Goniec

Register Login

Wywiady

        Andrzej Kumor: Panie Konsulu, przede wszystkim jest mi bardzo miło powitać u nas; powitać „emigranta”, bo każdy, kto raz podjął decyzję o tym, żeby opuścić własny kraj, rozumie innego człowieka, który też tę decyzję ma za sobą. Zwłaszcza że Pan podejmował ją, podobnie jak  wielu naszych czytelników, czyli w latach 80., kiedy to był inny wyjazd i inaczej to wyglądało, jeśli chodzi o kontakty z krajem. Zamykało się za sobą drzwi, nie było Skype’u, telefony kosztowały straszne pieniądze, więc była to bardzo poważna decyzja. 

        Proszę powiedzieć, jak to było w Pana przypadku, dlaczego Pan ją podjął i dlaczego Pan później zdecydował się wrócić do Polski?

        Konsul generalny RP w Toronto Krzysztof Grzelczyk: Do Kanady przyjechałem w 1985 roku, miałem 28 lat. Nie wynikało to bezpośrednio z faktu, że wcześniej byłem internowany, bo to była właściwie taka opcja najłatwiejsza. Gdybym zdecydował się na wyjazd od razu, to bardzo ułatwiano internowanym w czasie stanu wojennego podejmowanie takich decyzji. Wtedy nie chciałem, właśnie dlatego że była presja, żeby wyjeżdżać. Kilka lat minęło od internowania, skąd zostałem wypuszczony latem 1982 roku, w międzyczasie ożeniłem się, właśnie w więzieniu.

gryguc4817        Andrzej Kumor: Pierwsze pytanie, skąd czerpiesz wiedzę do tego, żeby pisać tak, jak piszesz? Większość publicystów opiera się na tym, co przeczytają w gazetach. Jedni czytają „Gazetę Wyborczą” i mówią o tym, co ona napisała, i się z tego śmieją, inni czytają „Do Rzeczy” czy inne gazety i też to komentują, tak  to się wszystko kisi w swoim sosie. Ty jesteś inny, na czym się opierasz i jaki jest cel tego, co robisz?

        Tomasz Gryguć (Pan Nikt): Źródła, bazuję na źródłach. 

        Z biegiem czasu stwierdziłem, że dla poprawnej analizy i wyciągania wniosków trzeba czytać wszystko to, co jest dostępne. Trzeba także potrafić zrobić dobry biały wywiad. 

        A źródła – tak jak moi czytelnicy widzą – w ogóle nie interesują mnie czyjeś interpretacje ani punkty widzenia przetworzone przez kogoś, jakieś interpretacje zdarzeń, tylko zawsze docieram do faktów, czyli jeżeli jest jakieś wydarzenie z polityki zagranicznej, to wiadomo, że bazuję na stronach ministerstwa spraw zagranicznych Turcji, Japonii; jeżeli wiem, że jest jakieś ważne przemówienie Kissingera w Londynie, jak w czerwcu tego roku, to docieram do tego przemówienia. 

        Po ujawnieniu swojej twarzy ujęło mnie to, że część ludzi ma mnie za agenta albo za człowieka, który jest sterowany przez służby – to jest słabość polskiej publiki, ludzie nie są w stanie sobie uzmysłowić, że można docierać swobodnie do wielu interesujących rzeczy, jeżeli się tylko chce.

        Andrzej Kumor: Grzegorzu, witam po latach, dużo się zmieniło...

        Grzegorz Braun: Dobry dzień, szczęść Boże.

        – Akurat na świeżo premiera Twojego nowego filmu...

        – „Luter i rewolucja protestancka” – tak się film nazywa. Taka kolubryna, bo to właśnie nie tylko życiorys antybohatera tytułowego, ale także geneza i konsekwencje, opłakane skutki, do dzisiaj dające nam się we znaki.

        – No właśnie. Większość ludzi uważa, że reformacja to taki trochę inny katolicyzm, ale tak w zasadzie to niewiele nas różni, jesteśmy bardzo blisko, możemy się może jakoś zjednoczyć niedługo, ekumenizm...

