Goniec

Register Login

Wywiady


        Jesienią 2016 r. marszałek Senatu Stanisław Karczewski powołał grono 16 członków Polonijnej Rady Konsultacyjnej. Są to reprezentanci organizacji polonijnych, którzy będą doradzać Senatowi w sprawach Polaków zamieszkałych poza granicami kraju. W Radzie znaleźli się m.in. przewodnicząca rady naczelnej Związku Polaków na Białorusi – Andżelika Borys, przewodniczący Rady Polonii Świata – Jan Cytowski z Kanady, oraz wiceprezes Kongresu Polonii Amerykańskiej – Maria Szonert-Binienda. Chcemy, aby nasza współpraca była coraz intensywniejsza, coraz lepsza, głębsza – na różnych płaszczyznach – mówię nie tylko o oświacie, kulturze, nauczaniu języka polskiego, ale również nauce i wymianie sukcesów – powiedział marszałek Senatu podczas uroczystości powołania członków Rady. Zachęcał ich, aby byli ambasadorami Polski w świecie, by mówili po polsku, przekazywali autentyczny obraz naszego kraju. Marszałek Karczewski wskazał, że często mówi się o Polsce źle, mówi fałszywie, i to trzeba zmienić.

        Ab ovo.

        Jan Cytowski: Do Kanady przyjechałem w 1982 r. po ponad rocznym pobycie „turystycznym” w Stanach. O emigracji zdecydował stan wojenny w Polsce, grudzień 1981 r. Jestem z wykształcenia inżynierem. Zaczynałem studia w roku sześćdziesiątym na Wydziale Samochodów i Ciągników. Ciekawy wydział na Politechnice Warszawskiej. Taki rodzinny, powiedziałbym. Wszyscy się znali. Po pierwszym roku odpadało dwadzieścia do trzydziestu osób i właściwie pozostali kończyli studia, choć niekoniecznie w tym samym czasie. Działałem w Radzie Wydziałowej Zrzeszenia Studentów Polskich, później ostatnie lata jako przewodniczący Uczelnianej Komisji Rewizyjnej ZSP. Próbowaliśmy zrobić porządek w ZSP, wprowadzić większą transparentność. Wczasy, sprawy ekonomicznej pomocy studentom, kluby studenckie itp. W sześćdziesiątym siódmym skończyłem studia z tytułem: inżynier magister.

        Waldemar J. Dąbrowski: Pośliznąłeś się?        

         – Tak, pośliznąłem się, przez tę działalność. Studia nasze trwały pięć i pół roku. Zawaliłem semestr. Po drodze, na szczęście, rozpoczął się inny cykl. Wszystkich wysyłano na praktyki produkcyjne. Po pół roku dołączyłem do następnej grupy i mogłem kontynuować naukę. Jeszcze rok spędziłem właśnie w ZSP. Skończyłem w czerwcu 1967 roku. Musiałem odpracować cztery lata dla wojska, bo otrzymywałem stypendium fundowane z MON-u. Byłem cywilem, nie wojskowym. Inżynierem. Udało mi się znaleźć pracę pod Warszawą w Instytucie Techniki Pancernej i Samochodowej. Do dziś uważam, że to bardzo przyzwoity ośrodek badawczy. Wtedy testowano tam prototypy nowych starów na bazie Stara 66. Oczywiście wiedziałem, co się działo w Instytucie – prowadzono badania pojazdu opancerzonego Skot. A ja zajmowałem się głównie przygotowaniem pojazdu do pływania, uszczelnianiem jego podwozia. Najciekawsze, że powstał we współpracy ze Starachowicami udany dość pojazd, zresztą długo potem produkowany, Star 266. Po czterech latach koniecznie chciałem się przenieść do cywilnego zakładu, w którym zajmowałbym się podobnymi sprawami. Okazało się, że nie mogą mnie przyjąć, bo obowiązywała umowa między instytutami zabraniająca bezpośrednich transferów. Wylądowałem w Zakładach Waryńskiego. Pomógł mi mój były asystent, który kierował tam wydziałem. Zająłem się koparkami. Po roku klauzula zniknęła z mojego życiorysu i wylądowałem w Ośrodku Konstrukcyjno-Badawczym, który też pracował na potrzeby wojska, ale przy „bekapemocie” (Biuro Konstrukcyjne Przemysłu Motoryzacyjnego – red). Połączono te dwie instytucje i powstał Przemysłowy Instytut Motoryzacji. Przez zbieg okoliczności zostałem kierownikiem Zakładu, bo w Instytucie powstało centrum zastosowań techniki obliczeniowej. Tak się złożyło, że skończyłem kurs specjalistyczny i w ten sposób zostałem jedynym bezpartyjnym kierownikiem w Instytucie.

piątek, 10 luty 2017 14:50

Jak wyglądałby konflikt?

Napisane przez

        Zapis rozmowy z mec. Jackiem Bartosiakiem, ekspertem od spraw geopolityki, analitykiem pracującym m.in. dla Centrum Analiz Klubu Jagiellońskiego, w radiowej audycji „Geopolis”  radia Wnet nt. chińskiej strategii wobec USA.

        Prowadzący audycję: Jak rozmawialiśmy ostatnio, to było w zeszłym roku, to mówiliśmy – a propos konfliktu na Ukrainie – że tak jak przed II w.św. takie konflikty, jak wojna w Mandżurii na przykład, to był taki prolog do konfliktu globalnego, czyli konflikty na peryferiach poprzedzały konflikt najważniejszych mocarstw, tak teraz sytuacja jakby się odwróciła i ten konflikt w Europie Wschodniej może być preludium do konfliktu globalnego, który wybuchnie gdzie indziej. Proszę powiedzieć, gdzie nasz świat może zapłonąć globalnie?

Jacek Bartosiak: Najbardziej prawdopodobnym miejscem, gdzie może się zaktualizować rywalizacja starego, słabnącego hegemona i rosnącego pretendenta do dominacji  w Azji, Eurazji i na Pacyfiku, czyli Chin, to jest siłą rzeczy Pacyfik. Geografia determinuje, że jest to przestrzeń wodna, morska i powietrzna na olbrzymich połaciach zachodniego Pacyfiku w morzach przybrzeżnych Azji, Morzu Południowochińskim, Morzu Wschodniochińskim, Oceanie Indyjskim, w ogóle w teatrze operacyjnym Indopacyfiku, gdyż tym terminem posługują się analitycy amerykańscy i wojskowi amerykańscy dla określenia tego teatru operacyjnego.


        Andrzej Kumor: Spotykamy się na wywiad mniej więcej raz na dwa lata. Poprzednim razem był Pan zaangażowany w różne projekty w Polsce, mówiliśmy o Ruchu Narodowym, jeździł Pan na Marsze Niepodległości, poparł Pan kandydata Ruchu Narodowego Mariana Kowalskiego w wyborach prezydenckich, był Pan felietonistą, pisał na różnych portalach, m.in. w „Gońcu”. Co się zmieniło od 2014 roku? Czy stracił Pan wiarę w to, że w Polsce możliwa jest zmiana?

Stanisław Tymiński: W dużym stopniu tak, straciłem wiarę, że zmiana jest możliwa, ponieważ każdego roku jeżdżę do Polski z wizytą, aby zobaczyć, co się dzieje, i niestety, cały czas widzę tylko puste gadanie i brak akcji. Nie ma konkretnych akcji, nawet w Sejmie jest widoczne, że opozycja nie spełnia swojej roli, aby podpowiadać partii rządzącej, co ma zrobić, co ma zrobić lepiej.
        No więc jest po prostu marazm. Marazm i jakaś gnuśność i brak odwagi do zmiany czy brak wiary w samego siebie. Nie wiem, co to jest. To jest jakaś choroba. Ja tej choroby nie widzę w innych krajach, a w Polsce to jest notorycznie to samo. No więc ile można pisać dla ludzi, którzy tych tekstów nie odbierają praktycznie i to jest tak jak rzucanie grochem o ścianę. To demotywuje, a ja już nie jestem młodym człowiekiem, moje życie szybko ucieka, mało mi tego zostało i chciałbym ten czas, który mi został, poświęcić na szukanie – ja to nazywam – cudownych wielkości. Ja tej cudownej wielkości w Polsce nie widzę.

poniedziałek, 30 styczeń 2017 14:41

Kurs 220 - ucieczka AN-2 z Krakowa do Wiednia w 1982 roku

Napisał

An-2 nb 7447 SP-MLP Wiedeńczyk Lotnisko Bielsko Biała. 2014r. Zdjęcie Karol Placha Hetman


An-2 TD Wiedeńczyk nb 7447 został wyprodukowany w PZL Mielec w dniu 9.01.1967r.. Do służby w Lotnictwie Polskim wszedł już 10.01.1967r.. W 2015r., skończył 48 lat. W tym czasie wykonał prawie 15 500 lądowań i spędził w powietrzu ponad 7 000 godziny.
Uciekinierami byli chorążowie 13 Pułku Lotnictwa Transportowego z 2 Eskadry; Krzysztof Wasilewski, Andrzej Malec i Jerzy Czerwiński.

 Wywiad przeprowadzono w roku 1998

 

Andrzej Kumor: Panie Krzysztofie, ludzie uciekali z PRL-u na wiele różnych sposobów. Jedni pontonem na Bornholm, inni w czasach, kiedy jeszcze nie było Muru próbowali przejść do Berlina Zachodniego, pana ucieczka należy do równie dramatycznych. Jak się to stało, jakie były jej okoliczności? Co sprawiło, że zdecydował się pan siąść za sterami samolotu i dosłownie wylecieć z Polski?

Krzysztof Wasielewski: Przede wszystkim sytuacja, jaka wtedy panowała w kraju. Wiele osób było bardzo oddanych myśli pod nazwą "Solidarność".

A.K.: Pan był wtedy w wojsku?

K.W.: Byłem, tak. Od 1973 roku, najpierw w szkole lotniczej w Dęblinie, a później od 1976 roku, w Krakowie w jednostce w Balicach, jako żołnierz zawodowy, pilot 13 pułku transportowego. Jak wielu innych pilotów byłem sympatykiem "Solidarności". Wtedy właśnie w naszych sercach rosła ta myśl o innej Polsce. I troszeczkę poszerzyły się nasze horyzonty.
Był wówczas taki moment, że miało nastąpić porozumienie narodowe, doszło wówczas do spotkania kardynała Glempa, Jaruzelskiego i Lecha Wałęsy to było chyba w listopadzie a już w grudniu mieliśmy stan wojenny. Wprowadzenie stanu wojennego było tą bezpośrednią przyczyną...

A.K.: Jak długo pan planował to wszystko? Jak pan to chciał przeprowadzić?

K.W.: Najpierw chciałem uciec sam dosłownie w kilka dni po wprowadzeniu stanu wojennego. Była straszna śnieżyca i Bogu dziękuję, że do tej próby nie doszło, powstrzymałem się w odpowiednim momencie. Uciekałbym wtedy samotnie z córką. Nie sprzyjałaby temu pogoda nie wiadomo jak by było z nawigacją nawet gdyby nie doszło do oblodzenia, czy jakichś nieprzewidzianych sytuacji nie wiadomo, jakby to było w górach nad Czechosłowacją.
Pan wspomniał, że ktoś tam uciekał pontonem na Bornholm. Brałem również pod uwagę taką właśnie trasę przelotu nad stosunkowo płaską Polską i nad morzem na Bornholm.

A.K.: Nie bał się pan zestrzelenia; w końcu leciał pan samolotem wojskowym?

K.W.: To właśnie była ta przewaga, że będąc w wojsku znaliśmy wszystkie charakterystyki broni przeciwlotniczej i jednocześnie wojsk, które dysponowały bronią zdolną zagrozić nisko lecącemu celowi. Więc raczej było to wykalkulowane. Możliwość taka w dalszym ciągu istniała, ale była minimalna.

A.K.: Rozumiem.Leciał pan samolotem AN-2...

K.W.: Tak. zdecydowaliśmy się lecieć samolotem AN-2. To był samolot na wyposażeniu drugiej eskadry naszego pułku i o ile wiem do dzisiaj jest na wyposażeniu tego pułku. Trzeba go tu pochwalić.
Ostatnio nawet widziałem w pewnym magazynie zdjęcia AN-a drugiego. Używany jest przez wojska specjalne w Ameryce, do symulowania ataku przeciwnika. Wiele krajów zostało zaopatrzonych w te samoloty w dawnych czasach przez Związek Radziecki i one nadal mogą stwarzać pewne zagrożenia jedną z form takich zagrożeń są grupy terrorystyczne.

A.K.: Wróćmy jednak do samej ucieczki. Kiedy to było, pamięta pan ten dzień?

K.W.: Bardzo dobrze pamiętam. Nie trudno zapamiętać, bo to był Prima Aprilis 1 kwietnia 1982 roku w samo południe. Nie zapomina się takich dni..

A.K. : Mówił pan, że leciał z córką...

K.W.: Tak. Moja żona była już wówczas w Stanach Zjednoczonych. Wyjechała 29 listopada i miała wrócić/ na Gwiazdkę czyli wypadło to już po wprowadzeniu stanu wojennego... Żona została tutaj.
Później dowiedziała się ode mnie przez takiego jednego znajomego, żeby czekała. Oczywiście żona była przerażona nie znała szczegółów ale podejrzewała co się stanie. A to długo trwało, bo ona otrzymała tę informację już w styczniu, a do ucieczki doszło 1 kwietnia. Na pewno było jej ciężko...

A.K.: Wróćmy znów do ucieczki. Jak to było, jak pan wziął ten samolot?

K.W.: Na początku chciałem uciekać sam, następnie pomyślałem o tym, że powinienem mieć kogoś, kto by ze mną współpracował dlatego, że jest łatwiej uprowadzić samolot jako załoga dwóch pilotów. W skład załogi wchodził również mechanik pokładowy i brałem pod uwagę, że trzeba będzie nakłonić również któregoś z mechaników. Nakłonienie kolegi nie nastręczało wielkich trudności, ponieważ znaliśmy się ze szkoły, znaliśmy się jak to można powiedzieć jak stare konie. Bez większych kłopotów można było wyczuć czy można na ten temat mówić.
Zaprezentowałem to od tej strony, że żona jest w Stanach Zjednoczonych... Zainteresowanie wzrastało i następnie... Bo nikt nie wiedział, że ona jest w USA. To była też ucieczka w pewnym sensie. Zainteresowanie wzrastało i jak już zainteresowanie było wystarczające, wtedy mówię: "słuchaj, może byśmy tam polecieli..."
No i wtedy to już jedynie wyobraźnia nas ograniczała.
Jak przekonałem pierwszego kolegę, wówczas nastąpiła inna kwestia, mianowicie, że nie da się nakłonić mechanika, ponieważ nie mieliśmy specjalnie dostępu do tych mechaników pokładowych. To była inna generacja. My byliśmy młodzi, oni byli starsi wszyscy w partii. Było to dosyć trudne.
Wchodził w grę jeden człowiek, który niestety miał w tym czasie jakieś problemy, nie mógł latać, więc postanowiliśmy uprowadzić samolot bez mechanika.
W ostateczności samolot został uprowadzony razem z mechanikiem, co stało się powodem wielu dramatycznych sytuacji w czasie lotu i już po wylądowaniu.

A.K.: Czy samolot uprowadzili panowie z lotniska, czy podczas jakiejś akcji? Jak to dokładnie wyglądało?

K.W.: Tu muszę dodać, że po namowie pierwszego kolegi, we dwóch postanowiliśmy, że potrzebna będzie jeszcze trzecia osoba, ponieważ w grę wchodziła sprawa mechanika i należało mieć ewentualnie trzecią osobę na pokładzie. To wszystko się cały czas tworzyło ten cały scenariusz ucieczki.
Organizowałem ją przy współpracy z kolegami, ale jednocześnie jak już później były pewne nieścisłości w tym całym planie no to, jako organizator zostałem obwiniony, że te nieścisłości zaistniały. A nieścisłości wypływały raczej z naszych cech charakteru, niż z charakteru samej ucieczki. Doszło niepotrzebnie zresztą do nieporozumień.

A.K.: Na pokładzie, już podczas ucieczki?

K.W.: Tak, podczas ucieczki. To było związane z osobą tego mechanika. On chciał wracać. W sumie, jego obecność była niezbędna w samolocie, bo to pan się pytał jak uprowadziliśmy samolot. Tu musimy się trochę cofnąć w czasie...
Byliśmy już wszyscy przygotowani, był to mniej więcej początek stycznia 82 roku, czekaliśmy tylko na lepszą pogodę. Pogoda była fatalna na taką ucieczkę szczególnie ANem drugim. Oczywiście chcieliśmy od razu zabrać rodziny. Ja córkę i obydwaj koledzy żony i dzieci.
Było nas trzech trzech pilotów z tej samej promocji z Dęblina. Znaliśmy się przez całą szkołę i przez wszystkie te lata i do momentu ucieczki byliśmy wzorowymi kolegami...
W momencie, gdy już trzeci pilot został namówiony, wówczas zaistniał taki problem, że on podejrzewał, iż ja mogę być obserwowany przez służby specjalne, bo moja żona jest w Ameryce. Ja mu mówię: "przecież oni o tym nie wiedzą!" On na to: "Stary, jak oni mogą nie wiedzieć?"
Wtedy się okazało, że mój kolega wiele wiedział o tym, jak oni pracują... Więc, można było zacząć się też bać, że on tak wszystko dobrze zna. Później się dowiedziałem skąd znał, ale nie chciałbym tego poruszać w wywiadzie.
I teraz oni mi mówią: "słuchaj, ty musisz wziąć sprawę w swoje ręce, musisz pójść do ?gumowego ucha? po prostu zaskoczyć ich! Jeżeli nie wiedzą, to trudno, a jeśli wiedzą, to wtedy przerwiesz tę pępowinę."

A.K.: Samemu powiedzieć, że żona jest w Stanach?

K.W.: Tak jest samemu się podkablować! No i ja tak zrobiłem. Nie wiedząc o tym, że to właśnie spowoduje represje z ich strony, bo jednak nie wiedzieli i ich duma wykonywania zawodu została w pewien sposób nadszarpnięta.
Po prostu trochę ucierpiałem z tego powodu fizycznie, no i również psychicznie, bo wywierali na mnie presję, żebym podpisał list, w którym oskarżali osoby z Kościoła. Wymyślili sobie taką sytuację, że żonie dopomógł taki znajomy ksiądz z rodziny, gdzie trwała budowa kościoła, więc pewnie chcieli tę budowę przerwać...
Od razu spisali mnie z latania i orzenieśli do co ciekawe tajnej kancelarii, miejsca, gdzie się trzyma najtajniejsze dokumenty jednostki to jeszcze bardziej powodowało podejrzenia, że być może mnie obserwują, ponieważ, dlaczego dali mnie do miejsca, gdzie są tajne dokumenty?
Znalazłem się w tej kancelarii co było ewenementem bo miało to być karą dla mnie, a to sprawiło, że znalazłem się blisko wszystkich dokumentów, potrzebnych na użytek ucieczki dotyczących m.in. rozlokowania lotnisk, radarów. Czerpałem te informacje bezpośrednio z biura, gdzie pracowałem przy kasowaniu starych dokumentów odpisywało się je z rejestru i jeździło do pieca palić. Trzeba było cały czas rozliczać się z dokumentów, które zostały zniszczone. Poznałem wiele rzeczy, które były dostępne tylko dla oficeraspecjalisty od armii obcych, od taktyki, dla szefa sztabu... Było to bardzo ciekawe posunięcie ze strony polskich służb specjalnych. Sprawili mi dużą niespodziankę i prezent. W tej kancelarii spędziłem z przerwami wszystkie dni aż do ucieczki.

