Goniec

Switch to desktop Register Login

Wywiady

Goniec: Pracuje Ksiądz w redakcji największego polskiego tygodnika opinii o sprzedanym nakładzie przekraczającym nakład takiej "Polityki" czy wielu innych gazet, traktowanych jako gazety głównego nurtu. Jak się osiąga taką pozycję?


Ks. Tomasz Jaklewicz
: Można by powiedzieć, że fakt, iż pan o to pyta, jest już dziwny, bo w społeczeństwie, które jest nominalnie w 90 procentach katolickie – a uznajmy, że średnio chodzących w niedzielę do kościoła jest 40 procent – powinno być oczywiste, że gazeta, która ma profil katolicki, będzie się cieszyła największą popularnością. To pierwsza rzecz.

"Gość Niedzielny" należy do ZKDP, czyli Związku Kontroli Dystrybucji Prasy – to jest zrzeszenie, które w Polsce zajmuje się kontrolą nakładu i sprzedaży – w 2010 roku byliśmy po raz pierwszy w rocznej klasyfikacji na pierwszym miejscu ze sprzedażą średnio 143 tysiące tygodniowo.

Wyprzedziliśmy wtedy właśnie "Politykę" i inne tygodniki. Udaje się nam utrzymać na tym miejscu. W 2013 także mieliśmy największą sprzedaż.

Czy nam, czy Polakom, w tym dziejowym zadaniu jeszcze została jakakolwiek rola do odegrania? I odpowiedź na to pozytywna to może być wzmocnienie się, odzyskanie tężyzny duchowej Polaków.


– Czy uważasz, że to co się działo i wciąż dzieje na Ukrainie, jest jedną z liter słowa "prowokacja", którym ktoś coś chce globalnie uzyskać? Nie wiem, może ośrodek żydowski, czy amerykański, czy to gra Putina, czy może jednak emanacja demokratycznych dążeń narodu ukraińskiego? Jak to wygląda w Twojej optyce?

– Wszystko razem. Jak zawsze, prowokacje przerastają prowokatorów, scenariusze są pisane, ale nie ma jednego scenarzysty, są różne scenariusze konkurencyjne. Wszyscy wielcy gracze grają swoje gry, zawiązują się okazjonalne, czasowe sojusze, ale koniec końców zawsze daje znać o sobie działanie zasady nieokreśloności Heisenberga z zastosowaniem do geopolityki. Otóż myślę, że tak, owszem, ta ukraińska rewolucja została wygenerowana i była poważną inwestycją, jakiej tam dokonali z jednej strony międzynarodowi filantropi, a z drugiej strony narodowi oligarchowie ukraińscy, i tam zostały wydane pieniądze z jednej strony reprezentujące interes eurokołchozu, a z drugiej strony reprezentujące interes imperium amerykańskiego, które – jak to widzimy w ostatnich dekadach – w dość konwulsyjny sposób stara się przygotować i umocnić na rubieżach wyjściowych do przyszłej wojny światowej, w której głównym przeciwnikiem jest imperium chińskie. I być może Ukraina jest brana pod uwagę jako element domykający pewien układ w rejonie Morza Śródziemnego i Czarnego. To wszystko "być może", niemniej jednak nie powinno to nas skłaniać do lekceważenia zaangażowania, oddania, pobożności i dzielności Ukraińców, którzy te właśnie cechy przejawili w ostatnich tygodniach i miesiącach.

IMG 5875

Doktor Joanna Horodyski jest jednym z tych stomatologów, którzy są od lat rozpoznawalni w naszym polskim środowisku stworzonym przez "emigrację solidarnościową". Przez prawie 20 lat praktyki przez jej gabinet przewinęło się tysiące naszych rodaków. Jak wyglądamy z perspektywy gabinetu dentystycznego? Jak zmieniały się w tym czasie techniki stomatologiczne? Co takiego fascynującego jest w leczeniu zębów? Z tymi pytaniami odwiedzam nowoczesny gabinet w prestiżowej Yorkdale Mall w Toronto...


