśród ubogich. Roznosimy jedzenie, przed ratuszem w Kitchener ustawiamy nasze stoły i czekamy, albo idziemy spotkać ludzi. Teraz już nas znają, są naszymi przyjaciółmi, znamy ich imiona, oni wiedzą, kim jesteśmy, jeśli nie ma nas w jakimś dniu, jeśli nie ma nas przez tydzień, pytają, gdzie byliście, gdzie byłaś w ubiegłym tygodniu.

– Czy jest tutaj potrzeba rozdawania jedzenia, jest tyle programów. Kanada jest bogatym krajem, zupełnie odmiennym od Brazylii, na czym polega tutejsza bieda?
– Są ubodzy materialnie, ale są też biedni, bo brakuje im miłości. Ubóstwo materialne to jedno, pragnienie bycia uszanowanym, pragnienie bycia wysłuchanym to drugie. Najważniejsze rzeczy, jakie robimy, to poznanie ich imion, poznawanie ich losów i historii, które chcą z nami dzielić, wsłuchiwanie się w to, co mają do powiedzenia. Ile razy ludzie po prostu podchodzą i zaczynają opowiadać, zaczynają się otwierać, mówić o problemach, jakie mają, zdrowotnych, różnych zmartwieniach, problemach z narkotykami. Nie starają się niczego ukryć, to właśnie, co jest takie zdumiewające, to okazywane zaufanie kiedy z nami rozmawiają. Spotkałam niedawno Indiankę z Manitoby. Ma płodowy syndrom alkoholowy, jesteśmy ze sobą bardzo blisko, używa takiego języka, jakiego używa, nie oceniam jej za to, po prostu słucham. Wiem, że kocha Jezusa Chrystusa, tak to czuję, co tydzień z nią rozmawiam, modlę się za nią każdego dnia, myślę o niej. Pamiętam ich twarze, są bardzo blisko mego serca.
To jest jedna posługa, którą sprawujemy, chodzimy też do więzień; m.in. do więzienia w Milton i Grand Valley w Kitchener. Mam bardzo wiele znaczących spotkań z przebywającymi tam kobietami. Można łatwo wyczuć pragnienie bezpieczeństwa, miłości, wybaczenia. Ileż razy prosiły o modlitwę, mówiły, siostro pomódl się za mnie, ponieważ boję się, że jak wyjdę, wrócę do tego samego, proszę, pomódl się za mnie. Bo one wszystkie chcą innego życia, ale czują, że nie mają środków, żeby to zrobić, więc to co im dajemy, to nasza miłość, nadzieja, Słowo Boże, kazania, to może być w formie Ewangelii, nauki, medytacji, pieśni, czasami to może być coś, co mówi o Bożej miłości; jest wiele sposobów okazywania Bożej miłości, ale myślę, że najbardziej istotny jest fakt, że tam z nimi jesteśmy, nasza obecność. Myślę, że przed nami nie było tam sióstr zakonnych w Vanier, ani nawet w Grand Valley. Pamiętam, jak kapelan w Grand Valley powiedział nam, że modlił się, by Bóg zesłał siostry. I tak się stało.

– Dlaczego siostra wybrała właśnie takie imię, dlaczego Immolacja?
– Nie wybrałam swojego imienia, Pan Bóg je wybrał. Gdy byłam w nowicjacie, powiedziano nam, żebyśmy się modliły o imię i nasz założyciel również się modlił. Znał nas wszystkie, wszystkie swoje duchowe dzieci, naszą duchowość, znał moją własną duchowość. Byliśmy pewnego dnia na Mszy Świętej i zaczął mówić o osobie, która poświęca się, oddaje się, nie pamiętam dokładnie, co powiedział, ale stwierdził, że od tej pory „będziesz znana jako Immolacja”. To jest ciekawe, ponieważ kiedy sama się modliłam, kiedy wiedziałem już, że poświecę się życiu religijnemu, to zawsze objawiało mi się coś związanego z imolacją, z oddaniem się, tak więc nieznane są ścieżki i drogi działania Pana Boga, tajemnicze są działania Boże.

