Goniec

Register Login

Aleksander Borucki - polski nauczyciel kanadyjskich Indian

Oceń ten artykuł
(13 głosów)

Goniec: Jak się zmieniło twoje życie przez to, że jesteś od ośmiu lat na Północy? Co ci to dało, co ci to odjęło?


Aleksander Borucki: Przede wszystkim przewartościowałem to, dlaczego jestem na Północy, bo pojechałem tak jak większość – pisałem o tym swego czasu – nauczycieli, lekarzy, pielęgniarek, policjantów, pilotów, którzy zaczynali swoją karierę na Północy.
Taka była moja początkowa motywacja – pojechać na Północ, zdobyć doświadczenie zawodowe, wrócić na Południe i pracować już na Południu, gdzieś tutaj, w Mississaudze czy Toronto, między ludźmi. Ale przez te osiem lat zmieniło się to w ten sposób, że doszedłem do wniosku, że jednak tam jest moje miejsce, po czym doszedłem do wniosku, że może jednak nie, i teraz jestem na rozdrożu.
Próbuję się zastanowić, co dalej.
Pojechałem na Północ z bardzo prozaicznych względów, żeby zdobyć doświadczenie zawodowe jako nauczyciel, a skończyło się na poszukiwaniu jakiegoś sensu w życiu. No i dalej szukam.

– Który to jest twój rezerwat?
– Czwarty rezerwat. Co się zmieniło? No, muszę przyznać, że doczekałem w końcu spełnienia się pewnego rodzaju obietnic przez rząd kanadyjski w stosunku do Indian. Pamiętam, jak zaczynałem pracę na Północy w 2009 roku po raz pierwszy, mój znajomy – dzieliliśmy dom, więc współlokator – powiedział: no, teraz Stephen Harper jest premierem. Wtedy wszyscy byli jeszcze nabuzowani jego przeprosinami. Stephen Harper chciał się przedstawić jako premier, który ma na względzie edukację, między innymi edukację Indian. To zajęło osiem lat i dopiero teraz widzę jakieś skutki tej działalności, bo dopiero w tym roku ktoś doszedł do wniosku, że nauczyciele w indiańskich szkołach, przynajmniej w tej szkole, w której teraz ja pracuję, powinni zarabiać tyle, co nauczyciele gdzie indziej, bo do tej pory zarabiałem 30 do 40 proc. mniej.
A teraz zachłysnąłem się tym, że zarabiam tyle, ile powinienem.

– Wzrosły nakłady na szkoły, tzn. więcej jest możliwości zakupu pomocy naukowych itp.?
– Pod tym względem, muszę przyznać, że większość szkół, w których pracowałem – no, połowa – była lepiej wyposażona niż szkoły na Południu. Dwie szkoły, w których pracowałem, nie miały nic, więc kupowałem kredę i ołówki z własnych pieniędzy. Raz podliczyłem sobie mój pierwszy rok uczenia, wydałem półtorej miesięcznej pensji na pomoce naukowe. Ale to był okres zachłyśnięcia się tym, że jestem wśród Indian, jacy oni biedni, jaki jestem zadowolony, że mam tę możliwość uczenia ich, jest to pewnego rodzaju nobilitujące, jest to jakiś zaszczyt, że przyjęli mnie w swoje grono.

– Jacy są Indianie, jak cię przyjmowali w każdym z tych rezerwatów, jak się wśród nich czujesz, gdzie są największe problemy? Z twoich tekstów wynikało, że to jest coś, o czym ludzie na Południu, czyli my mieszkający tutaj, mamy mało pojęcia albo w ogóle nie mamy pojęcia.
– Generalnie miałem bardzo dobre stosunki z większością Indian, ale skończę najpierw odpowiedź na pierwsze pytanie.
Dwie szkoły były naprawdę bardzo biedne. Porównywałem to ze szkołami, do których sam chodziłem. W Polsce, w latach 80. szkoły były lepiej wyposażone niż tutaj te szkoły w Kanadzie po roku 2000. Kreda, której zawsze brakowało, i tablica. Ale ostatnie dwie szkoły, w których pracowałem i teraz pracuję, są wyposażone świetnie, więc każdy nauczyciel ma tablicę multimedialną interaktywną, prawie że co druga klasa ma zestaw 20 – 30 iPadów, sporo rzeczy robimy w Internecie.

– Powiedz dokładnie, gdzie pracujesz, gdzie leży ten rezerwat?
– W północnej Albercie. To jest tak daleko na północ Alberty, że jak zabraknie śniegów w Terytoriach Północno-Zachodnich, to przychodzą do nas go pożyczyć, bo to jest naprawdę bliziutko...

– Ile godzin jazdy od Edmonton?
– Jakbym jechał na lotnisko w Edmonton, to jest równo 777 kilometrów, więc przepisowej jazdy byłoby siedem i pół godziny. Są nauczyciele, którzy mówią, że robią to w pięć i pół. Ale mniej więcej sześć godzin.

