Goniec

Register Login

Wywiady

sobota, 11 lipiec 2015 09:13

Czekać do wyjaśnienia sprawy

Napisał

Poseł Lizoń o nowym kwestionariuszu emerytalnym

Andrzej Kumor: Panie Pośle, zaalarmowali nas Czytelnicy, że od kilku miesięcy Zakład Ubezpieczeń Społecznych z Polski przesyła do osób, które mieszkają w Kanadzie, tzw. kwestionariusz dla nierezydenta.
W tym kwestionariuszu są różne pytania, m.in. konieczność podania tutejszego numeru ubezpieczenia społecznego SIN. Część osób ma do tego zastrzeżenia, m.in. dlatego, że numer SIN jest jednym z najważniejszych naszych numerów, wszyscy nas ostrzegają przed ujawnianiem go. To jest jedna sprawa. A druga, na jakiej podstawie polskie władze, które dysponują przecież wszystkimi informacjami o danej osobie, bo ta osoba otrzymuje emeryturę, rentę czy inne świadczenia, żądają tego rodzaju informacji?


Władysław Lizoń: Dowiedziałem się o tym w zeszłym tygodniu. Otrzymałem telefony od paru osób. Poprosiłem o przyniesienie mi kopii tej formy, którą przesyła ZUS.
U mnie też powstały wątpliwości co do tego, czy działanie ZUS-u, podpierające się rozporządzeniem ministra finansów w Polsce z bodajże 23 stycznia, czy to rozporządzenie jest podstawą do tego, żeby tej informacji żądać. Ja mam wątpliwości, więc radzę, aby zaczekać, aż sprawę wyjaśnimy.
Zwróciłem się w tej chwili do naszej kanadyjskiej ambasady w Warszawie, podając im informacje, prosząc o wyjaśnienie sprawy, i do Ministerstwa Skarbu Kanady.
Dlaczego mam wątpliwości? Bo nie bardzo rozumiem, z jakiego względu polskie władze żądają ujawnienia tego numeru.
Rozporządzenie polskiego ministra finansów nie ma mocy prawnej w tym kraju i informacje, o które ZUS pyta, powołując się na rozporządzenie ministra, jest to żądanie podania informacji o dokumencie, który jest wydawany przez władze kanadyjskie.
Poczytałem sobie umowę, którą Polska z Kanadą podpisała 2012 roku o unikaniu podwójnego opodatkowania. Ta umowa weszła w życie 1 stycznia zeszłego roku, 2014, i artykuł 24 mówi o wymianie informacji. I mówi tutaj bardzo wyraźnie, że właściwe organy umawiających się państw będą wymieniały takie informacje, które mogą mieć istotne znaczenie dla stosowania postanowień niniejszej konwencji albo do wykonania i wdrażania wewnętrznego ustawodawstwa umawiających się państw dotyczących podatków bez względu na ich rodzaj i nazwę nałożonych przez umawiające się państwa w zakresie, w jakiej opodatkowanie to nie jest sprzeczne z niniejszą konwencją.
Wymiana informacji nie jest ograniczona postanowieniami pierwszych artykułów. W każdym razie mówi się tu, że właściwe organy umawiających się państw. Sprawdziłem, na początku umowy te organy się wymienia, więc tymi właściwymi organami ze strony Polski jest Ministerstwo Finansów, a ze strony Kanady jest ministerstwo skarbu, czyli ministerstwo National Revenue. Czyli ta wymiana informacji powinna, według umowy, następować na szczeblu tych ministerstw, a nie bezpośrednio.

piątek, 10 lipiec 2015 22:38

Danuta Nitoń wygrała wśród artystów!

Napisane przez

PAN AM 2015

Rozmawiam ze znaną w środowisku artystycznym artystką malarką i grafikiem, panią Danutą Nitoń.

Aleksander Siwiak: Pani Danusiu, nie tak dawno odniosła pani spektakularny sukces, wygrywając konkurs na rzeźbę-maskotkę, symbol identyfikujący miasto Hamilton z rozgrywanymi igrzyskami panamerykańskimi, a ściślej z piłką nożną, bowiem ta konkurencja będzie rozgrywana w całości w naszym mieście. Nie jestem pewien, czy określiłem ten projekt artystyczny profesjonalnie... pani zrobi to zapewne lepiej!