A.K.: Jak doszło do samego zajęcia samolotu, jak pan zabrał rodzinę? Skąd panowie wiedzieli którędy należy polecieć?

K.W.: Co do trasy przez Czechosłowację to nie było żadnych wątpliwości, wszyscy się zgadzaliśmy. Problem był z dolotem do tego miejsca przez Polskę.
Mieliśmy dwie koncepcje, z tym, że moja została zaakceptowana. Mieliśmy lecieć z Krakowa, spod Czernichowa w kierunku na poniżej Bielska Białej, na rzekę, wzdłuż niej nad jezioro koło Żywca, nad Żywcem, praktycznie po zachodniej stronie Żywca po obrzeżu miasta, następnie przez góry, przez granicę i nad rzekę Wag...
Kolega sugerował trasę z Czernichowa wprost do granicy.

A.K.: Tak na azymut?

K.W.: Tak, z kursem 220 stopni, natomiast moja trasa była najpierw 245, potem tam 180, potem 220... To w końcu jest 220 przez Czechosłowację większość czasu uciekaliśmy takim właśnie kursem 222.

A.K.: A skąd samolot się wziął w Czernichowie?

K.W.: Ja pracując w tajnej kancelarii nie miałem żadnego problemu z zaplanowaniem moich kolegów na różnego rodzaju loty. Oni mogli się zgłaszać na ochotnika, ale nieraz taka możliwość nie wchodziła w grę. Nieraz zmieniano pilotów, potwierdzenie zawsze jednak przechodziło przez tajną kancelarię i ja mogłem to korygować.
Mieliśmy dwie próby które nie wyszły i to była trzecia próba. Oni latali z wojskami desantowymi, ze spadochroniarzami...
Zrzucili spadochroniarzy i wylądowali na lotnisku. Następnym spadochroniarzom powiedzieli, że lecą teraz na własny lot, natomiast wieży powiedzieli, że lecą ze skoczkami.
Innymi słowy, wieża myślała, że oni będą się wznosić. Z reguły wznoszenie się do wysokości 2,2 2,5 kilometra z grupą 10 12 skoczków trwa około 30 minut. Kontroler lotu dopytywał się cały czas z wieży o pozycję, gdzie się wznoszą.

To trwało raptem cztery pięć minut i już lądowali przy Wiśle zaraz za Czernichowem. To była łąka za wałem przeciwpowodziowym. Start trzeba było wykonać w tym samym kierunku, nie można było zawracać. Byliśmy w dwóch samochodach, ja w jednym, a żona kolegi w drugim, dosłownie ścigaliśmy ten lądujący samolot, jeszcze zanim się zatrzymał. Załadowaliśmy się, ja wskakiwałem na prawy fotel i przejmowałem rolę nawigatora, natomiast Jędrek był pilotem.

A.K.: Jędrek, czyli kto?

K.W.: Jędrek, czyli Andrzej Malec, pana imiennik, wspaniały pilot, uznany kiedyś, chyba w 1978 roku za pilota roku w jednostce. On jeszcze przed pójściem do wojska był posiadaczem trzech diamentów no, wspaniały szybownik. Wybraliśmy najlepszego na taką misję.
Ja z kolei miałem się popisać zdolnościami nawigacyjnymi.
Od pierwszego momentu, zaraz po wystartowaniu, zamiast do moich 245 stopni, Jędrek uparł się przy swoich 220 i poszliśmy prosto w góry...
...po kilku minutach byliśmy już po czołowym zderzeniu z wierzchołkiem, samolot był kompletnie uszkodzony, najbardziej skrzydła, śmigło, zbiorniki, paliwo ciekło...

A.K.: Na jakiej wysokości panowie lecieli?

K.W.: Bardzo nisko i w związku z jak wpadliśmy w taki wąwóz, który zakończony był wierzchołkiem góry...

A.K.: Nie dało się już podnieść?

K.W.: No nie dało się już przeskoczyć tej góry... Natomiast niezrozumiałe były dla mnie... Na pewno zdenerwowanie i może jakaś taka ludzka pycha nie wiem jakieś cechy ludzkie które nie są do końca zrozumiałe... Bo był taki moment, że można było prawdopodobnie wykręcić się jeszcze z tego, ale ta chęć przelotu przez górę, żeby pokonać...
I pokonaliśmy!
To był cud! To był prawdziwy cud Maryjny! Ja myślę, że tylko dzięki temu żyjemy. AN-2 ma jeden silnik, śmigło z przodu, przed kabiną. Takie śmigło natrafiając na pień drzewa a my uderzyliśmy w drzewa, ścięliśmy wszystko skrzydłami i śmigłem...

A.K.: Gdzie to było?

K.W.: Lecieliśmy od Czernichowa z kursem 220 stopni, koło Suchej Beskidzkiej jest góra Madagora się chyba nazywa i taka dłuższa wioska, chyba Jaszczurowa. Musiałbym to na mapie sprawdzić, bo nie chciałbym strzelić błędu. Jest to góra, z której najłatwiej było później, już po tym uderzeniu, z której poprzez różne takie wąwoziki najłatwiej było dojść do tego jeziora koło Żywca. Musiałbym na mapę spojrzeć, to jest to jezioro, patrząc od Bielska-Białej w dół, tam gdzie jest góra Żar. Zakładaliśmy, że wylądujemy na Żarze i wysadzimy mechanika.

A.K.: No właśnie, co z tym mechanikiem?

K.W.: Po wypadku nie było już możliwości lądowania z uszkodzonym podwoziem i ponownego startu. To, że te skrzydła nas podtrzymywały to był prawdziwy cud. Nie wiadomo było na jak długo wystarczy paliwa...

A.K.: Paliwo ciekło, a AN-2 nie ma samozalepiających się zbiorników?

K.W.: No więc prawdopodobnie ma! Ma dużo rzeczy, o których my nie wiedzieliśmy. Ma samozalepiające się zbiorniki i to pomogło, ponieważ ten upływ paliwa zmalał błyskawicznie.
AN-2 jest też pokryty farbą, która w pewien sposób absorbuje i rozprasza sygnały radarowe i to chyba nam najbardziej pomogło, bo my później musieliśmy lecieć troszeczkę wyżej. Jak wlatywaliśmy w dolinę poniżej Bielska-Białej to, według naszej wiedzy, byliśmy już widoczni na radarach.

A.K.: Jaka to była wysokość? 50 metrów?

K.W.: Wtedy to już lecieliśmy na 50-70 metrach. Nie można było lecieć niżej tym uszkodzonym samolotem. Całą Czechosłowację, którą zamierzaliśmy przelecieć bardzo, bardzo nisko musieliśmy przelecieć troszeczkę wyżej. Już manewrowość samolotu nie pozwalała...

A.K.: Pan uważa, że przez tę farbę samolotu nie wykryto na radarze?

K.W.: Ta farba odegrała dużą rolę i dowodem na to jest również to, że jak dolecieliśmy do Wiednia , to oni również nie mogli nas znaleźć na radarach.
Co ciekawsze my, jako piloci podejrzewaliśmy, że coś takiego jest, bo często w rejonie lotniska, jak nie mieliśmy włączonego SPU7, to nie byliśmy widoczni dla radarów. Samoloty były malowane tą farbą w Powidzu. Wszystkie były brane z jednostek wojskowych do Powidza. Tam malowano również Su7. Chyba panu jakieś tajemnice wojskowe teraz zdradzam...
Ciekawe, że nie zdawaliśmy sobie sprawy z tego, jakie to było skuteczne...
Ja bym tu w dalszym ciągu podkreślał, że przeskoczenie przez tę górę było dla mnie cudownym wydarzeniem. Do tej pory czuję tę siłę nadprzyrodzoną, która nas podniosła powyżej drzew.
Jeśli jeździ pan do myjni samochodowej to widzi pan tam jak takie wały się toczą. To jest najbliż sze porównanie z tym jak to wyglądało przechodząc przez te drzewa. Dosłownie, jak w takiej myjni samochodów. I nagle jakaś niezwykła siła nas z tego wyciągnęła i wystarczyło wysokości i tej minimalnej prędkości, którą mieliśmy, by przejść i kontynuować lot.
Nie będę tutaj mówił o dramatycznych sprawach psychicznych, bo to nie jest miejsce, ale chyba wszyscy się bardziej w tym momencie poznaliśmy.
Koledzy tłumaczą ten fakt, że samolot tak "wypuchł", że...
Bo obydwaj mieliśmy w tym momencie ręce na manetce gazu i tam się okazuje... że zostały wypuszczone klapy, dlatego aerodynamicznie samolot "wypuchł"... Ale przy tej minimalnej prędkości którą mieliśmy takie wypuszczenie klap to by spowodowało odwrotną reakcję samolot by wszedł w nurkowanie...

A.K.: Nie potrafi pan tego wytłumaczyć?

K.W.: To jest niewytłumaczalna sprawa. Można tylko i wyłącznie powiedzieć, że to była interwencja z Nieba.

A.K.: Czy pan był człowiekiem religijnym?

K.W.: Miałem przy sobie obraz Matki Boskiej Częstochowskiej namalowany specjalnie na ten przelot. To było takie typowo polskie, wyrastające z tej chrześcijańskiej tradycji. My po prostu powierzamy wiele rzeczy opiece Matki Boskiej. To jest typowe dla nas Polaków, że uciekamy się w dramatycznych chwilach do tej matczynej opieki. Ja święcie wierzę, że tylko za sprawą tej interwencji lot się powiódł.
Pozytywny aspekt tego wypadku mógą być też taki, że zmniejszyliśmy prędkość. W związku z tym mając w skrzydłach gałęzie i różnego rodzaju liście i pnie drzew, lecąc z mniejszą prędkością wzbudzaliśmy chyba niebywały zachwyt na ziemi. To było uszkodzone, miało mniej aerodynamiczne kształty, wyglądało, jak taka wielka szafa z gałęziami. Ludzie mówili sobie pewnie wojskowi również że samolot z polskimi znakami z gałęziami, z czymś co wygląda, jak skrzydła leci na południe. Wtedy ktoś mówił: "Prima Aprilis" i na tym się kończyła dalsza interwencja. Być może tak było. Tak to sobie w każdym razie tłumaczę.
Przez góry lecieliśmy z rezerwą, już trochę wyżej dolinkami; tam jest wysokie to przejście, więc chodziło o to, by wystarczało prędkości na wznoszenie, a jednocześnie, żeby to było w bardziej racjonalnym układzie, w stosunku do topografii; do tego, co dzieje się wokół. Nie chcieliśmy znów gdzieś utkwić w jakimś wąwozie bez wyjścia.
Następnie przeskoczyliśmy do tej rzeki Wag. Wzdłuż niej lecieliśmy bardzo nisko. I dolecieliśmy do Nowego Miasta nad Wagiem. Stamtąd zrobiliśmy taki taktyczny przelot przez małe Karpaty. One się chyba nazywają Białe Karpaty. Przeskoczyliśmy przez górki i znaleźliśmy się po ich zachodniej stronie. To przejście robiliśmy dosyć nisko, w wąwozie ale tam już wiedzieliśmy, że potem jest już tylko bardzo równinny teren, który się ciągnie aż do samej granicy austriackiej, i przylegliśmy sobie do tego terenu...

A.K.: Na jakiej wysokości?

K.W.: Tam już mogło być najwyżej kilkanaście metrów, momentami kilka metrów. Przelatując nad jednostką wojskową, lecieliśmy tuż nad jakimś opancerzonym transporterem, to było dosłownie kilka metrów.

A.K.: Nad jednostką wojskową?!

K.W.: Inaczej się nie dało, te jednostki były po drodze.
I dostaliśmy się w końcu do Austrii.

A.K.: Co pan czuł jak pan przelatywał przez ten pas zaoranej ziemi?

K.W.: Tam jest pierwsza linia wież strażniczych i za tą linią nie było rzeki, której się spodziewaliśmy. Okazuje się że tam jest pas... Przeskakujemy nad tym pierwszym płotem, następnie jest zaaorana ziemia i za kilkanaście sekund widać drugi płot z wieżami. To było dla nas zaskoczenie, mierzyliśmy początkowo pomiędzy te wieże.

A.K.: Lecieli panowie na wysokości tych wież...

K.W.: Ale w tym momencie Jędrek zdecydował się lecieć wprost na wieżę!

A.K.: Tam były karabiny maszynowe?

K.W.: No właśnie! I to było jedyne, co przekonywało tego człowieka żeby nie strzelał, że mamy równe szanse. Czy strzelał czy nie strzelał to nie wiem...
Jędrek... Nie mam słów uznania dla niego i dla jego sztuki latania. Samolot był zdecydowanie mało aerodynamiczny, a wyciągnął z niego co się jeszcze dało. I gdy zobaczył ten ostatni element żelaznej kurtyny, to potrafił jeszcze tak powiedziałbym jak spod Samosierry, jak spod Monte Cassino... Szarża była ułańsko-wojskowo-lotnicza. Widziałem oczy tego człowieka na tej wieży!

A.K.: Stał tam za karabinem maszynowym?

K.W.: No tak! Przelecieliśmy wreszcie tę rzeczkę, taka była niepozorna na mapie, ale wówczas bardzo rozlała i tam gdzieś stała budka austriacka i żołnierz trochę szwejkowaty przy niej.
Tu zaczyna się nasza przygoda na Zachodzie. Były różne głosy... My nie wspomnieliśmy jeszcze Jurka Czerwińskiego. Jurek Czerwiński był tym pilotem, który był z tyłu, z mechanikiem. Tu trzeba uczciwie powiedzieć, nie było żadnej przemocy.

A.K.: W stosunku do mechanika?

K.W.: Absolutnie żadnej!
Między innymi, Jurek nalegał na to, aby lecieć do Niemiec. Ja również byłem nastawiony, aby dolecieć do Bad Tolz, do takiej amerykańskiej bazy pod Monachium, ale Jędrek chciał wylądować jak najszybciej.

A.K.: Ze względu na samolot?

K.W.: Ze względu na samolot. Poza tym wchodziła w grę kwestia propagandowopolityczna: lecąc do amerykańskiej bazy NATO wzbudzimy zbyt wielką sensację polityczną, natomiast gdy wylądujemy w Wiedniu, to będzie takie "neutralne". I jego teoria wzięła górę.
Oczywiście nas na radarach nie byli w stanie zobaczyć...

A.K.: Czy panowie się nie bali, że oni podejmą jakąś akcję?

K.W.: Propagandowo oni następnego dnia w gazetach taką akcję podjęli; że tam ich helikoptery nas przechwyciły, ale to w ogóle tak nie było. Wręcz odwrotnie - Nie mogli nas znaleźć na radarach. Byliśmy już wtedy na wysokości jakichś 300 metrów. Wzywałem ich na częstotliwości 118,1 MHz, to była częstotliwość wieży w Wiedniu. To była druga próba nawiązania łączności, bo najpierw próbowaliśmy nawiązać łączność z wojskowym lotniskiem, co w ogóle nie wyszło. I od tego wojskowego lotniska zaczęliśmy odlatywać, żeby w jakieś kłopoty czasem nie wpaść.
Bałem się, że będą nas po wylądowaniu nękać. W końcu to Austriacy. Naczytało się różnych książek o Austriakach...
Następnie polecieliśmy do Wiednia, nad samo centrum Wiednia i zaczęliśmy krążyć nad OperaRing, nad operą. Uwielbiam operę i dlatego postanowiłem jako punkt orientacyjny wybrać ten gmach. Mówię do faceta z tej wieży, że jesteśmy nad operą... Bo on pytał mnie o położenie. Potem miałem stamtąd kurs do lądowania 120 stopni - to pamiętam.
Były wtedy czynne na międzynarodowym lotnisku Schwechat dwa pasy. Ja mówię do niego, że nie chcemy lądować dopóki nie będzie przedstawicieli amerykańskiej ambasady na lotnisku, bo my jedziemy do Ameryki, a tu tylko lądujemy, gdyż nam paliwa nie starcza na dalszy lot... Oni wtedy zaczęli się zachowywać bardziej brutalnie. Ja im mówię, że mamy dzieci i żony na pokładzie, że to jest wojskowy samolot. Zaczęli wówczas oszukiwać, że już mają tych Amerykanów. To ja mówię, że my będziemy musieli na razie zamknąć im jeden pas, ten 120 stopni, że będziemy krążyć przy początku, nie przekraczając połowy tego pasa, żeby mogli sobie ten drugi spokojnie trzymać w użyciu, ale oni w ogóle przerwali loty, trzymali wszystkie samoloty w holdingach, potem je zaczęli sprowadzać do lądowania na ten drugi pas.
Mówię im, że jeżeli nie będzie przedstawicieli amerykańskiej ambasady to my zamkniemy im całe lotnisko. I wtedy zaczyna się dyskusja z Jędrkiem, Jędrek już chce lądować... No i lądujemy...
Oczywiście to było przepiękne lądowanie. Ostatni raz na AN-ie drugim. Do dzisiaj to pamiętam!
Wylądowaliśmy i zakołowaliśmy za takim samochodem; przyjechał jakiś taki "follow me". Było widać od samego początku, że ludzie, którzy się nami interesują, w tych kombinezonach mechaników to jest jednostka specjalna. Od razu, gdy tylko otworzyliśmy drzwi wpadli do samolotu obezwładnili nas wszystkich zabrali broń...
Tak się złożyło, że ja byłem po cywilnemu, a mechanik i dwaj piloci byli w mundurach. Oni zostali odseparowani od nas - jako od cywilów. Później wyszło, że to ja byłem organizatorem całego lotu, że na mapie było moje pismo. Byli bardzo źli na mnie...

A.K.: Czyli oni zaczęli normalne śledztwo, jak przy uprowadzeniu samolotu.

K.W.: Śledztwo trwało wiele godzin, bo my tam zalecieliśmy chyba o drugiej po południu.

A.K.: Czyli o dwunastej w Krakowie, a o drugiej już w Wiedniu?

K.W.: Tak, ale tam jeszcze jest różnica czasu. Nad Czechosłowacją lecieliśmy chyba 49 minut. Ten dolot do granicy polskiej to było może 25 minut i w Austrii lataliśmy może z pół godziny. Dwie godziny ten lot trwał, na pewno.
Mniej więcej już w godzinach wieczornych oni byli bardzo wściekli, że ja nie przyznałem się od samego początku...
Tam była kwestia zeznań, bo mechanik od razu chciał wracać do Polski. Przyjechali z ambasady polskiej i chcieli go zabrać. Mechanik był doskonałym znajomym Jędrka Malca, więc Jędrek i Jurek czuli się zobowiązani w pewnym stopniu, aby on bez kłopotów wrócił, więc zeznawali przeciwko sobie; zeznawali, że uprowadzili go z bronią w ręku. Jurek zeznawał nawet, że przykładał mu pistolet do głowy, czego ja nigdy nie widziałem.

