Goniec

Register Login

Wywiady

Tadeusz Marek Płużański (ur. 21 marca 1971) – polski dziennikarz, historyk i publicysta. Syn prof. Tadeusza Płużańskiego, naukowca, więźnia stalinowskiego, członka WiN. Ukończył studia historyczne. Specjalizuje się w powojennej historii Polski. Współpracuje ze Światowym Związkiem Żołnierzy Armii Krajowej. Jest m.in. autorem wydanej w 2011 książki „Bestie”, zawierającej zapis reporterskiego śledztwa dotyczącego funkcjonariuszy stalinowskich. Pod koniec 2013 został prezesem Fundacji „Łączka”, sprawującej opiekę i działalność wspierającą wobec Kwatery na Łączce. Zasiadł w Radzie Fundacji Reduta Dobrego Imienia – Polska Liga przeciw Zniesławieniom.

        Andrzej Kumor: Zacznijmy od tego, że chciałbym się z panem pokłócić, a chciałbym się z panem pokłócić o to, czy powinniśmy do Żołnierzy tzw. Wyklętych podchodzić jako po prostu rozdziału martyrologii narodu polskiego, czy też jest to wzór do naśladowania? W Polsce teraz, zwłaszcza w środowiskach młodzieżowych, mówi się – bierzmy z nich przykład. Dlaczego powinniśmy brać przykład z Żołnierzy Wyklętych? Bo pan mówi, że oni zwyciężyli, zwyciężyli moralnie.

        Tadeusz Płużański: Zwyciężyli moralnie, zwyciężyli też, jeśli chodzi o ich przesłanie, myśl, która za tym stała. Polska jednak, przynajmniej w części, odzyskała wolność i niepodległość. Wiemy, że to jest jeszcze proces, który wymaga dużej pracy, korekt, tej pełnej suwerenności jeszcze nie mamy. Natomiast twierdzę, że bez nich tego by nie było. To jest ten ważny element polskiego kręgosłupa, który został nam wyrwany, odebrany, natomiast dzięki właśnie przywracaniu pamięci oni nie zginęli. Oczywiście w sensie fizycznym tak, ale w sensie naszej historii jednak żyją i ich przesłanie zwyciężyło. Jak widać, to jest właśnie dzisiaj ten podstawowy moment, do którego się odwołują Polacy, szczególnie młodzi. Proszę zauważyć, że mniej się dzisiaj mówi o walce z Niemcami, o pokoleniu, które wtedy biło się o Polskę, czy o Szarych Szeregach nawet, ale Żołnierze Wyklęci są tym wzorcem.

    Andrzej Kumor: Świetnie Cię widzieć po roku. Jak czas zweryfikował Twoje poglądy na temat spraw i ludzi? O co jesteś mądrzejszy przez ten rok?

    Grzegorz Braun: Myślę, że to jest pozytywna weryfikacja moich ugruntowanych antydemokratycznych poglądów.

    Utwierdzam się.

    Gdybym nawet wcześniej nie doszedł do tych wniosków na drodze rozumowej, jako obserwator życia publicznego i lektor historii Polski, to miałem okazję w drodze drobnego eksperymentu badawczego czy, jak wtedy o tym mówiłem, rozpoznania bojem, utwierdzić się w przekonaniu, że droga do wielkiej Polski katolickiej, czyli po prostu do poważnego państwa wolnych Polaków, a więc droga powrotna do najlepszej naszej formy dziejowej, ta droga z całą pewnością nie prowadzi ścieżką demokratyczną.

    Na drodze przesądów i procedur demokratycznych Polski – obawiam się – nie można ani odzyskać, ani całkowitym przypadkiem, przez nieuwagę odzyskawszy, nie można takiej Polski zabezpieczyć.

    I w tej mierze moje wcześniejsze przekonania i przypuszczenia potwierdziły się w pełni.
 

    Z Agnieszką Rudzińską, wiceprezesem Instytutu Pamięci Narodowej, Anną Piekarską, zastępcą dyrektora Biura Edukacji Publicznej, oraz badaczem Markiem Hańderkiem – kuratorami wystawy "Polska Walcząca", rozmawia Andrzej Kumor.

    Andrzej Kumor: Z czym Państwo tutaj przyjechali?

    Agnieszka Rudzińska: Od pięciu lat współpracujemy z Uniwersytetem w Toronto, z prof. Piotrem Wróblem, i od pięciu lat nasze wystawy są pokazywane w zasadzie co roku.    

    Toronto i czasem Ottawa to miejsca, gdzie prezentowane były nasze różne ekspozycje. To się zawsze łączy z wykładem historyka. W czwartek pan Marek Hańderek miał wykład na uniwersytecie na temat Polski Walczącej,  bo taki jest temat obecnej wystawy.

    Te wystawy spotykają się z dosyć dużym oddźwiękiem na całym uniwersytecie, zawsze jesteśmy tutaj bardzo mile witani.