        – „Subtelne” różnice, takie różnice jak między krzesłem a krzesłem elektrycznym. Jedno i drugie krzesło.

michalkiewicz        Andrzej Kumor: Panie Stanisławie, spotykamy się w Święto Niepodległości Polski. Pan właściwie o niczym innym nie pisze jak o Polsce,  a ostatnio promuje Pan ideę Trójmorza, Międzymorza, różnie jest to określane, ale pewnego organizmu politycznego, który przy pomocy protekcji amerykańskiej mógłby „wyciskać” wpływy rosyjskie i niemieckie w tej części kontynentu. 

        Z drugiej strony, wielokrotnie Pan mówił, że z Amerykanami można mieć sojusze, ale one są asymetryczne, i dlatego trzeba zawsze z góry brać zapłatę za usługi. 

        Czy nie sądzi Pan, że to Międzymorze czy Trójmorze to jest projekt amerykańskiej gry geopolitycznej z Rosją i że w momencie, kiedy zmieni się ekipa na Kremlu czy jakakolwiek sytuacja w stosunkach amerykańsko-rosyjskich czy amerykańsko-niemieckich, to gaz z balonu Międzymorza zostanie spuszczony? A tymczasem USA każą sobie płacić, bo kupujemy od nich broń, kupujemy od nich ropę naftową, kupujemy od nich gaz, który okazuje się droższy, itd., itd. Czy Polska jest podmiotowa w całej tej koncepcji?

        Stanisław Michalkiewicz: Zacznę od tego, że ta koncepcja nie jest wcale nowa. Ona się narodziła pod koniec lat 80. Kiedy już po spotkaniu Michała Gorbaczowa z prezydentem Reaganem w Reykjaviku w 86 roku okazało się, że istotnym elementem przyszłego jeszcze, mgławicowego, ale już opracowywanego porządku politycznego w Europie będzie ewakuacja imperium sowieckiego ze środkowej Europy. Ta ewakuacja nie nastąpiła wtedy, ona nastąpiła dziesięć lat później, ale pojawiła się wiarygodna zapowiedź. 

        I ta wiarygodna zapowiedź wywołała efekt politycznej próżni w środkowej Europie, podobnej do tej z 1918 roku. Oczywiście, w zupełnie innej konfiguracji, ale coś takiego się pojawiło. Państwa środkowej Europy, nauczone doświadczeniem kruchości tego porządku wersalskiego, postanowiły zadziałać i wziąć sprawy w swoje ręce, stworzyć taki system reasekuracji niepodległości w środkowej Europie, żeby się nie oglądać ani na Rosję, ani na Niemcy. 

        Goniec: Po co ten portal? Jaki jest cel? Kresy można skojarzyć z częścią polskiej duszy, bo te ziemie przez wieki stanowiły o tym, jaka jest Polska.

 

        Tomasz Kwaśnicki, redaktor naczelny portalu Kresy.pl, absolwent archeologii UJ, studiował też historię i teologię, członek Rady Klubu Jagiellońskiego: Nie jestem dobry w mówieniu o Kresach w sposób sentymentalny, prawdziwy, ale sentymentalny sposób. Bo to wszystko, co mówi się o Kresach, że to jest część polskiej duszy, można nawet wymieniać liczby, można mówić, że 70 proc. twórców tej wysokiej polskiej kultury pochodziło z Kresów, albo mieszkało na Kresach, albo tworzyło na Kresach. 

        Niektórzy mówią, że polska mentalność to jest krajobraz, a polski krajobraz to jest krajobraz kresowy.

        Niektórzy tak mówią, ale ja podchodzę do Kresów może nie tyle emocjonalnie, co pryncypialnie. Nie jestem wyzbyty emocji, więc emocje w tym wszystkim istnieją, ale dla mnie Kresy to jest przede wszystkim zagadnienie polityczne. Kresy to jest klucz do zrozumienia polskiej słabości. Nie pamiętam, kto to powiedział w rozmowach nagrywanych u „Sowy i Przyjaciół”, czy to był Sienkiewicz, czy to był Sikorski, ale któryś z nich użył tej słynnej frazy, że państwo polskie istnieje tylko teoretycznie. 

        Uważam, że państwo polskie istnieje tylko teoretycznie, dlatego że naród polski istnieje tylko teoretycznie. A naród polski istnieje tylko teoretycznie ponieważ my jesteśmy politycznie zdemoralizowani. 

Capturezxfbv        Andrzej Kumor: Co Pana sprowadza do Kanady?

