Goniec

Register Login

Wywiady

Danuta Skalska (ur. 25 czerwca 1945 we Lwowie) – polska dziennikarka i redaktorka, działaczka samorządowa i społeczna.

W Polskim Radiu Katowice prowadzi audycję "Lwowska Fala". Jest prezesem bytomskiego oddziału Towarzystwa Miłośników Lwowa. Była radną Bytomia. W 2004 roku w rankingu "Dziennika Zachodniego" została uznana za jedną ze stu najbardziej znanych kobiet na Śląsku. Jest autorką książki "Mózg na ścierce czyli dwa łyki Ameryki" i spektaklu teatralnego przedstawiającego problemy polskiej emigracji; napisała kilka scenariuszy dla prezentowanych w TVP programów o tematyce kresowej i programów lwowskiego kabaretu Pacałycha.

Była współinicjatorką powołania Społecznego Ruchu im. Lecha Kaczyńskiego. Jest organizatorką Światowych Zjazdów Kresowian na Jasnej Górze, prelekcji i spotkań z przedstawicielami środowisk kresowych z kraju i zagranicy w Bytomskim Centrum Kresowym.


Maria Pyż: Moje ulubione pytanie – kiedy wreszcie zawitasz do Lwowa?

Danuta Skalska: Mam nadzieję, że to będzie już tego lata. Wybieramy się na taką wyprawę, ale na razie o tym nie będziemy mówić. Bliższa jest sprawa, która już niezadługo będzie miała miejsce u nas na Jasnej Górze – XXI Światowy Zjazd i pielgrzymka Kresowian. Zapraszam i informuję wszystkich, i tych którzy nie mogą, aby w ten dzień duchowo łączyli się z nami modlitwą, w ten szczególny dzień, gdy się zjeżdżają Kresowianie z kraju i ze świata, ci którzy mogą. Rozumiem, że jest nas coraz mniej, bo wymierają tamte roczniki, ale przyjeżdżają dzieci, wnuki. Co najważniejsze, Kresy i Kresowianie, Polacy mają ciągle sympatyków wielu.

Ja z prawdziwą radością i satysfakcją mogę to podkreślić. Właśnie poprzez słuchanie "Lwowskiej Fali" Polacy, którzy nigdy nie mieli nic do czynienia z Kresami, czują się duchowo z nami związani, Polacy, którzy uważają, że wszyscy jesteśmy po trochę z Kresów. To ogromnie raduje. W ubiegłym roku było około 1,5 tys. ludzi. Ja mam nadzieje, że w tym roku też nie będzie mniej.


Andrzej Kumor: Witam ponownie w Kanadzie. Jesteś już politykiem o wiele bardziej doświadczonym niż poprzednio, kilka kampanii... Powiedz, jak oceniasz swoją kampanię prezydencką?

Marian Kowalski: No cóż, w ramach tych środków finansowych, w związku z tym zdolności organizacyjnych, i rozkazów wydanych urzędnikom propagandy, czyli mediom, no to zrobiliśmy, co się dało. Ja i moi koledzy i koleżanki z Ruchu Narodowego, nasi sympatycy, to na co nas było stać, na co nam pozwolono, no to zrobiliśmy. Tutaj mamy przynajmniej doświadczenie organizacyjne jakieś osobiste.

W ramach tej kampanii okazało się, na ile osób możemy naprawdę liczyć jako działaczy, na ilu wyborców. Z jednej strony, można powiedzieć, że jest ich niewielu, ale z drugiej strony, widzimy, że sama idea Marszu Niepodległości, ta od pięciu lat realizowana przez nasze środowisko, te hasła dały wspólny wynik tak zwanym antysystemowym kandydatom, którzy wszyscy byli swego czasu na Marszu Niepodległości i wielu z nich nasze hasła puściło w eter w tej kampanii. Nie mam pretensji, że sobie je przywłaszczyli, niech to zadziała, ale niech będzie skuteczne. I się okazuje, że to jest jakiś temat do kontynuowania i my to będziemy robić.

Andrzej Kumor: Pana firma Transduction obchodzi czterdziestolecie, wielki, piękny jubileusz. Firma, którą kiedyś Pana przeciwnicy, gdy kandydował Pan na prezydenta Polski, określali jako zakład elektromechaniczny, sugerując, że Pan jest człowiekiem, który naprawia telewizory, ta firma właśnie pozwoliła Panu wejść do polskiej polityki. Pana sukces w tej dziedzinie o mały włos nie spowodował, że zostałby Pan prezydentem naszego kraju. Pierwsze pytanie się więc samo narzuca – jak to się robi? Jak emigrant, który przyjeżdża do Kanady bez pieniędzy, jest w stanie osiągnąć taki sukces?