Danuta Nitoń: Małe sprostowanie, nie wygrałam całego konkursu, ale znalazłam się w gronie czterech artystów, których projekty zostały wybrane, a dotyczyły artystycznego ozdobienia czterech piłek nożnych wykonanych z aluminium, z których to każda umieszczona jest na specjalnej konstrukcji metalowej. Konkurs został ogłoszony w lutym br. W marcu minął termin nadsyłania propozycji i aplikacji, a na początku kwietnia ogłoszono zwycięzców. Termin wykonania prac wyznaczono na koniec maja br. Wszystko więc odbywało się w bardzo szybkim tempie, ale to pewnie dlatego, że Hamilton Downtown BIA (Business Improvement Area) czekało na wykończenie czterech aluminiowych piłek, które wykonane zostały przez firmę z Dundas, Hamilton Scenic Specialities. Firma ta zajmuje się produkcją na zamówienie wielu akcesoriów i rekwizytów do filmów, teatrów et cetera. Średnica każdej piłki wynosi 35" (ponad metr) i jest ona (piłka) osadzona na piedestale wysokości 3,5 stopy. Tak że całość sięga ponad 5 stóp wysokości.
Ucieszyłam się bardzo, kiedy otrzymałam telefonicznie wiadomość o tym, że moja piłka będzie jedną z czterech umieszczonych w centrum Hamilton i oglądana przez tysiące turystów i przechodniów, jakby nie było, to dla artysty jest zaszczyt, kiedy jego projekt jest wybrany na tak wielką okazję jak igrzyska panamerykańskie.

Danuta Skalska (ur. 25 czerwca 1945 we Lwowie) – polska dziennikarka i redaktorka, działaczka samorządowa i społeczna.

W Polskim Radiu Katowice prowadzi audycję "Lwowska Fala". Jest prezesem bytomskiego oddziału Towarzystwa Miłośników Lwowa. Była radną Bytomia. W 2004 roku w rankingu "Dziennika Zachodniego" została uznana za jedną ze stu najbardziej znanych kobiet na Śląsku. Jest autorką książki "Mózg na ścierce czyli dwa łyki Ameryki" i spektaklu teatralnego przedstawiającego problemy polskiej emigracji; napisała kilka scenariuszy dla prezentowanych w TVP programów o tematyce kresowej i programów lwowskiego kabaretu Pacałycha.

Była współinicjatorką powołania Społecznego Ruchu im. Lecha Kaczyńskiego. Jest organizatorką Światowych Zjazdów Kresowian na Jasnej Górze, prelekcji i spotkań z przedstawicielami środowisk kresowych z kraju i zagranicy w Bytomskim Centrum Kresowym.


Maria Pyż: Moje ulubione pytanie – kiedy wreszcie zawitasz do Lwowa?

Danuta Skalska: Mam nadzieję, że to będzie już tego lata. Wybieramy się na taką wyprawę, ale na razie o tym nie będziemy mówić. Bliższa jest sprawa, która już niezadługo będzie miała miejsce u nas na Jasnej Górze – XXI Światowy Zjazd i pielgrzymka Kresowian. Zapraszam i informuję wszystkich, i tych którzy nie mogą, aby w ten dzień duchowo łączyli się z nami modlitwą, w ten szczególny dzień, gdy się zjeżdżają Kresowianie z kraju i ze świata, ci którzy mogą. Rozumiem, że jest nas coraz mniej, bo wymierają tamte roczniki, ale przyjeżdżają dzieci, wnuki. Co najważniejsze, Kresy i Kresowianie, Polacy mają ciągle sympatyków wielu.

Ja z prawdziwą radością i satysfakcją mogę to podkreślić. Właśnie poprzez słuchanie "Lwowskiej Fali" Polacy, którzy nigdy nie mieli nic do czynienia z Kresami, czują się duchowo z nami związani, Polacy, którzy uważają, że wszyscy jesteśmy po trochę z Kresów. To ogromnie raduje. W ubiegłym roku było około 1,5 tys. ludzi. Ja mam nadzieje, że w tym roku też nie będzie mniej.


Andrzej Kumor: Witam ponownie w Kanadzie. Jesteś już politykiem o wiele bardziej doświadczonym niż poprzednio, kilka kampanii... Powiedz, jak oceniasz swoją kampanię prezydencką?

Marian Kowalski: No cóż, w ramach tych środków finansowych, w związku z tym zdolności organizacyjnych, i rozkazów wydanych urzędnikom propagandy, czyli mediom, no to zrobiliśmy, co się dało. Ja i moi koledzy i koleżanki z Ruchu Narodowego, nasi sympatycy, to na co nas było stać, na co nam pozwolono, no to zrobiliśmy. Tutaj mamy przynajmniej doświadczenie organizacyjne jakieś osobiste.

W ramach tej kampanii okazało się, na ile osób możemy naprawdę liczyć jako działaczy, na ilu wyborców. Z jednej strony, można powiedzieć, że jest ich niewielu, ale z drugiej strony, widzimy, że sama idea Marszu Niepodległości, ta od pięciu lat realizowana przez nasze środowisko, te hasła dały wspólny wynik tak zwanym antysystemowym kandydatom, którzy wszyscy byli swego czasu na Marszu Niepodległości i wielu z nich nasze hasła puściło w eter w tej kampanii. Nie mam pretensji, że sobie je przywłaszczyli, niech to zadziała, ale niech będzie skuteczne. I się okazuje, że to jest jakiś temat do kontynuowania i my to będziemy robić.

