Goniec

Register Login

Wywiady

piątek, 29 styczeń 2016 00:10

Albo Trump jako kandydat Republikanów, albo fiasko...

Napisane przez

    James Kirkpatrick pracował jako oddolny organizator dla licznych konserwatywnych organizacji oraz udziela się w konserwatywnych mediach. Pracował również jako asystent w Kapitolu. Jest stałym publicystą portalu vdare.com. Pracował też z różnymi segmentami amerykańskiej prawicy – od neokonserwatystów po libertarian i tzw. nacjonalistycznych dysydentów.

    Jakie czynniki stoją za popularnością Donalda Trumpa?

    Pierwszym i najważniejszym czynnikiem jest imigracja. Jest czymś niebywałym, że Partia Republikańska wielokrotnie starała się narzucić akceptację dla amnestii imigracji [nielegalnych imigrantów – przyp. tłum.] swoim własnym wyborcom. Pomimo tego, że przeszkadzano tym procesem, nie wydaje się, żeby ktokolwiek na establishmentowej prawicy wyciągnął odpowiednie wnioski. Zamiast tego, zaczęli rozprawiać się z własnymi wyborcami, posuwając się nawet wyciszania antyimigranckich patriotów na takich konferencjach jak CPAC(Conservative Political Action Conference).
    Zostało to dostrzeżone przez ludzi na dołach i spowodowało wybuch frustracji, ale nie było nikogo w ruchu konserwatywnym, kto by asertywnie o tych kwestiach mówił. Nic dziwnego, skoro to, co ja nazywam Korporacją Konserwatyzm, jest finansowane przez tych samych darczyńców, którzy finansują takie osoby, jak Marco Rubio.

    Trump, jako ktoś spoza establishmentowej prawicy, który nie potrzebuje finansowania, ma wyjątkową swobodę w tej kwestii. Tak więc, gdy zaczął mówić o imigracji, natychmiast doły zaczęły się gromadzić wokół niego. On jest zupełnie wyjątkowy w tym zakresie. Nikt inny nie mógł tego zrobić. Establishmentowa prawica stworzyła system, który ma powstrzymać tego typu zjawiska. Lecz nie dotyczy to Trumpa.
    Drugim czynnikiem jest politycznie niepoprawny styl Trumpa. Bawi się mediami i otwarcie z nich drwi. Lewicowi aktywiści chcą uderzyć w interesy Trumpa, a on ich zwyczajnie przejeżdża niczym walec parowy. Gdy ktoś go atakuje, oddaje dwa razy mocniej. Dla konserwatystów, którzy są przyzwyczajeni widzieć, jak ich domniemani przywódcy specjalizują się w grzecznym przegrywaniu i przepraszaniu, czymś wręcz upajającym jest widzieć kogoś walecznego i odnoszącego zwycięstwa.
    Trzecim czynnikiem jest zwyczajna frustracja wynikająca z apatii republikanów i braku zmiany czegokolwiek, pomimo tego, iż kontrolują Kongres. Republikanie odnieśli ogromne zwycięstwo w ostatnich wyborach, po tym jak obiecali walczyć z amnestią Obamy [dla nielegalnych imigrantów – przyp. tłum.], a potem złożyli broń. Paul Ryan, który niegdyś był dla wielu konserwatystów postacią heroiczną, zostaje wybrany na spikera Izby Reprezentantów i pierwszą rzeczą, którą robi, jest uchwalenie ustawy finansującej wszystkie programy Obamy, lecz bez środków na płot graniczny. Wiele osób zwraca się ku Trumpowi, ponieważ nie ufa nikomu w Partii Republikańskiej, czy też w ruchu konserwatywnym. Postrzegają ów ruch jako samolubne oszustwo. I mają rację.
    Wreszcie, osoba samego Trumpa. Nigdy nie było takiej osoby jak on. Był już gwiazdą, więc media nie mogą go ignorować. Jest bogaty, więc nie mogą go odciąć. Ma bezpośredni dostęp do mediów. Od dekad utrzymuje relacje z wpływowymi ludźmi. Zasadniczo jest kimś z elity medialnej, kto się zbuntował. Elity nie wiedzą, jak z tym sobie poradzić – jego postawa traktowana jest w kategoriach zdrady własnej klasy społecznej i nienawidzą go za to, jednak nie może zostać ignorowany.
    Trump jest też jest wyjątkowo histeryczny. Jego wiece są zabawnymi widowiskami. To tak jakby oglądać mieszankę komika stand-up, kaznodzieję i generała przemawiającego do swoich żołnierzy. Charyzma jest wyjątkowo przebojowa.
    A jednak siły mu przeciwne są tak potężne, że i to może nie wystarczyć.

    Co motywuje animozje różnych grup wobec Trumpa?

