Goniec

Switch to desktop Register Login

Rozmowa z publicystą Stanisławem Michalkiewiczem: Judeopolonia to nie jest żadna perspektywa

Oceń ten artykuł
(2 głosów)

michalkiewicz        Andrzej Kumor: Panie Stanisławie, spotykamy się w Święto Niepodległości Polski. Pan właściwie o niczym innym nie pisze jak o Polsce,  a ostatnio promuje Pan ideę Trójmorza, Międzymorza, różnie jest to określane, ale pewnego organizmu politycznego, który przy pomocy protekcji amerykańskiej mógłby „wyciskać” wpływy rosyjskie i niemieckie w tej części kontynentu. 

        Z drugiej strony, wielokrotnie Pan mówił, że z Amerykanami można mieć sojusze, ale one są asymetryczne, i dlatego trzeba zawsze z góry brać zapłatę za usługi. 

        Czy nie sądzi Pan, że to Międzymorze czy Trójmorze to jest projekt amerykańskiej gry geopolitycznej z Rosją i że w momencie, kiedy zmieni się ekipa na Kremlu czy jakakolwiek sytuacja w stosunkach amerykańsko-rosyjskich czy amerykańsko-niemieckich, to gaz z balonu Międzymorza zostanie spuszczony? A tymczasem USA każą sobie płacić, bo kupujemy od nich broń, kupujemy od nich ropę naftową, kupujemy od nich gaz, który okazuje się droższy, itd., itd. Czy Polska jest podmiotowa w całej tej koncepcji?

        Stanisław Michalkiewicz: Zacznę od tego, że ta koncepcja nie jest wcale nowa. Ona się narodziła pod koniec lat 80. Kiedy już po spotkaniu Michała Gorbaczowa z prezydentem Reaganem w Reykjaviku w 86 roku okazało się, że istotnym elementem przyszłego jeszcze, mgławicowego, ale już opracowywanego porządku politycznego w Europie będzie ewakuacja imperium sowieckiego ze środkowej Europy. Ta ewakuacja nie nastąpiła wtedy, ona nastąpiła dziesięć lat później, ale pojawiła się wiarygodna zapowiedź. 

        I ta wiarygodna zapowiedź wywołała efekt politycznej próżni w środkowej Europie, podobnej do tej z 1918 roku. Oczywiście, w zupełnie innej konfiguracji, ale coś takiego się pojawiło. Państwa środkowej Europy, nauczone doświadczeniem kruchości tego porządku wersalskiego, postanowiły zadziałać i wziąć sprawy w swoje ręce, stworzyć taki system reasekuracji niepodległości w środkowej Europie, żeby się nie oglądać ani na Rosję, ani na Niemcy. 

        W 89 roku cztery państwa, Włochy, Jugosławia, Austria i Węgry, w Budapeszcie podpisały porozumienie o politycznej współpracy, zwane potocznie kwadragonale od czworga sygnatariuszy, potem Czechosłowacja jeszcze przed aksamitnym rozwodem do tego dołączyła jako piąty sygnatariusz, stąd pentagonale, i Polska jako szósty, stąd heksagonale. 

        Wyobrażali sobie sygnatariusze, że Rosja, z uwagi na to, że właśnie zaczyna się pogrążać w zapaści, nie będzie w stanie tego storpedować, Niemcy, z uwagi na skrępowanie powiązaniami w ramach Wspólnoty Europejskiej, też nie będą w stanie tego storpedować, w związku z tym trzeba wykorzystać sprzyjający moment dziejowy, stworzyć fakty dokonane, a potem ich bronić. 

        Okazało się, że Niemcy sprawiły sygnatariuszom heksagonale ogromny zawód, bo kiedy odzyskały swobodę ruchów w Europie, natychmiast przystąpiły do likwidacji, do wysadzania w powietrze tego heksagonale, i udało im się to zrobić w ten sposób, że Jugosławię, która miała być bałkańskim filarem, Niemcy wtrąciły w otchłań wojny domowej, no a reszta, widząc, jak to wygląda, zdystansowała się od tej koncepcji.