– Jak siostra sądzi, dlaczego nie ma zbyt wielu powołań do życia zakonnego w dzisiejszym społeczeństwie?
– Jest dużo powołań, zależy od tego gdzie, na przykład w Brazylii jest wiele powołań, w Paragwaju bardzo dużo. Myślę, że w krajach dobrobytu trudniej jest ludziom podjąć decyzję, aby porzucić to, co w ich mniemaniu uchodzi za sukces. Nasze oczy, nasze widzenie często spoczywa na świecie materialnym, na rzeczach materialnych, zatraciliśmy przekonanie, że nie jesteśmy tylko cielesnymi istotami, że jesteśmy również duchowymi istotami, że mamy duszę, która jest wieczna, i że winniśmy o naszą wieczność zabiegać. Straciliśmy to z pola widzenia, więc nie patrzymy już na sprawy nadnaturalne, dostrzegamy tylko to, co jest tutaj, tuż przed nami; mamy też tendencję do przedkładania ponad wszystko natychmiastowej gratyfikacji, o czym świat mówi, że jest sukcesem – pieniądze, władza. Miałam pieniądze i mogłam kupić, co chciałam, mogłam pojechać, gdziekolwiek chciałam, i mówię to tylko po to, że wiem, iż to nie zaspokaja ludzkiego serca. Podoba mi się święty Augustyn, kiedy mówi, szukałem Cię, Boże, ale nie wiedziałem, że stoisz zaraz obok, zagubiłem się w twoim stworzeniu, a nie w Tobie. Bo jeśli ostatecznie odnajdujesz Go i poznajesz Jego miłość, odnajdujesz to, za czym twoje serce tak długo tęskniło.

– Jak wiele osób, z którymi miała siostra do czynienia, którym pomagała, uzyskało ten sukces? Jak efektywna jest siostry praca na ulicach? Jaka jest skuteczność takiej posługi?
– Myślę, że skuteczność posługi polega na spotkaniu z drugim człowiekiem, to samo w sobie, kiedy to rozumieją, kiedy doświadczają miłości Bożej przez nas i otrzymujemy od Nich również miłość – to jest sukces! Nie wiemy, jaka zmiana w nich nastąpi, nie wiemy, czy się zmienią, ale to, co możemy zrobić, to przynieść im Jezusa, aby spotkali go, możemy adorować Jezusa w osobie ludzkiej, dawać im do zrozumienia, że są tego warci. Sam fakt, że ich zauważamy, że do nich wychodzimy, że zauważamy ich, to już jest wielkie błogosławieństwo. Niektórzy ludzie w mieście mówią nam, po co tu jesteście; tutaj nie ma ubogich ludzi, a my odpowiadamy otwórz oczy, bo biedni są dookoła nas. To jest sukces, kiedy ludzie czują miłość Bożą, to jest sukces, kiedy czują, że są warci, ponieważ znasz i pamiętasz ich imię. Nie wyobrażasz sobie, jak wiele razy ludzie ze zdziwieniem mówią, to ty pamiętasz, jak się nazywam?! Tak, pamiętam twoje imię, modlę się za ciebie każdego dnia. Sukces jest wtedy, gdy czują w sercu radość miłości Bożej, nawet jeśli to jest tylko moment. I obietnice, jakie sobie składają. Ta Indianka, o której ci wspominałam, powiedziała, siostro, następnym razem się poprawię, a miała otwartą puszkę z piwem, i dodała, jestem taka głodna. Pytam dlaczego? Bo nie jadłam cztery dni. Dlaczego? Bo, siostro, brałam crack. Dałam jej trochę jedzenia i zanim odeszła, przytuliłam, a ona przytuliła się do mnie tak mocno. Powiedziałam jej: kocham cię, a ona: też cię kocham... To jest sukces.


– Siostro Immolacjo, dziękuję bardzo.



Goniec: Jak się zmieniło twoje życie przez to, że jesteś od ośmiu lat na Północy? Co ci to dało, co ci to odjęło?


Aleksander Borucki: Przede wszystkim przewartościowałem to, dlaczego jestem na Północy, bo pojechałem tak jak większość – pisałem o tym swego czasu – nauczycieli, lekarzy, pielęgniarek, policjantów, pilotów, którzy zaczynali swoją karierę na Północy.
Taka była moja początkowa motywacja – pojechać na Północ, zdobyć doświadczenie zawodowe, wrócić na Południe i pracować już na Południu, gdzieś tutaj, w Mississaudze czy Toronto, między ludźmi. Ale przez te osiem lat zmieniło się to w ten sposób, że doszedłem do wniosku, że jednak tam jest moje miejsce, po czym doszedłem do wniosku, że może jednak nie, i teraz jestem na rozdrożu.
Próbuję się zastanowić, co dalej.
Pojechałem na Północ z bardzo prozaicznych względów, żeby zdobyć doświadczenie zawodowe jako nauczyciel, a skończyło się na poszukiwaniu jakiegoś sensu w życiu. No i dalej szukam.