    Różne grupy mają różne motywacje. Zwolennicy otwartych granic są oczywiście najłatwiejsi do wytłumaczenia. Trump jest bezpośrednim zagrożeniem dla nich nie tylko dlatego, że sprzeciwia się ich polityce, lecz dlatego, że zapalił wyborców, którzy są przez nich pogardzani, tj. białą klasę robotniczą i reaganowskich demokratów. (Grupa wyborców – zazwyczaj chodzi o białych robotników z północnych stanów zatrudnionych w przemyśle, którzy tradycyjnie głosowali na demokratów, lecz którzy poparli Ronalda Reagana w wyborach w 1980 i 1984 roku.)
    Niektóre grupy establishmentowej prawicy, np. Club for Growth [Klub na rzecz Wzrostu Gospodarczego – przyp. tłum.], nienawidzą Trumpa ze względu na jego propozycję w dziedzinie handlu i imigracji. Najlepiej patrzeć na większość Korporacji Konserwatyzm jako grupę korporacyjnych lobbystów. Dostarczają ideologicznego dressingu dla polityki taniej siły roboczej. Trump zagraża tej grupie interesów i jej donatorom, stąd chęć pozbycia się go. W pewien sposób, establishmentowa prawica jest jednym wielkim wysiłkiem na rzecz przekonania Amerykanów ze środkowych stanów do wspierania interesów donatorów z Nowego Jorku.
    Neokonserwatyści są osobną historią. Choć często są oskarżani o obsesję na punkcie Izraela, nie myślę, że akurat o to tutaj chodzi. Trumpa trudno nazwać antyizraelskim. Jest wielkim zwolennikiem państwa żydowskiego, jego córka dokonała konwersji na judaizm i wielu spośród jego bliskich zwolenników jest Żydami. Nazywanie Trumpa antysemitą byłoby szaleństwem. Trump jest również głośnym krytykiem porozumienia Obamy z Iranem i oczywiście jest zwolennikiem silnego wojska i mocnej postawy przeciwko islamskiemu terroryzmowi.
    Dlatego myślę, że animozja neokonserwatystów wobec Trumpa ma swoje inne uzasadnienia. Po pierwsze, neokonserwatyści nienawidzą Trumpa dlatego, że przedstawia Izrael jako wzór do naśladowania, gdy idzie o imigrację i budowę muru granicznego. Neokonserwatyści głoszą podwójny standard, tj. "masową imigrację dla Ameryki, żadnej imigracji dla Izraela". Nie mogą jednak do końca tego tak otwarcie powiedzieć.
    Po drugie, Trump nie da się kontrolować. Odnosi się wrażenie, że tacy oficjele, jak John McCain, Lindsey Graham, Marco Rubio, Jeb Bush i inni, są zwyczajnymi frontmenami dla innych osób, którzy realnie formułują program polityczny. Podobnie jak kiedyś uznawano za rzecz istotną kontrolowanie przez parlament angielski tego, kto zasiada w radzie królewskiej, tak obecnie neokonserwatyści są wściekli, że Trump mógłby obsadzić swoją administrację własnymi ludźmi, wycinając całkowicie neokonserwatystów poza proces rządzenia. A to dla ruchu intelektualnego, który nie ma oddolnych zwolenników i polega na swoim dostępie do władzy, byłoby śmiertelnym ciosem.
    Po trzecie, Trump nie jest wrogo nastawiony wobec Rosji. Powiedziałbym, że animozja wobec Rosji i Władimira Putina jest obecnie główną determinantą dzisiejszego neokonserwatyzmu. Rzecz jasna, nie ma powodów, dla których Rosja i Ameryka miałyby być wrogami, i wiele powodów przemawiających za silnym sojuszem. Ale rosyjsko-amerykańskie zbliżenie zagroziłoby licznym grupom interesu wewnątrz amerykańskiego systemu.
    Wreszcie, gdy idzie o innych oponentów Trumpa, myślę, że ich niechęć jest motywowana nienawiścią do jego zwolenników. Spory segment poparcia dla Trumpa pochodzi od białych reprezentantów klasy robotniczej, którzy są otwarcie pogardzani przez postępowców i konserwatystów. Są to ludzie, którzy utracili pracę z powodu albo outsourcingu, albo nielegalnej imigracji i którzy zostali swego czasu zaatakowani przez Obamę jako "przywiązani do swoich pistoletów i religii". Śp. Sam Francis określił ich mianem amerykańskich "Radykałów Środka". Teraz mają swojego rzecznika, który nie da się zastraszyć, i to doprowadza wiele osób do furii. Często zdarza się, że publikowane są szydercze eseje fotograficzne ze zwolennikami Trumpa ukazujące normalnych Amerykanów, którymi mamy jednak gardzić. Wiele z tych działań wygląda po prostu na zwykłą nienawiść do białych Amerykanów jako takich.
    Pogarda wynika również z tego, że Trump odwołuje się do Amerykanów jako Amerykanów, jako członków państwa narodowego, członków  tej samej drużyny, że tak powiem. Czarni, biali, Latynosi, Azjaci i inni, którzy popierają Trumpa, widzą siebie przede wszystkim jako Amerykanów. Trump rzeczywiście byłby w stanie uzyskać większe poparcie ze strony mniejszości kolorowych niż Mitt Romney. A w sytuacji, gdy dziennikarze i profesorowie uniwersyteccy, którzy zarabiają na życie z tytułu prowadzenia krucjaty przeciwko białemu rasizmowi, odrodzenie patriotyzmu i nacjonalizmu jawi się jako bezpośrednie zagrożenie.