A.K.: Po to, żeby on nie miał kłopotów w jednostce?

K.W.: Tak, natomiast takie zeznanie było automatycznym przyznaniem się do winy i groził za to wyrok minimum cztery lata więzienia! Za terroryzm z użyciem broni.
Miałem takiego znajomego, który jeszcze tego samego wieczoru przyjechał tam i chciał nas wszystkich powyciągać, ale już się nie dało, ponieważ moi koledzy podpisali zresztą za namową takiej tłumaczki polskiej, chyba jakiejś esbeczki...

A.K.: O, w Austrii było bardzo dużo takich wtyk.

K.W.: Coś strasznego, w każdym razie ona namówiła ich, aby zrezygnowali z występowania z wolnej stopy i oni podpisali to! Natomiast w mojej sprawie zastosowano coś, jak areszt domowy. Wyznaczono mi miejsce. Oni zresztą sami mnie trzymali w tych miejscach najpierw, pierwszą noc w Treiskirchen, a później wysłali mnie do miejscowości, chyba to się nazywało Kirchof i tam mieszkałem przez dwa tygodnie... Do czasu aż przy pomocy Amerykanów uciekłem z Austrii.

A.K.: W jaki sposób uciekł pan z Austrii?!

K.W.: Samolotem!

A.K.: ????

K.W.: Okazało się, że ten mój znajomy, z którym spotkałem się na lotnisku...

A.K.: To byli tam w końcu ci przedstawiciele ambasady czy nie?

K.W.: No nie było! Ten znajomy to był taki biznesmen, no powiedzmy austriackoaustriacki. Przez niego m.in. podałem informację do mojej żony. Na lotnisku nie chcieliśmy zeznawać na tematy wojskowe i słuch o nas zaginął przestali się nami interesować...

A.K.: To jak pana Amerykanie wyrwali od Austriaków, dlaczego nie poszedł pan siedzieć?

K.W.: Tutaj cały czas jest ten aspekt uwięzienia kolegów. W pierwszym i drugim dniu bardzo się łudziliśmy ja i obydwie żony że oni mimo wszystko zostaną zwolnieni. Jakąś mieliśmy taką dużą wiarę, że ten system zachodni dla stworzenia pozorów to robi, a tak naprawdę, to jest taki ludzki system, więc oni wyjdą z tego więzienia i będą z nami.
Minęły dwa dni i nic się nie działo. Moją pierwszą reakcją było załatwienie przez tego znajomego wywiadu w "Głosie Ameryki", żeby poruszyć polską opinię publiczą, Polonię na Zachodzie. Niewiele wiedziałem o tym, jak to robić i pomyślałem, że to jest najlepszy sposób. To się okazało dobrym posunięciem. Po tym wywiadzie dla "Głosu Ameryki", po rozmowach z moim znajomym, stwierdziłem, że jedyną możliwością pomocy kolegom jest po prostu zrobić jak to się mówi po angielsku deal, czyli zrobić małą wymianę. Ja wreszcie coś tam im powiem, co oni będą chcieli usłyszeć; a dzień bez uszczerbku dla Układu Warszawskiego był i tak dniem straconym... Byłem jednym z tych, którzy w tamtym czasie przekazali informacje... Chodzi o to, że ja bym chętnie mówił, gdybym wiedział, że to jest przydatne. Nie miałem żadnych skrupułów, nigdy nie myślałem, że Polska jest krajem niezależnym. Zdradzanie tajemnic wojskowych kraju, który jest uwikłany w tak poważny wschodni układ, który nam odbiera tę wolność... Po prostu, że jedyną drogą do wolności jest zniszczenie tego systemu. Myślałem, że moje wiadomości są tak znikome, że nikomu na tym nie zależy.

A.K.: Ale Amerykanie byli zainteresowani?

K.W.: Okazało się, że ich to bardzo interesuje, tym bardziej, że wiedziałem dużo w sprawie dywersji i umiejscowienia grup specjalnych do działania dywersyjnego.
Jeszcze w 1982 roku trzeba to sobie powiedzieć istniało niebezpieczeństwo wojny Wschodu z Zachodem i wszystkie plany Moskwy jak wiemy dziś oficjalnie były planami agresywnymi. Układ Warszawski uchodził za obronny, ale to był układ o bardzo wielkich ambicjach agresora. Oni mieli w planach m.in. wejście do Paryża w ciągu 48 godzin. Mieli takie różne tam dziwactwa, łącznie z bronią nuklearną.
Sprawa tych tzw. grup specjalnych była dla Amerykanów bardzo interesująca, ponieważ te grupy miały zapoczątkować uderzenie w wypadku takiej wojny. Miało się to odbywać na wielu płaszczyznach. M.in. część miała się udać normalną lokomocją, mieli to być "turyści", ale byli też i tacy, którzy mieli przelecieć samolotami m.in. ANami...

A.K.: I pan pokazał, że da się tak przelecieć będąc niezauważonym.

K.W.: No właśnie. Ci dywersanci mieli się przedostać w bardziej strategiczne miejsca. Tam, gdzie turysta przedostać się już nie mógł. To oni kierowaliby ogniem rakiet taktycznych.
Oni również mogliby prowadzić własną dywersję i siać zamęt. Tu wchodziło w grę użycie broni biologicznej i chemicznej. Chodziło o to, do jakiego stopnia posunęliby się Rosjanie w wypadku agresji.
Stany Zjednoczone wiedząc o możliwości agresji i znając te plany nie od kogo innego, lecz od samego płk Kuklińskiego potrzebowały tylko pewnych weryfikacji, może dodatkowych danych.

A.K.: A pan był w jednostce desantowej, czyli też dywersyjnej?

K.W.: Między innymi wylatywaliśmy na takie działania na ćwiczenia z grupą z Darłówka stuprocentowo dywersyjną. Nie pamiętam, czy oni byli w Darłówku, ale wiem, że to było na północy Polski. Ja tam nigdy nie byłem, ale był tam kilka razy Jurek Czerwiński. Wobec tego ja używałem tego jako atutu. Mówię: "słuchajcie, ja tylko mogę wam tutaj powiedzieć, że taka grupa istnieje, że oni tam są, że to robią, ale ON jest w więzieniu u Austriaków, gdyby wyszedł, wówczas mielibyście informacje z pierwszej ręki".
Ja zostałem, odebrany przez kolegów, którzy nie mieli żadnego kontaktu ze mną, w ten sposób, że no... zwiałem i mnie nie ma. Nie siedzę z nimi, to znaczy, że nie jestem kolegą, bo koledzy powinni być razem! Z tym, że wtedy byśmy siedzieli cztery lata i byłoby nam fajnie bardzo...
Pewnie teraz bylibyśmy nadal bardzo wielkimi kolegami i mieszkalibyśmy obok siebie...

A.K.: Czyli to panów bardzo poróżniło?

K.W.: No tak, gdybyśmy byli wszyscy skazani, to...
Zresztą Stany Zjednoczone nie przyjmują do siebie terrorystów; nie przyjmują ludzi, którzy zostali oskarżeni o piractwo powietrzne. A prawdą jest, że i oni i ja bez problemu zostaliśmy tutaj przyjęci. Nie doszłoby do tego, gdyby nie mój wkład początkowy, a później już ich własny. Bo oni również przez te same miejsca się przesunęli...
Nie byłoby tego, gdyby nie moja pierwsza inicjatywa i ten pierwszy krok. W każdym razie, jesteśmy poróżnieni. Bić się nie bijemy, ale mieszkamy z dala od siebie.

A.K.: Po prostu oni uciekli w mundurach, a pan był po cywilnemu...

K.W.: To właśnie była ta różnica na początku...
To się szczęśliwie złożyło, bo gdyby nie ten fakt, że ja byłem po cywilnemu, to byśmy siedzieli od samego początku razem. Na pewno też bym się nie wykazał wielką inteligencją i też bym podpisał ten dokument, że rezygnuję z występowania z wolnej stopy... Siedziałbym tam z polskimi złodziejaszkami w Wiedniu i obwiniał wszystkich dookoła.

A.K.: I jak długo oni zostali w tej Austrii?

K.W.: Moja sprawa była prosta ponieważ ja uciekłem z Austrii...

A.K.: Uciekł pan z pomocą Amerykanów przetransportowali pana gdzie indziej?

K.W.: Tak, ale o szczegółach nie chciałbym tutaj mówić.
Przy pomocy Amerykanów znalazłem się najpierw w Londynie, później we Frankfurcie i na końcu w Monachium, gdzie mieszkałem dwa miesiące do momentu wyjazdu do USA.

A.K.: Cały czas będąc z córką?

K.W.: Tak, miałem doskonałe mieszkanie. Już teraz to nie istnieje więc można o tym spokojnie mówić. Na obrzeżach miasta jest NegrowKasser baza wojskowa całe centrum dowodzenia lotnictwem. To było zaraz obok Maryland University uczelni dla dzieci dyplomatów i pracowników amerykańskich. Oni są w kilku miastach w Europie to jest filia tego uniwersytetu na zachodzie Europy.
Mieszkałem na obrzeżach tej uczelni w ostatnim budynku, na pierwszym piętrze, na drugim piętrze były te różne służby. Więc chodziłem o jedno piętro wyżej i po prostu zmieniałem tylko pokoje. Ci panowie przez dwa miesiące ze mną rozmawiali. Wykonałem też dla nich pewien lot.
W ogóle uważałem się za bardzo pomocnego, przez co nabrałem przekonania, że w bardzo krótkim czasie koledzy wyjdą. Ale do mojego przylotu do USA 9 czerwca nie wyszli z więzienia. Wtedy tutaj zacząłem działać przez prasę polonijną i Polish American Congress, przez osobę pana Bolesława Wierzbiańskiego, który jest właścicielem gazety "Nowy dziennik".
Tak się złożyło, że Ed Koch, który był wtedy burmistrzem miasta, jechał do Wiednia. Prawdopodobnie Koch załatwił tę sprawę, tak po koleżeńsku, z Bruno Kreisky*m. Czy to się tak złożyło, czy to się tak tylko zbiegło razem trudno powiedzieć.
Moi koledzy rozmawiałem z nimi tu już po ich przyjeździe czuli się tam szalenie opuszczeni, nie widzieli żadnej pomocy, sądzili że wszyscy ich zostawili...
Że, przede wszystkim ja ich zostawiłem to jest pierwsza sprawa... Że konsulat polski strasznie im dokuczał, że zrobili pokazową sprawę sądową. Było to dosyć przykre.
Ja nie mogłem wrócić do Austrii, bo musiałbym z nimi usiąść na ławie oskarżonych. To jest nieporozumienie, bo oni myślą, że mógłbym być tylko świadkiem.
Oskarżenie mnie jako organizatora lotu było proste: byłem tym, który naruszył przestrzeń powietrzną bez zezwolenia, więc "naraziłem życie i zdrowie wszystkich tych, którzy latali wtedy nad tym lotniskiem".
Przy końcu wakacji oni już wyszli z więzienia, mieli wyroki w zawieszeniu.

A.K.: I to zakończyło całą eskapadę, a pan rozpoczął normalne życie imigranta. Czy przestał pan latać?

K.W.: Właśnie nie przestałem i to był mój problem. To były najbardziej wariackie czasy. Chciałem koniecznie latać, ale na początku nie zauważyłem, że to jest, jak z nieudanym małżeństwem, że ktoś chce za wszelką cenę być w małżeństwie, a miłości nie ma. To było coś takiego, bo ja za wszelką cenę chciałem latać i chciałem się tutaj wykazywać moimi "szalonymi zdolnościami lotniczymi". Od razu, w tym samym roku zrobiłem licencję. Latałem w Mississipi jako Crop Duster Pilot to jest opylanie "bronią chemiczną", ale owadów. Zacząłem wtedy czuć, że nie chcę do końca tego robić; że te odległości, tęsknota za rodziną wtedy mieszkaliśmy w Jersey City, żona była na północy, ja na południu. Bardzo szybko wróciłem z powrotem.
Wszyscy patrzą na aspekty finansowe, ja patrzyłem na zupełnie inny aspekt życia rodzinnego; córka miała wtedy cztery lata. Po prostu nie pasowało to wszystko jedno do drugiego.
Później próbowałem różnych rzeczy w lotnictwie. Od holowania reklamówek do commuter airliner. Z tego ostatniego jeszcze szybciej zrezygnowałem. Ze względu na odległości. To jest dla osoby przynajmniej o 10 lat młodszej ode mnie. Ja czułem się najlepiej z rodziną.
Rzeczą, do której chciałbym tu wrócić jest ten wypadek. Absolutnie jestem przekonany, że mając Matkę Boską Częstochowską przy sobie na pokładzie, jakoś wyraźnie odegrało to rolę.
Jest coś takiego jak magia latania. Myślę że to właśnie zostało tam zatracone, że ja zatraciłem kompletnie ten urok, ten romantyzm latania. To, co na początku spowodowało, że chciałem latać, to co mnie ciągnęło przez te wszystkie pola aeroklubów, przez te wysokie trawy... Przecież w Polsce było trudno latać.

A.K.: Latał pan tylko transportowymi samolotami, czy również szybszymi?

K.W.: Szybszymi nigdy nie latałem, po prostu mnie to nie interesowało. Idąc do szkoły lotniczej w Dęblinie byłem zaakceptowany do szkoły oficerskiej bo miałem zdrowie na tzw. "rury" (odrzutowce). Ale wtedy powiedziałem, że chcę iść na transportowe, a oni mówią, że nie ma pilotów transportowych w szkole oficerskiej, to ja na to, że idę do szkoły chorążych.
Szkoła chorążych w Polsce to był efekt amerykańskich doświadczeń z Wietnamu. Przy końcu lat 60. Polacy zrozumieli, że muszą szybko szkolić pilotów bez większej wiedzy inżynieryjnej.
Po szkole oficerskiej otrzymywało się tytuł inżyniera, my natomiast byliśmy technikami, ale byliśmy ekspertami w dziedzinie latania samolotami transportowymi. Mnie to pasjonowało, ponieważ wojska nie cierpiałem. Do wojska nie przyszedłem dla kariery. Nigdy nie mogłem się zgodzić z tą polityczną strukturą wojska, bo wojsko miało niesamowity udział w walce politycznej w Polsce. W końcu stan wojenny to było wszystko wojsko.
Nigdy nie lubiłem tego, no i chyba wojsko mnie też nie lubiło, bo jak już uciekłem to mnie skazali na wysoki wymiar kary. Tutaj ciekawa sprawa: nie odebrali mi stopnia. Mój "zaszczytny" stopień chorążego odebrano mi dopiero w 1994 roku.
Zaraz po przewrocie w Polsce w 1989 roku, postanowiłem być tym probierzem przemian politycznych i od razu wystąpiłem przez konsulat o uniewinnienie. Były różne problemy z rozpatrzeniem tego podania i trwało to kilka lat. W tym czasie zmieniło się chyba dwóch ministrów sprawiedliwości. Prokuratura wojskowa ciągle nie chcieła uznać mnie za niewinnego, raz mi zmniejszono wyrok. W końcu doszło to do prezydenta Wałęsy i Wałęsa podpisał moje uniewinnienie, ale w tym samym czasie wojskowa prokuratura zabrała mi stopień.
I teraz nagle zaczynam do tego przywiązywać; wagę, bo dlaczego mi zabrali stopień?

A.K.: Dlaczego Jaruzelski nadal jest generałem, a pan nie ma chorążego?

K.W.: Ja mogę być nawet na tym stosie ofiarnym jeżeli Jaruzelskiemu odbiorą generała, to ja wtedy rezygnuję z mojego chorążego!
Podjąłem tutaj starania o odzyskanie stopnia, bo dlaczego zostałem go pozbawiony?

A.K.: W dzisiejszej Polsce.

K.W.: No właśnie, w dzisiejszej to jest wręcz nie do wytłumaczenia! To znaczy, dla mnie jest to bardzo prosto wytłumaczyć, ale niech oni się tłumaczą!

A.K.: Pan wspomniał w rozmowie ze mną, że jest członkiem Rodziny Radia "Maryja", czy to przez ten wypadek pana religijność tak się właśnie pogłębiła? Czy to przez to, że przekroczył pan jakąś granicę?

K.W.: W tym roku byłem na pielgrzymce z Radiem "Maryja" u Ojca Świętego, na 19. rocznicę jego pontyfikatu. To było niesamowite przeżycie dwa razy rozmawiałem z Ojcem Świętym. To mogło się tylko odbyć dzięki Radiu "Maryja". Zostałem szalenie wyróżniony przez ojca Rydzyka czytałem na Mszy św. na Placu św. Piotra. To było czytanie Pierwszego Listu św. Piotra Apostoła, o tym, że każdy jest żywym kamieniem, który tworzy Kościół Chrystusowy. To zdecydowanie jest tekst, który pasuje dla słuchaczy Radia "Maryja", ludzi o bardzo tradycyjnym, polskim podejściu do naszej wiary. Ja tu jestem w parafii amerykańskiej i mi wcale nie przeszkadza wręcz odwrotnie pomaga, że mam takie korzenie, że wywodzę się z tej właśnie polskiej, tradycyjnej religijności.
Wie pan, z religijnością, to jest niewytłumaczona rzecz. Bo na przykład jednym to się bierze od urodzenia, że są bardzo religijni. U mnie to jest na pewno związane z tamtym wypadkiem. Zdecydowanie widzę w tym nadprzyrodzoną siłę, zbyt wiele rzeczy się wtedy jednocześnie zdarzyło.
Ja to może zbagatelizowałem w pierwszym momencie, bo wtedy sądziłem nie wiem, czy pan pamięta słowa polskiego hymnu lotników że "pilot jest ponad wszystko", a jednak nie jest.

A.K.: Dziękuję bardzo za rozmowę.

Wywiad przeprowadzono w 1998 roku

20170121 184750 1        Andrzej Kumor: Po pierwsze, gratuluję sukcesów. Z tym sportem, z kulturystyką, jest związane całe Twoje życie, od najmłodszych lat  ćwiczysz. Stąd pierwsze proste pytanie, po co to się robi, przecież są inne sporty? Czy tu liczy się tylko sprawa wizerunkowa, czy jest coś jeszcze?

        Paweł Przedlacki: Założenie mojego taty, który wprowadził mnie w arkana tego sportu – może nie tego sportu, w ogóle ćwiczeń na sylwetkę, żeby być silnym, sprawnym, dobrze zbudowanym – założeniem było właśnie to, aby w przyszłości być może kulturystyka stała się sposobem na życie. Tak że od dziewiątego roku życia tę dyscyplinę życia uprawiam.