 

Stanisław Tymiński: To była trudna droga, ale udało się w tym sensie, że przez 40 lat od chwili rejestracji firmy Transduction jako korporacji – od tej daty liczymy czterdzieści lat, co akurat wypada dzisiaj – nasza firma każdego roku zarobiła pieniądze. I to się liczy, bo jeśli ktoś zarabia pieniądze tylko przez jeden rok czy raz na pięć lat, to nie jest tak dobrze. A w naszym przypadku udało nam się w każdym roku mieć zysk i to się liczy. Dzięki temu firma dała dobre życie nie tylko mnie, mojej rodzinie, ale też wielu pracownikom. Mieliśmy dzisiaj małą uroczystość z pracownikami i wszyscy są zadowoleni, że mają dobrą pracę i dobrą przyszłość. I to się liczy nie tylko w Kanadzie, ale na całym świecie.

IMG 5206– Kadencja dobiega końca, jak ją Pan ocenia, jak by ją Pan podsumował?

– Była bardzo pracowita. Mogę się pochwalić pewnymi osiągnięciami, zwłaszcza to, że mój private members bill przeszedł i stał się prawem.

– I mamy Dzień Jana Pawła II.

– Mamy Dzień. I cieszy fakt, że to się zakończyło sukcesem, bo właściwie mało tych propozycji prywatnych kończy się w ten sposób, większość gdzieś tam utyka.
Generalnie rzecz biorąc, bardzo pracowity okres. Dla mnie niesamowite doświadczenie.

– Co Pana zaskoczyło w tej pracy?

– Nie tyle zaskoczyło, co – powiedziałbym – tworzyło pewne frustracje. Ja z byłem z biznesu i jestem przyzwyczajony, żeby szybko decydować i iść do przodu. Tu niestety w tej demokracji tak nie jest. Często jak się jest na debacie, słyszy nie raz, nie dwa, nie trzy, ale kilkanaście razy to samo, to wiem z doświadczenia, że na każdym biznesowym spotkaniu po trzech razach prowadzący spotkanie by tę debatę zakończył. A w demokracji trzeba mówić, i to wszystko działa dosyć powoli. No ale tak system działa i cieszmy się, że mamy demokrację, bo chyba wszyscy, którzy doświadczyliśmy innego systemu rządów, nie chcielibyśmy do nich wracać.
Tak że to było takie najbardziej dla mnie zaskakujące, że to jest taki wolny proces.

Jakkolwiek myślę, że wiele działań jest skutecznych i kiedy są sytuacje, które wymagają działania, to rząd ma narzędzia do tego, żeby odpowiednio szybko działać. To jest takie połączenie i gdzieś jest to jednak wypośrodkowane.

– Panie Stanisławie, przyjechał Pan do nas kolejny, czwarty raz. Jest Pan – pozwolę sobie użyć tego terminu – felietonistą polonijnym, w tym sensie, że Pan doskonale zna środowisko polonijne, objeżdża Pan nasze skupiska na kilku kontynentach. Jak to wygląda z Pana perspektywy ten nasz naród, który – można by powiedzieć – jest sześćdziesięciomilionowy?

– W ostatnich latach, biorąc od uwagę również tę młodzieżową emigrację z Polski – to co najmniej połowa Polaków mieszka poza krajem. Ja rzeczywiście w ciągu ostatnich dziesięciu lat bardzo dużo środowisk polonijnych odwiedziłem. Nie tylko w Europie – tam byłem we Francji, w Niemczech i w Wielkiej Brytanii, i w Hiszpanii, i w Szwajcarii – tak że te środowiska polonijne w Europie trochę poznałem, a w Stanach Zjednoczonych i w Kanadzie też. No i w ubiegłym roku byłem w Australii, gdzie miałem spotkania w dziesięciu miastach australijskich. Byłem tam zaproszony przez dwie organizacje: Naszą Polonię i Związek Więźniów Politycznych, to emigracja już solidarnościowa. Tak że mogłem trochę się zorientować i w liczebności, i w nastrojach i poglądach politycznych tych skupisk emigracyjnych, które odwiedzałem.

Andrzej Kumor: Jak Pan ocenia sytuację w Polsce? Czy jest nadzieja na to, że będzie zmiana, że odpuści to, co trzyma?

Jan Pietrzak: Mam nadzieję. Mam nadzieję, bo jestem człowiekiem optymizmu i zawsze szukam tego promyczka jasnego przed nami. Wydaje mi się, że naród tak już się dowiedział dokładnie, że fałszują wszystkie wybory po kolei, że rządzą nami nie tylko złodzieje, ale i oszuści. Że demokracja się skończyła, bo jak fałszują wybory, to znaczy nie ma demokracji. Ale jest duża wiedza, jest duża świadomość, tak że zgłaszają się tysiące ludzi, którzy chcą pilnować przebiegu wyborów. Jeżeli będą pilnować, to Polska wygra, bo oczywiście wybory sfałszowane – to trudno wygrać.

niedziela, 08 marzec 2015 23:29

Twardy jak stal Niezwykła historia Arka Bieniawskiego

Napisane przez

Andrzej Kumor: Jak to się u Ciebie zaczęło?