    Od kilku lat świetnie układa nam się współpraca z konsulatem i dzięki temu wystawy mogą być  prezentowane.

    Co zrobić, żeby polskie konsulaty na świecie nie były uważane przez polskich emigrantów za „instytucje wrogie”? Jak skuteczniej odkłamywać polską historię i promować nasz kraj za granicą? Jak poprawić poziom nauczania w polskich szkołach za granicą? – te i wiele innych tematów omawiano podczas spotkania w Polsce polskiej Polonii ze Stanów Zjednoczonych i Kanady z senatorem Stanisławem Karczewskim i wiceszefem MZS Janem Dziedziczakiem.

    Zdaję sobie sprawę z problemów, jakie napotykali liderzy środowisk polonijnych w kontaktach z byłym rządem, zamierzamy to zmienić. Patriotyczne działania środowisk polonijnych związanych z klubami "GP" od lat budzą uznanie. Będziemy ściśle współpracować, szczególnie w dziedzinie promocji Polski za granicą – mówił po spotkaniu z Polonią Jan Dziedziczak. Rozmowy dotyczyły także m.in. spraw regulacji prawnych dotyczących ważności polskich paszportów, które uniemożliwiają często Polonii udział w głosowaniu. Mówiono też o zmianie ordynacji wyborczej na taką, która umożliwiałaby zasiadanie w Senacie reprezentantów Polonii. Wielu reprezentantów polonusów chce po emeryturze wrócić do Polski. Podczas rozmów pojawiła się też kwestia tzw. podwójnego opodatkowania emerytur zagranicznych, która może im to utrudnić – tyle notka prasowa.

    Nie ma przesady w stwierdzeniu, że stosunki pomiędzy Polakami zamieszkałymi poza granicami kraju a władzami polskimi, nigdy nie zaliczały się do zbyt poprawnych. Mało tego, w ostatnich ośmiu latach były wręcz fatalne. Czy nadszedł nareszcie czas poprawy tych stosunków? O tym rozmawiam z panem Dariuszem Melonem z Toronto, który był w składzie delegacji Klubów Gazety Polskiej w Ameryce Północnej, która przebywała w Polsce w dniach od 26 stycznia do 5 lutego 2016 r.

    Marek Popowicz-Watra: Oprócz Pana, kto wchodził w skład delegacji?

    Dariusz Melon: W skład oficjalnej delegacji wchodził koordynator Klubów GP w Ameryce Północnej p. Agata Mikołajczyk z Chicago oraz jej zastępcy: ds. Klubów w USA p.Tadeusz Antoniak z Filadelfii i ds. Klubów w Kanadzie Dariusz Melon z Toronto, a także przedstawiciele Komitetu Organizacyjnego odbywających się co roku w Amerykańskiej Częstochowie w Pensylwanii Obchodów Rocznicy Tragedii Smoleńskiej połączonych z konferencją historyczno-polityczną, których Kluby są inicjatorem i jednym z głównych organizatorów.

    Już 25 czerwca w sercu Mississaugi, na Celebration Square, odbędzie się drugi już Dzień Polski – po raz pierwszy w samym centrum miasta zamieszkiwanego przez blisko stutysięczną diasporę polską, miasta, gdzie ma swą siedzibę wiele polskich firm, gdzie mamy swoje kościoły i ośrodki kultury,  którego burmistrzem jest Bonnie Crombie, osoba o polskich korzeniach.

    O tym, jak ma wyglądać ta być może wkrótce największa polska impreza w Kanadzie, rozmawiamy z jej organizatorem, p. Anną Mazurkiewicz.

    Goniec: Jak do tego doszło i skąd pomysł Dnia Polskiego, mamy przecież festiwal na ulicy Roncesvalles?  Skąd pomysł, żeby akurat pokazać się w Mississaudze?

    Anna Mazurkiewicz: Myśmy o tym od dawna myśleli; gdy byłam prezesem Kongresu, to było w 2010, to już wtedy marzyliśmy o czymś takim. Ściągnęliśmy informacje z Internetu, zobaczyliśmy, ile to będzie kosztowało, i trochę się przestraszyliśmy, bo koszt był ogromny.

    – Wynajęcia placu?

    – Nie tylko wynajęcia. Wynajęcie będzie kosztowało około 16 tysięcy. A do tego trzeba wynająć krzesła, ubikacje, różne inne rzeczy. Tak że nasz budżet w zeszłym roku wynosił 26 tysięcy, w tym roku będzie nawet trochę więcej, dlatego że chcemy sprowadzić kogoś z Polski na scenę.
    Nie wiemy jeszcze, czy nam się to uda, bo wszystko zależy od sponsorów. Mamy troszeczkę zysków z zeszłego roku, żeby zacząć w tym roku, ale nie aż tyle, żeby kogoś takiego naprawdę sławnego ściągnąć. Ale wtedy żeśmy się przestraszyli i później długo nie było nic. Gdy zaczęliśmy tutaj organizować obchody 3 Maja i 11 Listopada, to były też podobne obawy, że będziemy konkurować z Okręgiem Toronto.