– Ilu ludzi liczy rezerwat, w którym pracujesz?
– To jest teoretycznie ok. 1200 – 1500 osób, ale Indianie prowadzą taki troszkę nomadyczny styl życia. Ten rezerwat, gdzie teraz jestem, to są tak naprawdę trzy rezerwaty, więc jak komuś się nie spodoba coś w tym miejscu, gdzie jest, to pakuje manatki i wyjeżdża na dwa, trzy miesiące, pół roku do pobliskiego, gdzie się zatrzymuje u ciotki. Potem ciotka go wyprasza albo i nie, bo ciotka się gdzieś przenosi... Zabawnie to wygląda z punktu widzenia nauczyciela, bo zaczynam rok szkolny, mając 25 osób na liście, kończę rok szkolny, mając 25 osób na liście, ale to może być 17 różnych osób przez ten rok. Ktoś przyjedzie, ktoś wyjedzie. Dosyć jest to skomplikowane przez to, że muszę ni stąd, ni zowąd w połowie roku uczyć kogoś wszystkich naszych rutyn i wdrażać go w to, co robimy w klasie, co jest czasami dosyć trudne.
W jaki sposób Indianie odbierają ludzi? To też zależy od rezerwatu, bo dwa rezerwaty, w których byłem, to były rezerwaty fly-in, czyli trzeba lecieć samolotem, bardzo odizolowane od wszystkiego.
Mało jest takich miejsc na świecie, jak właśnie te miejsca w Ontario, gdzie pracowałem, gdzie z Toronto leci się trzema samolotami, kosztuje to 1500 dolarów lot w obie strony, czyli tak naprawdę mógłbym dwa razy polecieć do Europy za te pieniądze i wrócić. Ta sama prowincja, ten sam kraj, a jednak jest to dużo bardziej skomplikowane tam się dostać i dużo bardziej kosztowne. I ci ludzie w tych rezerwatach byli bardzo otwarci, bardzo ciekawi każdej nowej osoby.
Czasami było tak, że ktoś cię odbiera na lotnisku, i zanim dojedziesz do sklepu, a nikogo nie widzisz po drodze, przyjeżdżasz z lotniska do domu, wyładowujesz bagaż, po raz pierwszy jesteś w rezerwacie, idziesz do sklepu i już ludzie wiedzą, jak się nazywasz i kim jesteś. Podchodzą, pytają o różne rzeczy. Mnie zawsze bawiły dzieci, podchodzące i ciągnące mnie za włosy na przedramionach, bo czułem się, jakbym był jakimś podróżnikiem w amazońskiej dżungli, bo o takich rzeczach tylko czytałem, a teraz nagle ktoś podchodzi do mnie, jakieś dziecko cztero- – pięcioletnie i pyta się, czy kiedyś, jak dorosnę, to czy ja będę sasquatch, bo już tyle włosów teraz mam.


– Indianie nie mają owłosienia jak my.
– Nie mają aż tyle, przynajmniej na przedramionach. Próbują czasami zapuścić brodę, wąsy, ale to wygląda dosyć komicznie.
W takich rezerwatach przyjęcie było bardzo miłe, bardzo sympatyczne. Częstokroć wracając po urlopie, po świętach Bożego Narodzenia czy po jakimś wyjeździe, wysiadam i ktoś mi mówi welcome home! Więc to łapie za serce, bo człowiek próbuje tam się zadomowić i uczynić to miejsce swoim domem i w momencie, kiedy jakiś wiekowy Indianin, szaman, czy ktoś, podchodzi i mówi welcome home, to jest miłe.
Ale byłem też w rezerwacie niedaleko od Thunder Bay, na północ od Thunder Bay może dwie godziny jazdy samochodem, gdzie było sporo takiego jakiegoś rasizmu, gdzie Indianie mówili nam – my nie potrzebujemy kolejnego białego człowieka.


– Rasizmu w stosunku do białych?
– W stosunku do białych. Może nie tyle rasizmu, ile sporo rozżalenia i generalnie niechęci.


– Czy to było doświadczenie związane z Thunder Bay, tego że ci Indianie byli bliżej cywilizacji, częściej jeździli pić do Thunder Bay, spotykali się z ludźmi z miasta, gdzie są również problemy związane z Indianami w więzieniach itd.?
– Indianie w więzieniach są nie tylko w Thunder Bay, są też w Kingston itd., itd. Generalnie za dużo ich jest w więzieniach, proporcjonalnie biorąc pod uwagę, ile stanowią ludności w Kanadzie.
Thunder Bay w ogóle ma wśród Indian bardzo złą opinię. Ja je swego czasu nazwałem w jednym ze swoich artykułów miastem zaginionych dzieci, bo od roku 2000 kilkanaścioro indiańskich dzieci zginęło tam. Niedawno wnuk mojej bliskiej znajomej pojechał do szpitala – Indianie nie mają szpitali w rezerwatach, mają podstawową opiekę medyczną, ale jeżeli trzeba spotkać się ze specjalistą, muszą lecieć do Thunder Bay czy do Sioux Lookout – więc ten chłopak przyleciał do Thunder Bay, miał opiekuna, no ale kto upilnuje szesnastolatka. Gdzieś tam poszedł do kina ze znajomymi i nie wrócił. Znaleziono go po dwóch dniach w rzece nieżywego. Porządny chłopak, nie pił, nie imprezował, znam rodzinę, wiem, że są to bardzo sensowni ludzie, ułożeni. No i dziecko zginęło. I z racji czego?
Przez Facebook mam dostęp do takiej informacji, że np. – szłam z koleżanką drogą, zatrzymał się samochód i ktoś próbował nas wciągnąć, albo że czyjegoś wujka ktoś złapał, wywiózł, pobił, zostawił w zimie 25 kilometrów za miastem. Mam bliską znajomą, nauczycielkę, wykształcona osoba, Indianka, która na co dzień spotyka się z rasizmem ze strony swoich sąsiadów, którzy potrafią w środku nocy wrzeszczeć o niej brzydkie wyrazy.