Arek Bieniawski: Zaczęło się tak... Grałem w polonijnych klubach w piłkę nożną do 50. roku, bo po AWF-ie jestem.

– 50. roku życia?

– Tak. I zaczęło kolano szwankować, wytarła się trochę chrząstka.. postanowiłem, że znajdę sobie zastępczy sport, który będę uprawiał. W zimie parę kilometrów zawsze robiłem na biegówkach z żoną i psem. To jest mniejsze obciążenie na stawy, a najlepszy workout, jaki może być, styl cross country. Polecam wszystkim.

Poszedłem do pana doktora w Burlington, który mi powiedział: no cóż, możemy wymienić kolano.

Ja mówię: świetnie, panie doktorze, ale dziękuję. Może ja postoję i zrobię coś innego... Poznałem kolegę, który już robił długie dystanse i namówił mnie: chodź spróbujesz, masz wytrzymałość.

Witamy dzisiaj na łamach "Gońca" ks. Sławomira Zaczka, przybyłego do nas z Polski asystenta kościelnego (bo tak brzmi oficjalnie jego funkcja) Stowarzyszenia Effatha. Stowarzyszenie to powstało wokół pisma o tej samej nazwie, a początki jego działalności sięgają roku 1989. Stowarzyszenie powstało z inicjatywy osób zarówno świeckich, jak i duchownych, a celem jego było i jest przeciwstawianie się wpływom różnorakich sekt.

Początkowo dotyczyło to Organizacji Świadków Jehowy, a od roku 1995 również innych ruchów parareligijnych i kultowych.

Ks. Sławomir Zaczek gościł w parafii św. Maksymiliana Kolbe, gdzie przez ponad tydzień głosił homilie nie tylko uczulające nas na sprawy wiary, ale również przestrzegające przed niebezpieczeństwami szeroko pojętego okultyzmu. Warto przy okazji podkreślić, że patronem Stowarzyszenia Effatha jest także św. Maksymilian Kolbe.

W niedzielę, 1 lutego, w sali pod kościołem św. Maksymiliana odbyło się spotkanie z ks. Zaczkiem, które wypełniło całą salę. Przybyło na nie ponad 750 osób. Przez cały następny tydzień ks. Sławomir był oblegany przez parafian pragnących się z nim spotkać i porozmawiać prywatnie.
Mimo niewątpliwego zmęczenia zgodził się udzielić krótkiego wywiadu dla naszego tygodnika.

•••

Wojciech Porowski: Przy okazji takich spotkań zwykle pytamy o początki. Jak to się stało, że trafił Ksiądz do Stowarzyszenia Effatha i co skłoniło Księdza do takiej, a nie innej działalności duszpasterskiej?

Ks. Sławomir Zaczek: To kwestia pewnego przypadku, choć trzeba by tu raczej mówić o woli Bożej. W tym czasie byłem studentem trzeciego roku seminarium duchownego, więc Pismo Święte nie było mi obce. Pewnego dnia odwiedzili nas w domu świadkowie Jehowy i był to mój pierwszy kontakt z nimi. Przypomniała mi się przeczytana kiedyś opinia, że najlepszym sposobem rozmowy w takim przypadku jest zadawanie pytań. Zaprosiłem ich do dyskusji, która toczyła się pod moje dyktando, i na koniec ów świadek Jehowy powiedział – "...ale byłby z pana dobry Świadek Jehowy z taką dobrą znajomością Pisma Świętego...". Poczułem się tym bardzo obrażony.

Z Marianem Kowalskim, kandydatem Ruchu Narodowego na prezydenta Polski, rozmawia Andrzej Kumor

Andrzej Kumor: Z czym idziesz do wyborów, jaki program, czym przekonujesz człowieka, który chciałby na Ciebie zagłosować, jakie są główne punkty Twojej kampanii?

Marian Kowalski: Przede wszystkim nie traktuję tych wyborów jako promocji mojej osoby czy chęci zrobienia kariery. Zadanie jest takie, wepchnąć do Sejmu Ruch Narodowy, czyli pierwszą od dwudziestu pięciu lat inicjatywę polityczną, która nie została wyreżyserowana przy okrągłym stole i jest antysystemowa.

Te wybory to, po wyborach europarlamentarnych i samorządowych, kolejna kampania wyborcza, która ma mieć finał jesienią w czasie wyborów parlamentarnych. Tak to widzę.

Nasz program jest odmienny od innych partii politycznych, ponieważ jesteśmy jedyną oddolnie zawiązaną ideą, inicjatywą obywatelską, eurosceptyczną, kontestującą cały porządek pookrągłostołowy, i zarówno w sferze rozwiązań wewnętrznych, gospodarczych, które są wolnościowe, jak i polityki zagranicznej różnimy się od wszystkich partii w obecnym parlamencie.