        Zdzisław Sokal, doradca prezydenta ds. ekonomicznych, były członek zarządu Narodowego Banku Polskiego, odpowiedzialny za stabilność finansową, rachunkowość, informatykę, bezpieczeństwo, obecnie prezes Bankowego Funduszu Gwarancyjnego: Jestem przejazdem w Toronto, wracam z Quebecu, z konferencji. Jestem członkiem IADI, tj. International Association of Deposit Insurers. To jest organizacja bankowych funduszy, które gwarantują wypłaty środków klientom banków.

        – To  szeroki temat, jak te fundusze są teraz zabezpieczane? Dawniej było złoto, teraz chyba jedne wierzytelności zabezpieczają inne. Polska ma wierzytelności innych krajów, inne kraje mają wierzytelności Polski...

        – No tak, ale Polska też ma złoto.

        – Ale w Wielkiej Brytanii...        

        – Polska ma złoto, część w Polsce, a część w Wielkiej Brytanii.

        – Czy sądzi Pan, że dobrze byłoby sprowadzić to złoto do Polski? Niemcy sprowadziły swoje ze Stanów Zjednoczonych.

        – To jest nowa tendencja, sprowadza się złoto. Dotychczas była taka polityka, że złoto było w kilku miejscach,  było w Banku Anglii, w Fort Knox, jeszcze ewentualnie Australia. Natomiast w tej chwili, to co w Europie zwłaszcza zaczyna się dziać, to jest rzeczywiście powrót złota.

        Mecenas Marek Malicki jest znanym w naszym środowisku działaczem polonijnym, byłym prezesem Kongresu Polonii Kanadyjskiej i Polonii Świata. Obecnie wraz z synem prowadzi kancelarię prawną Malicki i Sanchez, którą wcześniej, znaną jako Malicki i Malicki, prowadził z własnym ojcem.

        Ostatnio Kancelaria Malicki and Sanchez już po raz kolejny została wyróżniona przez czytelników „Mississauga News” nagrodą Readers’ Choice za rok 2017.

        Z mecenasem Malickim rozmawiamy w siedzibie jego kancelarii, w charakterystycznym budynku przy Lakeshore w Mississaudze, wprost u wylotu Cawthra.

        GONIEC: Panie Mecenasie, przede wszystkim proszę przyjąć gratulacje w związku z kolejną nagrodą przyznaną przez „Mississauga News”. Proszę powiedzieć, co trzeba zrobić, żeby osiągnąć sukces? Firma Malicki and Sanchez, wcześniej Malicki and Malicki, założona jeszcze przez Pana ojca, to pewnego rodzaju ośrodek polonijny. Bardzo wiele osób, Polaków, korzystało z jej usług. 

        Również i Pana działalność w organizacjach polonijnych na to wpływała. Proszę powiedzieć, jak to się robi, aby uzyskać takie zaufanie ludzi?

        Mecenas Marek Malicki: Nie jest na to łatwo odpowiedzieć, mi się wydaje, że jest to też kwestia czasu. Ojciec założył firmę w roku 59. Chyba był pierwszym adwokatem polskim w Mississaudze, wtedy to się jeszcze nazywało Cooksville, Mississauga zaistniała dopiero w latach siedemdziesiątych. Mój ojciec bardzo udzielał się  społecznie i służył nie tylko społeczeństwu polskiemu w Mississaudze, ale byli też to imigranci z Ukrainy, z Włoch. 

        Ojciec kończył prawo w Polsce i miał skończone prawo tutaj, ale także miał pewne pojęcie o udzielaniu pomocy ludziom, którzy nie byli w stanie pomóc sobie sami. Więc nie za wszystko się liczyło, nie za wszystko się płaciło. Zbudował sobie dużą klientelę. 

        Goniec: Marianie, witam w Kanadzie. Co prawda tym razem nie na nasze zaproszenie, ale jak widzę, polubiłeś ten kraj, skoro jesteś tu ponownie. 

        Marian Kowalski: Dużo Polaków tutaj jest.

        - Dużo Polaków jest wszędzie na świecie. Zapamiętałem sobie hasło, że to jest naród ponad granicami, jeszcze z któregoś Marszu Niepodległości. To oczywiście i źle, i dobrze. Jest w tym też i siła, tak jak w każdym narodzie, który ma ludzi na całym świecie. 