– Tym razem rasizm białych w stosunku do Indian.
– Tak. Niedawno był przypadek, nie pamiętam w tej chwili nazwiska i imienia tej osoby, że szły dwie siostry ulicą, przejeżdżał samochód, zgraja nastolatków białych wyrzuciła coś, jakiś ciężki metalowy obiekt. Kobieta została uderzona tym w brzuch. Konała przez sześć miesięcy w szpitalu, zmarła w czerwcu. Za co? Za to, że szła ulicą z siostrą. Nawet niechby były pijane, niechby wracały z imprezy...

– Czy z twoich wrażeń wynika, że stosunek do białych jest lepszy w tych rezerwatach odległych, fly-in?
– Do tego zmierzam, że tam spotkałem się z życzliwszym przyjęciem. W tym rezerwacie na północ od Thunder Bay spotkałem wiele sympatycznych, życzliwych osób, ale spotkałem też osoby, które były bardzo rozżalone i które powiedziały mi, że to nie jest moje miejsce, że powinienem wracać, skąd przyjechałem. To już jest troszkę mniej przyjemnie niż welcome home. Go home stoi w opozycji do welcome home, powiedziałbym.

– Jacy są indiańscy uczniowie? Czy oni czują w ogóle potrzebę uczenia się i czego ich uczysz? Kiedyś pisałem w którymś z tekstów, że uczą się i co dalej? W takim rezerwacie fly-in nie ma żadnej możliwości znalezienia zatrudnienia. Jaka jest motywacja do tego, żeby się uczyć, po co te dzieci się uczą i jak wygląda program nauczania?
– Byłem w czterech różnych szkołach, w każdej było inaczej, ale jeśli chodzi o dzieci, to wygląda to mniej więcej tak samo. Statystycznie jest 20 proc. dzieciaków, które są bardzo zmotywowane, bardzo im się chce uczyć, przychodzą.
Miałem w tym roku uczniów, którzy mieli frekwencję lepszą niż ja. Cztery dni opuściłem ze względów zdrowotnych czy rodzinnych, a były dzieciaki, które opuściły tylko dwa dni. To naprawdę jest dobre świadectwo tego, że są zmotywowane dzieci w rezerwatach, które przychodzą do szkoły codziennie. Miałem bardzo dobrych uczniów w tym roku, około 20 proc. klasy.
Następne 20 proc. to są dzieci, które przychodzą raz w tygodniu na pół dnia. Miałem ucznia, który przychodził w tym roku na dwa dni, we wtorki i czwartki, około 11.20, no bo wtedy mieli język kri, więc przychodził na to. Potem był lunch, na którym zostawał, potem był w-f, na którym zostawał, a po wuefie źle się czuł i musiał iść do domu. Na tym polegała jego edukacja. To te 20 i 20 proc., a 60 proc. to są uczniowie, którzy są tam, coś robią, szczególnie się nie przykładają, ale też nie ma z nimi jakichś wielkich problemów. Powiedziałbym, tak jak wszędzie, są osoby bardzo nastawione na naukę i osoby, którym zupełnie na tym nie zależy.
Problemem jest motywacja, bo nie mając w rezerwatach czy nie mając wśród członków swoich rodzin lekarzy, inżynierów, prawników, ludzi wykształconych, ludzi, którzy osiągnęli jakiś status zawodowy, powiązany z koniecznością zdobycia wykształcenia, w pewnym momencie takie dziecko myśli sobie, po co ja mam dalej chodzić do szkoły.
Wszystko, co robimy w życiu, robimy z jakiegoś powodu, jakiś cel musi być ku temu. Idąc do szkoły w Mississaudze czy Toronto, pytając uczniów w klasie czwartej, piątej, szóstej, kim chcesz być, parę osób odpowie: lekarzem, inżynierem, weterynarzem itd. Uczyłem w Toronto w klasie drugiej, gdzie dziewczynka powiedziała, że ona chce być higienistką dentystyczną, to znaczy się, że w ogóle wie, co to za profesja, kogoś w rodzinie ma, kto to robi, kto o tym opowiadał, i doszła do wniosku, że to chce robić w przyszłości.
Większość indiańskich dzieci nie ma pojęcia o takich zawodach, więc jak w czwartej klasie w kilku szkołach pytałem, kim chcesz być, no to ten wybór odpowiedzi był dużo mniejszy. Nikt nie wspomniał lekarza, nikt nie wspomniał inżyniera, ale były te zawody, które widzą w rezerwacie. Kilku chciało być policjantem, bo policja jest. Ktoś chciał być nauczycielem, bo nauczyciele są. A miałem odpowiedzi w stylu: ja będę miał dużo dzieci i będę się utrzymywał z zasiłków. To była jedna z najbardziej popularnych odpowiedzi.
Trudno mi to oceniać w jakikolwiek sposób, pozytywny czy negatywny, po prostu to co widzą, co jest wokół nich, ku temu dążą, takie są aspiracje.