– Który to jest twój rezerwat?
– Czwarty rezerwat. Co się zmieniło? No, muszę przyznać, że doczekałem w końcu spełnienia się pewnego rodzaju obietnic przez rząd kanadyjski w stosunku do Indian. Pamiętam, jak zaczynałem pracę na Północy w 2009 roku po raz pierwszy, mój znajomy – dzieliliśmy dom, więc współlokator – powiedział: no, teraz Stephen Harper jest premierem. Wtedy wszyscy byli jeszcze nabuzowani jego przeprosinami. Stephen Harper chciał się przedstawić jako premier, który ma na względzie edukację, między innymi edukację Indian. To zajęło osiem lat i dopiero teraz widzę jakieś skutki tej działalności, bo dopiero w tym roku ktoś doszedł do wniosku, że nauczyciele w indiańskich szkołach, przynajmniej w tej szkole, w której teraz ja pracuję, powinni zarabiać tyle, co nauczyciele gdzie indziej, bo do tej pory zarabiałem 30 do 40 proc. mniej.
A teraz zachłysnąłem się tym, że zarabiam tyle, ile powinienem.

        Jan Krzyszkowski jest wychowanym w polskiej rodzinie w Kanadzie oszczepnikiem, w środę wraz  działaczami sportu polonijnego Piotrem Lachem i Jerzym Dąbrową odwiedził naszą redakcję w przededniu wyjazdu na Olimpiadę Polonijną do Torunia

Goniec: Zacznijmy dla porządku od igrzysk, panowie są w pięknych polskich koszulkach na te igrzyska, jak to wygląda w tym roku, jest lepsza organizacja, bo słyszałem, że jacyś ludzie nie mogli się zarejestrować? Jak wygląda wyjazd polskiej ekipy tutaj z Kanady? Chyba zawsze na Igrzyskach Polonijnych byliśmy jedną z najliczniejszych grup. 

Piotr Lach: Bardzo często jesteśmy najliczniejszą grupą, jeśli weźmiemy pod uwagę te kraje zachodnie. Dlaczego wyróżniam kraje zachodnie – dlatego że my wszyscy płacimy za siebie. Przez te ostatnie kilka igrzysk, 2 lata temu, 4 i 6 lat temu, jako Polonia kanadyjska byliśmy najliczniejszą grupą. Przewyższają nas reprezentanci Polonii białoruskiej, czy ukraińskiej, czy litewskiej, ale to wynika z faktu, że mają to na weekend, no  i mają bliziutko, a po drugie, rząd Polski finansuje im pobyt. Według nas to jest tak troszeczkę niesprawiedliwe. 

Jerzy Dąbrowa: Do tego, że to jest „niesprawiedliwe”, nabrałem trochę dystansu. Moje myślenie początkowo było takie, jak właściwie wszystkich ludzi z Polonii zachodnich, ze Stanów, z Niemiec, z Francji, ze Szwecji. To może nie zazdrość, ale złość, że rząd Polski finansuje sportowców polonijnych ze Wschodu, a my musimy dojechać na swój koszt. Dlaczego nabrałem tego dystansu? Po pierwsze, proszę zobaczyć, jaka jest działalność w Polonii zachodniej, bo jeśli Stany Zjednoczone na kilkanaście milionów Polonii wysyłają 25 osób... 

Władysław Lizoń Senate of Poland 01Andrzej Kumor: Panie Władysławie, jest Pan już dobrych kilka miesięcy prezesem Kongresu Polonii Kanadyjskiej. Polityka w dzisiejszym świecie jest coraz bardziej spolaryzowana. Tak w Polsce, gdzie wzbudza bardzo duże emocje, podobnie w Stanach Zjednoczonych i w coraz większym stopniu w Kanadzie. 

 

        Naturalnie, również w naszym polonijnym, polskim środowisku mamy bardzo przeciwstawne poglądy. Jak w tym wszystkim odnajduje się KPK? Jak Pan to odbiera, czy to utrudnia prowadzenie działalności? 