        Jak już powiedziałem, wprowadził mnie do niej mój tata, który mi zrobił pierwsze hantle, półkilogramowe – w sprzedaży były tylko kilogramowe, lżejszych nie było, tak więc on mi zrobił to na zamówienie w swoim miejscu pracy. I zacząłem ćwiczyć w domu. Później, mając piętnaście lat, poszedłem w ślady w swoich rówieśników i zacząłem ćwiczyć w klubie, w „Herkulesie” na Saskiej Kępie. Oczywiście treningi były płatne, pamiętam sto złotych za miesiąc. Po roku, kiedy trenowałem dość intensywnie, trzy razy w tygodniu, zmieniłem barwy, ale tylko po to, aby uniknąć opłat. W zamian za to byłem związany ustnym kontraktem, że będę reprezentował barwy „Błyskawicy”. To było Ognisko TKKF w Warszawie. I zacząłem trenować w tym Ognisku już bez ograniczeń, mogłem ćwiczyć codziennie, ile chciałem, ale musiałem startować w zawodach. I pierwsze zawody to były mistrzostwa „Błyskawicy”, mistrzostwa tego ośrodka, miałem wtedy 16 lat. Później przyszły pierwsze mistrzostwa Polski juniorów, gdzie zająłem piąte miejsce, niefortunnie dosyć, bo byłem przygotowany na drugie, ale spaliłem bój wyciskanie leżąc. Wtedy były jeszcze różne konkurencje siłowe.

        Pytałeś mnie, po co to się robi. Ja myślę, że właśnie ze względu na te trzy przymiotniki czy rzeczowniki: być dobrze zbudowanym, czyli budowa, sylwetka, sprawność zdrowie, no i styl życia. Mnie się to jako styl życia udało uzyskać.

        Co teraz robisz, jak żyjesz w Kanadzie? W Polsce byłeś legendą, doszedłeś na najwyższy pułap tego sportu, co Cię skłoniło do wyjazdu?

        Jak wszystkich wyjeżdżających z Polski w owym czasie – to były jeszcze czasy PRL-u – za chlebem i za lepszą przyszłością. Każdy miał jakąś wizję lepszego Zachodu. Może teraz, z perspektywy czasu, mogę powiedzieć, że była to trochę wypaczona wizja, bo na tym Zachodzie nie jest tak słodko, nie jest tak pięknie, i niektórzy nawet ze łzą w oku wspominają czasy PRL-u, kiedy pewne aspekty życia bardziej mi się podobały niż teraz w kapitalizmie. Chociaż nie zamieniłbym teraz miejsca zamieszkania, po prostu się przyzwyczaiłem, starych rzeczy się podobno nie przesadza już.

        No ale człowiek zazwyczaj wspomina z sentymentem młodość i to też jest jedna z przyczyn.

        Tak, wspominam młodość, z sentymentem, ale również nie narzekam na tę drugą część życia, tzw. jesień życia. Uważam, że życie może być piękne w każdym wieku.

        Jak na jesień życia – nie wiem, czy to dobry komplement –  świetnie wyglądasz. Jak to się robi?

        Właśnie tak się robi, żeby regularnie uprawiać ćwiczenia siłowe. Uważam, że ćwiczenia na sylwetkę, ćwiczenia na maszynach, ćwiczenia na wolnych ciężarach – niektórzy się śmieją z tego, że to jest pompowanie – właśnie pompowanie, pompowanie mięśni krwią. Na czym to polega? Na tym to polega, że skóra jest masowana od wewnątrz, przez mięśnie, jest nawilżana przez pot. Mimika twarzy – kiedy się robi ćwiczenia fizyczne, również zaczyna pracować, tak że zmarszczki się nie tworzą tak szybko. Ten czas jakoś udaje się zwolnić. Zatrzymać się go nie da, ale spowolnić się go jednak udaje.

        Tak że dla mnie opuszczenie jakiegoś treningu czy dłuższa przerwa niż tydzień – dwa tygodnie, bo takie przerwy są nieraz wskazane, żeby odpocząć od żelaza, to jest tak... można to porównać z nieumyciem zębów rano, źle się czuję. Nie wyobrażam sobie, żeby nie można było się ruszać, żeby nie można było uprawiać ćwiczeń, żeby nic nie robić, żeby się trochę spocić, żeby się trochę zmęczyć. Żeby zasłużyć na jedzenie, muszę coś zrobić, spalić jakieś kalorie, wtedy się mogę najeść. Zresztą ja cały czas jestem na swojej diecie.

        Mówmy więc o tych tajemnicach.

        Na tajemnice to za mało czasu, bo żeby mówić o tajemnicach, trzeba by było osobnego programu i trzech godzin monologu, nie dialogu. W tej chwili z tobą to jest dialog. Ale tak z grubsza, to moja dieta opiera się na zdrowej żywności. Nie przejadam się, jem zawsze z umiarem, według przykazań. Tak że zarówno picie, jak i jedzenie jest pod kontrolą. To weszło mi tak w krew, że się tym absolutnie nie przejmuję i nie męczę, nie muszę o tym myśleć. Jem, kiedy mam apetyt, kiedy mi się chce jeść. Mnie nikt nie zmusi do najwspanialszego posiłku, do najwspanialszych rarytasów, żebym coś zjadł, jak nie mam ochoty, kiedy nie jestem głodny.

        Są pewne pokarmy, które trzeba ograniczać, których właściwie nie można jeść, nawet nie powinno się jeść, ze względu na duże zanieczyszczenie chemiczne, na paskudne chemikalia, którymi są specjalnie nasycane produkty, żeby pobudzić łaknienie, żeby człowiek jeszcze więcej jadł, jeszcze większy miał apetyt.

        Ludzie mówią o MSG, które wstrzymuje wydzielanie insuliny...

        Tak, dokładnie. Insulinę potrafi stymulować wiele czynników, nie tylko MSG, które, uważam, że jest jednym z trzech głównych powodów złego samopoczucia i chorób u ludzi. Bo to jest tzw. cichy zabójca. MSG, czyli glutaminian sodu. Później fluor; fluor jest wszędzie, w paście do zębów, a przede wszystkim w wodzie, i nie tylko w paście, ale i w innych produktach. Trzecia rzecz to jest aspartam, słodzik, którym słodzone są wszelkie produkty, wszelkie wypieki, wszelkie czy to dżemy, czy marmolady, czy również inne produkty.

        Żeby ograniczyć w nich liczbę kalorii.

        Żeby niby ograniczyć liczbę kalorii, ale to się pozornie ogranicza, bo potem jest zwiększone łaknienie.

        Mówimy o zdrowym odżywaniu się itd., a co z dodatkami? Bo ludzie mówią, że taki człowiek jak Ty, i wielu ludzi, którzy tutaj pompują wokół nas, biorą jakieś dodatki. Czy Ty polecasz dodatki?

        Nie. To jest mit, te dodatki, proteiny, aminokwasy, witaminy sztuczne, sole mineralne. Wydaje mi się, że to jest w pół procent pomocne, nie więcej, ponieważ to jest mit. Jak to się nieraz troszeczkę sarkastycznie odzywam do ćwiczących tutaj, młodszych, którzy w szatni dolewają sobie, miksują sobie jakieś mikstury: O, miracle powder. Ja w to już po prostu nie wierzę. Przeszedłem to w PRL-u, płaciłem za to dużo pieniędzy, żeby mieć jakąś proteinę, jedną pastylkę dzieliło się na cztery. Na pewno to działało na zasadzie placebo, na zasadzie jakiegoś stymulanta psychicznego. Taka jest prawda.

        Czyli generalnie zdrowe życie?

        Zdrowie życie. Wolę zjeść dobrej jakości befsztyk, smaczny, niż jakieś dodatki, kreatynę, która rujnuje nerki.

        Robi wodę...

        Tak. Kreatyna jest w mięsie, po co mi jeść jakąś sztuczną kreatynę, kiedy mam mięso. Po co mi jeść na przykład proteinę zrobioną z serwatki, kiedy serwatka jest produktem ubocznym przy produkcji wszelkich wyrobów mlecznych. Kiedyś serwatka była wylewana na polach. Ktoś tam pomyślał i ją sprzedaje za 40 dol. za puszkę, odwodnioną serwatkę, która zostaje później spożywana, mieszana z powrotem z wodą. Wolę sobie zrobić naturalny kefir. Sam robię kefir, z grzyba tybetańskiego na przykład. Pyszny, smaczny, ma jeszcze więcej proteiny niż ta proteina serwatkowa, bo przecież to też jest płyn, nie będzie się jadło proszku i popijało wodą, tylko je się rozwodnioną. Tak samo kefir jest naturalnym płynem. Poza tym probiotyki, bakterie. Tak że uważam, że te wszystkie dodatki są niepotrzebne, wręcz szkodzą. Spowalniają metabolizm –  człowiek je dodatki, a poza tym je normalne jedzenie, i to jest takie dublowanie diety. Niepotrzebna liczba kalorii, bo w tych dodatkach są też kalorie, proteina. Czy napoje energetyczne – to jest w ogóle tragedia. One są nasycane również glukozo-fruktozą, czyli cukrem prostym, przeważnie z kukurydzy, soi, która jest niezdrowa ogólnie. To jest propaganda, tego się nie powinno jeść. Tych produktów, które są robione masowo, które ludzie na co dzień jedzą – ryż, ziemniaki, soja, kukurydza – raz, że one są w tej chwili genetycznie manipulowane, a poza tym, żeby się nie psuły, dodawane są dodatki. Do mąki są dodawane dodatki, różne konserwanty itd., które później spożywamy. I później się robi rak.

        Czyli zdrowe życie to jest podstawa, a później dopiero budowanie mięśni?

        To idzie jedno z drugim, bo gdy człowiek ma ochotę do ruchu, gdy nie jest zmęczony, ma jeszcze jakieś rezerwy kaloryczne dla zdrowego ruchu, dla kontrolowanego ruchu – bo co innego jest iść na zakupy i dźwigać siatki, też się zmęczysz, ale co innego jest iść sobie i relaksować się długim spacerem, takim spacerem bardzo intensywnym, to jest zupełnie inna historia. To jest relaksujące, poza tym to jest zdrowe, nie ma stresu. To bym polecał.

        Zawsze z koszulką „Polska” na piersi?

        Nie zawsze, jak widzisz, ale mam takie koszulki.

        Wiem, że kibicujesz narodowcom w Polsce...

        Wkraczamy teraz na temat, po którym trzeba stąpać jak po kruchym lodzie, to jest polityka. Tak, nie ukrywam, że jestem pronarodowy, pronarodowościowy, tak że kibicuję wszelkim frakcjom, które mają w sercu Honor, Ojczyznę, i są patriotycznymi frakcjami, służą Polakom, nie jakimś innym narodowościom, które zamieszkują Polskę czy są powiązane z nami jakimiś umowami międzynarodowymi. Tak że mam takie koszulki, gdzie jest napisane po angielsku „Polish Power” – dzisiaj jej nie założyłem, bo chciałem pokazać ćwiczenia, które demonstrowałem wcześniej – ewentualnie druga koszulka, na której jest napisane „I am Polish and proud of it”.

        Nie odpowiedziałeś jeszcze na pytanie, co tutaj robisz, czym się zajmujesz?

        W tej chwili jestem na emeryturze, ale pracuję, w dalszym ciągu zajmuję się ćwiczeniami, ćwiczę z młodymi, starszymi, w różnym wieku. Z kobietami, dziećmi, mężczyznami i różnej narodowości. Układam im treningi, układam im plany dietetyczne. Kiedyś również robiłem masaże, ale teraz zaprzestałem. Jeżeli ktoś się bardzo uprze i chce jakichś suplementów, dodatkowych substancji, to pomagam wybrać. Polecam, nawet podpowiadam, bo są takie substancje, które można brać ze względów, tak jak powiedziałem, psychologicznych. Jedna witamina multi nie zaszkodzi, jeśli się ją bierze. Albo się przyswoi, albo się nie przyswoi, ale musi być baza naturalna. Na przykład mój lunch składa się tylko z owoców, to jest półtora kilograma owoców, różnych. Może przesadziłem, ale kilogram na pewno. Są to w tej chwili owoce południowe, bo jest zima.

        Czy jeszcze można się do Ciebie zgłosić?

        Trenuję w tej chwili w dwóch ośrodkach, w dwóch „gymach”. Ten „gym” to jest „Xtreme Couture”, mieści się na Kipling i North Queen, tel. (416) 503-1600. Drugi „gym” to jest 2100 Bloor, nazywa się „System Fitness”.

        Tak że drodzy rodacy, zapraszam, jeżeli chcecie jakichkolwiek porad, oczywiście bezpłatnych całkowicie, jako rodak, mogę być zaangażowany w wasz trening i pomóc wam.

        To świetna oferta.

        Proszę dzwonić do mnie na telefon klubów, można mnie znaleźć w Internecie, żaden problem mnie odnaleźć.

        Na koniec porozmawiajmy jeszcze o tych mistrzostwach świata, w których zająłeś drugie miejsce.

        Liczyłem na pierwsze, ale nie udało się. No, może następnym razem, choć następnego razu może nie być, jeżeli chodzi o tę kategorię, powyżej 65 lat, ponieważ doszły mnie słuchy, że chcą ją zlikwidować. Najbliższa mi kategoria będzie powyżej 50 lat, to jest duża różnica w tym wieku. Ale zobaczymy. Może w tym roku jesienią się odezwę, może w przyszłym roku. Uważam, że jeszcze nie muszę się tak bardzo spieszyć.

        Gratulujemy i dziękujemy bardzo.

wtorek, 17 styczeń 2017 23:21

Anioły Wojciecha Strahla

Napisał

Andrzej Kumor: Panie Wojciechu, dziękuję za piękną wystawę, dziękuję za zaproszenie. Wiem, że pan od dawna zajmuje się sztuką sakralną, więc chciałem zapytać, jaka była droga do tego? I druga rzecz, dlaczego anioły? Wchodząc tutaj, przeczytałem piękny napis „Anioły moi najlepsi przyjaciele”. Jak to jest z aniołami? Wielu z nas myśli, że w anioły się wierzy w przedszkolu, a potem tłumaczą, że człowiek poważny aniołami już się nie zajmuje, a tymczasem są to postacie, których najbardziej potrzebujemy.

        Wojciech Strahl: Moja podróż jako rzeźbiarza rozpoczęła się strasznie dawno, gdzieś 1968 rok – można sobie skojarzyć z wypadkami marcowymi. W następnym roku będę obchodził 50 lat twórczości.

        Początki były bardzo nieudolne, bardzo mnie fascynowała sztuka ludowa, bo wydawało mi się, że jest prosta do wykonania. Później się okazało, że to wcale nie jest prawda, bo im prostsza rzeźba, tym trudniej ją wykonać. I tak się rozpoczęła moja historia.

        Z kolei w sztuce ludowej mamy mnóstwo motywów religijnych, a więc Chrystus frasobliwy, wykonywany  właściwie we wszystkich regionach Polski przez artystów ludowych, oczywiście aniołowie, Matka Boża, święci. No i były różne okresy, kiedy przechodziłem na różne style – kubizm, snycerkę, odchodziłem od tematyki religijnej, zacząłem robić grafiki, z innej dziedziny już. To była taka odskocznia. Realizuję kilka projektów jednocześnie i kilka technik artystycznych jednocześnie, tak że często zaczynam pracę i jej nie kończę, bo przychodzi jakieś zmęczenie. Wtedy przechodzę na inną technikę, na przykład wykonuję grafiki, ale nowoczesne, takie współczesne.

        Dlaczego aniołowie? Było to pewną konsekwencją, ponieważ pierwszy wielki projekt, który wykonywałem, to była historia obrazowania Matki Bożej, od początków, z katakumb, do czasów współczesnych. Wyszukiwałem najstarsze ryciny i najbardziej różniące się od siebie.

        Później był projekt ikony Bożego Narodzenia i historia krzyży. No i niejako w konsekwencji tych wszystkich projektów przyszedł anioł.

        Dlaczego anioł? Ikona jest wiadomością, jest „message’em”. Przekazuje nam informacje na temat rzeczywistości niebiańskiej. A aniołowie są posłańcami, no więc niosą tę informację. Siłą rzeczy to się tak zawiązało w moich projektach. Zacząłem studiować ten temat.

        Najbardziej znanym aniołem w naszej wierze jest Archanioł Michał, Gabriel i Rafał. Ci trzej archaniołowie nam są przedstawieni w Piśmie Świętym i uznani przez Kościół. Tak że wiemy o nich bardzo dużo. Oczywiście jest ich więcej, bo są triady, dziewięć triad tych aniołów, one się właściwie różnią z nazwy tylko, ze względu na wykonywane czynności.


        
        To jest ten wyższy porządek Boży.

        W rzeczywistości Bożej jest hierarchia. Nie ma demokracji. Tak samo jak w Kościele, musi być hierarchia, że jest Królem Jezus Chrystus, Król Wszechświata, i Królowa Matka Boża. A reszta wszystko to jesteśmy my. Papież, biskupi, kardynałowie. I nie ma tam żadnych spraw synodalnych czy na podniesienie ręki. Papież ma największe słowo i najważniejsze w tej hierarchii.
        Rodzina jest zbudowana na tej samej zasadzie, a więc ojciec – jestem ojcem, do którego należy ostatnie słowo.
        
        Tutaj to pan mówi rzeczy, które coraz bardziej w naszych czasach jak herezja brzmią w tym naszym modernizmie.         

        Widzimy wyraźnie, co się dzieje na świecie, całkowicie zniszczono autorytet ojca w rodzinie. I to przez kobietę to się dzieje. Te całe ruchy feministyczne, ruchy kobiece, one dochodzą do wniosku, że mężczyzna im niepotrzebny.
        Na ten temat moglibyśmy, panie Wojciechu, długo rozmawiać. Myślę, że ci, że tak powiem, starsi i mądrzejsi, którzy chcą nami rządzić, używają jako tarana i kobiet, i różnych innych ludzi, którzy mają pretensje do życia. Oni ich wykorzystują do rozbijania autorytetów, które by im przeszkadzały w rządzeniu naszą duszą.
        Tak jest, to się dzieje na wszystkich płaszczyznach, duchowych, społecznych, wszędzie. I w sztuce także. Więc czasami to myślę, że też rzeźbię anioły czy ikony dlatego, na złość, na przekór.
        Ale to już weszło w krew. Ze względu na to, że uważam, iż ikona jest największym dziedzictwem kulturowym w ogóle...
        
        To jest to, co artysta ma Bogu do zaoferowania najlepszego, wykonanie ikony?

        Tak, właśnie ikona mówi o obecności Bożej. Pokazuje nam rzeczywistość niebiańską, pokazuje nam świętych, aniołów, ponieważ normalny zjadacz chleba nie zobaczy tego. To tak jak okno do Nieba, mówią teolodzy. I cała teologia ikony jest skierowana na Boga, a artysta jest tylko niejako wykonawcą. Chociaż, i to się często zarzuca, zawodowi artyści zarzucają, że to jest kopiowanie ikon. To nie jest kopiowanie ikon, bo artysta zawsze zostawia ślad swojej indywidualności na swojej pracy. Zresztą prof. Nowosielski, już nieżyjący, powiedział, że klasyczna ikona nie zna kopii. A to był autorytet w tym wymiarze. Tak to by w takim małym skrócie wyglądało.
        Poruszamy się w Kanadzie dzisiaj w świecie niesamowicie zsekularyzowanym. Jak to się stało, że udało się w galerii miejskiej w Woodstock, pokazać anioły, z tym napisami, które same w sobie już ewangelizują? Co prawda różni ludzie podchodzą do tego jako do takich egzotycznych przykładów sztuki, ale jednak sama postać anioła – myślę, że anioły są blisko nas – na pewno na ludzi działała.
        Oczywiście. Ludzie sobie nie zdają sprawy w tej chwili, że już przy narodzeniu każdy ma swojego takiego anioła...
        