– Jaka była Pani droga na emigrację, jakie były początki?

– Trochę z mężem podróżowaliśmy.

Początkowo z powodów rodzinnych nie mogliśmy wyjechać z Polski; jeszcze przed stanem wojennym, bo mój tata uciekł do Niemiec. Był chemikiem i zajmował się wąską specjalizacją, to były nawozy sztuczne i PCV. I niemiecka firma ściągnęła go do pracy, miał wtedy 55 lat. Tata zdecydował się wyjechać pod pretekstem jakiegoś sympozjum. Przez pięć lat nasza rodzina nie mogła dostać paszportu.

Najpierw tato pracował w Oświęcimiu, gdzie budował fabrykę PCV, po czym go przenieśli do Tarnowa, więc do trzeciej klasy chodziłam do szkoły w Oświęcimiu (a urodziłam się w Rajsku, gdzie nigdy potem nie byłam) i do liceum chodziłam w Tarnowie, a już na studia przeniosłam się do Warszawy, gdzie mieszkała rodzina mojego taty. Mieszkałam tam z moją babcią, ciotką, i ona mnie popchnęła na tę stomatologię, bo nie bardzo wiedziałam, co z sobą zrobić.

REFARuch Ekologiczny św. Franciszka z Asyżu (REFA) opiera się na duchowości franciszkańskiej. Św. Franciszek w 1979 r. został ogłoszony przez Jana Pawła II niebieskim patronem ekologów. Jaka wizja przyrody przyświeca członkom Ruchu?

Ruch Ekologiczny św. Franciszka z Asyżu (REFA) jest wspólnotą katolików zaangażowanych w ochronę stworzenia. W swoich działaniach opieramy się na katolickiej koncepcji człowieka i świata oraz duchowości franciszkańskiej. Chcemy być głosem ekologów w Kościele oraz chrześcijańskim głosem wśród ekologów. Współczesną działalność ruchu dobrze określił program duszpasterski Kościoła w Polsce na rok 2008/2009 wydany przez Komisję Duszpasterstwa Konferencji Episkopatu Polski, który prezentował REFA jako "nowoczesny i ewangeliczny przykład troski o życie przyrody". Silną motywację do refleksji, modlitwy i aktywnego działania na polu ekologii odnajdujemy w słowach Jana Pawła II i Benedykta XVI, jak np. "Wszyscy jesteśmy odpowiedzialni za ochronę świata stworzonego i musimy się o niego troszczyć. Ta odpowiedzialność nie ma granic (...) to pilne zadanie, które trzeba realizować z nowym zaangażowaniem wszystkich" (1.01.2010). Zatem troska o środowisko i odpowiedzialność za świat nie są zadaniem dla pewnej grupy chrześcijan, którzy czują w tym powołanie, ale wzywaniem i naglącym znakiem czasów skierowanym do każdego.

ojankrolGONIEC – Wszyscy się cieszyliśmy, że miejsce na multipleksie zostało przyznane, a tu okazuje się, że to taka zabawa w kotka i myszkę.

O. Jan KRÓL – Trochę tak to jest, że koncesję mamy przyznaną już od ubiegłego roku, ale ta koncesja, po pierwsze, była wywalczona – tak to trzeba nazwać – to były marsze, i to wielotysięczne, w Warszawie i w innych polskich miastach, także przed placówkami dyplomatycznymi polskimi za granicą, ponad dwa i pół miliona podpisów. Koncesję dostaliśmy.