    Linda Gibbons od kilku dekad broni nienarodzonych dzieci protestując na ulicy przed klinikami aborcyjnymi – zazwyczaj tzw. kliniką Morgentalera w Toronto. Za to "przestępstwo" była wielokrotnie aresztowana. W Kanadzie, nie ma żadnej ustawy aborcyjnej i nawet zabicie zdrowego dziecka w 8 miesiącu ciąży nie jest przestępstwem.

Andrzej Kumor: Łącznie spędziła Pani ponad 11 lat w więzieniu, przetrzymywana z powodu spokojnego manifestowania na ulicy i ostrzegania matek przed zabiciem własnych dzieci...

Linda Gibbons: ...i oferowania im pomocy.

    – Czy nie jest Pani zgorzkniała, że mimo upływu tylu lat, nic się nie zmieniło, ruch pro-life – patrząc z perspektywy prawnej – wciąż jest po przegranej stronie, mamy obecnie wprowadzanie eutanazji. Mamy wciąż przepisy aborcyjne, a raczej całkowity brak regulacji, co powoduje, że matka może zabić dziecko nawet w 8. – 9. miesiącu, a prawo definiuje istotę ludzką jako kogoś, kto urodził się żywy?

    – Kiedy prawo aborcyjne zostało obalone, Sąd Najwyższy poinstruował parlament, że powinien wrócić do sprawy i ustanowić nową ustawę. Dyrektywa Sądu Najwyższego była taka, że powinna istnieć jakaś forma prawa aborcyjnego. Tak, jestem rozczarowana, mieliśmy kilka prób w parlamencie, kiedy przedłożono rezolucje, w celu podjęcia dyskusji nad tym, kiedy życie ludzkie się zaczyna. Ponieważ prawo, które obecnie obowiązuje, ma 400 lat, a przy naszej dzisiejszej wiedzy mamy doskonałe rozeznanie o tym, kto jest w łonie, jaki jest jego rozwój i zdolności, potrzeba więc ponownie otworzyć debatę i parlament powinien ponownie spojrzeć na sprawę, a do tej pory tego nie zrobiono.
    Fakt, że do tej pory posłowie odmówili zajęcia się tym tematem, jest dla mnie dowodem hipokryzji, bo wiedzą, jakie są dowody, i powinni zająć się życiem nienarodzonych.

    Michał Krupa: Donald Trump prowadzi w sondażach. Jego popularność gwałtownie rośnie, a pojęcie "milcząca większość" powróciło do głównego nurtu. Coraz bardziej wygląda na republikańskiego nominata. Jakie czynniki przyczyniają się do jego popularności? Czy ma poważną szansę na objęcie urzędu prezydenta?

    Paul Gottfried: Nie wiem, czy Trump byłby w stanie wywalczyć zwycięstwo z rąk demokratów. Niemniej jednak ruch, który tworzy Trump, szybko nie zniknie. Jest to populistyczno-prawicowa reakcja przeciwko obecnej administracji, przeciwko naszym lewicowym edukatorom i przemysłowi kulturowemu oraz wobec niechęci republikańskiego establishmentu do stawiania poważnego oporu lewicy. Animozja, jaką Trump wzbudza na lewicy, jest całkowicie zrozumiała, jak również nienawiść, którą wywołuje wśród neokonserwatystów. Ci zaś należą do tego segmentu lewicy, któremu udało się przejąć i okupować nasz ruch konserwatywny od lat osiemdziesiątych. Neokonserwatyści woleliby mieć kandydata, który podziela ich stanowisko, tj. takiego, który nie zagroziłby kulturowej lewicy, będzie zaspokajał potrzeby bogatych darczyńców i rozpętywał wojny w imię "praw człowieka" po namowie ze strony neokonserwatywnych "doradców".

piątek, 29 styczeń 2016 00:10

Albo Trump jako kandydat Republikanów, albo fiasko...

Napisane przez

    James Kirkpatrick pracował jako oddolny organizator dla licznych konserwatywnych organizacji oraz udziela się w konserwatywnych mediach. Pracował również jako asystent w Kapitolu. Jest stałym publicystą portalu vdare.com. Pracował też z różnymi segmentami amerykańskiej prawicy – od neokonserwatystów po libertarian i tzw. nacjonalistycznych dysydentów.

    Jakie czynniki stoją za popularnością Donalda Trumpa?