    Czy Trumpa można nazwać "następcą Pata Buchanana", który operował podobną retoryką i odwoływał się do tych samych grup społecznych w swoich kampaniach prezydenckich w 1992, 1996 i 2000 roku?

    Jest to zasadne porównanie, ale są istotne różnice. Po pierwsze, Buchanan zebrał wokół siebie religijną prawicę, Trump zaś nie prowadzi krucjaty przeciwko aborcji i nie jest do końca jakimś szczególnym oponentem praw dla homoseksualistów. Po drugie, Trump nie jest znany jako przeciwnik Izraela, podczas gdy Buchanan głośno kwestionował wpływ Izraela na amerykańską politykę zagraniczną. Po trzecie, Buchanan wywodził się z oficjalnego ruchu konserwatywnego i był członkiem administracji Reagana. Trump jest prawdziwym człowiekiem z zewnątrz. Nie mogą się go pozbyć. Gdy idzie o handel z zagranicą, jednak Trump jest jak najbardziej następcą Buchanana.
    
 

   Na podstawie samej jego popularności i wyników w sondażach, czy Trump ma realną szansę na zdobycie nominacji republikańskiej?

    Tak. Prowadzi w krajowych sondażach, ma dobre notowania w Iowa i prowadzi w New Hampshire i w większości innych stanów. Jednak istnieje dla niego zagrożenie. Jego narracja zależy od ciągłych zwycięstw w prawyborach, więc potrzebuje przynajmniej silnego drugiego miejsca w Iowa, gdyż nawet niewielka porażka mogłaby mu zaszkodzić.
    Zwycięstwo w New Hampshire, z mojego punktu widzenia, jest dla niego absolutnie konieczne. Establishment jest podzielony i nie zanosi się na to, aby Cruz tam wygrał. Jeśli przegra zarówno w Iowa, jak i New Hampshire, Trump będzie miał poważny problem, a jeśli przegra w Południowej Karolinie, to już po nim. Natomiast jeśli wygra w New Hampshire, nadal będzie faworytem i z rozmachem ruszy na Południową Karolinę. Jeśli Trump zdobędzie i Iowa, i New Hampshire, będzie rzeczą niemalże niemożliwą, aby ktokolwiek go powstrzymał. Establishment musiałby się zjednoczyć wokół jednego kandydata (najprawdopodobniej Rubio), ale obecnie, nadal skaczą sobie do gardeł.
    

    W przypadku ustawienia gry przeciwko Trumpowi przez republikański establishment, czy mógłby wystartować jako trzecia siła w tegorocznym wyścigu? Czy byłby w stanie trwale naruszyć system dwupartyjny w Ameryce?

    Zobowiązał się, że tego nie zrobi, ale jeśli ustawią grę przeciwko niemu, może to rozważyć. Ale nie myślę, że doprowadziłoby to do powstania trzeciej partii na naszej scenie politycznej, choć on sam mógłby uzyskać wiele głosów w tym jednym wyścigu wyborczym.
    Trump jest pojedynczym zjawiskiem. Ma bezpośredni dostęp do mediów, gdyż był telewizyjną gwiazdą i biznesmenem-celebrytą. Posiada majątek, który może wydać na własną kampanię. Nie ma ideologii, ale ma pewien styl i charyzmę, które zdobywają serca. Jeśli Trump upadnie, ruch, który powstał wokół niego, upadnie wraz z nim. To nie Front Narodowy ani UKIP.
    Albo Trump jako kandydat republikanów, albo fiasko.
    Gdyby próbował swoich sił z trzecią partią, skończyłby tak samo jak Partia Reform – ideologicznie zdezorientowana i bez przywódcy, poza jedną osobistością. Skoro Buchanan nie był w stanie przekształcić Partii Reform w dobie po Ross Perocie w trzecią siłę w 2000 roku, nie widzę za bardzo, jak Trumpowi miałoby się to udać. Jeśli Trump przegra, myślę, że priorytetem dla niego będzie powrót do Trump Tower i naprawienie szkód wyrządzonych jego interesom.
    

    Jak "weteran i uciekinier" z establishmentu i Korporacji Konserwatyzm spogląda na obecne tumulty trapiące Stary Kontynent?