Wyliczono nam opłatę za dziesięć lat trzynaście milionów i w październiku musieliśmy zapłacić prawie milion trzysta tysięcy złotych za to, że mamy prawo, z którego nie możemy korzystać.

braun003

G. Braun: O poważne inwestycje trudno, gdy brak normalnego rynku.

Pańskie filmy w wielu środowiskach – także wśród młodego pokolenia – cieszą się mianem kultowych. Tematyka, o której inni boją się nawet pomyśleć, dynamicznie rozwijający się scenariusz, genialna oprawa graficzna, całość opleciona świetnie dobraną muzyką i wreszcie prawdziwa lekcja historii, której darmo szukać w szkolnych podręcznikach. Tymczasem, podczas konferencji zorganizowanej przez Katolickie Stowarzyszenie Dziennikarzy w Hebdowie, opowiedział Pan niezwykle smutny scenariusz. Producent Pańskich filmów Robert Kaczmarek jest zastraszany, a zaprezentowane przez Pana fragmenty kilku projektów wciąż nie doczekały się szczęśliwego finału, jakim jest dokończenie produkcji. Jak to możliwe, że filmy, na które tak wielu widzów czeka, nie mogą być zrealizowane?

Przede wszystkim, dziękuję za dobre słowo – przekażę tę pochlebną recenzję wszystkim koleżankom i kolegom: operatorom, montażystom, autorom animacji, realizatorom dźwięku, producentom, z którymi współpraca daje efekty tak dobrze przez Panią oceniane. Film jest rzemiosłem w dużej mierze kolektywnym – jeśli moje filmy nadają się do użytku, to także dzięki wysiłkowi utalentowanych współtwórców. Ale żebyśmy mogli od czasu do czasu pokazać coś, co interesuje, a przy okazji cieszy oko i ucho – do tego potrzeba poważnych inwestycji. O te zaś trudno, gdy brak normalnego rynku. Oczekiwania widzów najwyraźniej niewiele mają tu do rzeczy. W post-PRL decydują względy polityczne, a nie zdrowy rachunek ekonomiczny.

sobota, 04 styczeń 2014 18:12

Rozmowa z Wojciechem Sumlińskim: Nie tracę nadziei

Napisane przez

Polub "Gońca"  na fejsbuku!

Wojciech Sumliński (ur. 15 kwietnia 1969 w Warszawie) – polski dziennikarz, absolwent psychologii Akademii Teologii Katolickiej w Warszawie. Pracował w "Życiu", "Gazecie Polskiej" i "Wprost". Autor licznych reportaży i programów w TVP: "Oblicza prawdy" o działalności SB i magazynu śledczego "30 Minut". Autor książki "Teresa Trawa Robot" o tajnych operacjach specjalnych SB oraz autor scenariusza filmowego o śmierci ks. Popiełuszki napisanego dla Agencji Filmowej TVP. Obecnie współpracuje z "Frondą" i magazynem śledczym "Focus", pisze kolejne książki i jest redaktorem naczelnym "Tygodnika Podlaskiego".

W 1999 był nominowany do nagrody Press w kategorii dziennikarstwa śledczego za publikacje o Henryku Goryszewskim, który pełniąc funkcję przewodniczącego sejmowej Komisji Finansów Publicznych, doradzał prywatnym firmom, jak unikać płacenia podatków. W tygodniku "Wprost" ujawnił akta świadka koronnego, Jarosława Sokołowskiego pseudonim "Masa" (2003), oraz materiały dotyczące kontaktów Andrzeja Kuny, Aleksandra Żagla i lobbysty Marka Dochnala z parą prezydencką, Aleksandrem i Jolantą Kwaśniewskimi (2004–2006). W roku 2006 ponownie nominowany do nagrody Press w kategorii dziennikarstwa śledczego, za materiał opublikowany w tygodniku "Wprost" (wraz z Przemysławem Wojciechowskim), o powiązaniach polityków, służb specjalnych i przestępczości zorganizowanej.
Autor książki pt. "Kto naprawdę go zabił?" o zabójstwie księdza Jerzego Popiełuszki (Warszawa, 2005 rok, wydawnictwo Rosner & Wspólnicy, ISBN 8389217048). W książce i wcześniejszym artykule prasowym (WPROST) Sumliński twierdził, że Waldemar Chrostowski, kierowca ks. Popiełuszki, był agentem SB. Sumliński przegrał proces sądowy z Chrostowskim.