        Stróża.

        Tak, Anioła Stróża, który go będzie przez całe życie prowadził i pomagał mu. Tylko problem, że w takim zamęcie, w którym żyjemy, ciężko jest usłyszeć głos swojego prowadzącego anioła, bo on nie może się przebić. Tak samo jak Chrystus puka do człowieka. Jak człowiek nie otworzy, no to nie ma szans, zostaje sam, oderwany od  tej prawdziwej rzeczywistości, niebiańskiej. Zresztą ona jest cały czas ośmieszana.
        Ja tutaj przyjechałem, do Woodstock, dwanaście lat temu i właściwie bardzo chciałem; czekałem na moment, kiedy zaproponuję galerii czy dyrektorce galerii, żeby zrobić taką wystawę. Tylko ciągle miałem obawy, że jeżeli ja przyjdę i zaproponuję, to prawdopodobnie nie uda się ten projekt. Więc zacząłem uczestniczyć w konkursach corocznych, które galeria organizuje, na sztukę współczesną. Okazało się, że przy każdym konkursie przechodziłem do wystawy. No i w 2015 roku otrzymałem specjalną nagrodę jury.
        Zaczęło się więc zainteresowanie dyrekcji galerii, o co chodzi z tym człowiekiem, kto to jest – żeby go poznać. I kilka spotkań miałem z dyrektorką, która przybyła do domu, zobaczyła to, co robię, te wszystkie projekty, no i okazało się, że bardzo była zainteresowana aniołami. Wybrała ten projekt, ze względu na to, że jest dość taki neutralny, nie powinien urazić nikogo, niczyich uczuć religijnych, bo przecież anioły są i w Koranie także, są we wszystkich religiach.
        Na zdrowy rozum, to wielokulturowość nie powinna polegać na wyzbywaniu się własnej kultury, tylko jej jak największym eksponowaniu, pokazywaniu na zewnątrz; czasem, w naszym przypadku, chrześcijan i katolików, coraz częściej się nam mówi, że nasze symbole religijne, krzyż, czy nasze ikony, obrazy, czy w ogóle nasza wiara wyrażana w sposób dynamiczny, zewnętrzny itd., może urażać innych ludzi. A przecież muzułmanie, hindusi, podobnie eksponują swoje wierzenie, i robią to bardziej zdecydowanie niż my. Myślę, że poważniej traktują swoją wiarę.
        Oczywiście, tak jest. Ja podejrzewam, że problem jest w wierze wśród katolików.

        Jesteśmy małej wiary?

        Myślę, że już przynajmniej 80 procent katolików to są ludzie niewierzący. To samo księża, biskupi, kardynałowie. To są ludzie niewierzący.  Sam fakt przystępowania do Komunii św., kiedy ludzie nie szanują Ciała Pańskiego. Do ręki, na stojąco, za uchem się drapie itd., itd. A to przed Bogiem trzeba na kolana! Nie ma innej rady. Z kolan można tylko wstać, kiedy Bóg powie „wstawaj”.
        To osobny jest temat i pewnie dużo czasu byśmy spędzili, rozmawiając, ale rzeczywiście myślę, że bardzo wielu katolików nie wie na przykład, na czym polega różnica między protestantyzmem a katolicyzmem, że my jednak wierzymy w realny charakter przeistoczenia, że to, co przyjmujemy w trakcie Komunii św., to nie jest symbol czegokolwiek, tylko to jest Ciało i Krew Jezusa Chrystusa, czyli Bóg żywy.

        Tak jest.

        Jesteśmy trochę takimi religijnymi analfabetami. Zapomnieliśmy tych nauk i tej olbrzymiej spuścizny, tradycji, która była naszym udziałem, naszego narodu i przeszłych pokoleń. Stąd to płynie, ta letniość.
        Największe spustoszenie nam wyrządził II Sobór Watykański. Od tego się wszystko zaczęło. Przecież Kościół jest misyjny.

        Ma nawracać.

        Misyjny i walczący. Ma nawracać ludzi na wiarę katolicką. Oczywiście nie mieczem, nie siłą, ale ewangelizacją. Głosić Ewangelię, tą formą. No i musi świadczyć na zewnątrz, każdy katolik musi wyjść i świadczyć na zewnątrz, bo tego wymaga od nas Bóg. Musimy to samo robić jak kapłani czy kardynałowie. Ale okazało się, że oni już nawet tego nie robią.
        To samo w sztuce. Taka sama sytuacja tragiczna jest w sztuce. W kościołach nie mamy już obrazów Michała Archanioła. Protestantyzacja do takiego miejsca doszła.

        A przecież dawniej Kościół był jednym z największych mecenasów sztuki, przez to że kościoły właśnie zamawiały sztukę. W przeciwieństwie do kościołów protestanckich, gdzie są gołe ściany, nie ma obrazów itd., to właśnie kościoły katolickie, brzydko mówiąc, ociekają sztuką.

        Z kościoła wyprowadzono misterium, tajemniczość, wszystkie te najważniejsze sprawy, które niejako człowieka przenosiły z normalnego życia właśnie do Nieba.

        Ja bym może powiedział, że go porządkowały, że mu uświadamiały porządek świata. Co jest ważne, co jest nieważne...

        Oczywiście, porządkowały też. Na obrazach można to zobaczyć, na ikonach można to zobaczyć.

        Dawniej na kościołach można było to zobaczyć, bo była hierarchia, katedra miała na samej górze krzyż, potem było jabłko, jeśli było w królewskim mieście na przykład, i ta hierarchia porządku Bożego była utrzymana w architekturze.

        Tak. Architektura zagospodarowana niejako na zasadzie gwiazdy, że wszystkie drogi prowadziły do kościoła, tak że człowiek nie miał szans zabłądzić.

        No właśnie, mówi pan tutaj rzeczy, które dla wielu naszych czytelników są pewnego rodzaju nowością, bo mimo wszystko człowiek nie odebrał tych katechez tak jak trzeba, nie zapamiętał tego co trzeba. Ja wiem to po sobie, że następuje ponowne odkrywanie głębi własnego dziedzictwa.

        Tego co wiedzieliśmy, jeżeli chodzi o starsze pokolenie; to się zapomina. Trzeba o tym przypominać. Niestety, w kościele nie przypominają o tym, w szkołach katolickich w ogóle nie mówią o tych ważnych sprawach. Przecież dźwięk dzwonów jaki jest ważny. Podobno częstotliwość dźwięku dzwonów podobno nawet zarazki zabija.
        
        Podobno.

        A z kolei przyjście do kościoła jest strasznie ważne, ponieważ każda cegła w kościele jest wymodlona. Załóżmy, jeżeli z drugiej strony popatrzymy na fizykę jakąś kwantową, to tam energia modlitwy w każdej cegle siedzi.

        Mówi pan piękne słowa, dlatego że fizyka sprowadza praktycznie wszystko do energii.

        No więc naukowcy mówią o modlitwie. Modlitwa też jest energią.

        Zwłaszcza w sanktuariach, jak jesteśmy na Jasnej Górze, tam czuć to, że pokolenia ludzi, pokolenia dusz zanosiły tam swoje prośby, obmodlone to jest miejsce nieprawdopodobnie. Myślę, że każdy człowiek, który odrzuci szum tego świata, jak gdyby uspokoi się, to dzwoni mu to w sercu.

        Żeby być naprawdę człowiekiem, naprawdę wierzącym, to po pierwsze, trzeba używać rozumu, trzeba mieć wiedzę i wyciszyć się. Zgiełk jest domeną diabła. Tam gdzie jest hierarchia i spokój, tam są aniołowie, tam Bóg mieszka.
        
        Bo diabeł wprowadza chaos, jest panem chaosu.

        Tak. Chaos jest mu potrzebny, bo wtedy człowiek nie myśli. Poddaje się temu, co mu proponuje telewizja, radio.
        
        Dużo się dowiedzieliśmy o sztuce.

        Może powiedziałbym jeszcze o takiej ważnej sprawie. Ikona spełniała kiedyś rolę Biblii, ludzie nie umieli czytać, przecież po łacinie nikt nie czytał w niższych klasach, tylko księża, zakonnicy. Ikona spełniała rolę Biblii, to była tak zwana Biblia dla ubogich. Po tych ikonach można było dowiedzieć się o historii Kościoła, tak samo jak w każdym kościele, gdzie były obrazy, gdzie mecenat był, księdza przy kurii, to tam się wchodzi z przyjemnością. A jeszcze na dodatek przecież polska historia jest całkowicie związana z wiarą katolicką.

        Nie da się tego rozerwać.

        No nie da się oderwać, podzielić, nie można, bo wtedy zostaniemy bez niczego. Nie może być w człowieku próżni duchowej. Bo jeżeli tam nie będzie Boga, to demony przyjdą. W fizyce też, w świecie nie ma próżni, musi być coś. Oni chcą nam zabrać naszą duchowość.

        Bo człowiek jest istotą duchową i zawsze będzie poszukiwał tego. Jeżeli nie ma Boga, to ten duch się wypełni się czym innym.

        Między innymi widać to po mnie. Skoro ja zastanawiałem się, dlaczego, dlaczego? No i to są odpowiedzi. Dlaczego? Dlatego, że przez ikonę jest więź ze światem niebiańskim. I to wystarczy. I pisanie ikony – bo to jest pisanie, nie rzeźbienie – ja piszę ikonę dłutem, jest to rzadziej spotykane, ale ikony były zawsze rzeźbione, od samego początku. W tym klasyczna ikona jest uważana jako pisana, malowana, ale pisana. Dlaczego pisana? Bo przekazuje wiadomość i dlatego pisana.

        Jest jak pismo obrazkowe.

        Tak jest, tak. Przez studiowanie, rozmyślanie, przez kontemplację dochodzę do niesamowitych rzeczy. W naszych czasach współczesnych człowiek przestaje czytać, przestanie pisać, ale ogląda. Ogląda obrazy, więc ikona jest pięknym obrazem, który może przyprowadzić człowieka do Boga. I to jest piękne.

        Ma Pan ulubione postaci anielskie, ulubionych aniołów?

        To są te trzy, archaniołowie, święty archanioł Michał, święty Gabriel i święty Rafał.

        Obrońcy.

        Tak, to są obrońcy. I oni mają odpowiednią nazwę. Tu trzeba znowu wrócić do tej sceny, gdzie część aniołów się zbuntowała przeciwko Bogu. Ale podobno na wiadomość, że Bóg chce stworzyć człowieka, byli zazdrośni.

        Szatan się zbuntował przez to, że człowiek jest stworzeniem, które Bóg umiłował,  że tworzy kogoś w hierarchii, komu de facto musiałby służyć, bo to aniołowie służą i pomagają, i dlatego Szatan powiedział „Nie będę służył”.

        Zbuntował się, a to był najbardziej inteligentny anioł w Niebie, więc do dzisiaj ma nazwę Lucyfer, „niosący wiedzę, światło”. I on jest najbardziej niebezpieczny, bo wie o nas wszystkich. I bardziej inteligentny jest od nas.

        Nie jesteśmy z nim w stanie wygrać, chyba że przy pomocy Jezusa Chrystusa, tylko przez niego.

        Tak jest. A najlepsza forma to prosić swojego anioła, i cały czas być w kontakcie z Jezusem Chrystusem. No i unikać sytuacji, kiedy Szatan się do nas zbliża, bo jest tak chytry, cwany i inteligentny, że jak tylko zagubimy się, to on już nas ma.

        Widzimy tutaj piękne postaci aniołów, właśnie takie tradycyjne, a muszę panu powiedzieć, że na mnie bardzo duże wrażenie wywarła postać Szatana z „Pasji”, z filmu. Taka bezpłciowa, taka zastanawiająca się, taka niby mądra, taka stoicka w tym wszystkim.

        Ale można bardzo nawiązać do dzisiejszych czasów, bo ten cały ruch gender to jest właśnie zbudowany na tym, żeby zniszczyć obraz człowieka, który Bóg stworzył. I na tym cała rzecz polega. I ten Szatan to czasami ma rysy kobiety, wymieszane to wszystko, i ze zwierzętami, i z kobietą, i z mężczyzną. I to jest straszne, to jest obrzydliwe. Tylko że co? On nam podaje rzeczy, które mają pozory dobra. I dlatego my się w tym świecie gubimy. Tu jest problem.

        No właśnie, Szatan podsuwa nam tzw. racjonalizacje, to znaczy my tłumaczymy sami przed sobą, dlaczego musimy wybierać zło, bo ono dla nas jest lepsze.

        W tłumaczeniu imienia Michał z hebrajskiego to jest „Któż jak Bóg”, to jest jego nazwa, Quis ut Deus po łacinie. Z kolei Gabriel informuje nas, z kolei Rafał w tłumaczeniu jego czynności to „Bóg pomaga”. I teraz mamy takie symbole, atrybuty: Archanioł Michał ma miecz, zbroję, to jest anioł walczący o dusze. Z kolei Rafał ma symbol ryby, a Gabriel ma lilię niewinności.

        Panie Wojciechu, dziękuję bardzo. Miejmy nadzieję, że również za pana sprawą ta praca aniołów będzie łatwiejsza na tym łez padole naszym, że nie będziemy się ich wstydzić, że będziemy się do nich odwoływać, że będziemy ich przywoływać, bo przecież to są nasi pomocnicy.

        Bez nich nie damy rady, sami nie damy rady w tym świecie.

        Dziękuję jeszcze raz za zaproszenie, za wspaniały wykład na temat sztuki i religii. Pozostaje nam zaprosić Państwa do pana, jak się można z panem skontaktować? Czy pan robi na sprzedaż rzeczy, czy tylko dla siebie?

        Nie wiem, co odpowiedzieć. Ja zajmuję się renowacjami, żeby żyć, robię renowacje – maluję, naprawiam, ściany przestawiam, itd., itd. Ale już jestem w dość poważnym wieku, tak że chyba trzeba z tym skończyć, ale to mi pomagało właśnie poświęci­ć się rzeźbieniu, bo tak naprawdę to na Zachodzie tylko człowiek majętny może pozwolić sobie na uprawianie sztuki, albo ma mecenasów.

        Ale wtedy jego przekaz zależy do tego, kto płaci.

        Oczywiście. Ja jestem taki wolny artysta, sam się zatrudniam.

        I o to chodzi, wtedy jest wolność. Jak się można z panem skontaktować? Ma pan stronę internetową?

        Nie mam, ale jestem na Facebooku czy pocztą e-mailową, Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript. to chyba najłatwiej.        
      

001Z Marianem Miszalskim rozmawia Andrzej Kumor

        Andrzej Kumor: Co Cię skłoniło do napisania książki „Żydowskie lobby polityczne w Polsce. Geneza, historia, współczesność”?

        Marian Miszalski: – Najkrócej mówiąc – zdumienie.

        Zdumiało mnie, że chociaż ludność żydowska zaczęła osiedlać  się w Polsce już w XIII wieku (masowy jej napływ rozpoczął się w wieku XV), a w II Rzeczpospolitej mieszkało 3,4 miliona Żydów – nie ma w literaturze żadnej najskromniejszej nawet monografii, obrazującej powstanie i ukształtowanie się żydowskiego lobby politycznego w Polsce. A przecież ta ludność miała swe cele polityczne, wywierała wpływ na politykę, artykułowała swój interesy. Moja książka nie wyczerpuje tematu: raczej go napoczyna, otwierając drogę dla badań historyków czy politologów. Jest ona – by tak rzec – wstępnym rozeznaniem tematu.

        Czy żydowskie lobby polityczne Polsce jest wyjątkowe – inne, na przykład, niż w Niemczech?

        – Wyjątkowość, czy raczej specyfika żydowskich lobbies politycznych w różnych krajach wynika z ich historii i obecnej politycznej siły w wywieraniu wpływu na władzę.

pannikt48

Andrzej Kumor rozmawia z Panem Nikt


Książka Pana Nikt do nabycia tutaj

https://m.facebook.com/1pan.nikt1/

        Andrzej Kumor: Co robi teraz Pan Nikt?

        – Kończy pisać duży tekst, przekrojowy, już zapowiadany, o Smoleńsku. Wydaje mi się, że będzie to ważny, istotny tekst. Druga rzecz, to piszę drugą książkę, więc stale obserwuję przedpola. Chciałbym wejść w rytm takiego systematycznego pisania.

        – Obserwujesz przedpola, czyli robisz biały wywiad?

        – Między innymi, ale tu mówimy o kwestii warsztatowej, a docelowo chodzi po prostu o poważne pisanie polityczne. Też zacząłem pisać, i pisać w ten sposób, dlatego że brakowało tego sposobu mówienia, myślenia o geopolityce. Tak żeby nie pisać farmazonów.

  – Stanisław Michalkiewicz mówi, że w Polsce jedyna skuteczna polityka jest możliwa, jeżeli jest się czyimś agentem, że praktycznie rzecz biorąc, niezależna polityka nie istnieje, a ta realizowana przez agenturę jest wypadkową geopolitycznych interesów. Czy w ogóle w Polsce widzisz środowisko czy elitę, która ma ochotę na to, żeby być podmiotowa?

        I drugie pytanie, które się z tym wiąże, jak oceniasz te przetasowania geopolityczne, co to oznacza, co będzie się działo w związku z tym w Polsce?

        – To jest tak, pan Michalkiewicz oczywiście prowokacyjnie stawia taką tezę, bo wie, że ona jest prawdziwa. Ona wypływa z przekonania, z obserwacji status quo, że nie ma w Polsce od 39 roku, a nawet wcześniej, prawdziwie niezależnej polityki. W związku z tym jedyną polityką, która może być skuteczna, czyli prowadzić do czegoś – zostawmy to, czy to jest zgodne z polską racją stanu, czy nie – jest polityka podwieszania się. Podwieszania się pod suzerena, pod jakąkolwiek metropolię.

        I to jest teza ani oryginalna, ani odkrywcza, no tak jest. Pan Michalkiewicz, i wszyscy, którym na sercu leży dobro Polski i chcieliby, żeby Polska w przyszłości była rzeczywiście suwerennym krajem, ci wszyscy ludzie zdają sobie z tego sprawę, że jedynie – teraz powiem truizm – suwerenna, prawdziwie suwerenna polityka może zapewnić bezpieczeństwo ekonomiczne i fizyczne Polaków, bo tym jest każdy interes narodowy jakiegokolwiek  państwa. Interesem narodowym jest zabezpieczenie fizyczne i ekonomiczne swoich obywateli.

        Wróćmy do status quo. Polska jest obecnie krajem do użycia, krajem pozornie własnym, krajem de facto o naprawdę dużym potencjale, nawet pomimo tego wieloletniego wybiedzenia, trwającego od 39 roku nieustannie – bo przecież dojście do władzy obecnej ekipy rządzącej w istocie niewiele zmienia w kondycji egzystencjalnej naszego kraju.

        Istotą rzeczy jest poleganie tylko na sobie.

        Istotą rzeczy jest umiejętne poruszanie się między poszczególnymi centrami geopolitycznymi – do tego potrzebna jest wiedza i właściwe rozumienie, czym jest polityka międzynarodowa, jak ją prowadzić. Nie znajduję żadnego rządu ani żadnej władzy po 39 roku, która w sposób prawdziwie suwerenny, w sposób niezależny prowadziłaby politykę zagraniczną.