    Pierwszym i najważniejszym czynnikiem jest imigracja. Jest czymś niebywałym, że Partia Republikańska wielokrotnie starała się narzucić akceptację dla amnestii imigracji [nielegalnych imigrantów – przyp. tłum.] swoim własnym wyborcom. Pomimo tego, że przeszkadzano tym procesem, nie wydaje się, żeby ktokolwiek na establishmentowej prawicy wyciągnął odpowiednie wnioski. Zamiast tego, zaczęli rozprawiać się z własnymi wyborcami, posuwając się nawet wyciszania antyimigranckich patriotów na takich konferencjach jak CPAC(Conservative Political Action Conference).
    Zostało to dostrzeżone przez ludzi na dołach i spowodowało wybuch frustracji, ale nie było nikogo w ruchu konserwatywnym, kto by asertywnie o tych kwestiach mówił. Nic dziwnego, skoro to, co ja nazywam Korporacją Konserwatyzm, jest finansowane przez tych samych darczyńców, którzy finansują takie osoby, jak Marco Rubio.

    Trump, jako ktoś spoza establishmentowej prawicy, który nie potrzebuje finansowania, ma wyjątkową swobodę w tej kwestii. Tak więc, gdy zaczął mówić o imigracji, natychmiast doły zaczęły się gromadzić wokół niego. On jest zupełnie wyjątkowy w tym zakresie. Nikt inny nie mógł tego zrobić. Establishmentowa prawica stworzyła system, który ma powstrzymać tego typu zjawiska. Lecz nie dotyczy to Trumpa.
    Drugim czynnikiem jest politycznie niepoprawny styl Trumpa. Bawi się mediami i otwarcie z nich drwi. Lewicowi aktywiści chcą uderzyć w interesy Trumpa, a on ich zwyczajnie przejeżdża niczym walec parowy. Gdy ktoś go atakuje, oddaje dwa razy mocniej. Dla konserwatystów, którzy są przyzwyczajeni widzieć, jak ich domniemani przywódcy specjalizują się w grzecznym przegrywaniu i przepraszaniu, czymś wręcz upajającym jest widzieć kogoś walecznego i odnoszącego zwycięstwa.
    Trzecim czynnikiem jest zwyczajna frustracja wynikająca z apatii republikanów i braku zmiany czegokolwiek, pomimo tego, iż kontrolują Kongres. Republikanie odnieśli ogromne zwycięstwo w ostatnich wyborach, po tym jak obiecali walczyć z amnestią Obamy [dla nielegalnych imigrantów – przyp. tłum.], a potem złożyli broń. Paul Ryan, który niegdyś był dla wielu konserwatystów postacią heroiczną, zostaje wybrany na spikera Izby Reprezentantów i pierwszą rzeczą, którą robi, jest uchwalenie ustawy finansującej wszystkie programy Obamy, lecz bez środków na płot graniczny. Wiele osób zwraca się ku Trumpowi, ponieważ nie ufa nikomu w Partii Republikańskiej, czy też w ruchu konserwatywnym. Postrzegają ów ruch jako samolubne oszustwo. I mają rację.
    Wreszcie, osoba samego Trumpa. Nigdy nie było takiej osoby jak on. Był już gwiazdą, więc media nie mogą go ignorować. Jest bogaty, więc nie mogą go odciąć. Ma bezpośredni dostęp do mediów. Od dekad utrzymuje relacje z wpływowymi ludźmi. Zasadniczo jest kimś z elity medialnej, kto się zbuntował. Elity nie wiedzą, jak z tym sobie poradzić – jego postawa traktowana jest w kategoriach zdrady własnej klasy społecznej i nienawidzą go za to, jednak nie może zostać ignorowany.
    Trump jest też jest wyjątkowo histeryczny. Jego wiece są zabawnymi widowiskami. To tak jakby oglądać mieszankę komika stand-up, kaznodzieję i generała przemawiającego do swoich żołnierzy. Charyzma jest wyjątkowo przebojowa.
    A jednak siły mu przeciwne są tak potężne, że i to może nie wystarczyć.

    Co motywuje animozje różnych grup wobec Trumpa?