– Czy to są biedni ludzie, czy widziałeś dużo biedy w rezerwatach?
– Widziałem dużo biedy i widziałem dużo bogactwa. Widziałem dzieci, które płakały, bo od trzech dni nic nie jadły. Co rozumiem, bo jeśli nie ma pracy, nie ma możliwości znalezienia zatrudnienia, zasiłki nie są zbyt wysokie, a ceny żywności są horrendalnie wysokie w tych rezerwatach, gdzie wszystko trzeba dowieźć samolotem, rozumiem, że można w miarę szybko pieniądze wydać na jedzenie. A jeżeli rodzic ma problem alkoholowy czy problem z używkami innego rodzaju, to tym bardziej, i czasami się to odbija na dzieciach.
Ale też widziałem rodziny, którym się powodziło bardzo dobrze z jakichś względów.

– Czym jest spowodowana ta nierówność?
– Trudno powiedzieć.

– Pieniądze są dzielone w ramach rezerwatu, robi to rada?
– Wydaje mi się, że to jest jakoś powiązane z sytuacją polityczną, kto jest u władzy w rezerwacie. Generalnie jest tak, że przy zmianie administracji, przy zmianie wodza i radnych plemienia zwykle pociąga to zmianę administracji w takim sensie, kto jest zatrudniony w urzędzie rady plemienia. I jeżeli mamy sytuację, że wujek jest wodzem, dwóch kolejnych wujków jest radnymi, no to te osoby są opłacane w miarę nieźle jak na warunki w rezerwacie. I potem jak jeszcze parę innych osób pracuje w urzędzie rady plemienia, no to już jest spory dopływ gotówki w rodzinie. Jeżeli ta rodzina nie ma żadnych problemów alkoholowych czy z używkami...

– O jakich używkach mówisz, o narkotykach?
– Generalnie tak. To jest dobra sytuacja dla nich, żeby zaoszczędzić pieniądze, bo nie płacą rat pożyczki hipotecznej, bo prawnie nie są w stanie, nie mogą kupić ziemi, nie ma takiej możliwości. Płacą sporo za ogrzewanie domu, owszem, ale że mieszkają rodzinnie, potrafi ze 12 – 15 osób mieszkać w jednym domu, to wtedy te koszty się rozbijają na wszystkich mniej więcej i można zaoszczędzić. Widziałem dzieci dobrze ubrane, w markowe ciuchy, rodzice jeżdżący dobrym samochodem – F-150 to jest bardzo typowy samochód. I są osoby, które bardzo, bardzo ciężko pracują, zdarzają się takie.

– Ale pracują na terenie rezerwatu czy poza rezerwatem?
– I tak, i tak. Znałem Indian, którzy pracowali w kopalniach złota wybudowanych na ich plemiennych terenach. Dobrze tam zarabiali, przywozili te pieniądze do rezerwatu i dzielili się tymi środkami finansowymi z rodziną. Znałem człowieka – dla mnie to był akurat ewenement – który zaryzykował wzięcie pożyczki dla przedsiębiorców i wybudował hotel. I w momencie, kiedy jakaś delegacja rządowa przyjeżdża czy ktokolwiek, to jest to jedyny hotel w rezerwacie i jedyna restauracja w hotelu. Ale kosztowało go to bardzo dużo ciężkiej pracy, bo poza pożyczką sporo włożył własnej pracy w proste, fizyczne budowanie tego. Nie każdy, niestety, ma taki zmysł przedsiębiorczy.


– Dużo Indian pracuje poza rezerwatem, czy w ogóle wyjeżdża z rezerwatu? Jaka jest łączność z „białym światem”?
– Tu znowu wracamy do tego, że w rezerwatach, które mają tylko połączenie lotnicze z resztą świata, spotkałem osoby 30-40-letnie, które nigdy nie wyjechały stamtąd, które mnie pytały, czy to prawda, że ludzie w Toronto jeżdżą metrem, bo widzieli to na filmach, ale pytali, czy np. mi się kiedyś zdarzyło jechać metrem w Toronto. Zupełnie rozbroiło mnie to pytanie, myślałem, że ktoś sobie ze mnie żartuje, bo jak to, w Toronto mieszkam i metrem nie jeździłem?! No, zdarzyło mi się parę razy. To było bardzo uczciwe pytanie, kobieta nie robiła sobie żartów ze mnie, tylko była ciekawa, ciekawość poznawcza ją wiodła do zadania tego pytania.

– Ale dzisiaj jest telewizja, YouTube, Internet. Oni mają Internet?
– Tak, mają.

– Jak szybki, mogą oglądać filmy? Jak to jest z dostępem do środków przekazu?
– Jest coraz lepiej, jest coraz szybszy Internet, prawie wszyscy siedzą na Netfliksie i oglądają filmy. Coraz więcej dzieciaków gra w gry on-line itd.
Ale wracając do pytania, koszt wylotu z tych rezerwatów w północnym Ontario do malutkiej mieściny, jaką jest Sioux Lookout, wynosi 300, 400, 500 dol. w zależności od sezonu, w jedną stronę. To jest bardzo dużo pieniędzy, nie każdego na to stać i te możliwości podróży między rezerwatami a resztą świata są bardzo ograniczone, czy były do tej pory. Sezon drogi zimowej troszkę to zmienia. Wtedy wszyscy wsiadają w samochód, kto może, i jadą te dwadzieścia parę kilometrów. Ja też pamiętam wycieczkę, którą muszę jeszcze opisać, po pierogi do Thunder Bay. Wyjechaliśmy w piątek o 17., wróciliśmy w niedzielę o 23. Przywiozłem parę paczek pierogów, dwa tysiące kilometrów po pierogi, zero snu. Tam większość ludzi jednak siedzi w rezerwacie, nie wyjeżdża zbyt często.
Rezerwaty, które mają połączenie z resztą świata, to zupełne przeciwieństwo tego. Rezerwat, gdzie jestem teraz, który jest połączony drogą z głównymi autostradami w Albercie...