    Z wielką nadzieją. Zawsze żywiłem większą nadzieję w stosunku do Europy niż do Ameryki (przynajmniej do czasu pojawienia się Trumpa). Potrzebujemy partii, które są populistyczne  (W kontekście anglosaskim, populizm niekoniecznie musi mieć negatywne konotacje w kulturze politycznej i debacie publicznej. Często mianem populistycznego określa się program lub ruch, który opowiada się po stronie "zwykłego człowieka". Populizm w takim rozumieniu zazwyczaj łączy elementy prawicowe i lewicowe, przeciwstawiając się wielkiemu kapitałowi, jak również stronnictwom socjalistycznym, wykorzystując raczej narzędzia reformy niż gwałtownej rewolucji. Populizm skłania się ku postawie antydemokratycznej, choć nie zawsze), odwołują się do środowisk robotniczych i eksponują twarde stanowiska nt. imigracji i spraw kulturowych w celu uratowania Zachodu. Bóg wie, że nie dokonają tego amerykańscy konserwatyści.
    Prowadzenie walki w Ameryce jest nieco utrudnione, gdyż, jak wspomniałem wcześniej, ruch konserwatywny jest wytworem pieniędzy i klasa darczyńców nie ma nic do uzyskania od populistycznego, patriotycznego ruchu. Co więcej, amerykański konserwatyzm obecnie jest tak blisko powiązany z klasycznym liberalizmem, że populizm w kwestiach handlu i gospodarki byłby obsmarowany jako "socjalizm" i mielibyśmy wolnorynkowych lobbystów prowadzących kampanię reklamową przeciwko niemu. O ile istnieje prawdziwie zorganizowany ruch oddolny na prawicy, są nim religijni konserwatyści, którzy głównie zajmują się wspieraniem Izraela i walką z aborcją. Większość przywódców tzw. religijnej prawicy, de facto wspiera masową imigrację. Istnieje również dziwny amerykański tik, który trudno jest wytłumaczyć obcym. Amerykańscy konserwatyści wierzą w ową absurdalną, optymistyczną wyjątkowość, gdzie zawsze "wszystko się ułoży", niezależnie od okoliczności. Wielu amerykańskich konserwatystów jest również przywiązanych do idei, iż nie istnieje żadna prawdziwa amerykańska tożsamość kulturowa, że jesteśmy "narodem propozycyjnym" oddanym "wolności" i "swobodzie" i innym abstrakcjom. Tak więc podnoszenie takich kwestii, jak zmiany demograficzne, jest widziane jako coś w złym guście i pozapatriotyczne, nawet jeśli ma owo zjawisko realne wyborcze i kulturowe konsekwencje (jak w Kalifornii). Amerykański ruch konserwatywny ma potężne zabezpieczenia wbudowane w siebie, aby powstrzymać rozrost ruchu przypominającego francuski Front Narodowy. Jedyną nadzieją na obecną chwilę jest Trump ex machina. I proszę mi wierzyć, waszyngtońscy konserwatyści szczerze go nienawidzą, poza takimi dysydentami jak ja i moi przyjaciele.

 

    W kontekście wspomnianego kryzysu, jak Pan ocenia postacie Władimira Putina i Viktora Orbana?

    Oczywiście, popieram Putina i Orbana oraz postrzegam ich jako rozważnych mężów stanu w porównaniu z takimi katastrofami jak Merkel. Zapewne nie żywią nienawiści do własnych narodów, jak nasi przywódcy. Istnieją jednak pewne problemy. Zarówno Putin, jak i Orban przywiązani są do tego małostkowego nacjonalizmu, który może być bardzo destrukcyjny w sytuacji kryzysu w skali cywilizacyjnej. Ciężko będzie utworzyć wspólny front przeciwko destrukcji Zachodu, gdy Putin wzbudza strach we wschodniej Europie. Zapewne, gdybym był Polakiem, albo Litwinem lub Finem, miałbym inne odczucia wobec Rosji. Rozumiem, dlaczego Putin postępuje tak, jak postępuje. Przebywałem nawet w Doniecku i przeprowadziłem wywiad z prorosyjskimi bojownikami. Lecz trzeba zauważyć, że kolejny konflikt w Europie byłby ostatecznym gwoździem do trumny dla naszej cywilizacji. Mając to na względzie, uważam, że większość winy za powstałe napięcia leży po stronie rządu Stanów Zjednoczonych. Putin wykazał się wielką powściągliwością po zestrzeleniu rosyjskiego bombowca przez Turcję.
    Istnieje tendencja wśród amerykańskich konserwatystów do określania ich obu – Putina i Orbana – mianem "niedemokratycznych", czy nawet "zbirów". Proszę jednak zrozumieć, że amerykańscy konserwatyści nie są świadomi, jaka polityczna represja istnieje w zachodniej Europie, gdzie nie ma prawa do wolności słowa. Mamy również do czynienia z tendencją obkładania normatywnymi pojęciami wszelkich konfliktów na polu polityki zagranicznej. I tak Rosja nie może nam się przeciwstawiać li tylko z powodu różnicy interesów, lecz dlatego, że Putin jest "dyktatorem" i "bandytą".
    Uważam, że na wiele sposobów Węgry i Rosja są bardziej wolne niż Stany Zjednoczone. W obu krajach można określić polityczne centrum grawitacji. Można bardziej otwarcie dyskutować nt. istotnych kwestii bez groźby bycia zwolnionym z pracy lub fizycznie zaatakowanym. Te kraje nie są sterowane przez sojusz nadzorującej władzy, lewicowych grup litygacyjnego nacisku i histeryzujących mediów. Wolałbym być rządzony przez jednego "autorytarystę", który mógłby zostać zastąpiony, niż przez system, który wydaje się trzymać władzę niezależnie od tego, kto jest w Kongresie czy w Białym Domu.
    Powiem jeszcze, że my, amerykańscy prawicowcy, zazdrościmy Polsce tak bardzo! W imię wszystkiego, co święte, nie pozwólcie im zrobić z Polski tego, co zrobili z nami. Donald J. Trump może być naszą ostatnią szansą. I szczerze wierzę, że jeśli nie on, to nikt.
    