Jak się patrzy na polską scenę polityczną, to w tych wyborach jest bardzo duży wybór, bo jest i atrakcyjna pani Ogórek, jest Korwin, który zakłada nową partię, mówi się, że Kukiz będzie kandydował na prezydenta, no i jest Grzegorz Braun, którego kandydaturę na prezydenta zgłosił niedawno jego komitet wyborczy.

Człowiek się zastanawia, dlaczego głosować na jednego z nich, to jest rozproszenie głosów, to i tak jak gdyby osłabia możliwość stworzenia jednej kandydatury, która by miała realną szansę w walce z ludźmi głównego nurtu PO i PiS.

Chciałem się zapytać, jak to jest, do kogo Ci jest wśród tych kandydatów najbliżej? Dlaczego nie zdołano wystawić jednego kandydata opozycji antysystemowej?

Muszę tutaj powtórzyć, że tylko my dysponujemy strukturą organizacyjną, która sięga nie tylko województw, ale i powiatów.

Można wystawiać bardzo interesujące kandydatury, osoby ze znanym nazwiskiem, ale co z tego?

My chcemy doprowadzić do sytuacji takiej, że zafunkcjonuje w Polsce siła polityczna, która ma krytyczny stosunek do całego 25-lecia, ale to będzie trwała siła, a nie komitet wyborczy na wybory prezydenckie. Nam się udało to stworzyć do poziomu Polski powiatowej. Teraz, na przykład, jeżdżę po miejscowościach nieznanych szerszemu odbiorcy, po Polsce powiatowej. Będę w Bychawie pod Lublinem, w Biłgoraju. Duże miasta zostawiam na koniec.

Dobre nazwiska, znane, to są ludzie, którzy teraz robią politykę na swoje nazwisko, a ja chcę zaprezentować wyborcom przede wszystkim lokalnych liderów, którzy się pojawili, co robią młodzi ludzie, nieskażeni ani komuną, ani wizjami tej wspólnej Europy.

Młodzi polscy patrioci, którym trzeba utorować drogę do realizowania ich celów politycznych, uratowania przyszłości najmłodszego pokolenia Polaków.
Podkreślam, mnie, Marianowi Kowalskiemu, to nie jest do niczego potrzebne. Muszę pociągnąć ten wózek do jesieni, do wyborów parlamentarnych. To jest mój główny cel.

Bądźmy realistami. Czy Korwin zostanie prezydentem, czy Grzesiek Braun, którego też znam, czy ja? Bądźmy realistami.

Jestem gotów zrobić wszystko, żeby wygrać, ale są pewne realia. Ale jestem zobowiązany wobec naszych ludzi, którzy przeprowadzili już dwie kampanie wyborcze bez żadnych dotacji z budżetu państwa, bez żadnych dotacji od obcych ambasad, krytykowani, prześladowani przez policję. Muszę dać z siebie wszystko, żeby ich ulokować w Sejmie, gdzie będą mogli realizować program polityczny zgodny z naszym interesem narodowym. I to jest cel mojego startu.

Czy wierzysz, że ci ludzie będą mieli szansę, skoro rządzi system okrągłego stołu, który jest pozabezpieczany na wszystkie strony? Pokazały ostatnie wybory samorządowe, jak jest w stanie "sterować" demokracją. Więc czy tędy droga, że wejdzie dwóch – czterech posłów z Ruchu Narodowego, i co dalej? Będą taką samą efemerydą jak partie typu Korwin-Mikkego, który zdołał się w Parlamencie Europejskim ulokować?

Mamy do wyboru kilka rozwiązań, albo nie robić nic, albo robić to, co robimy, czyli wykorzystywać luki w systemie, żeby zafunkcjonować legalnie w przestrzeni publicznej. Albo prowadzić jakieś fantasmagorie o charakterze rewolty, które ja uważam za fantasmagorie właśnie. Dlatego dopóki ten system nie jest na tyle hermetyczny, że możemy w jakikolwiek sposób działać legalnie – chociaż robią wszystko, żeby nas pozamykać do więzienia, przecież ja będę miał proces za miesiąc pilotowany przez "Gazetę Wyborczą", karny proces, aranżowany, kłamliwy, na podstawie kłamliwych oskarżeń – wykorzystuję tę szansę.

No bo mogę powiedzieć tak – będę grał wielkiego kozaka i wyprowadzę tych młodych chłopaków na ulicę. Ale powiedziałem, że ja nie będę budował swojej kariery politycznej na krwi niewinnych ludzi. Powiedziałem – tak długo będę ich prowadził i brał na klatę wszystkie ataki na mnie, jak będę widział jakąkolwiek szansę, żeby oni byli posłami, nawet tych czterech; żeby mieli immunitet, dostęp do mediów, jakiekolwiek pieniądze na działalność.

Bo my to, co realizujemy teraz, Marsz Niepodległości czy inicjatywy Żołnierzy Wyklętych, czy jakieś tam szkolenia, spotkania itd., robimy to za zero budżetu.