Andrzej Kumor: Pana firma Transduction obchodzi czterdziestolecie, wielki, piękny jubileusz. Firma, którą kiedyś Pana przeciwnicy, gdy kandydował Pan na prezydenta Polski, określali jako zakład elektromechaniczny, sugerując, że Pan jest człowiekiem, który naprawia telewizory, ta firma właśnie pozwoliła Panu wejść do polskiej polityki. Pana sukces w tej dziedzinie o mały włos nie spowodował, że zostałby Pan prezydentem naszego kraju. Pierwsze pytanie się więc samo narzuca – jak to się robi? Jak emigrant, który przyjeżdża do Kanady bez pieniędzy, jest w stanie osiągnąć taki sukces?

 

Stanisław Tymiński: To była trudna droga, ale udało się w tym sensie, że przez 40 lat od chwili rejestracji firmy Transduction jako korporacji – od tej daty liczymy czterdzieści lat, co akurat wypada dzisiaj – nasza firma każdego roku zarobiła pieniądze. I to się liczy, bo jeśli ktoś zarabia pieniądze tylko przez jeden rok czy raz na pięć lat, to nie jest tak dobrze. A w naszym przypadku udało nam się w każdym roku mieć zysk i to się liczy. Dzięki temu firma dała dobre życie nie tylko mnie, mojej rodzinie, ale też wielu pracownikom. Mieliśmy dzisiaj małą uroczystość z pracownikami i wszyscy są zadowoleni, że mają dobrą pracę i dobrą przyszłość. I to się liczy nie tylko w Kanadzie, ale na całym świecie.

IMG 5206– Kadencja dobiega końca, jak ją Pan ocenia, jak by ją Pan podsumował?

– Była bardzo pracowita. Mogę się pochwalić pewnymi osiągnięciami, zwłaszcza to, że mój private members bill przeszedł i stał się prawem.

– I mamy Dzień Jana Pawła II.

– Mamy Dzień. I cieszy fakt, że to się zakończyło sukcesem, bo właściwie mało tych propozycji prywatnych kończy się w ten sposób, większość gdzieś tam utyka.
Generalnie rzecz biorąc, bardzo pracowity okres. Dla mnie niesamowite doświadczenie.

– Co Pana zaskoczyło w tej pracy?

– Nie tyle zaskoczyło, co – powiedziałbym – tworzyło pewne frustracje. Ja z byłem z biznesu i jestem przyzwyczajony, żeby szybko decydować i iść do przodu. Tu niestety w tej demokracji tak nie jest. Często jak się jest na debacie, słyszy nie raz, nie dwa, nie trzy, ale kilkanaście razy to samo, to wiem z doświadczenia, że na każdym biznesowym spotkaniu po trzech razach prowadzący spotkanie by tę debatę zakończył. A w demokracji trzeba mówić, i to wszystko działa dosyć powoli. No ale tak system działa i cieszmy się, że mamy demokrację, bo chyba wszyscy, którzy doświadczyliśmy innego systemu rządów, nie chcielibyśmy do nich wracać.
Tak że to było takie najbardziej dla mnie zaskakujące, że to jest taki wolny proces.

Jakkolwiek myślę, że wiele działań jest skutecznych i kiedy są sytuacje, które wymagają działania, to rząd ma narzędzia do tego, żeby odpowiednio szybko działać. To jest takie połączenie i gdzieś jest to jednak wypośrodkowane.

– Panie Stanisławie, przyjechał Pan do nas kolejny, czwarty raz. Jest Pan – pozwolę sobie użyć tego terminu – felietonistą polonijnym, w tym sensie, że Pan doskonale zna środowisko polonijne, objeżdża Pan nasze skupiska na kilku kontynentach. Jak to wygląda z Pana perspektywy ten nasz naród, który – można by powiedzieć – jest sześćdziesięciomilionowy?

– W ostatnich latach, biorąc od uwagę również tę młodzieżową emigrację z Polski – to co najmniej połowa Polaków mieszka poza krajem. Ja rzeczywiście w ciągu ostatnich dziesięciu lat bardzo dużo środowisk polonijnych odwiedziłem. Nie tylko w Europie – tam byłem we Francji, w Niemczech i w Wielkiej Brytanii, i w Hiszpanii, i w Szwajcarii – tak że te środowiska polonijne w Europie trochę poznałem, a w Stanach Zjednoczonych i w Kanadzie też. No i w ubiegłym roku byłem w Australii, gdzie miałem spotkania w dziesięciu miastach australijskich. Byłem tam zaproszony przez dwie organizacje: Naszą Polonię i Związek Więźniów Politycznych, to emigracja już solidarnościowa. Tak że mogłem trochę się zorientować i w liczebności, i w nastrojach i poglądach politycznych tych skupisk emigracyjnych, które odwiedzałem.