     Dziękuję za rozmowę.

    Zaczęło się od podróży przez ocean sześciu polskich oblatów, którzy w 1841 roku po trzymiesięcznym żeglowaniu dotarli z Francji do Manitoby. Było ich tylko sześciu: czterech księży i dwóch braci zakonnych. Zgromadzenie oblatów istniało wówczas  w Europie dopiero 15 lat i liczyło zaledwie kilkudziesięciu członków. Nie minęło 10 lat, a nasi  bracia nie tylko objęli opieką parafie w Kanadzie, ale rozpoczęli nawracanie Indian od Oka po Fort Albany, dotarli do traperów od Labradoru do Kingston. Ich glebą – jak pięknie powiedział arcybiskup Winnipegu, Adam Exner – były ugory ludzkich serc, często stwardniałych w walce o przetrwanie, gdy nowa ziemia nie okazała się Ziemią Obiecaną. Pokonywali setki kilometrów pieszo, konno, na canoe, grzęźli w nieprzebytych śniegach Północy, nieśli Słowo Boże, otuchę i oświatę…                                                 

    W latach trzydziestych XX wieku  jednym z nich był o. Leon Mokwa OMI, rodem z Pomorza, który  misję oblatów pełnił przez pół wieku wśród Indian na dalekiej północy Kanady,  za kręgiem polarnym, nad Wielkim Jeziorem Niewolniczym, w Fort Resolution... Wywiad z tym niezwykłym oblatem, który wśród Indian spędził 50 lat,  poczynając od 1935  roku, gdy ci Indianie żyli jeszcze na łonie natury – przeprowadziłam w 1991 roku:

"Nad Wielką Wodą Niewolników" – rozmowa z o. Leonem Mokwą OMI  z 1991 r.

    Krystyna Starczak-Kozłowska: Kiedy w 1935 roku rozpoczął Ojciec pracę misyjną wśród Indian na dalekiej północy Kanady, w Fort Resolution nad Wielkim Jeziorem Niewolniczym, za kręgiem polarnym – nie było tam jeszcze  nie tylko elektryczności, ale i zapałek?

    O. Leon Mokwa OMI: Tak. Indianie używali hubki i krzesiwa, nosili przy sobie puch i korę z drzew. Śnieg odgarniali rakietami (nartami) do gruntu, metr i więcej, układali gałązki ze świerka i palił się ogienek… Można było zagotować wodę ze śniegu na herbatę, barszczyk z wody i mąki, a maleńki chlebek kładło się obok ognia…

"Nie jest ważne dla nich, jaka jest droga, bo droga jest w życiu różna, ale ważne, że dotarłeś, jesteś na miejscu, jesteś cały, a reszta twojego doświadczenia to jest twoje życie, twoja mądrość."

Wiesław Krótki OMI, ur. 12 czerwca 1964 w Istebnej, jest biskupem diecezji Churchill-Zatoka Hudsona od 2013 roku.

Dzieciństwo spędził w Jaworzynce. W 1979 roku wstąpił do Niższego Seminarium Duchownego Zgromadzenia Misjonarzy Oblatów w Markowicach. 7 września 1983 roku został przyjęty do nowicjatu tego zgromadzenia w Kodniu, a 8 września 1988 roku złożył pierwsze śluby zakonne. W latach 1985–1990 studiował w Wyższym Seminarium Duchownym Misjonarzy Oblatów w Obrze. 19 czerwca 1990 roku otrzymał święcenia kapłańskie.