A partie polityczne robią dokładnie to samo z dotacji państwowej, i o wiele mniej liczne, i gorzej, a tylko my to robimy dla idei, a nie dla własnych karier i pieniędzy.

Tak że jestem zobowiązany i skoro obdarzono mnie takim zaufaniem – bo podkreślam, nie zabiegałem o to, żebym kandydował, nawet nie byłem na tym zebraniu Rady Decyzyjnej; moje nazwisko zostało wysunięte, dopiero się dowiedziałem telefonicznie, że będę kandydować. Jest organizacja, jest hierarchia, są rozkazy, trzeba je wykonywać. Dlatego startuję.

Chciałbym wrócić jeszcze do tych punktów programu. Co Ruch Narodowy daje młodzieży, to mówisz, ale co daje średniemu pokoleniu, bo niektóre postulaty, jak postulat likwidacji ZUS-u, to dla ludzi, którzy mają 45 czy 50 lat, są trochę niepokojące? Druga rzecz, w Polsce bardzo dużo ludzi zależy od państwa, od rozdziału pieniędzy państwowych, bo mają mniej lub bardziej ciepłe posadki, i oni też się boją tego rodzaju zmian, jak ta, którą Ty proponujesz. Są również emeryci i jesteśmy my, Polacy za granicą. Gdybyś tak w skrócie mógł powiedzieć, dlaczego głosować na Ruch Narodowy w tym momencie właśnie?

Dlatego, że widzimy naród jako pewną całość, a nie różne grupy interesu, które wyszarpują kawałek pieniędzy z budżetu, tak jak jest dzisiaj. I teraz tak, co mamy dla przedsiębiorców? Dzisiaj ZUS jest bankrutem i dalej prowadzi zwłaszcza małych przedsiębiorców do ruiny. Trzeba tę piramidę finansową zlikwidować, dopóki nas nie przywaliła ciężarem swojego bankructwa.

Jeśli chodzi o sprawy dla wszystkich. Państwo jest w rękach biurokratów z nadania politycznego. Komornicy łamią prawo, sędziowie wydają skandaliczne wyroki, policjanci są karani za rozmaite przestępstwa pospolite, urzędnicy w samorządach dokonują strasznych machlojek – niektórzy są karani – ale ma to miejsce tylko dlatego, że jest generalnie przyzwolenie polityków. Gdyby minister sprawiedliwości, gdyby prokuratorzy, gdyby policja, aparat ścigania tak rozbudowany, miał zielone światło na tępienie patologii, toby to robił. Tymczasem Polska jest krajem, gdzie uczciwy przedsiębiorca może zostać zniszczony przez kontrole najrozmaitszych urzędów, od skarbowego, przez sanepid itd. Zniszczony całkiem za nic. I potem powiedzą: proszę pana, nic się nie stało.

A z drugiej zaś strony, teraz powstały jakieś parabanki kryte przez polityków i okradają setki tysięcy osób. Na przykład za kradzież stu milionów złotych dostaje się grzywnę miliona złotych, tylko dlatego że się ma powiązania polityczne. I tak długo to będzie możliwe, ta patologia państwa biurokratycznego, dopóki ludzie, którzy mają immunitet i mają możliwość zaglądania do dokumentów, pilnowania urzędników, ministrów, nie będą mieli wpływu i nie będzie to transparentne. Dzisiaj to jest hermetyczny system, tak jak między gangsterami, oni będą między sobą robić porachunki, a wobec wymiaru sprawiedliwości są hermetyczni i nikt im nic nie może zrobić.

Trzeba to rozhermetyzować, bo już wiemy, że jest krach systemu ubezpieczeń i kryzys w służbie zdrowia. Przecież Państwo wiedzą, jak było na przełomie roku, że nie było umów z lekarzami i przychodnie były pozamykane, mimo że ludzie płacą składkę ubezpieczeniową.

Dalej, jest całkowite uzależnianie całkowicie polskiej energetyki już nie tylko od rosyjskiego gazu, ale też i od węgla rosyjskiego, bo wszystko ku temu zmierza. Jednocześnie Polska jest wpychana w awanturę ukraińsko-rosyjską, choć nie ma ani wojska, ani pieniędzy.

Ja, Marian Kowalski, mówię jasno – jestem tym kandydatem na prezydenta, który nie pozwoli wepchnąć Polski do tej wojny, a na pewno nie wejdziemy do tej wojny jako pierwsi.

Odebrałeś mi pytanie o to, o czym ludzie w Polsce mówią i czego się boją; że Polska, pomagając Ukrainie, robi to praktycznie rzecz biorąc wbrew interesowi Polaków, bo bardzo wiele osób na tym traci i też wielu polityków jakby z taką dezynwolturą traktuje straty polskich rolników, polskich przemysłowców, straty transportu polskiego. Jak Polska powinna zachować się wobec tego konfliktu na Ukrainie?