W trakcie procesu informacje zebrane przez Wojciecha Sumlińskiego potwierdzili dr Leszek Pietrzak (biegły IPN badający dokumenty dotyczące Waldemara Chrostowskiego, który zeznając, powiedział, że "Waldemar Chrostowski był agentem SB") oraz prokurator Andrzej Witkowski, który zeznał, że zamierzał postawić Chrostowskiemu zarzuty, ale gdy ujawnił swój zamiar, odebrano mu sprawę.

sobota, 21 grudzień 2013 05:46

Nawrócenie Jacka Szczęsnego

Napisane przez

Bóg każdego z nas zna po imieniu i na każdego czeka. Przedstawiamy Państwu historię dramatycznego nawrócenia jednego z nas, ludzi, którzy nie do końca podchodzili do swej wiary serio, a czasem wręcz nie wierzyli, mimo że w naszej kulturze się wychowali.


    – Panie Jacku, nawrócenie, wiara, to są rzeczy bardzo intymne, które sięgają tego rdzenia, kim jesteśmy...

    – Dla mnie to nie stanowi żadnego problemu, jeżeli mówi się prawdę.

    – Bo prawda jest najważniejsza...

    – Absolutnie. I to jest nie tylko dla ludzi wierzących, ale również dla ludzi niewierzących.

    – Proszę powiedzieć, kim Pan był, przyjechał Pan do Stanów Zjednoczonych?

    – Ja się nawróciłem w Nowym Jorku i to było tak, że w 79 roku wyjechałem do Stanów na lewe zaproszenie mojego wujka. Już wtedy byłem rzemieślnikiem, dlatego dali mi wizę, bo miałem swój biznes w Polsce. Proszę sobie wyobrazić, że kiedy tam pojechałem, Ameryka, Manhattan, Nowy Jork, to wszystko na mnie działało, jakbym gdzieś w kosmos wyleciał – to były zupełnie inne czasy. Kiedy zamieszkałem na Brooklynie – bo tam były najtańsze mieszkania, płaciłem 50 dol.

    – Pojechał Pan zarobić?

    – Pojechałem przede wszystkim zobaczyć Amerykę, a przy okazji zarobić pieniądze, jak wszyscy. Ale coś się wydarzyło. Po trzech dniach pobytu spotkałem w banku polskim na Greenpoincie takiego pana, który stał w kolejce przede mną, a ja tam z sąsiadem akurat byłem, mówiliśmy po polsku, i ten pan usłyszał, że ja dopiero co jestem z Polski i zapytał, czy mam pracę. Powiedziałem, że nie. To ja ci tę pracę załatwię, bądź tutaj na przystanku rano. I tak ten pan mi załatwił pracę. Ten pan miał na imię Ludwik.
    No i kiedy zacząłem pracować z tym panem Ludwikiem w Metropolitan News Company na Queensie, jeździliśmy zawsze autobusem razem i wracaliśmy.

    – Co Pan robił?

    – Sortowałem gazety, potem te gazety żeśmy po Nowym Jorku rozwozili, fajna robota była. Nie było z tego co prawda wielkich pieniędzy, ale jak na warunki polskie wtedy to były przeogromne pieniądze, bo przecież przebicie było takie... Ale o co chodzi. Ten pan Ludwik miał na mnie niesamowicie pozytywny wpływ, dlatego że ten pan był bardzo bogaty, miał kilkanaście domów.

    – Czy Panu to imponowało wtedy?