W 1990 roku wyjechał na misję do Nunavutu w Kanadzie. Pracował duszpastersko wśród Eskimosów nad Zatoką Hudsona. Pełnił funkcję proboszcza parafii św. Stefana w Igloolik, jednej z najstarszych misji katolickich na tym terenie. Obsługiwał stamtąd pięć innych placówek duszpasterskich na Ziemi Baffina: Hall Beach, Sanerajak, Iqaluit, Pond Inlet, Nanisivik i Arctic Bay.

16 lutego 2013 roku papież Benedykt XVI mianował go ordynariuszem diecezji Churchill-Zatoka Hudsona. Sakrę biskupią przyjął 30 maja 2013 roku z rąk swojego poprzednika, bp. Reynalda Rouleau. (za Wikipedia)


Andrzej Kumor: Ojcze Biskupie, jak wygląda życie diecezji na Dalekiej Północy? Jak tam księża funkcjonują?

Biskup Wiesław Krótki: Życie diecezji polega w 90 procentach na zasadach życia ludzi, którzy się tam urodzili, Inuitów, dlatego że oni mają swój czas, oni mają swoje potrzeby, oni mają swoje wartości.

Człowiek przychodzący z innej części świata, z inną kulturą, wchodzi w ich kulturę, ale ciągnie za sobą ładunek swojego przeżycia, swojego doświadczenia i jest przekonany, że to, co on wie, jest dobre, właściwe i tak trzeba robić w życiu. Myśli, że tym wszystkim zbawi świat i każdego człowieka.

Andrzej Kumor: Proszę Księdza, może zaczniemy tak jak zwykle, od stosunków ze Wschodem, od Kresów. I tutaj żyją ludzie, którzy z tamtymi ziemiami są związani, więc zapytam, jak, według Księdza, miałyby te stosunki wyglądać w świetle dzisiejszych wydarzeń na Ukrainie, bo wydaje się, że ta Ukraina budowana jest w oparciu o ideologię nacjonalizmu banderowskiego? Czy można to w jakikolwiek sposób zmienić, a jeśli tak, to jakich mechanizmów politycznych Polska powinna używać na Kresach w zgodzie z polskim interesem?

Ksiądz Tadeusz Isakowicz-Zaleski: Przede wszystkim trzeba powiedzieć, że sytuacja na Ukrainie gwałtownie się zmienia, co chwila się pojawiają nowe wydarzenia, więc jest to bardzo dynamiczne i niestety, niepokojące. Dwa lata temu doszło do Majdanu, czyli do protestów społeczeństwa przeciwko ówczesnej władzy, która była władzą skorumpowaną całkowicie, niedbającą o interes obywateli. Doszło do bardzo tragicznych wydarzeń na Majdanie, zginęli ludzie, natomiast były wielkie nadzieje. No i niestety z przykrością trzeba powiedzieć, że wiele tych spraw nie tylko, że nie zostało zrealizowanych, ale idzie w odwrotnym kierunku.

Przede wszystkim Majdan był przeciwko oligarchom. Trzeba jasno wyjaśnić, kto to są oligarchowie. To są aferzyści gospodarczy, którzy dorobili się gigantycznych majątków – już nie milionów, a miliardów dolarów, którzy mają ogromne ambicje polityczne, no i którzy po prostu rządzą Ukrainą jak dawno temu królowie feudalni. Został obalony Janukowycz, natomiast w jego miejsce weszli inni.

czwartek, 26 listopad 2015 22:28

Odwaga i ufność Bogu - 200-lecie zakonu oblatów

Napisane przez

Rozmowa z Prowincjałem Misjonarzy Oblatów Maryi Niepokalanej prowincji Wniebowzięcia w Kanadzie o. Marianem Gilem.

Andrzej Kumor: Proszę Ojca, dwieście lat obecności oblatów w Kanadzie to dłużej niż sama konfederacja kanadyjska trwa, dłużej niż państwo kanadyjskie...

Ojciec Marian Gil OMI: Nie jest to 200 lat oblatów w Kanadzie, jest to dwusetna rocznica powstania naszego zgromadzenia, misjonarzy oblatów, chociaż muszę powiedzieć, że pan Andrzej niedaleko jest prawdy, bo w 1841 r. oblaci przybyli do Kanady i w przyszłym roku to będzie, policzmy szybciuteńko, 175 lat obecności oblatów w Kanadzie, a 200 lat od powstania zgromadzenia zakonnego.

– Z czym bracia przyjechali na te puste, olbrzymie tereny, z jaką misją?

– 1841 rok, pięciu oblatów przybywa do Kanady. W jakich okolicznościach i dlaczego?