Polska nie powinna brać w tym udziału, bo jest wpychana w ten konflikt od dawna, i to bez żadnych spodziewanych korzyści z tego tytułu. Nawet nie jesteśmy zapraszani na szczyty, na których sprawy ukraińsko-rosyjskie są rozstrzygane. Francja jest zapraszana, Niemcy są, Polski nie ma, a jednocześnie mówią, że mamy być adwokatem sprawy ukraińskiej. A tymczasem wiemy dobrze, że obecna ekipa w Kijowie jest zbudowana na etosie szowinizmu antypolskiego. Jeszcze kilka miesięcy temu obecni przywódcy Ukrainy zgłaszali pretensje terytorialne wobec Polski, a już będąc u władzy, utrzymywali embargo na handel produktami rolnymi z Polską.

Tak że nie wiem, co mielibyśmy zyskać na tej awanturze oprócz pogorszenia relacji z Rosji, a nie mamy żadnych środków, żeby teraz z Rosją się boksować naprawdę.

Z drugiej zaś strony, jesteśmy wpychani do tej awantury jak taki chłopiec, który ma na sobie przebadać ciosy przeciwnika.

Jesteśmy z pełną premedytacją wpychani w ten konflikt. Zarówno Prawa i Sprawiedliwości kandydat na prezydenta, pan Duda, niejednoznacznie się wypowiada w kwestii udziału polskich wojsk na Ukrainie, legenda Solidarności, pan Bujak, mówi, że byłby szczęśliwy, gdyby nasi żołnierze tam byli, po stronie ukraińskiej walczyli – tak mówi, byłby szczęśliwy – a minister spraw zagranicznych Schetyna jasno powiedział, że obóz w Oświęcimiu wyzwalali ukraińscy żołnierze, a nie rosyjscy. Wzbudziło to od razu reakcję Kremla, umniejszanie roli tak zwanej Armii Czerwonej w tak zwanym wyzwoleniu Polski, a jednocześnie przecież trzeba powiedzieć jasno, jeżeli tam byli jacyś Ukraińcy, to raczej jako strażnicy w tym obozie.

Czyli jesteśmy pchani w awanturę przez główne siły polityczne, nie mając żadnych spodziewanych korzyści, a jedynie straty.

Dlaczego tak się dzieje, czy to są głupi ludzie?

Nie, to nie są głupi ludzie. To są ludzie, którzy działają na zamówienie pewnych sił zewnętrznych. I ja spodziewam się, że pani Ogórek, czyli kandydatka lewicy nieznana do tej pory i wcale niebędąca członkinią Sojuszu Lewicy Demokratycznej, jak i pan Duda, przecież do tej pory nieznany szerszemu kręgowi zwolenników Prawa i Sprawiedliwości, że te partie dostały rozkaz wysokiej przegranej z obecnym prezydentem. Ja tak przypuszczałem, bo inaczej by tak nie było. Bo dlaczego lewica nie miałaby wystawić porządnego kandydata, na przykład pana Millera, który by powalczył naprawdę? I dlaczego nie wystartował pan Kaczyński, który by walczył naprawdę? Tylko wystawiają polityków z tylnych szeregów, którzy wiadomo, że przegrają z Komorowskim, który niedawno w Sejmie wyściskał się z prezydentem Ukrainy i deklaruje daleko idącą pomoc stronie ukraińskiej.

Chcą nas wpakować w wojnę, bo prezydent z wysokim poparciem, gdy wygra Komorowski w pierwszej turze, będzie mógł zrobić wszystko. Od wpakowania nas w wojnę, bo powie – mam wysoki mandat społeczny – do zwrotu finansistom nowojorskim 60 mld dolarów za rzekomo pozostawione w Polsce mienie pożydowskie.

W którymś z wywiadów ostatnio, chyba w Radiu Wnet, powiedziałeś coś takiego, że w drugiej turze byłbyś w stanie poprzeć kandydaturę Dudy na prezydenta, oczywiście gdyby była druga tura, ale za pewne warunki. Jakie są te warunki Ruchu Narodowego, czego Ruch Narodowy chce w pierwszej kolejności?

Można im postawić różne warunki, ale to co mi przychodzi do głowy na już, to na przykład to, że prezydent Duda nie pozwoliłby na likwidację polskiej waluty. Prawo i Sprawiedliwość, jak rozumiem, nadal jest zwolennikiem wejścia do strefy euro – co zwłaszcza po ostatnich skokach franka szwajcarskiego z ubiegłego tygodnia, w Polsce była wielka panika, no bo doszło do 20-procentowej aprecjacji helweckiego franka i osoby, które pobrały kredyty, zwłaszcza te długoterminowe, na zakup mieszkań i domów, o 20 proc. mogło im podskoczyć zadłużenie. I teraz się mówi na przykład o konieczności przewalutowania tych kredytów na złotówki, czyli widać, że złotówka jest potrzebna, bo jeżeli mieliby przewalutować z franka na euro, no to jeden do jednego, to po co?