        Od czasu, kiedy ostatni raz rozmawialiśmy, dużo się zmieniło, wtedy był Ruch Narodowy, potem byłeś w Narodowcach RP, teraz jesteś z „Idź pod prąd” Pawła Chojeckiego, który ma telewizję internetową – poprawiaj mnie, jeśli coś się nie zgadza...

        -  Z „Idź pod prąd”, ale bez telewizji, tylko z gazetą papierową, to jestem już 15 lat.

        - Zgadza się, ale teraz to jest duża inicjatywa; jest telewizja internetowa i Ty w niej codziennie komentujesz ... Paweł Chojecki jest protestantem, jest ewangelikiem, z tego co dobrze rozumiem... 

        Kuba, Stany Zjednoczone, Meksyk to kierunki, gdzie setki tysięcy ludzi jeździ co roku na wakacje, nie zdając sobie zupełnie sprawy z zagrożenia zarażeniem groźnymi chorobami tropikalnymi przenoszonymi przez komary. Wracają potem do Kanady, gdzie lekarze są nieprzygotowani do ich rozpoznania i leczenia. Poniżej historia Pana Jana, który został zarażony gorączką denga. Denga występuje w Azji, Ameryce Środkowej, Południowej, Afryce i Australii. To ostra, wirusowa choroba zakaźna, znana także jako „breakbone fever”, odmiana gorączki krwotocznej, obok żółtej febry i eboli – grupy chorób, których wspólną cechą jest występowanie skazy krwotocznej. Chorobę wywołuje wirus dengi z grupy Flaviviridae. Wirus dostaje się do organizmu tylko w wyniku ukąszenia przez komary Aedes aegypti (komar egipski), rzadziej inne komary rodzaju Aedes. Choroba nie przenosi się z człowieka na człowieka. Denga z zespołem wstrząsowym, bez leczenia zwykle prowadzi do śmierci w ciągu 4 – 6 godzin od wystąpienia objawów wstrząsowych.

        Andrzej Kumor: Jak to się zaczęło? Poczułeś, że jesteś chory?

        Pan Jan: Zacznę od tego, że mam w Panamie nieruchomość. Wybudowałem domek i jeżdżę tam dwa razy w roku. Ostatnio trzy razy miałem gorączkę.

        – Jak wysoka była ta gorączka?

        – To jest tak, że nagle spada temperatura i są potężne dreszcze, człowiek robi się sztywny, jakby miał artretyzm.

Polonijna załoga jachtu Drivers Wanted pod wodzą skippera Tadeusza Bartlewskiego zdobyła 6 miejsce na 63 startujących w Mistrzostwach Świata J-24 - 24 stopowych znormalizowanych jachtów kilowych, które w tym roku, w ubiegłym tygodniu, były rozgrywane u brzegów Mississaugi.

fot. Andrzej Pokora facebook

Ze zdobywcami 6. miejsca w mistrzostwach świata J-24 rozmawia Andrzej Kumor

Kanadyjska Polonia żeglarstwem stoi

        Polonijna załoga jachtu „Drivers Wanted” pod wodzą skipera Tadeusza Bartlewskiego zdobyła 6 miejsce na 63 startujących w mistrzostwach świata J24 – 24-stopowych znormalizowanych jachtów kilowych, które w tym roku, w ubiegłym tygodniu, były rozgrywane u brzegów Mississaugi.

        Andrzej Kumor: Panie i Panowie, po pierwsze gratuluję i proszę się przedstawić. Czy to jest pełna załoga?

        Tadeusz Bartlewski: Jedna osoba jest nieobecna, to jest Irek Zubko, który był taktykiem na łodzi. Pozostali to Brygida i Maciek Sadowscy oraz Robert Burek.

        – Zacznijmy od mistrzostw. Które to są Państwa mistrzostwa? W tym samym składzie? Pamiętam, że Pan wyjeżdżał lata temu na Atlantyk na mistrzostwa J24.

        Tadeusz Bartlewski: To może było w Annapolis. Skład przeważnie jest ten sam, jedna osoba może się zmienia. Tu jest praktycznie nasz stały skład od 7 – 9 lat.

        A ponieważ to zależy od wagi załogi, tak że czasami pływamy we czterech, czasami pływamy w pięciu.