Otóż biskup Montrealu przybywa do Marsylii – dowiedział się, że jest tam taki biskup Eugeniusz, że ma zgromadzenie zakonne, niewielkie, ale pałają wielkim entuzjazmem i żarem ewangelicznym. I mu powiedzieli: jeżeli powiesz Eugeniuszowi, że potrzeba odważnych misjonarzy, że są ubodzy, że są potrzebujący, to na pewno cię wysłucha i pośle misjonarzy. I tak też się stało. Oblatów w tym czasie na świecie nie było wielu, to było młode zgromadzenie, które powstało – tak jak powiedziałem – w 1816 roku. Było w tym czasie około 40 ojców i 5 braci i z tej małej grupki Eugeniusz decyduje się posłać 5 misjonarzy do Kanady.

czwartek, 19 listopad 2015 23:52

Pan Nikt dla "Gońca": Tworzymy front wolnych Polaków...

Napisane przez

Andrzej Kumor: Bardzo nam miło, że Pan publikuje na łamach "Gońca". Pisze pan bardzo emocjonalnie, o sytuacji w Polsce, ale w tym wszystkim czuć niesamowity ból i przygnębienie. Skąd te niesamowite emocje?

Pan Nikt: Powodów jest kilka. To, że publikuję w emigracyjnym tygodniku kanadyjskim, świadczy o poziomie otwartości mediów lokalnych na tego typu głosy, na tego typu mówienie o sytuacji w Polsce, o sytuacji geopolitycznej. Wiem, że dzisiaj, w dobie Internetu, można by publikować na różnego rodzaju łamach tzw. antysystemowych, ale jestem przywiązany do kilku rzeczy. Na przykład do prasy drukowanej– a "Goniec" jest drukowany. Po drugie, wydaje mi się, że jeśli mój skromny głos może być gdzieś słyszany, to może być słyszany przede wszystkim na emigracji, która, w mojej ocenie, jest tą najbardziej świadomą częścią społeczeństwa.

Andrzej Kumor: Nie kandydowałeś w tych wyborach do Sejmu. Czym jest teraz Ruch Narodowy? Czy istnieje Ruch Narodowy?

Marian Kowalski: Pewnie istnieje, bo ma kilku posłów u Kukiza, ale odbiło się to na klimacie w środowisku, bo jednak to nie tak miało być, że będziemy się ukrywać u jakiegoś Kukiza, byle wejść do Sejmu. Ja nie jestem zwolennikiem zwijania sztandarów.

Uważam, że lepiej było zawalczyć przynajmniej o trzy procent i mieć tę subwencję na działalność, ale działać pod własnym szyldem, nawet poza parlamentem. W sytuacji obecnej koledzy są posłami, ale nie mają wielkiej możliwości wygłaszania swoich opinii, bo są tam, że tak powiem, w pewnym reżimie klubu parlamentarnego.

No i nie mogą mieć jakiejś niezależności finansowej, która – co tu dużo ukrywać – dla naszego środowiska jest bardzo ważna. Widzę zresztą po tym, że jestem zapraszany do różnych miejsc w Polsce i za granicą na spotkania, że nasi koledzy i koleżanki nie są zadowoleni z tego sukcesu tak zwanego parlamentarnego i oczekują jakiejś nowej oferty. I tą ofertą, według mnie, jest powrót do korzeni Ruchu Narodowego, czyli konsolidacja lokalnych środowisk kierowanych przez lokalnych liderów, których zweryfikowało życie, i dopiero w ten sposób budowanie struktury wyższej. Jeżeli będzie wola nadania tej strukturze jakiejś formy, to będzie taka forma z woli działaczy.

Natomiast widzę, że ta koncepcja szefostwa Ruchu, zwłaszcza Roberta Winnickiego, pozbywania się rywali, doprowadziła go do całkowitego zwasalizowania wobec Kukiza. No i tyle.

Andrzej Kumor: Panie profesorze, spotykamy się w Kanadzie. Kanada postrzega siebie jako sukces multi-kulti. Jak pana oczami wygląda wielokulturowość kanadyjska?

Prof. dr hab. Mieczysław Ryba: W Kanadzie jestem tylko od kilku dni, natomiast trzeba zasadniczą różnicę wskazać między Ameryką szeroko rozumianą a Europą. Jeśli bierzemy pod uwagę tzw. współżycie różnych narodów i mniejszości narodowych, pamiętajmy, że tu w jakimś sensie tutaj wszyscy są gośćmi, w porównaniu z Europą, gdzie mamy nie tylko do czynienia z narodami od średniowiecza, ale mamy też do czynienia ze starożytnymi kulturami typu antyczne, takie jak rzymska czy grecka, które stoją u fundamentu całej kultury europejskiej, również tych poszczególnych narodów. Więc tutaj wydaje się, że wszyscy jakoś czują się gośćmi. Nawet jeśli są od tych kilku pokoleń, to ta tożsamość, czyli głębia rozumienia tego, kim się jest w sensie kulturowym, czyli w sensie narodowym zarazem, jest o wiele niższa, płytsza.