Ja teraz pytam, ilu tych mądrali, którzy mówią, że trzeba likwidować złotówkę i wchodzić do strefy euro, jednocześnie mówi o potrzebie przewalutowania – to jest nonsens! Jeżeli pan Duda obieca, że uratuje złotówkę, oraz spełni może inne postulaty, które byśmy chcieli, żeby były zrealizowane, wtedy możemy rozmawiać poważnie o poparciu. Ale na pewno nie będzie to na zasadzie tak sobie i za darmo.

To musi być korzyść dla naszych zwolenników, dla nas, zwykłych ludzi mieszkających w Polsce.

Jak byś opisał sytuację w Ruchu Narodowym, wybory prezydenckie i wybory do Sejmu, kolejna mobilizacja, czy nie za dużo tych mobilizacji Ruchu Narodowego? Jak oceniasz sytuację w tym momencie, czy poparcie rośnie, czy ta idea, którą niesiecie, zyskuje poparcie w społeczeństwie?

Już same wyniki wyborcze na to wskazują. Europarlament traktowaliśmy jako próbę ogniową naszych zdolności mobilizacyjnych. Wiadomo, zebranie podpisów, rejestracja kandydatów – i tutaj mieliśmy sto tysięcy głosów. Następne samorządowe wybory – już mamy samorządowców Ruchu Narodowego w różnych miejscach Polski, i dwieście tysięcy głosów na nas oddanych, czyli jest ten progres, czyli warto o to walczyć. A przypominam, że do europarlamentu nie wszyscy mieli ochotę startować, bo w naszym środowisku wybory europarlamentarne były trochę kontrowersyjne, nie wiadomo, czy mamy się w to bawić. Samorządowe, no to też trudne, bo jednak wiemy, że tutaj mnóstwo komitetów lokalnych itd. No ale pójście do Sejmu pod własnym szyldem, to już jest pełna mobilizacja i wszystko jasne.

Ale mówię, ja startuję po to, żeby jednak wokół mnie jeszcze bardziej zogniskować ten potencjał, i kolejny raz powtórzę, tu nie chodzi o mnie, Mariana Kowalskiego, żeby pompować moje nazwisko. Mnie to nie jest do niczego potrzebne, tracę na tym i czas, i zdrowie, i własne pieniądze, ale muszę się poświęcić, bo cel, który sobie postawiłem, żeby polscy patrioci wreszcie mieli wpływ na polską politykę, czyli żeby poszli do Sejmu, to jest mój cel życiowy.

Jeżeli oni będą jesienią w Sejmie, to powiem, że już moja misja jest spełniona i mogę już trochę odetchnąć.

Jak Ci można pomóc, jak można pomóc Ruchowi Narodowemu?

Przede wszystkim potrzebujemy wsparcia finansowego.

Tutaj nie wiem, jakie są możliwości, jeszcze tego nie badałem, pomocy z zagranicy. Nie wiem tego. Na pewno będzie uruchomione konto, gdy zarejestrujemy komitet, a komitet zarejestrujemy po ogłoszeniu wyborów, czyli trzeba poczekać jeszcze tydzień, dwa czy trzy, i będziemy prosili o wsparcie. Oczywiście każda pomoc jest nam potrzebna. Jeżeli mają Państwo tutaj na miejscu, w Polsce, rodziny i znajomych, niech się angażują, niech zasiadają w komisjach, niech pomagają zbierać podpisy, niech głosują na nas.

Ale podkreślam, my tutaj stajemy do nierównej walki, bo partie polityczne są dotowane z pieniędzy podatnika. Prawo i Sprawiedliwość ma chyba 14 milionów złotych rocznie dotacji, plus oczywiście diety posłów i innych polityków. My mamy zero pieniędzy. Mamy to, co mamy z pracy własnych rąk. No i nie mamy też wielkich mediów, mamy tygodnik "Polska Niepodległa", mamy Internet, na tym się opieramy.

Ale mamy wizję, że możemy doprowadzić do tego, o czym marzyły całe pokolenia Polaków, czyli żeby sami Polacy rządzili w Polsce, nie przez jakichś doradców, tak jak Solidarność dała się oszukać, gdy przywieziono w teczkach jakichś cwaniaków.

Tam, gdzie jeżdżę po Polsce, zwłaszcza w małych miejscowościach, tam mówię – ja tu nie przyjeżdżam do was, żebyście mnie nosili na rękach i brali ode mnie autografy, bo ja wam pokazuję ludzi, którzy już się sprawdzili u was, słuchajcie ich, pomagajcie im, pracujcie z nimi, zapisujcie się do tych organizacji, działajcie na rzecz swoich wspólnot, zgodnie z programem Ruchu Narodowego, ale to wy macie być liderami i nie czekajcie, aż przyjadą kandydaci w teczkach z Warszawy, tak jak to robią partie polityczne.