    Różne grupy mają różne motywacje. Zwolennicy otwartych granic są oczywiście najłatwiejsi do wytłumaczenia. Trump jest bezpośrednim zagrożeniem dla nich nie tylko dlatego, że sprzeciwia się ich polityce, lecz dlatego, że zapalił wyborców, którzy są przez nich pogardzani, tj. białą klasę robotniczą i reaganowskich demokratów. (Grupa wyborców – zazwyczaj chodzi o białych robotników z północnych stanów zatrudnionych w przemyśle, którzy tradycyjnie głosowali na demokratów, lecz którzy poparli Ronalda Reagana w wyborach w 1980 i 1984 roku.)
    Niektóre grupy establishmentowej prawicy, np. Club for Growth [Klub na rzecz Wzrostu Gospodarczego – przyp. tłum.], nienawidzą Trumpa ze względu na jego propozycję w dziedzinie handlu i imigracji. Najlepiej patrzeć na większość Korporacji Konserwatyzm jako grupę korporacyjnych lobbystów. Dostarczają ideologicznego dressingu dla polityki taniej siły roboczej. Trump zagraża tej grupie interesów i jej donatorom, stąd chęć pozbycia się go. W pewien sposób, establishmentowa prawica jest jednym wielkim wysiłkiem na rzecz przekonania Amerykanów ze środkowych stanów do wspierania interesów donatorów z Nowego Jorku.
    Neokonserwatyści są osobną historią. Choć często są oskarżani o obsesję na punkcie Izraela, nie myślę, że akurat o to tutaj chodzi. Trumpa trudno nazwać antyizraelskim. Jest wielkim zwolennikiem państwa żydowskiego, jego córka dokonała konwersji na judaizm i wielu spośród jego bliskich zwolenników jest Żydami. Nazywanie Trumpa antysemitą byłoby szaleństwem. Trump jest również głośnym krytykiem porozumienia Obamy z Iranem i oczywiście jest zwolennikiem silnego wojska i mocnej postawy przeciwko islamskiemu terroryzmowi.
    Dlatego myślę, że animozja neokonserwatystów wobec Trumpa ma swoje inne uzasadnienia. Po pierwsze, neokonserwatyści nienawidzą Trumpa dlatego, że przedstawia Izrael jako wzór do naśladowania, gdy idzie o imigrację i budowę muru granicznego. Neokonserwatyści głoszą podwójny standard, tj. "masową imigrację dla Ameryki, żadnej imigracji dla Izraela". Nie mogą jednak do końca tego tak otwarcie powiedzieć.
    Po drugie, Trump nie da się kontrolować. Odnosi się wrażenie, że tacy oficjele, jak John McCain, Lindsey Graham, Marco Rubio, Jeb Bush i inni, są zwyczajnymi frontmenami dla innych osób, którzy realnie formułują program polityczny. Podobnie jak kiedyś uznawano za rzecz istotną kontrolowanie przez parlament angielski tego, kto zasiada w radzie królewskiej, tak obecnie neokonserwatyści są wściekli, że Trump mógłby obsadzić swoją administrację własnymi ludźmi, wycinając całkowicie neokonserwatystów poza proces rządzenia. A to dla ruchu intelektualnego, który nie ma oddolnych zwolenników i polega na swoim dostępie do władzy, byłoby śmiertelnym ciosem.
    Po trzecie, Trump nie jest wrogo nastawiony wobec Rosji. Powiedziałbym, że animozja wobec Rosji i Władimira Putina jest obecnie główną determinantą dzisiejszego neokonserwatyzmu. Rzecz jasna, nie ma powodów, dla których Rosja i Ameryka miałyby być wrogami, i wiele powodów przemawiających za silnym sojuszem. Ale rosyjsko-amerykańskie zbliżenie zagroziłoby licznym grupom interesu wewnątrz amerykańskiego systemu.
    Wreszcie, gdy idzie o innych oponentów Trumpa, myślę, że ich niechęć jest motywowana nienawiścią do jego zwolenników. Spory segment poparcia dla Trumpa pochodzi od białych reprezentantów klasy robotniczej, którzy są otwarcie pogardzani przez postępowców i konserwatystów. Są to ludzie, którzy utracili pracę z powodu albo outsourcingu, albo nielegalnej imigracji i którzy zostali swego czasu zaatakowani przez Obamę jako "przywiązani do swoich pistoletów i religii". Śp. Sam Francis określił ich mianem amerykańskich "Radykałów Środka". Teraz mają swojego rzecznika, który nie da się zastraszyć, i to doprowadza wiele osób do furii. Często zdarza się, że publikowane są szydercze eseje fotograficzne ze zwolennikami Trumpa ukazujące normalnych Amerykanów, którymi mamy jednak gardzić. Wiele z tych działań wygląda po prostu na zwykłą nienawiść do białych Amerykanów jako takich.
    Pogarda wynika również z tego, że Trump odwołuje się do Amerykanów jako Amerykanów, jako członków państwa narodowego, członków  tej samej drużyny, że tak powiem. Czarni, biali, Latynosi, Azjaci i inni, którzy popierają Trumpa, widzą siebie przede wszystkim jako Amerykanów. Trump rzeczywiście byłby w stanie uzyskać większe poparcie ze strony mniejszości kolorowych niż Mitt Romney. A w sytuacji, gdy dziennikarze i profesorowie uniwersyteccy, którzy zarabiają na życie z tytułu prowadzenia krucjaty przeciwko białemu rasizmowi, odrodzenie patriotyzmu i nacjonalizmu jawi się jako bezpośrednie zagrożenie.


    Czy Trumpa można nazwać "następcą Pata Buchanana", który operował podobną retoryką i odwoływał się do tych samych grup społecznych w swoich kampaniach prezydenckich w 1992, 1996 i 2000 roku?