– To już jest niedaleko Terytoriów Północno-Zachodnich?
– Tak. 114 km i jestem na autostradzie wiodącej z północy na południe, do Terytoriów Północno-Zachodnich. W każdym razie kiedy przychodzi weekend, to w rezerwacie nie ma prawie nikogo, wszyscy wyjeżdżają. Generalnie dlatego, że mają członka rodziny w pobliskim miasteczku i tam zostają na weekend, a wracają w poniedziałek.

– Co się robi w rezerwacie? Powiedziałeś, że część ludzi pracuje, to nie są jednak wszyscy, czy można zaryzykować i powiedzieć, że jest to mniejszość?
– Ja bym powiedział, spokojnie, nie trzeba ryzykować, 20 proc. może.

– Reszta żyje z zasiłku?
– Reszta żyje z tych, którzy mają pieniądze.

– To znaczy od rodziny?
– Tak. To jest jedna pozytywna cecha, którą zaobserwowałem u Indian. Jak się dostaje pieniądze, to się je od razu wydaje, co oznacza, daje się. Kuzyn potrzebuje, brat potrzebuje, siostra potrzebuje, to się od razu tego ludzie pozbywają, rozdzielając to między członków rodziny. Zresztą podobnie jest z upolowanym łosiem, ze wszystkim, czym przyroda obdarza.

– Czy te rodziny są silne, silniejsze niż rodziny na Południu?
– Powiedziałbym, że w sytuacjach kryzysowych tak, wtedy można zaobserwować niesamowitą solidarność. Ludzie potrafią się zmobilizować, przyjść razem coś zrobić, żeby pomóc. Jeżeli sytuacji kryzysowej nie ma, to wygląda to troszkę inaczej. Nie ma spotkań, sporo jest jakichś waśni, kłótni itd. To wszystko idzie w niepamięć, jak tylko coś złego się stanie, a niestety dosyć często coś złego się dzieje.


– Właśnie, co złego się dzieje? I co ci ludzie w rezerwacie robią? Czy są jakieś rozrywki, spotkania, jak wygląda kultura w rezerwacie? Pytanie też o to, jakie są największe problemy? Pisałeś w swoich artykułach o samobójstwach dzieci. Wiemy, że to jest plaga w rezerwatach, samobójstwa młodzieży. Dlaczego tak jest?
– Z braku rozrywek, braku alternatyw. I znowu. Rezerwaty, które są dostępne tylko drogą lotniczą, generalnie dzieje się tam więcej, bo ludzie nie mają wyboru. Potrafią się spotkać, dosyć często są gry bingo, jakieś potańcówki, uczty, zazwyczaj jest to rocznica czy pięć lat od śmierci kogoś i dla upamiętnienia tej osoby rodzina organizuje wystawną ucztę. Może trzeba zdefiniować słowo wystawny – jest dużo jedzenia, jakiejś upolowanej zwierzyny, każdy może przyjść, najeść się, zapakować i dwa – trzy talerze wziąć do domu. Więc to się w ten sposób odbywa. Są jakieś imprezy taneczne dla ludzi w rezerwatach, które są dostępne drogą.
Indianie, tak jak każdy inny człowiek, chcą iść do kina, chcą iść na basen, chcą iść do Tima Hortonsa, chcą zjeść ciastko, więc wsiadają w samochód i zasuwają te 700 km do Edmonton w ciągu weekendu, bo tam jest kino, bo tam jest basen, bo tam można zjeść ciastko. Przez to w rezerwacie dzieje się bardzo mało, jakkolwiek nie do końca jest to prawda, bo na przykład rezerwat, w którym teraz jestem, kilka razy w roku organizuje dość spore imprezy, gdzie parę tysięcy osób zjeżdża – to są tzw. hand games. W niektórych rezerwatach są kościoły, gdzie są nabożeństwa. I również, albo bardzo prężnie to wygląda, jak w moim poprzednim rezerwacie, gdzie bardzo dużo osób było zaangażowanych w kościół. Jak raz poszedłem, to już się potem nie chcieli ode mnie odczepić. Co niedziela przyjeżdżał pastor, trąbił mi pod domem, zapraszał na nabożeństwo, po którym była jakaś kawa, ciastko, smażona ryba, wątroba łosia – teraz już przesadzam trochę – wszystko w podziemiach kościoła.

– Kościół jest katolicki albo protestancki?
– Dwa rezerwaty, w których byłem, miały kościoły katolickie, dwa rezerwaty miały kościoły anglikańskie.

– To było zdaje się jakoś uregulowane?
– Jeden rezerwat, w którym byłem, miał trzy różne kościoły, więc to było ciekawe. Dochodziło czasami do niewielkich scysji. Uregulowane było to w ten sposób, że Kościoły anglikański, katolicki i wtedy luterański prowadziły szkoły rezydencjalne w różnych częściach kraju i w pewnym sensie zostały tam ich misje. Muszę przyznać się, mam do Kościoła katolickiego pewnego rodzaju żal, bo w dwóch wspólnotach indiańskich, w których byłem, owszem, został wybudowany kościół, Indianie byli ochrzczeni, no i tyle.

– Nie było księdza?
– Zabrakło właśnie posługi duchowej.