Trzeba by rozróżnić, moim zdaniem, to pojęcie multikulturalizmu i pojęcie wielokulturowości. Wiele kultur zawsze istniało na kontynencie europejskim i nie tylko, wiele też narodów. To jest rzecz dosyć naturalna, czasem nawet na jednym terytorium jakoś koło siebie te narody żyły. Natomiast multikulturalizm polega na tym, że stara się na danym obszarze czy w danym państwie zjednoczyć niby te narody, przy czym na zasadzie relatywizmu kompletnego, a to ostatecznie musi prowadzić do takiego młyna, który te kultury rozbija w ich najbardziej elementarnych, fundamentalnych podstawach. Bo jeżeli weźmiemy czynnik religijny, czynnik etyczny itd., to praktycznie to wszystko się sypie i tworzy się takie akwarium różnych tych kultur, tworzy się coś w rodzaju zupy rybnej, taka mieszanina.

To się nie za bardzo daje zjeść ani żyć w sensie duchowym, czyli kulturowym.

Trudno mi powiedzieć, jak to wygląda w Kanadzie, ponieważ ja tutaj będąc, jestem wśród Polonii, i widzę, że Polacy żyją kulturą narodową polską, a żyć kulturą narodową polską na emigracji to zasadniczo żyć przy kościele.

Thomas FlemingProf. Thomas Fleming – katolicki tradycjonalista i paleokonserwatywny myśliciel, były przewodniczący Rockford Institute, redaktor "Chronicles: A Magazine of American Culture". Autor sześciu książek.

Po ośmiu latach prezydentury Baracka Obamy, jakim krajem są Stany Zjednoczone?

Gdy Barack Obama został wybrany na prezydenta, reakcje były podzielone w zależności od afiliacji partyjnej. Demokraci, szczególnie ci, którzy należeli do mniejszości etnicznych, oczekiwali natychmiastowego polepszenia ich warunków życia i szybkiej możliwości rozwoju. Oczekiwali również rychłego zakończenia militarnego awanturnictwa, które charakteryzowało prezydenturę jego poprzednika. Republikanie, przeciwnie, obawiali się wyższych podatków, które w połączeniu z socjalistycznymi propozycjami Obamy, doprowadziłyby do gospodarczej stagnacji i utraty szansy życiowego rozwoju. Jak się okazało, demokraci całkowicie się mylili, a republikanie byli zbyt optymistyczni. Czarni i latynoscy wyborcy nie uzyskali niczego poza większym oburzeniem, amerykańscy żołnierze nadal walczą w Afganistanie, a zainicjowana przez Amerykę "arabska wiosna" spowodowała nieopisane zniszczenia w Afryce Północnej i na Bliskim Wschodzie. Częściowe uzdrowienie gospodarcze jest powolne i niezadowalające, a klasa średnia wiąże teraz swoje nadzieje z wyborem republikanina na prezydenta, który najprawdopodobniej nie zrobi nic, aby cofnąć rewolucję, która przetoczyła się przez kraj przez ostatnie 8 lat. Ameryka jest obecnie krajem, gdzie obywatele – szczególnie ci z Południa i chrześcijanie – są zobligowani nienawidzić swojej historii i tożsamości.

Andrzej Kumor: Chciałbym na początek zapytać o służby specjalne, bo często są one w Polsce demonizowane, ale przecież bez służb specjalnych państwo nie może funkcjonować. Stąd pytanie, jak odbudować polskie służby, gdy w obecnej sytuacji nie wiadomo, kto dla kogo pracuje, nie wiadomo, kto komu zakłada podsłuchy, kiedy wychodzą jakieś afery, które są na sznurkach przez kogoś prowadzone, jak zapewnić osłonę kontrwywiadowczą kontraktów zawieranych przez państwo polskie, co zrobić, żebyśmy mieli kontrwywiad i wiedzieli, kto jest kto; jak zbudować własną agenturę, wywiad w takiej sytuacji?

Antoni Macierewicz: Najpierw, dziękując za to spotkanie i możliwość rozmowy, chciałbym przedstawić pana Marcina Gugulskiego, który jest nie tylko moim wieloletnim współpracownikiem – jeszcze z harcerstwa, a później z akcji pomocy robotnikom w 76 roku – ale jeżeli mówimy o tematyce, którą pan poruszył, był wieloletnim pracownikiem służby kontrwywiadu wojskowego i członkiem Komisji Weryfikacyjnej WSI. Ma w tej kwestii naprawdę wieloletnie doświadczenie i jest uważany, i słusznie, za jednego z lepszych analityków służb specjalnych, bo tym się zawodowo zajmuje.

Nie ma krótkiej odpowiedzi na pana pytanie, dlatego że pan zapytał o olbrzymi problem, który jest problemem wszystkich państw, które były kiedyś częścią imperium sowieckiego. Z drugiej strony, jest to problem, na którego odpowiedź została już przez nas swego czasu dana i ona okazała się odpowiedzią właściwą.