        Ona parę razy wracała. 

        Za prezydenta Busha, na początku 2001 roku, atak na Stany Zjednoczone wszystko tutaj zmienił. Tu Pan ma rację, że bardzo dużo zależy od wewnętrznych przetasowań w Stanach, no ale na kogoś się trzeba orientować. 

        I wróciła teraz, dlatego prezydent Trump podczas swojego pobytu w Warszawie powiedział, że mu się ten projekt podoba i że Stany Zjednoczone będą go wspierały. 

        To jest dobra zapowiedź, bo wadą tego pierwszego heksagonale było to, że nie miało silnego lidera, ani nawet silnego protektora, w związku z tym Niemcy bez trudu rozgoniły to towarzystwo.

        Teraz może być inaczej. I to nie jest ze strony Stanów Zjednoczonych akt bezinteresownej życzliwości, bo prezydent Trump nie ukrywa – nie ukrywał zresztą podczas kampanii wyborczej, a potem też – że wzrost niemieckiej hegemonii w Europie nie podoba mu się. A Niemcy – trudno od nich wymagać, żeby same z tego zrezygnowały tylko dlatego, że się prezydentowi Stanów Zjednoczonych to nie podoba. 

        Niemcy po 90 roku stały się wyznawcami takiej politycznej doktryny europeizacji Europy, czyli delikatnego wypychania Stanów Zjednoczonych z polityki europejskiej, zwłaszcza z funkcji kierownika tej polityki. Niemcy, nietrudno się domyślić dlaczego, pamiętają, że na skutek dwukrotnego wtrącenia się Ameryki w politykę europejską przegrały dwie wojny, które przecież mogłyby wygrać – więc nie życzą sobie. Ale Stany Zjednoczone nie chcą się dać wypchnąć. A żeby się nie dać wypchnąć, to muszą mieć w Europie jakieś miejsce, na którym mogłyby pewnie postawić stopy. I może to jest coś takiego. Wychodzi naprzeciw ta inicjatywa państw środkowoeuropejskich, które są zaniepokojone wzrostem niemieckiej hegemonii i tym bardziej, że niemieckie przywództwo się zachwiało po kryzysie migracyjnym.

        – Czy  kryzys imigracyjny nie jest jakimś działaniem antyniemieckim, narzuconym z zewnątrz?

        – Myślę, że to jest osobna sprawa. Bardzo możliwe, że to jest narzucone w ogóle Europie, nie tylko Niemcom, ale Europie, bo kryzys migracyjny jest wywołany tym, że rzeczywiście tutaj  Stany Zjednoczone zainicjowały cały szereg takich przedsięwzięć, „wojen o pokój”, „misji stabilizacyjnych” itd.... Bo ostatnia to była wojna w Wietnamie, a potem już nie ma wojen. 

        I w rezultacie wiele państw Środkowego, Bliskiego Wschodu i Afryki Północnej zostało wtrąconych w taki krwawy chaos. Przypadkowo tak się składa, że w większości – może poza Tunezją – to były państwa uważane za potencjalne zagrożenie dla Izraela. Wiadomo, jaka jest rola Izraela, lobby żydowskiego w polityce amerykańskiej, więc tutaj to się jak gdyby zazębia. Na przykład Jordania, która w 94 roku podpisała traktat pokojowy z Izraelem, nie została wtrącona w żaden krwawy chaos, tam jest spokój, mimo że rządzi nią tyran itd. Natomiast inne tak. One przestały być zagrożeniem dla Izraela, są zagrożeniem dla siebie samych. Tam rżną się między sobą. Te kraje się pogrążyły w takim krwawym chaosie walk wewnętrznych. To jest przyczyną tej migracji, tej wędrówki ludów. Ale ona sprawia wrażenie, że jest sterowana...

        – Poradniki organizacji pozarządowych, statki podbierające ludzi na morzu...