    Jest to zasadne porównanie, ale są istotne różnice. Po pierwsze, Buchanan zebrał wokół siebie religijną prawicę, Trump zaś nie prowadzi krucjaty przeciwko aborcji i nie jest do końca jakimś szczególnym oponentem praw dla homoseksualistów. Po drugie, Trump nie jest znany jako przeciwnik Izraela, podczas gdy Buchanan głośno kwestionował wpływ Izraela na amerykańską politykę zagraniczną. Po trzecie, Buchanan wywodził się z oficjalnego ruchu konserwatywnego i był członkiem administracji Reagana. Trump jest prawdziwym człowiekiem z zewnątrz. Nie mogą się go pozbyć. Gdy idzie o handel z zagranicą, jednak Trump jest jak najbardziej następcą Buchanana.
    
 

   Na podstawie samej jego popularności i wyników w sondażach, czy Trump ma realną szansę na zdobycie nominacji republikańskiej?

    Tak. Prowadzi w krajowych sondażach, ma dobre notowania w Iowa i prowadzi w New Hampshire i w większości innych stanów. Jednak istnieje dla niego zagrożenie. Jego narracja zależy od ciągłych zwycięstw w prawyborach, więc potrzebuje przynajmniej silnego drugiego miejsca w Iowa, gdyż nawet niewielka porażka mogłaby mu zaszkodzić.
    Zwycięstwo w New Hampshire, z mojego punktu widzenia, jest dla niego absolutnie konieczne. Establishment jest podzielony i nie zanosi się na to, aby Cruz tam wygrał. Jeśli przegra zarówno w Iowa, jak i New Hampshire, Trump będzie miał poważny problem, a jeśli przegra w Południowej Karolinie, to już po nim. Natomiast jeśli wygra w New Hampshire, nadal będzie faworytem i z rozmachem ruszy na Południową Karolinę. Jeśli Trump zdobędzie i Iowa, i New Hampshire, będzie rzeczą niemalże niemożliwą, aby ktokolwiek go powstrzymał. Establishment musiałby się zjednoczyć wokół jednego kandydata (najprawdopodobniej Rubio), ale obecnie, nadal skaczą sobie do gardeł.
    

    W przypadku ustawienia gry przeciwko Trumpowi przez republikański establishment, czy mógłby wystartować jako trzecia siła w tegorocznym wyścigu? Czy byłby w stanie trwale naruszyć system dwupartyjny w Ameryce?

    Zobowiązał się, że tego nie zrobi, ale jeśli ustawią grę przeciwko niemu, może to rozważyć. Ale nie myślę, że doprowadziłoby to do powstania trzeciej partii na naszej scenie politycznej, choć on sam mógłby uzyskać wiele głosów w tym jednym wyścigu wyborczym.
    Trump jest pojedynczym zjawiskiem. Ma bezpośredni dostęp do mediów, gdyż był telewizyjną gwiazdą i biznesmenem-celebrytą. Posiada majątek, który może wydać na własną kampanię. Nie ma ideologii, ale ma pewien styl i charyzmę, które zdobywają serca. Jeśli Trump upadnie, ruch, który powstał wokół niego, upadnie wraz z nim. To nie Front Narodowy ani UKIP.
    Albo Trump jako kandydat republikanów, albo fiasko.
    Gdyby próbował swoich sił z trzecią partią, skończyłby tak samo jak Partia Reform – ideologicznie zdezorientowana i bez przywódcy, poza jedną osobistością. Skoro Buchanan nie był w stanie przekształcić Partii Reform w dobie po Ross Perocie w trzecią siłę w 2000 roku, nie widzę za bardzo, jak Trumpowi miałoby się to udać. Jeśli Trump przegra, myślę, że priorytetem dla niego będzie powrót do Trump Tower i naprawienie szkód wyrządzonych jego interesom.
    

    Jak "weteran i uciekinier" z establishmentu i Korporacji Konserwatyzm spogląda na obecne tumulty trapiące Stary Kontynent?