Władysław Lizoń: Niewątpliwie, prowadzenie działalności najbardziej utrudnia brak zaangażowania ludzi. To chyba jest coraz bardziej odczuwalne. Nie ma nowego napływu imigrantów pochodzenia polskiego, zaangażowanie tych, którzy tutaj już są, tych którzy byli już zaangażowani, ciągle jest, ale  jak to normalnie w życiu bywa ludzie odchodzą, wykruszają się, przybywa im lat i jest problem. Problem jest taki, że jest coraz mniej tych ludzi, którzy mogą i chcą pracować. 

piątek, 02 czerwiec 2017 02:03

Moim marzeniem był Madagaskar...

Napisał

Z ojcem Januszem Błażejakiem OMI, proboszczem parafii św. Maksymiliana Kolbego w Mississaudze, w 30. rocznicę święceń kapłańskich rozmawia Andrzej Kumor

Goniec: Ojcze Januszu, przede wszystkim wielkie gratulacje za tyle lat posługi. Wiem skądinąd, że ta „przygoda” z duszpasterstwem, z Panem Bogiem, zaczęła się w dramatycznych okolicznościach, że Ojciec od najmłodszych lat był poświęcony  Bogu. Jak to się stało? 

        - Można faktycznie powiedzieć, że moje powołanie zostało wymodlone przez moją mamę. Kiedy miałem trzy latka bardzo ciężko zachorowałem, miałem zapalenie wyrostka, ale okazało się, że jak to na wiosce w tamtych czasach, znachorka przyszła wymasowała brzuszek i powiedziała, że nic nie będzie. Ale masując ponieważ było zapalenie wyrostka spowodowała, że  ten wyrostek się rozlał. Bardzo szybko pojawiła się niesamowita gorączka, trzeba było odwieźć mnie do szpitala, odległego o 20 km, odwieźć na furmance, bo w tamtych czasach nie było żadnego innego środka lokomocji. Kiedy przewieziono mnie do Łukowa, do szpitala, kiedy lekarze, zrobili operację, otworzyli mnie i zobaczyli co jest, to wprost tak mamie powiedzieli, że „trupów nie przyjmują”. 

        Oczywiście, moja mama nie dała za wygraną, płaczem, błaganiem, jakoś wyprosiła od lekarza ordynatora, który zgodził się odwieźć mnie już w śpiączce do odległego o 100 km Lublina do kliniki. Tam zrobiono operację, wyczyszczona wszystko całą jamę brzuszną, jelita, ale przez 30 dni byłem nieprzytomny, lekarze powiedzieli, że mam raczej marne szanse, żeby wrócić do życia. Przez ten cały czas, przez cały miesiąc tam była ze mną mama, tylko się ciągle modliła na różańcu, raz w tygodniu tata przyjeżdżał z odległej o 100 km Jedlanki, do szpitala, żeby przywieźć trochę jedzenia i zobaczyć co się dzieje. Tak więc faktycznie moje powołanie – wierzę w to bardzo mocno – zostało wymodlone przez moją mamę. 

        Założyciel Peter Mielzynski Agencies śp. Piotr Zychliński-Mielżyński, z którym miałem honor i przyjemność “przegadać” wiele lunczy, zawsze podkreślał, że  kultura picia stanowi element naszej wielkiej polskiej tradycji; tradycji “nadszarpniętej” nieco przez wojny, które poza wszystkimi innymi nieszczęściami “zbrutalizowały” również picie alkoholu, kiedy to ludzie zamiast biesiadować, chcieli się upijać.

        Podobne opinie usłyszałem w ubiegły piątek z ust. p. Macieja Starosolskiego, (na zdjęciu) przedstawiciela public relations - czy też “ambasadora” wódek Luksusowa i Wyborowa, polskiego odłamu koncernu Pernod-Ricard. Maciej Starosolski przyjechał do Kanady w związku z 90. urodzinami Wyborowej. Wyborowa i Luksusowa to dwie ikony polskiego rynku alkoholowego; marki, które firma PMA, wprowadziła do Kanady. 

        - Jestem Kanadzie trzeci raz - mówił podczas spotkania z przedstawicielami mediów polonijnych Maciej Starosolski - trzeci raz na zaproszenie PMA, firmy która jest bardzo mocno i bardzo blisko od wielu już dziesiątków lat związana z naszymi polskimi ikonami narodowymi; naszymi polskimi trunkami, jakimi są Wyborowa i Luksusowa. Cieszę się, że jesteśmy tutaj dla Wyborowej, ale również dla Luksusowej, bo to są marki przez wiele lat konkurencyjne, ale już od prawie 10 lat stanowią wspólny organizm. Co ważne dla nas, jako producenta, to że jesteśmy w kraju, w którym mamy nie tylko bardzo bliskie kontakty, i relacje biznesowe z naszym dystrybutorem i przedstawicielem jakim jest PMA, ale przede wszystkim, jesteśmy w kraju, w którym jakże silna i bardzo mocno zakorzeniona w tej rzeczywistości kanadyjskiej jest Polonia; przedstawiciele nas Polaków. To dla nas bardzo ważne, bo te relacje, nie tylko biznesowe, ale emocjonalne, mogą się rozwijać. A jak państwo sobie pewnie zdają sprawę, emocje i alkohol to są takie dwie sytuacje, które bardzo dobrze się łączą; im więcej tych emocji, tym lepiej. 