        – Tak, ale chodzi mi o finansową inżynierię, bo wyekspediowanie takiego jednego podróżnika do Europy – wszyscy to piszą, więc to chyba prawda – kosztuje kilka tysięcy euro. Nawet w Europie to nie są małe pieniądze, a cóż dopiero tam, gdzie ludzie potracili dorobek całego życia. Jak się popatrzy na syryjskie miasta, to nie ulega wątpliwości.

        – Ale większość tych ludzi to jest Afryka. To są ludzie z wnętrza Afryki, którzy przez Libię dostali się do Europy.

        – Ale Libia tak samo jest pogrążona w takiej wołynce.

        – Wracając do Międzymorza, chciałem Pana zapytać, czy po stronie polskiej, w Warszawie, jest podmiot polski, który jest w stanie uczestniczyć w takim projekcie, bo Pan mówi o Polsce jako o kraju nieszczęśliwym właśnie z uwagi na brak podmiotowości, na to że rządzony jest przez byłe służby, przez koterie de facto, a nie interes narodowy? Czy więc ta koncepcja napotyka w Warszawie kogoś, kto jest w stanie ją poprowadzić?

        – Dwa problemy. Jeden to taki, na który Pan wskazał, że rzeczywiście, na skutek tego, że Polska jest krajem właściwie znajdującym się w stanie politycznej wojny, moim zdaniem sponsorowanej przez Niemcy, które nie chcą utracić tutaj wpływów, w środkowej Europie, i w związku z tym – a mają tych możliwości sprawczych w Polsce bardzo dużo, przez te dwadzieścia kilka lat sobie to rozbudowały – no to...

        A druga sprawa to są tajne służby, które rzeczywiście, Bóg wie komu służą, na pewno nie Polsce. I w związku z tym Polska bardzo słabo się nadaje na lidera jakiegoś przedsięwzięcia o charakterze międzynarodowym. Wymagałoby to od Polski nie tylko pewnej spoistości wewnętrznej, chociażby takiej, jaką mają Węgry.

        – Zdefiniowanej polityki zagranicznej.

        – Tak. Przede wszystkim troszeczkę powściągliwości z polskiej strony, żeby Polska się nie nadymała jako lider tego przedsięwzięcia, bo to oczywiście wzbudza podejrzenia w rozmaitych państwach środkowej Europy, że tu się szykuje jakaś podstępna gra, nie wiadomo, czym to się skończy, no i z dwojga złego, to wolą lawirować między Niemcami, Rosją i Ameryką, a nie wchodzić w jakieś trwałe porozumienie. 

        Ja nad tym ubolewam, dlatego że uważam, że realizacja projektu Trójmorza, udana realizacja, niezależnie co by potem Stany Zjednoczone zrobiły, to byłaby pewna szansa dla Polski na wydobycie się z takiej upokarzającej zależności takiego niemieckiego wasala.

        – Peryferii gospodarczych.

        – Tak, który jest skazany na peryferyjność. No i gdyby to się udało, to byłaby to szansa dziejowa, na miarę unii lubelskiej wydaje mi się. Ale na razie nic nie wskazuje na to, żeby ten projekt był realizowany. Przeciwnie, są pewne symptomy wskazujące na to, że niby mówi się o tym Trójmorzu, i to głównie w Polsce, ale właściwie nic się w tym kierunku nie robi. 

        – Powiedział Pan o lobby żydowskim w Stanach Zjednoczonych, ale w Polsce również obecne są interesy żydowskie, i to bardzo prominentne, chociażby w przemyśle zbrojeniowym. Ta współpraca jest bardzo bliska; rząd cały jedzie do Izraela na wyjazdowe sesje, Kneset przyjeżdża do Polski, prezydent Polski mówi o „ziemi Polin”, na której nasze oba narody zamieszkują itd., itd.

        – Prawie jak współgospodarz.