Andrzej Kumor: Jak Pan ocenia sytuację w Polsce? Czy jest nadzieja na to, że będzie zmiana, że odpuści to, co trzyma?

Jan Pietrzak: Mam nadzieję. Mam nadzieję, bo jestem człowiekiem optymizmu i zawsze szukam tego promyczka jasnego przed nami. Wydaje mi się, że naród tak już się dowiedział dokładnie, że fałszują wszystkie wybory po kolei, że rządzą nami nie tylko złodzieje, ale i oszuści. Że demokracja się skończyła, bo jak fałszują wybory, to znaczy nie ma demokracji. Ale jest duża wiedza, jest duża świadomość, tak że zgłaszają się tysiące ludzi, którzy chcą pilnować przebiegu wyborów. Jeżeli będą pilnować, to Polska wygra, bo oczywiście wybory sfałszowane – to trudno wygrać.

niedziela, 08 marzec 2015 23:29

Twardy jak stal Niezwykła historia Arka Bieniawskiego

Napisane przez

Andrzej Kumor: Jak to się u Ciebie zaczęło?

Arek Bieniawski: Zaczęło się tak... Grałem w polonijnych klubach w piłkę nożną do 50. roku, bo po AWF-ie jestem.

– 50. roku życia?

– Tak. I zaczęło kolano szwankować, wytarła się trochę chrząstka.. postanowiłem, że znajdę sobie zastępczy sport, który będę uprawiał. W zimie parę kilometrów zawsze robiłem na biegówkach z żoną i psem. To jest mniejsze obciążenie na stawy, a najlepszy workout, jaki może być, styl cross country. Polecam wszystkim.

Poszedłem do pana doktora w Burlington, który mi powiedział: no cóż, możemy wymienić kolano.

Ja mówię: świetnie, panie doktorze, ale dziękuję. Może ja postoję i zrobię coś innego... Poznałem kolegę, który już robił długie dystanse i namówił mnie: chodź spróbujesz, masz wytrzymałość.

Witamy dzisiaj na łamach "Gońca" ks. Sławomira Zaczka, przybyłego do nas z Polski asystenta kościelnego (bo tak brzmi oficjalnie jego funkcja) Stowarzyszenia Effatha. Stowarzyszenie to powstało wokół pisma o tej samej nazwie, a początki jego działalności sięgają roku 1989. Stowarzyszenie powstało z inicjatywy osób zarówno świeckich, jak i duchownych, a celem jego było i jest przeciwstawianie się wpływom różnorakich sekt.

Początkowo dotyczyło to Organizacji Świadków Jehowy, a od roku 1995 również innych ruchów parareligijnych i kultowych.

Ks. Sławomir Zaczek gościł w parafii św. Maksymiliana Kolbe, gdzie przez ponad tydzień głosił homilie nie tylko uczulające nas na sprawy wiary, ale również przestrzegające przed niebezpieczeństwami szeroko pojętego okultyzmu. Warto przy okazji podkreślić, że patronem Stowarzyszenia Effatha jest także św. Maksymilian Kolbe.

W niedzielę, 1 lutego, w sali pod kościołem św. Maksymiliana odbyło się spotkanie z ks. Zaczkiem, które wypełniło całą salę. Przybyło na nie ponad 750 osób. Przez cały następny tydzień ks. Sławomir był oblegany przez parafian pragnących się z nim spotkać i porozmawiać prywatnie.
Mimo niewątpliwego zmęczenia zgodził się udzielić krótkiego wywiadu dla naszego tygodnika.

•••

Wojciech Porowski: Przy okazji takich spotkań zwykle pytamy o początki. Jak to się stało, że trafił Ksiądz do Stowarzyszenia Effatha i co skłoniło Księdza do takiej, a nie innej działalności duszpasterskiej?

Ks. Sławomir Zaczek: To kwestia pewnego przypadku, choć trzeba by tu raczej mówić o woli Bożej. W tym czasie byłem studentem trzeciego roku seminarium duchownego, więc Pismo Święte nie było mi obce. Pewnego dnia odwiedzili nas w domu świadkowie Jehowy i był to mój pierwszy kontakt z nimi. Przypomniała mi się przeczytana kiedyś opinia, że najlepszym sposobem rozmowy w takim przypadku jest zadawanie pytań. Zaprosiłem ich do dyskusji, która toczyła się pod moje dyktando, i na koniec ów świadek Jehowy powiedział – "...ale byłby z pana dobry Świadek Jehowy z taką dobrą znajomością Pisma Świętego...". Poczułem się tym bardzo obrażony.