    Z wielką nadzieją. Zawsze żywiłem większą nadzieję w stosunku do Europy niż do Ameryki (przynajmniej do czasu pojawienia się Trumpa). Potrzebujemy partii, które są populistyczne  (W kontekście anglosaskim, populizm niekoniecznie musi mieć negatywne konotacje w kulturze politycznej i debacie publicznej. Często mianem populistycznego określa się program lub ruch, który opowiada się po stronie "zwykłego człowieka". Populizm w takim rozumieniu zazwyczaj łączy elementy prawicowe i lewicowe, przeciwstawiając się wielkiemu kapitałowi, jak również stronnictwom socjalistycznym, wykorzystując raczej narzędzia reformy niż gwałtownej rewolucji. Populizm skłania się ku postawie antydemokratycznej, choć nie zawsze), odwołują się do środowisk robotniczych i eksponują twarde stanowiska nt. imigracji i spraw kulturowych w celu uratowania Zachodu. Bóg wie, że nie dokonają tego amerykańscy konserwatyści.
    Prowadzenie walki w Ameryce jest nieco utrudnione, gdyż, jak wspomniałem wcześniej, ruch konserwatywny jest wytworem pieniędzy i klasa darczyńców nie ma nic do uzyskania od populistycznego, patriotycznego ruchu. Co więcej, amerykański konserwatyzm obecnie jest tak blisko powiązany z klasycznym liberalizmem, że populizm w kwestiach handlu i gospodarki byłby obsmarowany jako "socjalizm" i mielibyśmy wolnorynkowych lobbystów prowadzących kampanię reklamową przeciwko niemu. O ile istnieje prawdziwie zorganizowany ruch oddolny na prawicy, są nim religijni konserwatyści, którzy głównie zajmują się wspieraniem Izraela i walką z aborcją. Większość przywódców tzw. religijnej prawicy, de facto wspiera masową imigrację. Istnieje również dziwny amerykański tik, który trudno jest wytłumaczyć obcym. Amerykańscy konserwatyści wierzą w ową absurdalną, optymistyczną wyjątkowość, gdzie zawsze "wszystko się ułoży", niezależnie od okoliczności. Wielu amerykańskich konserwatystów jest również przywiązanych do idei, iż nie istnieje żadna prawdziwa amerykańska tożsamość kulturowa, że jesteśmy "narodem propozycyjnym" oddanym "wolności" i "swobodzie" i innym abstrakcjom. Tak więc podnoszenie takich kwestii, jak zmiany demograficzne, jest widziane jako coś w złym guście i pozapatriotyczne, nawet jeśli ma owo zjawisko realne wyborcze i kulturowe konsekwencje (jak w Kalifornii). Amerykański ruch konserwatywny ma potężne zabezpieczenia wbudowane w siebie, aby powstrzymać rozrost ruchu przypominającego francuski Front Narodowy. Jedyną nadzieją na obecną chwilę jest Trump ex machina. I proszę mi wierzyć, waszyngtońscy konserwatyści szczerze go nienawidzą, poza takimi dysydentami jak ja i moi przyjaciele.

 

    W kontekście wspomnianego kryzysu, jak Pan ocenia postacie Władimira Putina i Viktora Orbana?

    Oczywiście, popieram Putina i Orbana oraz postrzegam ich jako rozważnych mężów stanu w porównaniu z takimi katastrofami jak Merkel. Zapewne nie żywią nienawiści do własnych narodów, jak nasi przywódcy. Istnieją jednak pewne problemy. Zarówno Putin, jak i Orban przywiązani są do tego małostkowego nacjonalizmu, który może być bardzo destrukcyjny w sytuacji kryzysu w skali cywilizacyjnej. Ciężko będzie utworzyć wspólny front przeciwko destrukcji Zachodu, gdy Putin wzbudza strach we wschodniej Europie. Zapewne, gdybym był Polakiem, albo Litwinem lub Finem, miałbym inne odczucia wobec Rosji. Rozumiem, dlaczego Putin postępuje tak, jak postępuje. Przebywałem nawet w Doniecku i przeprowadziłem wywiad z prorosyjskimi bojownikami. Lecz trzeba zauważyć, że kolejny konflikt w Europie byłby ostatecznym gwoździem do trumny dla naszej cywilizacji. Mając to na względzie, uważam, że większość winy za powstałe napięcia leży po stronie rządu Stanów Zjednoczonych. Putin wykazał się wielką powściągliwością po zestrzeleniu rosyjskiego bombowca przez Turcję.
    Istnieje tendencja wśród amerykańskich konserwatystów do określania ich obu – Putina i Orbana – mianem "niedemokratycznych", czy nawet "zbirów". Proszę jednak zrozumieć, że amerykańscy konserwatyści nie są świadomi, jaka polityczna represja istnieje w zachodniej Europie, gdzie nie ma prawa do wolności słowa. Mamy również do czynienia z tendencją obkładania normatywnymi pojęciami wszelkich konfliktów na polu polityki zagranicznej. I tak Rosja nie może nam się przeciwstawiać li tylko z powodu różnicy interesów, lecz dlatego, że Putin jest "dyktatorem" i "bandytą".
    Uważam, że na wiele sposobów Węgry i Rosja są bardziej wolne niż Stany Zjednoczone. W obu krajach można określić polityczne centrum grawitacji. Można bardziej otwarcie dyskutować nt. istotnych kwestii bez groźby bycia zwolnionym z pracy lub fizycznie zaatakowanym. Te kraje nie są sterowane przez sojusz nadzorującej władzy, lewicowych grup litygacyjnego nacisku i histeryzujących mediów. Wolałbym być rządzony przez jednego "autorytarystę", który mógłby zostać zastąpiony, niż przez system, który wydaje się trzymać władzę niezależnie od tego, kto jest w Kongresie czy w Białym Domu.
    Powiem jeszcze, że my, amerykańscy prawicowcy, zazdrościmy Polsce tak bardzo! W imię wszystkiego, co święte, nie pozwólcie im zrobić z Polski tego, co zrobili z nami. Donald J. Trump może być naszą ostatnią szansą. I szczerze wierzę, że jeśli nie on, to nikt.
    
     Dziękuję za rozmowę.