Andrzej Kumor: Panie Stanisławie większość Pana poglądów jest dobrze znana, jest Pan obecny na kanałach YouTube, ma Pan liczne grono zwolenników, dlatego chciałem zacząć od najnowszej Pana książki “Gierkizm”, czyli dobra zmiana”, oceny polityki gospodarczej nowego polskiego rządu i od Pana krytyki etatyzmu.  Przepraszam za ten długi wstęp ale właśnie za moich młodych lat reagonomika, thatcheryzm, Hayek, Friedman, “13” Mirosława Dzielskiego, Pana kolega Korwin Mikke to były autorytety Wydawało się że świat jest łatwy i przewidywalny Wystarczy wszystko puścić na żywioł i niewidzialna ręka Adama Smitha ręka wolnego rynku wszystko poskładać do kupy. Tymczasem patrząc z dzisiejszej perspektywy, również tej tutejszej kanadyjskiej, wydaje mi się że to jest trudne do obrony , Bo mamy bariery celne które bronią poszczególnych interesów interesy korporacyjne,  układy Wolnocłowe Które tak naprawdę Bronią interesów jednej bardziej niż innych Bogiem a prawdą Są one uzgadnianiem ograniczeń urzędniczych   między jednym a drugim obszarem gospodarczym kiedy mamy do czynienia z manipulacjami kursowymi używanymi przez możnych tego świata dla własnej korzyści  I pieniądzem kredytowym. Jak tutaj wyważyć te rację gdzie jest ten prawdziwy wolny rynek. Czy rzeczywiście wolny rynek jest odpowiedzią na pytanie o powszechny dobrobyt?

Stanisław Michalkiewicz:  Panie Andrzeju, wydaje mi się że te wszystkie paroksyzmy bolączki  które pan wymienił,  One nie są skutkiem istnienia wolnego rynku ale odchodzenia od niego i nawet pan to powiedział czy może zamknąć drzwi więc jeżeli takie skutki powoduje odchodzenie od zasad wolnorynkowych.  podam przykład ostatnia umowa o wolnym handlu między Unią Europejską a Kanadą.  Ja jej nie czytałem ale to na pewno nie jest umowa o wolnym handlu bo jeżeli umowa o wolnym handlu liczy 1000 czy półtora tysiąca stron. No to na pewno tam o wolnym handlu jest bardzo niewiele albo nic.  bo Umowa o wolnym handlu powinna się składać z jednego zdania że w stosunkach między Unią Europejską a Kanadą wprowadza się zasadę wolnego handlu kropka I tyle co oznacza że nie ma żadnych ograniczeń nie ma żadnych barier. Wolny handel polega na tym i wolny rynek że  sprzedawca może sprzedać to co ma  komu chce Ile chce i za jaką cenę chce.  kupiec może kupić co chce i  Ile chcę kiedy chce i za jaką cenę ma sprzedawca sprzeda Co jest więcej to od złego pochodzi.

hqdefault        Profesor dr hab. Piotr Jaroszyński jest jednym z najbardziej aktywnych polskich naukowców podtrzymujących świadomość narodową wśród Polonii. Przedstawia Polonii dzieje narodu polskiego, jego wzloty i upadki. Profesor Piotr Jaroszyński jest kierownikiem Katedry Filozofii Kultury i Sztuki Katolickiego Uniwersytetu Jana Pawła II w Lublinie i wykładowcą w Wyższej Szkole Kultury Społecznej i Medialnej w Toruniu. Jest publicystą Radia Maryja, Telewizji Trwam i „Naszego Dziennika”.

Profesor Jaroszyński należy do towarzystw filozoficznych w Polsce, w USA, we Włoszech i w Szwajcarii. Jest też autorem ponad 40 książek i artykułów naukowych.Wygłosił ponad 200 odczytów dla Polonii i ponad 100 odczytów na uczelniach zagranicznych. Wchodzi w skład komitetu naukowego Powszechnej Encyklopedii Filozofii. Jest redaktorem naczelnym pisma „Człowiek w kulturze”.