– Brakuje księży, żeby to obsłużyć?
– Dokładnie. Kilka razy było tak, że poszedłem do kościoła w niedzielę, na określoną godzinę – no, ksiądz nie dojechał, stałem tak jak głupi przed kościołem. Nie udało się. To po kilku czy kilkunastu takich wejściach człowiek nie chodzi, bo po co? W tym rezerwacie, w którym aktualnie jestem, ksiądz ma regularne dyżury, ale to też wygląda w ten sposób, że jest przez miesiąc, a dwa miesiące go nie ma, bo jeździ do dwóch pozostałych rezerwatów. To jedna rzecz.
Druga rzecz, to nie najlepszy chyba wybór duszpasterza, bo jest to człowiek, który się niezbyt angażuje w życie rezerwatu. Nie chcę oceniać, ale jeżeli jest nową osobą i po prostu czeka, aż ludzie przyjdą do kościoła, to się nie zdarzy. Indianie raczej chcą...

– ...żeby się do nich przyszło i poprosiło?
– Może nie tyle, że tego chcą, ale w ten sposób łatwiej byłoby mu nawiązać jakieś kontakty. Wcześniej był ksiądz, który tam był przez 45 lat, który w języku kri mówił lepiej niż niejeden z miejscowych, który znał imię każdego dziecka, kuzyna, wnuka, babci, dziadka.

– To tworzy tę więź...
– Tak, więc ludzie chodzili do kościoła ze względu na to, że był tam ojciec Paweł. Chodzili dosyć tłumnie. Teraz często jest tak, że jest ksiądz i jestem ja.
Na dodatek, ja do tej pory nie nauczyłem się modlitw po angielsku, więc jak jest „Ojcze nasz” czy odpowiedzi podczas liturgii, to mu odpowiadam po polsku. I po jednej ze mszy podszedłem do księdza porozmawiać i ksiądz powiedział, że bardzo mu się podoba, jak ja mówię „Ojcze nasz” w języku kri. Zrobiło mi się smutno, to był polski, to nie był kri.

– Ale to też świadczyło, że on nie zna języka.
– Tak, nie jest zaprawiony w lokalnej specyfice. A mi się wydaje, że to jest jego zadanie, jako duszpasterza tej określonej wspólnoty, troszkę się o niej dowiedzieć.
Odpowiedziałem na pytanie, co robić w rezerwatach, a teraz...

– Samobójstwa.
– No tak. Nawet nie wiem, jak to ugryźć, bo jest to rzecz przerażająca, szczególnie dla mnie, jako nauczyciela. Do tej pory nie jestem w stanie zrozumieć, jak dwunastoletnie, dziesięcioletnie, czasami dziewięcioletnie dziecko ma koncept, ma ideę samobójstwa jako sposób na rozwiązywanie problemów. Pamiętam, w jednym z poprzednich rezerwatów uczyłem dzieci chłopców, którzy mając pięć czy sześć lat, znaleźli zarówno matkę, jak i ojca, którzy się powiesili jednego dnia. I chłopak był w stanie odegrać mi scenę wyglądu twarzy ojca, czy właściwie ojczyma, zwisającego ze sznura. Wywracał oczy, pokazywał same białka, wywalał jęzor, łapał się za szyję, ręce jego imitowały sznur i się miarowo kołysał z jednej na drugą stronę. To było przerażające, makabryczne. I dziecko pięcio-sześcioletnie, doświadczywszy czegoś takiego, potrzebuje – wydaje mi się – pomocy psychologa, a tego tam właśnie nie ma. Nie ma przychodni, nie ma terapeutów, nie są w stanie ci ludzie nigdzie ze swoimi problemami się udać.
Dziewczynka, o której pisałem, jedna z moich byłych uczennic sprzed lat – babcia ją wychowywała, zauważyła, że coś jest nie tak, że coś jest na rzeczy, i ci opiekunowie próbowali znaleźć jej pomoc, ale właśnie czas oczekiwania na skierowanie, spotkanie ze specjalistą to były trzy – cztery miesiące i wiązało się to oczywiście z koniecznością wylotu z rezerwatu. Musieli polecieć do najbliższej miejscowości. Dziewczynka po prostu tego nie doczekała. Trudno mówić, co by było gdyby, ale trudno też nie bić się z myślami i nie zastanawiać się, czy gdyby uzyskała pomoc psychologa, jakiejś grupy terapeutycznej, nie wiem, może nawet grupy modlitewnej w kościele, może jakaś sztukoterapia, psoterapia, że pójdzie, pogłaszcze pieska, pojeździ na koniu, narysuje obrazek, pogra na instrumencie. Gdyby coś takiego było, może by dalej żyła. Ale nie ma dostępu do tego rodzaju usług.
Po ośmiu latach bycia tam wydaje mi się, że nie jestem w stanie zrozumieć głębi i stopnia złożoności problemów emocjonalnych, duchowych, psychicznych, jakie te społeczności przeżywają.