    Zaczęło się od podróży przez ocean sześciu polskich oblatów, którzy w 1841 roku po trzymiesięcznym żeglowaniu dotarli z Francji do Manitoby. Było ich tylko sześciu: czterech księży i dwóch braci zakonnych. Zgromadzenie oblatów istniało wówczas  w Europie dopiero 15 lat i liczyło zaledwie kilkudziesięciu członków. Nie minęło 10 lat, a nasi  bracia nie tylko objęli opieką parafie w Kanadzie, ale rozpoczęli nawracanie Indian od Oka po Fort Albany, dotarli do traperów od Labradoru do Kingston. Ich glebą – jak pięknie powiedział arcybiskup Winnipegu, Adam Exner – były ugory ludzkich serc, często stwardniałych w walce o przetrwanie, gdy nowa ziemia nie okazała się Ziemią Obiecaną. Pokonywali setki kilometrów pieszo, konno, na canoe, grzęźli w nieprzebytych śniegach Północy, nieśli Słowo Boże, otuchę i oświatę…                                                 

    W latach trzydziestych XX wieku  jednym z nich był o. Leon Mokwa OMI, rodem z Pomorza, który  misję oblatów pełnił przez pół wieku wśród Indian na dalekiej północy Kanady,  za kręgiem polarnym, nad Wielkim Jeziorem Niewolniczym, w Fort Resolution... Wywiad z tym niezwykłym oblatem, który wśród Indian spędził 50 lat,  poczynając od 1935  roku, gdy ci Indianie żyli jeszcze na łonie natury – przeprowadziłam w 1991 roku:

"Nad Wielką Wodą Niewolników" – rozmowa z o. Leonem Mokwą OMI  z 1991 r.

    Krystyna Starczak-Kozłowska: Kiedy w 1935 roku rozpoczął Ojciec pracę misyjną wśród Indian na dalekiej północy Kanady, w Fort Resolution nad Wielkim Jeziorem Niewolniczym, za kręgiem polarnym – nie było tam jeszcze  nie tylko elektryczności, ale i zapałek?

    O. Leon Mokwa OMI: Tak. Indianie używali hubki i krzesiwa, nosili przy sobie puch i korę z drzew. Śnieg odgarniali rakietami (nartami) do gruntu, metr i więcej, układali gałązki ze świerka i palił się ogienek… Można było zagotować wodę ze śniegu na herbatę, barszczyk z wody i mąki, a maleńki chlebek kładło się obok ognia…

"Nie jest ważne dla nich, jaka jest droga, bo droga jest w życiu różna, ale ważne, że dotarłeś, jesteś na miejscu, jesteś cały, a reszta twojego doświadczenia to jest twoje życie, twoja mądrość."

Wiesław Krótki OMI, ur. 12 czerwca 1964 w Istebnej, jest biskupem diecezji Churchill-Zatoka Hudsona od 2013 roku.

Dzieciństwo spędził w Jaworzynce. W 1979 roku wstąpił do Niższego Seminarium Duchownego Zgromadzenia Misjonarzy Oblatów w Markowicach. 7 września 1983 roku został przyjęty do nowicjatu tego zgromadzenia w Kodniu, a 8 września 1988 roku złożył pierwsze śluby zakonne. W latach 1985–1990 studiował w Wyższym Seminarium Duchownym Misjonarzy Oblatów w Obrze. 19 czerwca 1990 roku otrzymał święcenia kapłańskie.

W 1990 roku wyjechał na misję do Nunavutu w Kanadzie. Pracował duszpastersko wśród Eskimosów nad Zatoką Hudsona. Pełnił funkcję proboszcza parafii św. Stefana w Igloolik, jednej z najstarszych misji katolickich na tym terenie. Obsługiwał stamtąd pięć innych placówek duszpasterskich na Ziemi Baffina: Hall Beach, Sanerajak, Iqaluit, Pond Inlet, Nanisivik i Arctic Bay.

16 lutego 2013 roku papież Benedykt XVI mianował go ordynariuszem diecezji Churchill-Zatoka Hudsona. Sakrę biskupią przyjął 30 maja 2013 roku z rąk swojego poprzednika, bp. Reynalda Rouleau. (za Wikipedia)


Andrzej Kumor: Ojcze Biskupie, jak wygląda życie diecezji na Dalekiej Północy? Jak tam księża funkcjonują?

Biskup Wiesław Krótki: Życie diecezji polega w 90 procentach na zasadach życia ludzi, którzy się tam urodzili, Inuitów, dlatego że oni mają swój czas, oni mają swoje potrzeby, oni mają swoje wartości.

Człowiek przychodzący z innej części świata, z inną kulturą, wchodzi w ich kulturę, ale ciągnie za sobą ładunek swojego przeżycia, swojego doświadczenia i jest przekonany, że to, co on wie, jest dobre, właściwe i tak trzeba robić w życiu. Myśli, że tym wszystkim zbawi świat i każdego człowieka.