Są wobec Ciebie oskarżenia – na portalu prawy.pl wyczytałem, że nie jesteś katolikiem, to znaczy, źle się odnosisz do wiary – nie pamiętam, jak to było ujęte, ale generalnie zarzucono Ci wyśmiewanie się z wiary katolickiej. Jak to jest?

Jestem katolikiem, jestem ochrzczony, mam pisemne błogosławieństwo imienne, od prymasa Wyszyńskiego, a osoby, które do tej pory nic nie robiły, tylko potrafią szperać w jakichś felietonach i wyjmować wyjęte z kontekstu zdanie sprzed kilku lat, najlepiej sobie wystawiają świadectwo, że w nich ducha chrześcijańskiego nie ma.

Bo gdy ja prowadziłem w Lublinie manifestację w obronie Telewizji Trwam, wielotysięczną, to ja to prowadziłem, pod własnym nazwiskiem, stawałem w obronie wystawy pro-life, gdy lewacy ją zasłaniali, to sam jeden poszedłem z nimi wojować na plac Litewski parę lat temu. Zapytam, gdzie byli ci wojownicy, co teraz będą mi łatki przylepiać, że nie jestem katolikiem?

Teraz to się każdy może boksować z klawiaturą komputera, bo już zrobiliśmy pierwszy krok, ale każdy, kto będzie teraz próbował atakować Ruch Narodowy i mnie osobiście, jest człowiekiem złej woli; jeżeli mówi, że to robi z pozycji katolickich, to się kompromituje, bo uważam, że więcej dałem dowodów swej wiary i zaangażowania w sprawę, w patriotyzm, w obronę Polski, jak jeszcze ci wszyscy smarkacze, co teraz będą wierzgać, nie mieli zielonego pojęcia, gdzie Polska leży na mapie. To oni się kompromitują takimi atakami. Pewnie chcieli nie wiem co uzyskać, jakieś doskonałe pozycje wyborcze w ramach Ruchu, a może im się nie udało, nie porobili karier w tym roku, będąc w Ruchu, i się poobrażali. Ja nie zrobiłem kariery przez dwadzieścia pięć lat mojego zaangażowania publicznego, tylko się narażam bez przerwy.

To, co robię, robię w dobrej wierze, jestem człowiekiem wierzącym, patriotą, a jeżeli mi się zdarzyło niechcący jakiś lapsus popełnić, z którego się wytłumaczyłem, była to być może jakaś nieostrożność albo poniosła mnie fantazja felietonisty. Ale ktoś, kto grzebie teraz w brudach, to ja się pytam, co zrobił dla Ojczyzny, gdy ja narażałem się sam, stojąc 15 lat temu na manifestacjach antyunijnych i nas było pięciu? Paliliśmy flagi unijne i milicja nas wzywała, gdzie byli ci ludzie?

Dziękuję bardzo, powodzenia, wszystkiego dobrego.

Dziękuję bardzo, pozdrawiam wszystkich.

 

W lutym 2001 Kongres Polonii Kanadyjskiej wystąpił do Instytutu Pamięci Narodowej z prośbą o podjęcie śledztwa w sprawie zbrodni dokonanej w 1944 roku przez partyzantkę sowiecką i żydowską w Koniuchach, gmina Bieniakonie, powiat Lida,
województwo nowogródzkie.

Jak pisze KPK w liście do IPN, jest to jeden z licznych masowych mordów popełnionych w trakcie wojny i po niej na ludności cywilnej Kresów Wschodnich. (Inna masakra, o której zbadanie zwrócił się KPK, dotyczy pacyfikacji wsi Naliboki
przez partyzantkę sowiecką).

Relacje świadków zbrodni w Koniuchach zamieściła też wileńska "Nasza Gazeta". Na temat zdarzenia istnieje obszerna dokumentacja. O pacyfikacji pisali m.in. sami zbrodniarze, wspominając "dobrze przeprowadzoną akcję". Znamy nazwiska pomordowanych, znamy nazwiska wielu morderców. Mimo to śledztwo w sprawie zostało umorzone.

W mordzie wzięło udział nie tylko ok. 50 żydowskich partyzantów z tzw. Brygady Litewskiej, ale także sporo partyzantów z oddziału "Śmierć Okupantom" – była to akcja sowiecko-żydowska. Jeden z partyzantów żydowskich stwierdził: uważaliśmy się za partyzantów żydowskich, nasz oddział był żydowski.

Całością akcji dowodził Genrich Ziman (Genrikas Zimanas), po wojnie odznaczony w PRL Orderem Virtuti Militari.

Zamieszczamy poniżej relację  p. Edwarda Tubina z Ottawy opowiedzianą piękną kresową
polszczyzną.


Andrzej Kumor: Ile Pan miał lat, gdy się zaczęła wojna?


Edward Tubin: Trzynaście lat.


A.K.: To znaczy, trzynaście lat miał Pan wtedy, jak...


E.T.: Jak ten pożar był. Jak była polska wojna, Niemcy poszli, to ja miałem osiem lat.