        Dwie rzeczy są istotne w każdym suwerennym państwie: prawdziwie niezależne służby specjalne i oczywiście niezależnie prowadzona polityka międzynarodowa.

        – Mówisz o tym, że suwerenność jest koniecznie potrzebna, by zapewnić bezpieczeństwo ekonomiczne i bezpieczeństwo fizyczne, ale czy nie jest tak, że ci ludzie, którzy rzeczywiście są „dużymi misiami”, którzy zostali dokooptowani do elit światowych, to właśnie mają zabezpieczone swoje interesy, są oderwani od narodu jako takiego, a wszyscy inni chcą być tacy jak oni, czyli mieć luksus bycia elitą światową, europejską, ponadnarodową po prostu? Wtedy po co nam Polska, tym bardziej że nie ma kapitału polskiego, nie ma silnych polskich korporacji, bo przecież interes niemiecki to jest przede wszystkim interes korporacji niemieckich, interes amerykański to jest interes również finansowy amerykańskiej elity finansowej.

        – Tak naprawdę liczy się tylko i wyłącznie interes narodowy.

        – Co to jest interes narodowy, kto go definiuje?

        – Żeby odświeżyć sobie wiedzę, czym jest interes narodowy, łatwo to sprawdzić, czytając na przykład coroczne raporty poszczególnych wywiadów.

        Wywiad włoski w swoim raporcie sprzed dwóch lat jasno definiuje, czym jest interes narodowy – to zabezpieczenie włoskiej własności, włoskich firm, własności intelektualnej, włoskiej gospodarki, włoskiego mienia, w opozycji do ścierających się z tymi włoskimi interesami i mieniem interesami niemieckimi czy francuskimi, angielskimi, amerykańskimi czy rosyjskimi.

        Nie dajmy się tej wszechogarniającej propagandzie, że nie ma czegoś takiego jak interes narodowy albo że przestał on być istotny czy nie gra on ważnej roli, bo gra cały czas. Tylko wielcy próbują wmówić nam, że to przestało być istotne, że interesy narodowe zostały scedowane na rzecz międzynarodowych, ponadregionalnych korporacji, często silniejszych niż małej czy średniej wielkości państwa.

        Powiem tak, żeby jakoś konkluzywnie odpowiadać na pytania – Polska, przy prawdziwie niezależnej, podmiotowej władzy, mogłaby osiągać sporo nie tylko w regionie, ale z racji swojego położenia geopolitycznego potrafiłaby grać dobrą grę na poziomie europejskim i światowym. Jak mówiłem rok temu w wywiadzie dla ciebie, Polska mogłaby się pokusić o stworzenie alternatywnego centrum geopolitycznego. Stworzyć ten wertykal władzy oś Północ – Południe opartej na trzech państwach.

        – Mówiłeś wtedy o Szwecji i Turcji.

        – Tak. Zacznijmy od góry. Stany Zjednoczone po zwycięstwie Trumpa – nie przykładałem w ogóle, tak jak większość z nas, którzy realnie obserwują scenę polityczną, jakiejś większej wagi do tego teatru, nie obserwowałem w ogóle kampanii, mnie to nie interesowało.

        Późną wiosną pojąłem, że Trump wygra, bo zobaczyłem, w jaki sposób rozkładane są akcenty w sferze medialnej, na kogo stawiają amerykańskie  służby specjalne. Nie mówię tutaj o ostatnim wyskoku szefa FBI, to był już jakby gwóźdź do trumny, Clintonowa zrozumiała, że klamka zapadła. Mówię o tym, że wiem i widzę, jacy ludzie doradzają Trumpowi, między innymi robi to Michael Flynn, szef DIA, inteligentny człowiek, którego wypowiedzi i funkcjonowanie w służbie publicznej śledzę już od długiego czasu.

        Zwycięstwo Trumpa – bardzo skracam – oznacza w moim oglądzie powrót Ameryki do wielkiej, imperialnej, nacjonalistycznej gry o swoje interesy. Będzie to polityka polegająca na tym, że Ameryka wraca, i to wraca w wielkim stylu. I teraz błędem jest myślenie, że Trump będzie chciał rozpocząć skupianie się na Ameryce poprzez taki nurt trochę izolacjonistyczny, czyli będzie chciał odbudować Amerykę od wewnątrz czy zbudować popyt, zbudować autostrady itd., itd.

        – Rezygnując równocześnie z zaangażowania na dalekich rubieżach.

        – To nie jest możliwe. Będzie mu trudno, bo będzie musiał pobudzić popyt i zbudować potencjał Ameryki, zacząć jeszcze bardziej wzmacniać gospodarkę amerykańską.

        Jednocześnie wie o tym, że nie będzie miał czasu. Nikt mu nie da czasu, dwóch – pięciu lat, na to, żeby spokojnie odbudował potencjał Ameryki. Chiny z Rosją mu na to nie pozwolą. Przede wszystkim Pekin.

        Będzie musiał zbudować taki team współpracowników i doradców – a w amerykańskich  elitach władzy są tacy ludzie – którzy jednocześnie odbudowując Amerykę, jej potencjał gospodarczy, ekonomiczny, w ogóle potencjał, będą w stanie w miarę szybko wyruszyć na wojnę z Chinami, dlatego że ten horyzont czasowy dla Ameryki się zawęża.

        Ameryka będzie musiała podjąć poważną decyzję, co dalej. Koegzystencja? No way! Ani Chiny, ani Ameryka na to nie pójdą.

        Nawiasem mówiąc, Obama był prezydentem, który mimo wszystko bardzo dobrze, na tyle, na ile mógł, starał się przygotować Amerykę do wojny na zachodnim Pacyfiku. I rzeczywiście ten zwrot na Pacyfik został najszybciej, jak tylko mógł być, zrealizowany, czyli tak naprawdę w 2009, bo Obama dochodzi do władzy bodajże 21 stycznia 2009 roku, a w czerwcu już zapada decyzja, czy nawet wcześniej, wiosną. Tego typu strategiczne decyzje podejmowane są niezależnie od prezydentury, w związku z tym włóżmy między bajki gadanie, że dojście do władzy Trumpa zmieni w jakiś sposób główne kierunki strategiczne Stanów Zjednoczonych, bo wiemy o tym, że tak nie będzie.

        Zatem idąc jeszcze dalej, błędem jest myślenie, że Trump w pogłębiony sposób wejdzie w politykę transakcyjną z Rosją, bo tak nie będzie.

        – O to miałem zapytać, czy czasem w perspektywie wojny z Chinami nie będzie tak, że Putin podbije stawkę, a Trump ją zapłaci?

        – Nie, to jest za proste. Po pierwsze, trzeba powiedzieć sobie jasno, że nawet osoby, które potrafią czytać między wierszami, mają problem, bo nie ma takiego dostępu do informacji. De facto nie wiemy, co chce zaproponować Trump, nie wiemy tego. To, co jest w mediach, nawet w think-tankach, mówię o pracach różnych think-tanków amerykańskich, angielskich, to są farmazony. Tak jak generalnie 98 proc. tekstów, analiz, na różnych szczeblach, to jest jeden wielki farmazon. W związku z tym nie wiemy do końca – troszeczkę to jest takie stawianie hipotez, ale pokuśmy się o to, bo to jest istotny temat, światowa polityka amerykańska jest istotna. Przewidzenie, w którym pójdzie kierunku, to jest ważna rzecz. W związku z tym trzeba przyjrzeć się, co mówił jeden z głównych doradców Trumpa, czyli Michael Flynn. On jest katolikiem, co jest całkowicie bez znaczenia, ale mówię o tym, bo podkreślał to publicznie. To są ludzie, którzy będą twardo bronili interesów amerykańskich na świecie.  Flynn to razwiedka wojskowa, a razwiedkę wojskową bardzo denerwowało to, że CIA pozwala na rozrośnięcie się Państwa Islamskiego w regionie.

        Czyli jedna bezpieka wkurzała się, że druga bezpieka pozwala swojemu Golemowi fruwać po wielkim Bliskim Wschodzie skolko ugodno.

        W związku z tym Flynn się bardzo na to wściekał. Wściekał się także na tzw. deal irański, co pokazuje, że jednak tam opcja żydowska, to naturalne, jest silna. Wystarczyło sobie popatrzeć, przysłuchać się wystąpieniu Trumpa i pani Clinton przed AIPAC-iem w marcu 2016 roku, żeby wiedzieć, kim naprawdę są ci ludzie.

        Tacy ludzie jak Michael Flynn i jeszcze parę innych osób z Pentagonu będą wiedzieli, że zbyt dużo Stany Zjednoczone zainwestowały pieniędzy, środków i wysiłku w zdewastowanie Ukrainy, w zdewastowanie borderline region, w zdewastowanie strefy buforowej i implementowanie do niej swojej agentury w Kijowie, swojej agentury w Warszawie, swojej agentury w Mołdawii, swojej agentury w Bułgarii, w Rumunii – bo trzeba sobie jasno powiedzieć, że przynajmniej w Warszawie rządzą ludzie, których śmiało można nazwać agenturą lub opcją żydowsko-amerykańską; gracze całkowicie niepodmiotowi, bo to, co robi Kaczyński z Macierewiczem, to jest naprawdę niepodmiotowa gra, szkodliwa dla polskiej racji stanu. Ci nieszczęśnicy myślą, że działają z pobudek patriotycznych i to, co robią, robią na korzyść Rzeczypospolitej, a w istocie rzeczy szkodzą głęboko interesom strategicznym państwa polskiego.

        Wracając do Trumpa i Michaela Flynna. Unikałbym narracji, że dojście do władzy Trumpa oznacza poświęcenie swojego cennego assetu polskiego, czyli poświęcenie PiS-u, poświęcenie władzy pisowskiej, że dojdzie do jakiejś poważniejszej zmiany, tak jak Ameryka dokonała zmiany władzy w Polsce między innymi poprzez aferę podsłuchową.

        Moim zdaniem, Trump – i Kreml już to prawdopodobnie przeczuwa – owszem, będzie szedł na pewne koncesje taktyczne ze strony Moskwy, ale w perspektywie średnioterminowej i długoterminowej będzie to twardy gracz, bardzo trudny dla Moskwy i dla Kremla.

        John Kerry to był wybitny polityk amerykański, dobry sekretarz stanu – w ogóle oceniam prezydenturę Obamy, i Obamę pod wieloma względami jako polityka niesamowicie zwinnego, przebiegłego, cynicznego, bezwzględnego – to cenię, lubię ten rys – który ma tyle samo, jeśli nie więcej, jak inni politycy.  

        Myślę, że Trump będzie prowadził taką politykę wobec Moskwy – tam gdzie trzeba, będzie się uśmiechał i dokonywał pewnych dobrych gestów, ale generalnie Rosja będzie miała, moim zdaniem, ciężko.

        Idąc do drugiego pytania, co to może oznaczać dla Polski?

        Tak jak powiedziałem, jesteśmy krajem pozornie własnym. Od 44 roku rządzi tutaj – lubię to określenie, bo ono właściwie oddaje istotę rzeczy – Zd-Rada Nieustająca. Rząd pisowski niestety wpisuje się w tę konwencję. To nie jest żadne odkrycie, to jest rząd, który przynależy do Zd-Rady Nieustającej. Dla Polski, czyli dla kraju pozornie własnego, zdesuwerenizowanego, przy tej władzy oznacza to dalsze funkcjonowanie jako państwa do zużycia.

        Musimy pamiętać o tym, że zostało wprowadzonych sporo niepokojących zmiennych dla polskiej racji stanu. Przyjrzyjmy się na przykład wojnie amerykańsko-rosyjskiej na Ukrainie, w Krainie U.

        Jaka jest jedna z głównych konsekwencji dla Polski tej wojny, teraz, w 2016? Co my dzisiaj możemy powiedzieć? Jeszcze raz wrócę do tego, co powiedziałem, że tak naprawdę ani analitycy, ani ludzie poważnie piszący o polityce, o geopolityce mieli niewielką wiedzę, o co w istocie chodzi na Ukrainie. Mieliśmy szlaban informacyjny na to, poza szumem medialnym, tym bełkotem, wypisywaniem farmazonów, których nikt nie czyta. Nikt poważny tego nie czyta ani nie zagłębia się w to. Wiemy niewiele, co się tak naprawdę dzieje na Ukrainie. Ja śmiem twierdzić, że w ogóle polskie służby specjalne, i SKW, i Agencja Wywiadu, wiedzą naprawdę niewiele na temat tego, dlatego że reprezentują gracza słabego. Gracza słabego ani nie dopuszcza się, ani nie dzieli się z nim ważnymi informacjami. Owszem, zastanawiam się, jaki jest poziom analityków, poziom analiz w polskich służbach specjalnych. Myślę, że jest tam kiepsko.

        Jednym z owoców wojny amerykańsko-rosyjskiej na Ukrainie jest tranzycja – zakładamy, że miliona, ale myślę, że około trzech milionów – Ukraińców do Polski. To wprowadza bardzo niebezpieczną dynamikę dla nas, ponieważ okazuje się, że ten element, ta nowa jakość, ta dobra zmiana w polskiej geopolityce, stanowi dla nas olbrzymie zagrożenie. Jeżeli ktoś będzie chciał, a widzimy, że już takie próby są podejmowane i przez Zachód, i przez Rosję, napuścić na siebie bydło polskie i bydło ukraińskie i zrobić to w Polsce, to w sytuacji, w jakiej mamy – nie wiemy naprawdę – od miliona do trzech milionów – grupę młodych Ukraińców, nie wiemy, ilu z  nich ma broń, większość z nich jest dobrze wyćwiczona – Ukraińcy to są generalnie ludzie duzi, dobrze wysportowani, to są kolesie, którzy potrafią się bić – jeżeliby oni byli wykorzystani do jakiejś gry wewnątrz Polski, to byłoby to skrajnie niebezpieczne dla naszego kraju. Czyli de facto akcja rosyjsko-amerykańska doprowadziła do przeniesienia z części wschodniej, z części zachodniej znacznej grupy ludzi narodowości ukraińskiej.

        – Czy nie sądzisz, że jest to efekt, który im odpowiada, dlatego że to pogłębia desuwerenizację polską jeszcze bardziej i umożliwia rozgrywanie, pozbawia Polskę możliwości kolejnych ruchów?

        – Poza tym Ukraina w grze wielkich i w gradacji wielkich jest o wiele ważniejsza niż Polska. Ona ma o wiele większe i lepsze zasoby niż kraj polski. Tylko nasi durnie u władzy i ludzie, którzy słuchają tego bełkotu medialnego...

        – Jest konkurencją w tym pasie.

        – Oczywiście.

         W 2013 roku prawdziwie niezależna władza polska, po pierwsze, w 2013, w listopadzie, kiedy zaczęła się dekonstrukcja regionu robiona rękami przede wszystkim z Waszyngtonu, który wywrócił stolik niemiecko-rosyjski, przy którym dogadywano deal wokół Ukrainy, to polska władza, na tyle, na ile możliwe, powinna wtedy robić wszystko, żeby Janukowycz dalej był u władzy. Gramy na Janukowycza i robimy wszystko, żeby rządził Ukrainą. Super.

        – Podobno Sikorski to robił, nawet wyszedł ze spotkania...

        – Nie, Sikorski był w ogóle nieistotny na spotkaniu 21 lutego. Ten człowiek musi kiedyś skończyć na szubienicy, pod ścianą.

        – Uważasz, że jest od początku do końca agentem wpływu?

        – Przede wszystkim jest głupcem, zapatrzonym we własne ego, jest nieistotną miernotą, tak jak wiele takich osób było w historii Polski, i na nasze nieszczęście szkodzącym naszemu interesowi. I za to powinien w przyszłości odpowiedzieć normalnie przed sądem i nie powinno być dla tego typu drugorzędnych w istocie osób żadnej litości.

        Wracamy do Krainy U. Później, gdyby okazało się, że nasza gra byłaby za słaba wobec planu amerykańskiego, no to sorry, to gramy na takim polu, jakie zostało wyznaczone. Ale przede wszystkim w naszym interesie jest to, żeby Ukraina była słaba, w naszym interesie jest to, żeby na Ukrainie trwało cały czas napięcie i trwało cały czas wrzenie i podkręcanie tego wrzenia rosyjsko-ukraińskiego, dlatego że my wtedy potrafilibyśmy wyciągnąć od Ukrainy to, na czym nam zależy.

        To są prawidła geopolityki. Ci ludzie potrzebowaliby nas i szliby na porozumienie się i udzielaliby koncesji na rzecz Polski, oczywiście gdyby Polska była także troszeczkę silniejsza ekonomicznie. Ale polski interes narodowy byłby o wiele lepiej zabezpieczony, gdybyśmy przede wszystkim nie wspierali tego nieszczęścia, tego upadłego kraju w taki sposób, w jaki robi to poprzednia i obecna ekipa.

        To, co robimy wobec Ukrainy, to śmiech na sali. Zapominamy o tym, że grając wokół Ukrainy, także zyskiwalibyśmy ze strony Rosji.

        – Zakładasz, że Polska prowadzi suwerenną politykę...

        – Mówię o sytuacji, kiedy Polska prowadzi prawdziwie suwerenną politykę zagraniczną, która nie boi się pomruków Roberta Greya w MSZ-ecie ani ambasadora Jonesa w Warszawie, ani Victorii Nuland, ani nikogo z Departamentu Stanu. Mówię o kraju, który rzeczywiście wie, jakie są jego cele. A naszym celem byłoby utrzymywanie Ukrainy jako bardzo słabego państwa. My zapominamy o tym, że to jest państwo, które sięga od prawie Kurska po Dunaj. Oni mają porty morskie na Dunaju. Zapominamy o tym, że to jest duży kraj, i w polskim interesie jest, żeby ten kraj był słaby.

        Ja rozumiem, że Targalski Jerzy, Macierewicz Antoni, Szczerski Krzysztof, ci wszyscy nieszczęśnicy, którzy nie potrafią w ogóle zdobyć się na jakiekolwiek elementy realistycznego istnienia, tego typu przedstawiane przeze mnie tezy zbywają wzruszeniem ramion i będą twierdzić – no tak, to jest jakaś prorosyjska, putinowska propaganda.

        – Czy uważasz, że w tym rozdaniu politycznym Polska mogłaby grać na Rosję? Zakładając, że Polska jest suwerenna, robić coś takiego jak Erdogan, że raz tak, raz tak, w jednych sprawach się dogadujemy, w innych sprawach nie.

        – Tak. W ogóle moje pisanie i mówienie o polityce, o geopolityce – zresztą nie tylko moje, ale paru innych osób także – przynależy, powiedziałbym, do nurtu neorealistycznego. My jesteśmy po prostu realistami.

        Polska, tak jak powiedziałem, musi przede wszystkim oprzeć swój byt na związku geopolitycznym z innymi narodowymi graczami, ze względu na geografię i na politykę, ze Szwecją i z Turcją. Erdogan jest dobrym wzorem. I dopiero wtedy można rozmawiać...