– Czy asymilacja jest jakąkolwiek odpowiedzią? Czy Indianie się asymilują, usiłują się asymilować, czy jest to absolutnie obłożone anatemą? W poprzednich pokoleniach absolwenci szkół z internatami – które są potępione i za które kraj przeprasza, ale mimo wszystko jakoś dawały wykształcenie – Indianie zostawali adwokatami, choć na palcach jednej ręki można ich policzyć, ale są tacy. Czy w tym momencie dokonuje się taki proces, że część Indian się asymiluje, czyli porzuca ten tryb życia w rezerwatach, przenosi się do dużych miast i usiłuje żyć jak inni ludzie?
– Znam kilka osób, które osiągnęły pozycję zawodową. Znam lekarza, znam panią psycholog, byłego wykładowcę na Uniwersytecie Torontońskim, znam osoby, którym się to udaje. Udaje się zdobyć doświadczenie i udaje się zamieszkać w mieście i w tym mieście funkcjonować. Ale tych osób istotnie jest bardzo mało, asymilacja w sensie odrzucenia tożsamości jako Indianin – ja teraz jestem biały i będę żyć w świecie białych – nikt tym tak naprawdę nie jest zainteresowany. Większość Indian wyraża dumę z powodu tego, kim są, chociaż tak do końca, wydaje mi się – mówię o dzieciach w wieku szkolnym, bo z takimi osobami się najczęściej spotykam – osoby takie nie są w stanie zdefiniować do końca, co to znaczy dla nich być Indianinem. Podobnież, jakbym zapytał Polaków, co dla ciebie znaczy być Polakiem czy Kanadyjczykiem.

– Trudno to ubrać w słowa, to się czuje.
– Też pewnie sporo osób miałoby problem to zdefiniować. To jest raczej na zasadzie, a bo nie jestem tym. U Indian podobnież. Kanadyjczycy się definiują w opozycji do Amerykanów, nie jestem Amerykaninem, to Indianie podobnież, mówią, no jestem tutaj Kri. To bardzo się blisko wiąże z poczuciem niechęci do opuszczenia rezerwatu, dlatego że w wielu przypadkach języki indiańskie, czy to kri, czy odżibue, zanikają, coraz mniej młodych osób mówi tymi językami, coraz mniej osób poluje, łowi ryby, uczestniczy w tych tradycyjnych zajęciach, coraz mniej osób tak naprawdę wie, jak zbudować tipi, jak oskurować bobra, więc coś, co zostaje takim najważniejszym elementem definiującym mnie jako Indianina, jest – bo ja mieszkam tutaj, bo ja jestem stąd, bo ja jestem z tego rezerwatu. Mnie łatwo jest powiedzieć, ja jestem Polakiem, bo mówię płynnie po polsku, znam polską literaturę, historię itd., więc ja tym Polakiem z łatwością będę wszędzie przez to, że mam dostęp do ojczyzny w sensie intelektualno-kulturalnym. Gdybym nie znał języka polskiego, nie znał polskiej literatury, to będąc z daleka od Polski, ciężko byłoby uzasadnić sobie samemu, że dalej jestem, kim jestem. Wydaje mi się, że to widzę w stosunku do Indian. Stąd ta wielka niechęć do opuszczenia ziemi przodków, co w wielu przypadkach ziemią przodków nie jest, gdyż plemiona zostały przesunięte przez rząd o paręset kilometrów w tę czy we w tę całkiem niedawno. Rezerwat, w którym jestem teraz, został założony bodajże w latach 50. czy 60., więc nie ma mowy o jakiejś wielowiekowej historii, jakkolwiek trzeba powiedzieć, że to są bardzo płynne rzeczy, bo dla większości ludzi mieszkających tam, to, czy jesteśmy tutaj, czy 50 czy 60 km stąd, to jest właściwie to samo. To jest jak dziad czy pradziad chodził polować, to czasami tu postawił tipi, a czasami tam. Znam osoby, które twierdziły, że ich tradycyjne terytoria łowieckie rozciągały się na przestrzeni trzystu – czterystu kilometrów. Teraz ciężko im się mentalnie odnaleźć, w tym że tam gdzie babcia kiedyś uszyła mokasyny, teraz jest miasto Thunder Bay. Już tego nie zrobimy, bo nie można, nie ma jak.