Wykłady profesora Piotra Jaroszyńskiego w Kanadzie w dniach 1-10 maja 2017 są częścią programu Roku Jubileuszowego 100-lecia Parafii Świętej Trójcy w Windsor, Ontario.

        Andrzej Kumor: Panie Profesorze,  świat się zmienia. Zmiany zachodzą szybko w kulturze, w obyczajach... Nie odnosi Pan wrażenia, że utopia nowego wspaniałego świata, którą kiedyś Aldous Huxley opisał w jednej z bardzo popularnych książek,  ma już z górki, że jesteśmy w przededniu takiego „szczęśliwego totalitaryzmu”, gdzie ludzie chodzą do szkół, ale praktycznie nic nie wiedzą, gdzie demokracja polega na manipulacji, a stare wartości cywilizacji łacińskiej przestają mieć znaczenie, są relatywizowane itd.?

        Prof. dr hab. Piotr Jaroszyński: Czyli o co chciałby Pan zapytać?

        – O to, czy Pan nie postrzega w tym projektu ogólnoświatowego, którego jesteśmy uczestnikami?

        – Uczestnikami albo ofiarami, bo jak mimowolny, no to ofiara, nie uczestnik, a uczestnictwo oznacza partnerstwo. Koń ciągnie pług, i co, jest uczestnikiem procesu orania.

        Andrzej Kumor: Ksiądz Biskup posługuje teraz w Częstochowie, stolicy duchowej narodu, jak wygląda ten duch, jak by Ksiądz określił siłę tego ducha?

 

        Arcybiskup Wacław Depo: Jesteśmy wdzięczni Panu Bogu za to, że w ubiegłym roku, w tym i Roku Miłosierdzia, ogólnie w całym Kościele przeżywaliśmy jubileusz 1050-lecia Chrztu Polski. 

        To pozwoliło nam zjednoczyć zarówno ludzi wierzących, jak i władze państwowe, władze społeczne, które wcześniej były troszeczkę w innym układzie politycznym. Wcześniej,  bardziej takie liberalne skrzydła traktowały  niezbyt precyzyjnie to, co się nazywa autonomią Kościoła i państwa. 

        Dzisiaj  jest większa otwartość na współpracę, bo przecież podmiotem są tu ci sami ludzie. Kiedy mówimy o dobru wspólnym zarówno od strony państwowej, jak i o dobru Kościoła, to mówimy również o dobru nadprzyrodzonym, kwestii zbawienia człowieka, a nie tylko o dobrobycie czy bezpieczeństwie tu, na ziemi. Dlatego to wspólne świętowanie zarówno w Poznaniu, jak i w Gnieźnie, jak i później w Częstochowie, na Jasnej Górze, ono było takim normalnym, naturalnym ukłonem wdzięczności wobec Opatrzności Bożej, za to że jesteśmy narodem jako wspólnotą ludzi, ale też, że jesteśmy narodem zjednoczonym na fundamencie wiary.

        To co trzeba zawsze widzieć, że ten fundament wiary u nas, w Polsce, od samego początku jest związany z duchowością maryjną. Nie przypadkiem naszym pierwszym hymnem jest Bogurodzica, który śpiewamy bardzo wiernie i tradycyjnie na Jasnej Górze, rozpoczynając Apel. 

        Bo to jest wracanie do początku, bo ta pierwsza ewangelizacja, czyli przyjęcie prawdziwego Boga, odrzucenie bożków pogańskich, uznanie w Chrystusie naszego Pana i Zbawiciela, ona nastąpiła przez Maryję. Dlatego czymś normalnym, naturalnym jest, że Maryja stała się przewodniczką na drogach naszej duchowości.

        Jeśli można mówić o pewnych zagrożeniach, które szły czy idą od strony choćby sekularyzacji, dominacji kultury, która troszczy się tylko o to, co tutaj zewnętrze, czyli o wymiar horyzontu ziemi, to jednak na Zachodzie teologia troszeczkę pomijała rolę Maryi, pokazując ją jako zagrożenie dla czystego, prawdziwego kultu Chrystusa jako Odkupiciela. 

        Ale to jest błąd, dlatego że nie ma prawdziwej chrystologii bez pierwszorzędnej roli Maryi jako pośredniczki u boku jedynego pośrednika, jakim jest Chrystus.