        – Nie sądzisz, że tego rodzaju Heksagonale, sojusz poprzeczny itd. mógłby zostać poparty wstępnie przez administrację amerykańską, a my byśmy jakoś podmiotowo w nim się odnaleźli, tzn. że gdyby został poparty przez uzbrojenie...

        – Nie. To trzeba by było zrobić inteligentnie, ponieważ wszyscy poważni gracze chcieliby wywrócić ten projekt, i Waszyngton, i Berlin, i Moskwa, i Tel Awiw. Pytanie, jak z Pekinem. Robiliby wszystko, żeby takie nowe centrum geopolitycznego przyciągania nie powstało.

        Poczekajmy jeszcze na Rosję. Na pierwszym miejscu, z kim powinniśmy rozmawiać, jest oczywiście Białoruś. Aleksander Łukaszenka, którego darzę dużym szacunkiem, niezwykle skuteczny, dbający o swoich obywateli – wiem, że mówię teraz herezje dla czytelników „Gazety Polskiej” czy wielbicieli Targalskiego Jerzego – ale to jest polityk, który dba o własną podmiotowość i potrafi rzeczywiście w sposób niepodległy grać zgodnie z interesem Białorusi.

        – W tej grze geopolitycznej, w Europie środka, oprócz interesów państwowych jest interes grupowy, na przykład społeczności żydowskiej. Ona ma swój interes gospodarczy na Ukrainie, w Polsce, w krajach ościennych. Ponieważ nie jest to de facto interes państwa Izrael, jest jak gdyby pomijany w analizach.  

        Jak widzisz kształt tego interesu, na co Żydzi w Polsce chcą grać i jaka sytuacja byłaby dla nich najbardziej korzystna? Czy mogą na przykład zapewniać obsługę końcówki Jedwabnego Szlaku na użytek Europy?

        – Oczywiście, że tak. Gdyby mogli – na pewno robią też wszystko w sposób umiejętny, jak to robią od wielu wieków, bo ich potęga polega na kontroli szlaków, kontroli przepływów finansowych i kontroli szlaków morskich, kontroli szlaków handlowych. O to chodzi. Zyskują, bo są albo pośrednikami, albo kontrolują  to. Oczywiście teza, że Żydzi chcieliby przejąć kontrolę nad końcówką pasa transfuzyjnego, jest jak najbardziej słuszna.

        Druga rzecz, to oczywiście – poboczna, ale ważna, bo idea w polityce jest ważna, w geopolityce i w filozofii jest także istotna – oni chcieliby jednak doprowadzić – i to robią od 44 roku tu, nad Wisłą – do takiej zupełnej degrengolady moralnej Polaków katolików.

        – Myślisz, że to jest kwestia konkurencji ideologicznej? Że to jest konkurencja katolickiej Polski, którą oni uważali zawsze za nieprzyjazną?

        –  Kim my jesteśmy w oglądzie takich faciów z Londynu, z Paryża, Oslo czy Nowego Jorku? My jesteśmy – mówią to na zasadzie takiej przyjemnej złośliwości – „niebezpieczną sektą Nazarejczyków”. W większości są to ludzie bezbożni, dla których prymarna jest kwestia narodowa, ale religia, rys religijny, jest też ważna.

        – Demoralizacja odbywa się na całym obszarze cywilizacji zachodniej...

        – No tak, bo to jest neobolszewia.

        – ...w Stanach Zjednoczonych, jest dostrzegalna bardzo wyraźnie w Europie Zachodniej. Ludzie tracą rozeznanie w życiu, co jest ważne, co nie, nie wyznają wartości, oddają się jakimś hedonistycznym praktykom, które ich kompletnie wypróżniają, robią z nich pacynki.

        Tu dygresja, rozmawiałem niedawno z Polką, lekarką w Szkocji. Jest reumatologiem i bardzo często kierowani są do niej pacjenci, których – jak ona to określa: boli cały człowiek – przeszli przez iluś tam lekarzy i niczego nie wykryto. Ona ten problem definiuje tak, że to są ludzie wyprani, że ich depresja i brak woli życia, jakiegokolwiek celu powoduje fizyczne cierpienie. Więc tego rodzaju przypadki są nie tylko tu.  Polska, relatywnie, nie jest jeszcze aż tak wymóżdżona.

        – Zgadzam się z tobą. To jest taka postnowoczesna pustka. Postnowoczesna czeluść, głęboko antyludzka. Oni nie widzą, nie pojmują, że żyją w takich fenomenalnie skonstruowanych i zorganizowanych obozach zagłady, które stworzone zostały przez żydokomunę.

        Ten cały nurt opiera się – mówię o mass mediach i w ogóle o rynku idei – na głębokiej nienawiści do stworzenia Bożego, jakim jest człowiek.

        Nienawidzą człowieka, bardziej kochają ziemię Gaję, zwierzęta i środowisko niż żywe, Boże stworzenie. Człowiek  – oni tak myślą – że ponieważ w istocie jest stworzeniem Bożym, stworzonym na podobieństwo Boże, w związku z tym muszą go atakować, i wszystko co on sobą reprezentuje. A najlepiej, gdyby to był oczywiście...

        – Tu wchodzimy na bardziej uduchowione szlaki, bo oczywiście można całą historię rodzaju ludzkiego sprowadzić do walki dobra i zła, czyli szatana i...

        – Tak, to jest rywalizacja między dobrem a złem. Gdzie są jeszcze te resztki dobra w Polsce?!

        – Jak to łączysz z tym, że polityka musi być skuteczna? Ja spotkałem się z zarzutem, że katolicy to są ludzie, którym łatwo zrobić krzywdę, którzy nie potrafią się zorganizować i przeciwstawić...

        – Wejdę ci w słowo. Kiedy byliśmy obaj – ja przez przypadek – 11 listopada na moście Poniatowskiego, szliśmy obaj wśród tych ludzi. Ja szedłem tam pełen smutku, bo jestem świeżo po lekturach i piszę tę książkę m.in. o imperialnej myśli brytyjskiej, więc szedłem ze spuszczoną głową, bo widziałem te tysiące ludzi, którzy w istocie będą pierwszymi, którzy będą albo szli do gazu, albo będą wiezieni w bydlęcych wagonach ku zagładzie.

        Tak jak obserwuję, to co oni mówią, piszą itd., to w większości wypadków to są ludzie głęboko naiwni, niepotrafiący rozeznać się w oglądzie sytuacji.

        Polityka skuteczna to taka, że na dzień przed wyborami amerykańskimi pan Saakaszwili dokonuje wolty, otrzymuje sygnał od swojego oficera prowadzącego, że zmienia się mądrość etapu i trzeba się powoli zacząć ewakuować z rynku odeskiego i iść w kierunku szerszego rozdania ukraińskiego.

        Polityka konkretna to jest 11 listopada wizyta Miedwiediewa w Tel Awiwie, gdzie chłopacy rozmawiają przede wszystkim o rynku agrarnym, rynku rolnym, o tym, że firmy izraelskie mogą dostarczać technologie rolnicze.

        – Podobno dali drona z zastrzeżonymi technologiami.

        – To na pokaz. To jest część reorientowania się Izraela, sygnalizowanie, że Tel Awiw może również zorientować się na inne centra geopolityczne. Izrael całkiem niedawno wystrzelił w kosmos cywilnego satelitę rakietą, która – fachowcy dobrze zdają sobie z tego sprawę – jest tylko cywilną wersją wojskowej wersji rakiety międzykontynentalnej. Sygnalizują oczywiście tym aktem, że...

        – ...są w stanie dosięgnąć Ameryki.

        – ...tak, Stanów Zjednoczonych, ale oni pokazują, że po prostu gramy w pierwszej lidze, panowie, trzeba się z nami liczyć.

        Ci, którzy czytają moje teksty, wiedzą, że już dawno napisałem większy tekst przekrojowy na temat Turcji i trzeba śledzić to przedpole i widzieć, że Turcja jako jedna z pierwszych tu, w regionie, pokazała Stanom Zjednoczonym, że oni mogą się reorientować, że Ameryka w ich ocenie słabnie. Erdogan mówi: nie chcemy grać na Stany Zjednoczone. Dlatego że wasze interesy nie są zbieżne z naszymi, w związku z tym jesteśmy na tyle silni, że potrafimy zabezpieczyć i walczyć o swoje interesy w regionie. Zestrzelenie samolotu rosyjskiego było przede wszystkim sygnałem dla Waszyngtonu, to jest zrozumiałe, to nie był sygnał dla Rosji.

        Przykład polityki tureckiej pokazuje, w jaki sposób realnie można grać – to pan Kaczyński Jarosław, premier „Jarosław Polskę zbaw”, powinien, tak jak pisałem, dostać taką prostą prezentację w PowerPoincie na obrazkach i z tekstem jakimś, że właśnie przykład prowadzenia suwerennej polityki to to, że 24 listopada zestrzeliwujemy samolot rosyjski nad Syrią, a latem jesteśmy już w Moskwie i ładnie gadamy z Moskwą, i mamy deal geostrategiczny, a w październiku przyjeżdża do Moskwy szef sztabu generalnego.

        – Powiedziałeś 24 listopada.

        – 24 listopada zestrzelono samolot nad Syrią, zeszłego roku. Później mieliśmy niby ochłodzenie. A 24 listopada Putin wracał z Teheranu. To był sygnał i do Waszyngtonu, i do Moskwy, że nic ponad naszymi głowami. Turcja chciała sobie zagwarantować pewne istotne rzeczy w Syrii, Ameryka na to nie pozwoliła, w związku z tym poszli do Moskwy. I Ameryka pozwoliła im na utworzenie syryjskiej strefy buforowej, wojska tureckie zdobyły Dabiq, bardzo poważnie także angażują się w Iraku.

        Nawiasem mówiąc, dojście do władzy Trumpa oznacza wielką pożogę Bliskiego Wschodu, bo jeżeli chciał się zabierać m.in. za Państwo Islamskie – spokojnie, zobaczymy, jak to będzie szło – to to oznacza kolejny etap pożogi bliskowschodniej.

        – Mówiliśmy cały czas o naszym regionie, a jak oceniasz Chiny? Czy reorientacja niektórych krajów Pacyfiku na Chiny będzie postępować, tak jak teraz niedawno miało to miejsce w przypadku Filipin?

        – Filipiny zaczęły grać tak, że przeraziło to maksymalnie Waszyngton. Jeżeli pójdą jeszcze głębiej, to będzie to game changer w regionie, bo inne kraje także mogą zacząć reorientować się na Chiny. Wietnam, który świetnie współpracował ze Stanami Zjednoczonymi, jest na pewno głęboko zaniepokojony. Indonezja, Tajlandia, Birma.

        – Nie sądzisz, że Stany Zjednoczone znajdą się w sytuacji, w której podejmą decyzję o wojnie?

        – Tak, jak powiedziałem, Trump będzie prowadził zdecydowaną politykę imperialistyczną, nacjonalistyczną w Ameryce.

        – Gdzie byś widział pierwsze fronty otwarcia tej wojny?

        – Jeżeli Trump będzie grał ostro w naszym regionie, to będzie dalej płonęła Ukraina, ponieważ ona jest użytecznym polem do negocjacji, stołem negocjacyjnym, to superfenomenalna sprawa.

        Cały czas oczywiście będzie płonął Bliski Wschód z niejasnymi konsekwencjami co do funkcjonowania Iraku i Syrii, bo zobaczymy, czy zechcą dogadać się w Syrii.

        Asad oczywiście zostanie, będzie musiał dokooptować część tzw. opozycji. I zobaczymy, co na to Izrael.

        Faktem jest, że wszystko to, co się dzieje w naszym regionie, na przykład po 89 roku, jeżeli chodzi o układ sił, to wszystko jest zgodne między innymi z interesami Niemiec. Rozpad Czechosłowacji, rozpad Jugosławii, słaba Polska. Tu nie wyszło im z Ukrainą, bo Berlin chciał dogadać się z Moskwą co do podziału na Ukrainie, że my mamy władztwo ekonomiczne niemieckie, a władztwo patrymonialne, zabezpieczenie militarne przynależałoby do Rosji, a to im nie wyszło.

        – Stany Zjednoczone się nie zgodziły?

        – Tak, oczywiście. Majdan był...

        – Powrotem USA do polityki.

        – Oczywiście, że tak, powrotem Stanów do dużej polityki w regionie. Ukraina została podpalona przez Stany Zjednoczone.

        Wszyscy poważni gracze będą patrzyli, w jaki sposób zacznie grać Ameryka. Jeżeli pokaże, a będzie musiała – jeżeli będzie chciała zatrzymać ten niebezpieczny dla niej trend reorientacji, którą zapoczątkowała Turcja, a sygnalizują Izrael, Filipiny – jeszcze rok temu Stany Zjednoczone i Filipiny wielka miłość, wszystko dla Filipin; i Harry Harris do Manili, i Ash Carter jeździł do Manili, wielka miłość, a nagle facet przychodzi (prezydent Filipin – dop. red.) i mówi oczywiste rzeczy, mówi prawdziwe rzeczy, gra tak jak poważny, normalny, szanujący siebie i naród polityk.

        Ja bym nie chciał, oczywiście, żeby z mojego pisania i z mojego mówienia wynikła tylko taka konstatacja, że wszystko to jest bardzo mocno amerykańskie. Nie, to jest realistyczne.

        Jeżeli ktoś się zastanawia, o czym pisze Pan Nikt, to generalnie mam w d...pie Moskwę, mam w d...pie Waszyngton, mam w d...pie Tel Awiw, mam w d...pie Berlin, a kocham Warszawę. I to pisanie jest przede wszystkim pisaniem o Polsce, dla Polski i dla Polaków. Nie liczmy się z nikim, liczmy wyłącznie na siebie. Tak potrafi grać Erdogan, tak potrafi grać prezydent Filipin.

        Bardzo mi się podoba to, że Guy Sorman, taki francuski strażnik myśli imperialnej amerykańskiej, w niedawnym wywiadzie dla „Rzeczpospolitej” zaczął się biedny martwić o prezydenta Filipin. Jak ja słyszę, że Guy Sorman zaczyna się martwić o prezydenta Filipin, że coś mu się może nie tyle stać, ile grozi mu impeachment, albo pan Guy Sorman się martwi o to, że te ruchy odśrodkowe islamskie zaczną rozwalać kraj od środka, to możemy zakładać, że chłopak wie, o co chodzi.

        Strzeżmy się takich ludzi jak Victoria Nuland, Bob Work. Strzeżmy się tych wszystkich ludzi z Paryża, z Londynu, z Berlina.

        Z Moskwy nie musimy, bo z Moskwy nikt do nas nie przyjeżdża ani my nie jeździmy do Moskwy.

        Niedawno Włodzimierz Marciniak został powołany na ambasadora Polski w Moskwie, co było oczywiście dla niej policzkiem, bo to nie jest osoba, która powinna być ambasadorem w Moskwie, z racji bardzo głębokiej, tępej antyrosyjskości, antysowieckości. Niegłupi facet, tylko według mnie nie nadaje się na ambasadora w Rosji.

        Kiedy Donald Tusk w 2008 bodajże roku pojechał tak na siłę, na chama do Rosji, wpraszając się na Kreml – nie jadąc tam z czymś konkretnym, chciał tylko pokazać Berlinowi, Stanom, że my potrafimy myśleć konstruktywnie, nie jesteśmy antyrosyjską bandą – to wiesz, co Putin powiedział do Tuska? Tam siedziały  takie tuzy polskiej polityki zagranicznej, jak Sławomir Nowak, Sikorski. To było znamienne i zapamiętałem to. Oni się rajcowali tym, że siedzą na Kremlu, że pałac kremlowski, że zaraz zobaczą tego Putina, taka banda kmiotków, chłoptasiów. A Putin czy ktoś z jego otoczenia mówi do nich przy stole: Z czym do nas przyjeżdżacie, bo my do was nic nie mamy.

        – Po co tu jesteście?

        – Po co tu jesteście w ogóle. Polacy, ci biedni ludzie od Macierewicza Antoniego, oni myślą, że Polska jest jakimś... że w Moskwie się niepokoją o stosunki Polski wobec Rosji. To nie jest tak.

        My dla Rosji w oglądzie, i w mediach, i w elitach jesteśmy trzecioligowym, zupełnie nieistotnym graczem. Graczem, który jest w wielkich kancelariach dyplomatycznych pogardzany z racji tej wasalności, służalczości wobec Waszyngtonu, Tel Awiwu, Berlina itd., itd.

        Nie tylko dlatego, że na czele MSZ-etu stoi tak głębokie nieporozumienie i nieszczęście czy że o polskiej polityce międzynarodowej decydują tacy biedni, nieszczęśliwi ludzie, jak Kaczyński Jarosław czy Macierewicz Antoni, tylko między innymi dlatego, że tam potrafią czytać między wierszami.

        Jak oni widzą, że szefem MSZ-etu jest ktoś taki jak Robert Grey, który reprezentuje Polskę w kontaktach z krajami azjatyckimi... Szanowni państwo, żeby była jasność. Bob Grey został powołany przez Stany Zjednoczone na wiceszefa MSZ-etu tylko i wyłącznie po to, żeby zabezpieczał interesy amerykańskie na odcinku chińskim, żeby decydował, współdecydował o tym, jak Polska ma zachowywać się na odcinku azjatyckim. Nie mówiąc o tym, że kontrolując całą politykę ekonomiczną na zewnątrz Polski, de facto kontrolują politykę zagraniczną.

        Tu, w Warszawie, śmialiśmy się, że to jest duże ułatwienie w prowadzeniu polityki amerykańskiej tu, bo Grey może tylko przyjść do pokoju obok, nakrzyczeć na Pana Nieszczęście, a nie musi pan Jones jechać na aleję Szucha.

        Nawiasem mówiąc, zapomniałem powiedzieć, tak w formie komentarza do kampanii prezydenckiej, tego teatru.

        Muszę powiedzieć, że obejrzałem sobie te debaty i taka konstatacja główna – mój Boże, co Żydzi zrobili z Ameryką! Jak musi być źle, jeśli na front wypychany jest pokemon Trump i kłamczucha bandytka, stara, chytra baba. Pokemon i bandytka. Dają do wyboru – wybierz pokemona lub bandytkę, wybierz Jockera z Batmana lub wybierz bandytkę. Jak bardzo musi być źle, jak bardzo jest zdewastowana ta przestrzeń polityczno-moralna – za bardzo szanuję czytelników „Gońca”, żeby mówić jakieś nieistotne, mało ciekawe rzeczy o samej kampanii, bo moglibyśmy gadać godzinę, że ona była nieistotna, w tych debatach nie było nic ciekawego, była tylko frustracja i nic więcej, nic, kłamstwa, pomówienia itd., itd.

        Ważna rzecz, od której powinienem zacząć, dojście do władzy Trumpa, kogoś takiego, o takim wizerunku, o takim image’u i o takim sposobie mówienia, myślenia o polityce, i dojście do władzy takich osób, jak Boris Johnson, szef MSZ-etu, i jeszcze paru innych zawodników w Europie byśmy znaleźli, moim zdaniem, ono znamionuje jedną rzecz – służby wiedzą, że ludzie mają dość, w związku z tym wysuwają na pierwszy szereg takich gości, którzy, tam chyba coś o antysystemowości wokół Trumpa się mówiło.

        – Chcą to skanalizować.