    – On miał pieniądze. Dla mnie w tamtym czasie najważniejsze było dobre wykształcenie, logiczne rozumowanie, ciężka praca i do czegoś dojść – to był mój fundament. Natomiast kolidowało w panu Ludwiku to, że on był bardzo wierzący. Ja się bardzo dziwiłem, dlaczego na taki prymityw ten człowiek sobie pozwala, kiedy on już wszystko osiągnął. Może jeździć sobie rollce-royce'em, a on jeździ autobusem, on może w ogóle nie pracować, bawić się życiem, a on ciężko pracuje. Kiedy zadałem mu to pytanie, odpowiedział, że pracuje dlatego, że jest zdrowy i ma ręce, a praca to jest rzecz święta. To dla mnie było niepojęte.

IMG 4435

Goniec: Zacznę od pytania podstawowego, jak oceniasz tegoroczny Marsz Niepodległości? Jedni mówią, że było spokojniej niż w poprzednich latach, z drugiej strony, incydenty okołomarszowe zostały wykorzystane ponownie do wykreowania skrajnego wizerunku Marszu – "skrajnej prawicy". Czy zawiodło wewnątrzmarszowe "bezpieczeństwo"? Mnie idącemu pod koniec kolumny wydawało się, że w pewnym momencie Straż nie panowała nad przebiegiem, a wokół biegać zaczęli jacyś ludzie w kominiarkach.

Marian Kowalski: Marsz zgromadził więcej uczestników niż poprzedni i pod tym względem pobiliśmy kolejny rekord. Zastanawiam się jednak nad zmianą formuły, tak by mieć całkowitą kontrolę nad przebiegiem, a nieliczne incydenty nie przyćmiły rangi wydarzenia. Stutysięczne zgromadzenie na otwartym terenie składające się z najrozmaitszych ludzi nie jest do upilnowania w 100 procentach, dlatego jestem zwolennikiem skrócenia trasy Marszu z finałem na obiekcie zamkniętym, np. stadionie, i częścią artystyczną, która będzie atrakcyjna dla wszystkich. Teren zamknięty zapobiegnie akcjom osób z zewnątrz i umożliwi spacyfikowanie osób niezdyscyplinowanych.

piątek, 18 październik 2013 14:44

"Żywe Wspólnoty Kościoła"

Napisane przez

Witamy dzisiaj na łamach Gońca ojca Krzysztofa Zielendę, oblata Maryi Niepokalanej, który od grudnia ubiegłego roku gościł w parafii św. Maksymiliana Kolbe w Mississaudze.

Ojciec Krzysztof przybył do nas aż z Kamerunu, gdzie pracował jako misjonarz. Dlaczego mówimy o misjonarskiej pracy ojca Krzysztofa w czasie przeszłym, wyjaśnimy na końcu naszej rozmowy.

Wojciech Porowski: Ojcze Krzysztofie, ile lat spędził Ojciec w Kamerunie i dlaczego właśnie tam?

o. Krzysztof Zielenda: Przybyłem tu, do Mississaugi, po 20 latach pracy w Kamerunie. Liczę tylko te lata, które naprawdę spędziłem na ziemi kameruńskiej, gdyż w czasie mojej pracy misyjnej były jeszcze trzy lata studiów doktoranckich.

Dlaczego właśnie w Kamerunie? To chyba z Opatrzności Bożej, bo trudno mówić o przypadkach, kiedy się jest człowiekiem wierzącym. Po ukończeniu studiów teologicznych w Rzymie, ponieważ nie miałem jeszcze wieku kanonicznego, który był wymagany do otrzymania święceń kapłańskich, przełożeni zaproponowali mi dwuletni staż diakonalny właśnie w Kamerunie. Po dwóch latach pracy jako diakon odkryłem w sobie powołanie do pracy misyjnej w tym kraju. Byłem nim zauroczony, nie tylko kulturami, które tam spotkałem, ale również poświęceniem i metodą pracy misyjnej, jaka była właściwa oblatom w Kamerunie. Tak więc początkowo wybór kraju misyjnego nie był mój, a raczej propozycją przełożonych. Po święceniach kapłańskich otrzymałem moją obediencję i od tej pory należę do prowincji w Kamerunie.