– Powiedz jeszcze o takich sytuacjach, które cię najbardziej zaskoczyły, i o ludziach, których spotkałeś, a którzy wywarli na tobie największe wrażenie, i białych, którzy tam pracowali czy pracują, i Indianach.
– Będę to musiał rozbić na kategorie. Wśród dorosłych zaskoczyła mnie umiejętność cieszenia się prostymi rzeczami w życiu i umiejętność radzenia sobie z tragediami.
Znam nauczycielkę, która uczyła w przedszkolu. Okna jej klasy wychodziły na boisko, gdzie na jednej z bramek powiesiła się jej dwunastoletnia córka. Dla mnie ta osoba, potrafiąca z uśmiechem, z radością, z cierpliwością niesamowitą, życzliwością, z ogromnym sercem podejść codziennie do przedszkolnych dzieci, i była doskonale przygotowana – to była jedna z najlepszych nauczycielek, jakie widziałem w życiu, pod względem przygotowania merytorycznego do lekcji, pod względem tego, jak ciekawie prowadziła zajęcia, w języku Indian na dodatek, dla mnie była niesamowicie dobrą nauczycielką – ale największe wrażenie na mnie wywarło to, w jaki sposób w obliczu tej osobistej tragedii potrafiła zachować radość życia. I takich osób spotkałem sporo.
Jeśli chodzi o dzieci, to zachwyciłem się w czwartej klasie jednym z moich uczniów, który nie za dobrze czytał, nie za dobrze pisał, ale kiedyś przyszedł spóźniony na lekcję i powiedział, że ustrzelił 20 kuraków, dlatego się spóźnił. To było w czasie, kiedy się dopiero uczyłem polować i dla mnie ustrzelenie jednego takiego kuraka to był nie lada wyczyn. Myślę sobie, no tak, ja mam prawie czterdziestkę, ty masz lat osiem i pół i w buszu to raczej ja bym słuchał ciebie, bo widać, że wiesz, co robisz. Podobnie miałem dziewczynkę w klasie trzeciej ośmioletnią. Jednym z moich zadań było pilnowanie dzieci na wycieczce, mieliśmy łowić ryby spod lodu. Ja ani haczyka nie potrafiłem założyć na żyłkę, a jak rybę ktoś złowił, to nie wiedziałem, co zrobić – i w tym przypadku ta dziewczynka przejęła pałeczkę i jak urodzony przywódca, zaczęła innym dzieciom pokazywać. A nie, to robisz tak, tak wyciągasz ten haczyk, tak tę rybę trzeba rąbnąć w łeb czymś. Zaraz wzięła jedną, pokroiła elegancko. Byłem pod wrażeniem tego rodzaju umiejętności.
Spotkałem osoby bardzo życzliwe, które na mnie wywarły wrażenie. Jedna z kobiet, którą spotkałem, opowiadała mi swoją historię, o tym jak w dzieciństwie była gwałcona, bita, poniżana, prawie że zabita. Na mnie zrobiło wrażenie to, w jaki sposób potrafiła te rzeczy w jakimś stopniu przezwyciężyć i była – z mojego punktu widzenia – bardzo dobrą matką, ma dwójkę synów, którzy skończyli szkołę średnią, którzy zakładają własne rodziny, dba o dom. Te tragedie, które ją dotknęły, mnie może by złamały, a ona sobie jakoś potrafiła z tym poradzić.
To są przykłady osób, które zrobiły na mnie wrażenie największe.

– Mówiłeś, że masz wątpliwości. Jakie masz wątpliwości, chcesz tam być dalej, czy nie?
– I tak, i nie. Ze względów zawodowych, praca przynosi bardzo wiele satysfakcji. Jest to przygoda życia. Zobaczyłem i doświadczyłem rzeczy bardzo pozytywnych, których bardzo mało osób jest w stanie doświadczyć i zobaczyć, bo trudno tam jest dojechać, jest to drogie i nie każdy jest tam na co dzień. Idąc wyrzucać śmieci, mam drogę do śmietnika oświetloną zorzą polarną, więc całkiem ładnie to wygląda i człowiek w takim zachwycie przy minus trzydzieści może w podkoszulku przez parę minut postać, bo oj, jakie to ładne. Zachwyt piękną przyrodą i zachwyt ludźmi, którzy mimo ciężkich warunków geograficznych, klimatycznych, ekonomicznych, potrafią uczynić to miejsce zdolnym do życia, potrafią się cieszyć prostymi rzeczami. Tam śmiech rozbrzmiewa taki radosny bardzo często. Płacz też, niestety, ale jednak częściej śmiech. To jest bardzo pozytywne doświadczenie. Więc z tych względów podoba mi się tam.
Nie podoba mi się ze względów, które są niepowiązane z miejscem pracy, ze względów osobistych. Przez ostatnie parę lat jestem tam sam, jestem otoczony wielodzietnymi rodzinami i chciałbym mieć swoją rodzinę. Jest o to ciężko. Jeżeli mam 700 km do Edmonton, ciężko jest umówić się na randkę z kimś. Nie powiem, że nie próbowałem, ale jednak odległość pewną przeszkodą jest. Więc to jest problem. Poza tym to nie jest do końca mój świat. Ja wychowany byłem w mieście, studia skończyłem w Krakowie, mieście, gdzie się sporo działo, gdzie byłem otoczony muzeami, galeriami, kinami, teatrami, operami, filharmoniami itd. I teraz nie mam tego na co dzień. Największy kryzys zawodowy miałem parę lat temu, jak znajomy z Polski wysłał mi bodajże takie oratorium o Krakowie Rubika, wysłuchałem tego w czasie świąt wielkanocnych i byłem zachwycony tym, że w Polsce komuś się chce w roku dwutysięcznym którymś skomponować oratorium, dziesiątki tysięcy ludzi przyjdzie to obejrzeć, jest to pięknie oprawione pod względem choreografii. I ludziom się chce budować pomniki, pisać wiersze, komponować. A ja idę na mszę w rezerwacie do kościoła, który cuchnie gównem, bo wylało szambo i nie ma tego kto naprawić, gdzie jest jeden ksiądz z Indii, który mówi kiepsko po angielsku i nie rozumiem co drugiego słowa, a po drodze mijam rów, w którym leży rozszarpane truchło psa, na którym się trzy inne psy żywią i zgraja kruków. Sporo śmieci wszędzie, bo nie ma, niestety, służb komunalnych, które by to uprzątnęły, obok rozpadające się baraki, w których Indianie mieszkają i które potrafią uczynić szczęśliwymi domami, ale które jednak nie wyglądają zbyt estetycznie z zewnątrz. Więc troszkę mnie to przygnębiło. Ale tak jak mówię, wszystko to są rzeczy zewnętrzne. A poza tym, że nie mam rodziny, tę rodzinę mieć chciałbym.


– Dziękuję.

Ostatnio zmieniany piątek, 25 sierpień 2017 10:26
Andrzej Kumor

Widziane od końca.

Strona: www.goniec.net/
Zaloguj się by skomentować