        – Tak, ale to byłaby prosta konstatacja, to rozumiemy, to wiemy, ale moim zdaniem, chodzi jeszcze o to, że to bardzo szybko zostanie, ta linia Trumpa, linia Borisa Johnsona, te pokemony, ta linia pokemonów zostanie bardzo szybko zdyskredytowana i będziesz miał w związku z tym jeszcze większą dynamikę buntu. I wtedy „my” tym będziemy zarządzać – oni tak myślą – to będzie dla nas. To jest taki pierwszy etap, przejściowy.

        Wiemy, że bydło i motłoch już nie kupuje tego, co im chcemy sprzedać, wysuńmy bandytkę lub pokemona – bo Boris Johnson jest tutaj naprawdę... kiedyś było nie do pomyślenia w Londynie, żeby ktoś taki zarządzał MSZ-etem, Foreign Office, w ogóle nie do pomyślenia. Kiedyś w Londynie potrafili siedzieć poważni bandyci, a nie cyniczni arywiści, podejrzewam, że też sprawni. Ale chodzi mi o ten wizerunek, że też dbają o to nowe pokolenie tych międzynarodowych lemingów, albo frustratów, albo kolesi, dla których pan Trump czy Boris Johnson jest OK. Nie śmieję się z tego pana w ten sam sposób, w jaki śmieją się lewacy czy postkomuniści, bo to dla mnie nie ma znaczenia, ale to jest jakiś sygnał, niezwykle istotny, jakiejś gry.

        – Obserwując polską scenę myśli politycznej, kto się liczy? Mówiliśmy poprzednio o Jacku Bartosiaku, o jego analizach, jest Radek Pyffel na kierunku chińskim. Czy jest środowisko, czy są tylko rodzynki?

        – Jeszcze jakiś czas temu z różnych względów powiedziałbym, że jest środowisko, bo chciałbym, żeby było, ale myślę, że są rodzynki, że są komety, które zjawiają się w pobliżu układu słonecznego, jego środka, oddalają się i zjawiają, ale to są komety. Nie stają się jeszcze z różnych względów planetami. To jest pokłosie braku państwowości polskiej w XIX w., braku państwowości po 44 roku.

        Oczywiste jest to – tutaj czytelnikom „Gońca” nie trzeba przypominać, że my nie jesteśmy państwem suwerennym, bo polityka polska wygląda tak jak wygląda w 2016 roku. Żeby była jasność, bo może nie wszyscy czytali, wgłębiali się w moje teksty – rządzili nami w poprzedniej ekipie, i w ogóle od 89 roku, w większości zaprzańcy, bandyci, złodzieje i łotry. A teraz w Warszawie może rządzą idioci, durnie i agentura żydowsko-amerykańska, bardzo mocno skracając, ale daleko nie odchodząc od istoty rzeczy.

        I to jest pokłosie, że są tylko nieliczne takie osoby, które potrafiłyby czy potrafią zainteresować większą rzeszę Polaków istotnymi tematami. Jest ich tak niewiele, to jest to pokłosie wybiedzenia narodu polskiego, intelektualnego. Ci na Zachodzie zdają sobie z tego sprawę. Zdają sobie sprawę, że jeśli się pojawiają się na polskiej scenie myśli politycznej takie osoby, które potrafią głośno i wyraźnie mówić, jak jest, czyli np. jak Grzegorz Braun, które potrafią wydawać takie książki jak Jacek Bartosiak czy Radek Pyffel, czy Michał Lubina – polecam państwu Michała Lubinę, bardzo mądry człowiek – to oni zadbają o to, żeby więcej takich osób się nie pojawiało, czyli tu trzeba będzie dokonać pewnego wyrównania.

        I druga rzecz, która mi wyleciała z głowy, a o którą pytałeś?

        – Pytałem o Jacka Bartosiaka, jak oceniasz jego analizy.

        – Dobrze, że potrafi mówić, i jego bardzo ważną cechą jest, że potrafi mówić w sposób prosty i zrozumiały o stosunkowo skomplikowanych rzeczach, robi to w sposób atrakcyjny.

        – Dziękuję za rozmowę.

michalkiewicz        Andrzej Kumor:  Panie Stanisławie, jest nowa sytuacja światowa, bo prezydent Trump coś nowego obiecuje, Stany Zjednoczone są głównym sojusznikiem Polski. Co to zmienia w tym całym rachunku dla naszego kraju?

        Stanisław Michalkiewicz: Myślę, że jeszcze tego nie wiemy i za wcześnie o tym mówić, dlatego że Donald Trump dosłownie kilka dni temu został wybrany na prezydenta. Jako prezydent elekt, już od następnego dnia, to znaczy od 9 listopada, jest wprowadzany przez wojsko i przez tajne służby amerykańskie w rozmaite tajne projekty, o których wcześniej nie mógł wiedzieć, w związku z tym obraz świata, jaki miał w głowie w czasie kampanii wyborczej, może w ciągu tych dwóch miesięcy, które dzielą go od objęcia urzędu prezydenckiego, ulec jakimś zmianom. I myślę, że tak naprawdę o zamiarach Donalda Trumpa się dowiemy z takiego inaugurującego przemówienia.

        Dużo też można będzie wydedukować z personelu, który sobie dobierze, współpracowników, przede wszystkim sekretarza stanu. Mówi się, że sekretarzem stanu ma być Newt Gingrich. To jest polityk bardzo doświadczony w polityce międzynarodowej, więc myślę, że tu takie oskarżenia czy podejrzenia, jakie się w związku z wyborem Donalda Trumpa pojawiły – niestety również w polskiej prasie – że to jest człowiek absolutnie nieprzewidywalny, po prostu nie są prawdziwe. Rudolf Giuliani, który również ma być w ekipie Donalda Trumpa, też pokazuje, że kurs wobec przestępców zostanie zaostrzony. Giuliani pokazał to jako burmistrz Nowego Jorku, i co więcej, miał sukcesy na tym polu. Taka najbardziej uciążliwa przestępczość dla zwykłych ludzi, uliczna, została jednak w znacznym stopniu opanowana przez niego.

o. WojtekW poniedziałek, 31 października, w kościele św. Maksymiliana Kolbego w Mississaudze odbył się bardzo udany Bal Wszystkich świętych. Bawiły się dzieci, bawili dorośli, o tej inicjatywie rozmawiamy z organizatorem, o. Wojciechem Stangelem.

        Andrzej Kumor: Ojcze Wojciechu, chciałem przede wszystkim zapytać, dlaczego nie Halloween?  Gdzie jest zagrożenie w tym obyczaju?

        O. Wojciech Stangel: Pierwsza sprawa: fakt, że wszyscy to robią, nie znaczy, że ja też muszę to robić. Każdy z nas jest indywidualną jednostką, każdemu z nas Pan Bóg dał zdolność rozeznawania, zdolność rozsądnego myślenia, patrzenia na wydarzenia i wyciągania z nich wniosków czy opinii. Przez to ja nie muszę być taki jak ktoś inny, na tym polega moja indywidualność. Jezus też nie szedł z nurtem ówczesnego świata, tylko szedł pod prąd. Tylko zdrowa ryba potrafi płynąć pod prąd.

        – Ale dlaczego nie obchodzić Halloweenu?

        – Halloween samo w sobie jest krokiem wstecz, cofnięciem się do czasów pogańskich, czasów celtyckich. Zwyczaje straszenia się, kultywowania śmierci, wywoływanie duchów ma swoje korzenie w tej właśnie kulturze.

        Druga sprawa – w tym dniu, kiedy jest obchodzony Halloween, sataniści obchodzą także swoje święto. O co tak naprawdę chodzi?

        Cofamy się w tym wszystkim praktycznie o prawie dwa tysiąclecia. W Cesarstwie Rzymskim, gdzie czczono pogaństwo, zabijano chrześcijan za to, że nie chcieli składać ofiar bożkom, że nie chcieli oddawać czci cezarowi, że wyznawali wiarę w Jezusa. Torturowano ludzi i krzyżowano za to, że chcieli żyć według Dekalogu i przykazań miłości, które zostawił nam Jezus.

        Kiedy w 313 r. Konstantyn Wielki wraz z Licyniuszem ogłosili edykt mediolański, nastąpiło pewne równouprawnienie, chrześcijanie – mówiąc bardzo prosto – mogli wyjść z katakumb i żyć bez strachu swoją wiarą. Jest ponadto rzeczą zadziwiającą, że to wielkie imperium obejmujące ówczesny cywilizowany świat było tak zaciekle nastawione przeciwko chrześcijaństwu. Mordowali ludzi, chrześcijan tylko dlatego, że wierzyli w Jezusa. Ten świat pogański wolał mordować chrześcijan niż przyjąć wiarę w Chrystusa ukrzyżowanego i zmartwychwstałego. Kres temu położył ów edykt mediolański. Po tysiącu siedmiuset latach mamy do czynienia z wyraźną ofensywą neopogaństwa.

        Biblia, szczególnie Stary Testament, wiele mówi o Bogu jako Miłośniku Życia. Często się mówi, że Bóg jest Bogiem życia. Halloween się z tym kłóci, bo wychwalamy śmierć, wychwalamy coś, co jest odrażające, brzydkie, straszymy się nawzajem, i to u samej swej podstawy kłóci się z obrazem Pana Boga.

        Halloween jest też przyzwyczajaniem się do tego, żeby uznawać za wartość to, co jest pogańskie, a deprecjonować lub wręcz zapominać, czy nawet wyśmiewać to co niesie chrześcijaństwo i co jest tak bardzo podkreślone najpierw w tym, co się dzieje w tych dniach dla chrześcijan, dla katolików, kiedy obchodzimy święto Wszystkich świętych. Świętujemy Boga, czcimy Go przez jego świętych, przez ludzi, którzy zostali zbawieni, którzy są w niebie, którzy wiedli życie dobre; choć mieli swoje słabości. Przez nich dzisiaj uwielbiamy Boga jako wielbiciela życia.

        Jutro, czyli w Zaduszki, przedłużamy naszą wiarę, kiedy modlimy się za zmarłych, za tych wszystkich ludzi, którzy odeszli z tego świata. Życie ludzkie ma swój początek, ma swoje dramatyczne przejście w momencie śmierci i otwiera się na wieczność, która ma być szczęśliwa przez Boże Miłosierdzie, w które wierzymy i ufamy, mając nadzieję, że Bóg zechce nas do siebie przyjąć.

        Halloween to jest gloryfikowanie ohydy, profanum,  deprecjacja tego, co jest święte.

        Wystarczy popatrzeć, ilu ludzi, nawet w polskich rodzinach, rzeczywiście obchodzi czy celebruje Wszystkich świętych czy Dzień Zaduszny, pamięta o swoich zmarłych, a ilu z nich wybiera zabawę z płonącą dynią, Halloween itd. To jest najlepszy sprawdzian.

        – Może tę wiarę zatraciliśmy.                    

        – Niestety, łatwiej jest nam przyjąć tę deprecjację sacrum, czyli tę świętość bardzo łatwo oddajemy. Patrząc z punktu widzenia filozoficznego, jeżeli Bóg jest idealny, jest bytem idealnym, gdzie nie ma najmniejszej niedoskonałości, to teraz jeżeli my czcimy te wszystkie potwory, strachy, obrzydlistwa, no to czy my naprawdę czcimy Boga; czy czcimy coś innego?

         – Czy można powiedzieć, że czcimy zło?

        – Trzeba być zawsze ostrożnym w ocenie. Myślę, że dla części ludzi, którzy nie mają podłoża religijnego, bo żyją w takim, a nie innym kraju, gdzie wielu ludzi podaje się za ateistów, albo nawet nie wiedzą, że są po prostu ludźmi niewierzącymi, to jest taki „fun”, „super”, dobry czas, a nawet i święto. Bo w Kanadzie w zasadzie nie ma innych świąt. Jest Halloween: zjedzą cukierki, a na drugi dzień dynie w śmietniku leżą; Boże Narodzenie – kupują choinkę w listopadzie, a rano 25 grudnia śniadanie i choinka do kosza, bo koniec świąt.

        Człowiek z natury jest wychylony na Boga i potrzebuje jakiegoś odniesienia do świata, który jest poza nami.

        Bardzo łatwo ludziom, którzy nie mają pewnego podłoża, wpaść w taki rytm – o, to jest fajne, to jest takie super, taka niewinna zabawa. To jedna grupa ludzi. Druga to jest ta, która ma konkretny interes w tym, zbija na tym wielkie pieniądze. Jest też i taka grupa, która niestety propaguje zabawę w wywoływanie duchów i tak naprawdę wraca do celtyckiego zwyczaju, straszenia się, po prostu czczenia zła.

        – Czy to jest poważne zagrożenia duchowości?

         – Otwarcie się na przestrzeń złego ducha jest zawsze niebezpieczne. Tylko że niektórzy ludzie w ogóle nie zdają sobie z tego sprawy. Na tym często zło wygrywa, że człowiek przestaje wierzyć, że ono w ogóle istnieje. Największym zwycięstwem szatana jest to, że ludzie przestali w niego wierzyć.

        Chodzi o to, żeby mieć świadomość, że zło istnieje i potrafi przyjąć taką formę, że nawet człowiek się nie zorientuje, że wszedł w relacje z tym złem. Bo szatan, pamiętajmy, jest czystym duchem, który jest inteligentniejszy od nas.

        Zobaczmy: każdy z nas grzeszy i zarazem nie chcemy do tych grzechów wracać. Jednak zły duch potrafi nas tak owinąć wokół palca i znowu do grzechu doprowadzić. Stąd po prostu nie pozwólmy odebrać sobie sacrum!

        – Skąd pomysł na Bal Wszystkich świętych? Jak to się zaczęło i czy nie jest to próba właśnie chrystianizacji pogańskiego zwyczaju?

        – Jest to na pewno próba odwrócenia pewnego obyczaju. Jednak nie ogniem i mieczem, ale przez dobro, przez ukazanie dobra. Nie chodzi o to, żeby wyskoczyć z mieczami i kijami na Halloween, żeby rozbijać dynie po kątach, nie. Św. Paweł pisze w Liście do Rzymian – „nie daj się zwyciężyć złu, ale zło dobrem zwyciężaj.” To jest najlepsza metoda.

        Idea balu zrodziła się w tej parafii, św. Maksymiliana Kolbego, kilka lat temu, bodajże już prawie cztery, kiedy postanowiliśmy stworzyć dzieciom alternatywę, żeby pokazać, jak nie dać się oderwać od swoich chrześcijańskich korzeni. Stworzyliśmy bal z myślą o najmłodszych, aby nie musieli się gdzieś szwendać po domach, ulicach, żeby nie musiały wchodzić w to całe straszenie.

         Pamiętajmy, że dziecko też ma swoją percepcję, też potrafi się bać i później może mieć koszmary.

        Co do uczestnictwa w balu, mieliśmy też kilka warunków. Przede wszystkim dzieci przychodziły ubrane w stroje pozytywne, nie przebierały się w jakieś wampirki, straszydła. Miały przyjść w strojach pozytywnych, a przede wszystkim świętych, żeby pokazać ludziom, dzieciom, że święci to jest wzór do naśladowania, to są bliscy nam bohaterowie ze względu na naszą wiarę.

        Sam fakt, że mieliśmy między 350 a 400 dzieci na balu, pokazuje, że dzieci chcą tutaj przyjść, że też rodzice chcą tutaj przyjść, po to żeby wspólnie się pobawić – w duchu wiary, który jest nam bliski, tym duchu, który nie zabiera nam sacrum.                                                

        – Bo Wszystkich świętych to jest święto radosne?

        – Tak.

        – Pomimo tego, że chodzimy na cmentarze w tym dniu, to jest się z czego cieszyć.

        – Oczywiście! Dzień Wszystkich świętych jest przede wszystkim dniem radości, bo my wielbimy Boga przez ludzi, którzy są w niebie, przez ich obecność już tam, u Niego. I z tego trzeba się cieszyć. Dzień Wszystkich świętych przypomina nam, co jest naszym celem, że naszym celem jest świętość, że naszym celem jest życie z Bogiem. Oczywiście, mamy też dzień wszystkich zmarłych, ponieważ tak długo jak pamiętamy o naszych zmarłych, tak długo jest w nas to przekonanie o życiu, które się nie kończy wraz ze śmiercią. I to jest, myślę, bardzo istotne. Dlatego dzisiaj, w dzień Wszystkich świętych, my powinniśmy się cieszyć, powinniśmy mieć niesamowitą radość z tego, że jest Niebo, że nasze życie się nie skończy wraz ze śmiercią; że śmierć jest takim momentem w życiu człowieka, które musi przejść, po to żeby później żyć z Bogiem w Niebie.

        – Że ci ludzie, których wspominamy, oni nie są na tym cmentarzu, oni są gdzie indziej.

        – Ich ciała są na cmentarzu, czekają na zmartwychwstanie wszystkich, ale oni – wierzymy – są już u Boga w Niebie. Ci imienni, których znamy, jak Maryja, Józef, męczennicy, wyznawcy, św. Maksymilian Kolbe, św. Eugeniusz de Mazenod, Matka Teresa, Jan Paweł II. Ale też jest masa bezimiennych świętych, w których sercu Bóg znalazł tyle pokory, że postanowił ich wziąć do Nieba. Musimy też o nich pamiętać, to jest święto wszystkich zbawionych, wszystkich świętych.

        – Ojcze Wojciechu, dziękuję bardzo, i czyli można zachęcić wszystkich na przyszły rok.

        – Oczywiście.

        – Żeby pamiętać o tym, że w parafii tutaj, kiedy dzieci się wyrywają na ulice, żeby chodzić z kolegami, że można również tych kolegów przyprowadzić tutaj do parafii na Bal Wszystkich świętych; i że będzie dobra zabawa, i będzie bez tych wszystkich niebezpieczeństw i zagrożeń, które się wiążą z Halloween.

        – Jak najbardziej, zapraszamy na przyszły rok. Dzieci to jest nasza przyszłość. Na ile zainwestujemy w dzieci, tak będzie wyglądała nasza przyszłość. My musimy dzieciom też przekazać miłość do sacrum. Dziecko chłonie to, co usłyszy od rodziców, w szkole, co usłyszy w parafii, w kościele. I nie chodzi o to, żeby wyjść z mieczami, z kijami i zwalczać Halloween, nie – chodzi o to, żeby dzieciom pokazać, iż to jest obce naszej kulturze, naszej wierze chrześcijańskiej.

        My nie kontemplujemy brzydoty, kontemplujemy piękno i dobro. Jeżeli idziemy np. do kina oglądać jakiś film, to czy wzruszamy się na filmach, które są ohydne, gdzie się krew leje? Nie, wzruszamy się na filmach, w których jest pokazane piękno, dobro. Mamy kontemplować dobro, mamy kontemplować Boga, który jest Najwyższym Dobrem. Przede wszystkim pokazać dzieciom sacrum. Nie róbmy kroku wstecz w naszej kulturze, a przede wszystkim w wierze. Nie cofajmy się dwa tysiące lat do czasów pogaństwa, ale żyjmy tym, co zostawił nam Chrystus. Jeśli będziemy się trzymać Jego i Ewangelii, to czy dynia będzie stała, czy nie, nic nam się nie stanie.

         – Dziękuję bardzo.