        – Tak, taki współgospodarz, więc właśnie, czy to nie jest podczepienie się, szukanie parasola ochronnego geopolitycznego, pewnego umocowania władz, które teraz są w Warszawie, rządu „dobrej zmiany” PiS-u, w pewnej części, powiedziałbym syjonizmu amerykańskiego z Manhattanu, bliskiego syjonistom z Bibim Netanjahu,  prawicowej części polityki izraelskiej? Czy nie widzi Pan tutaj konstruowania po prostu Rzeczpospolitej „obojga narodów”, żydowskiego i polskiego, z wiodącą rolą narodu żydowskiego, który ma większe kontakty, możliwości itd. w stosunku do Polaków?

        – Tak, widzę. 

        Wie Pan, oczywiście nigdy się nie wchodzi do tej samej rzeki, ale to jest powrót do koncepcji Judeopolonii. 

        Przypomnę, że ona się narodziła w czasie I wojny światowej, kiedy to Niemcy zaoferowały coś takiego, obszar obejmujący od Zatoki Ryskiej do Odessy dawne gubernie rosyjskie utworzone po I rozbiorze Polski i przyłączone przez Katarzynę gubernie czarnomorskie. 

        To był projekt, w którym Żydzi odgrywaliby wiodącą polityczną rolę jako kierownicy tego tworu państwowego, który miałby odgradzać Niemcy od Rosji. Wtedy jeszcze w niemieckich planach obecność amerykańska w Europie nie była w ogóle brana pod uwagę. To był projekt zakładający, że Niemcy będą Europę urządzały po swojemu i właśnie Judeopolonią odgrodzą się od Rosji, a Żydzi będą kierownikiem politycznym tego przedsięwzięcia. 

        Bardzo możliwe, że ktoś myśli, żeby wrócić do tej koncepcji. Tak wydaje mi się, że czasami jak patrzę na sytuację na Ukrainie, to...

        – No właśnie, czy polska tzw. polityka wschodnia nie jest podporządkowana tej koncepcji, żeby zrobić jeden organizm pod kierownictwem...

        – Czasami można odnieść takie wrażenie, zwłaszcza że dotychczas postępowanie rządu – nie tylko tego, ale i poprzedniego też – polegało na takim mechanicznym żyrowaniu w ciemno – cokolwiek zrobi rząd w Kijowie, to Warszawa się zgadzała, z góry aprobowała itd., z wielką dla siebie szkodą. 

        Przypomnę wizytę prezydenta Komorowskiego w Kijowie, kiedy podczas wizyty polskiego prezydenta Rada Najwyższa w Kijowie uchwaliła ustawę uznającą Ukraińską Powstańczą Armię za bohaterów narodowych itd. To pokazuje, jakie są niebezpieczne już dla Polski konsekwencje takiego postępowania, którego ja nawet polityką nie nazywam, bo polityka powinna mieć jakiś cel, a z punktu widzenia polskiego uczestnictwo w projekcie Judeopolonii to nie jest cel polityczny, w każdym razie nie polski. 

        Polskim celem politycznym powinno być coś innego. Celem politycznym Polski powinno być, w moim przekonaniu, utrzymanie niepodległości właśnie. A niepodległość Polska może utrzymać tylko w ramach jakiegoś szerszego politycznego przedsięwzięcia, dlatego że w konfrontacji ze strategicznym partnerstwem rosyjsko-niemieckim czy niemiecko-rosyjskim nie da się niepodległości utrzymać. Polska byłaby skazana na wasalizację. 

        Polska nie ma jakichś niezałatwionych remanentów terytorialnych ze Stanami Zjednoczonymi, natomiast interesy lobby żydowskiego w Stanach Zjednoczonych, które się przekładają na amerykańską politykę, mogą być dla polskiego interesu państwowego niebezpieczne. 

        Trzeba o tym pamiętać. Dlatego uważam, że ten sojusz polsko-amerykański – on jest niesymetryczny, on ma cechy egzotyki itd., tego wyeliminować nie możemy – ale właśnie elastyczne postępowanie i mówienie pewnych rzeczy wprost, myślę, te stosunki polsko-amerykańskie by tutaj skierowało na właściwe tory. 

        Myślę, że Polonia amerykańska, gdyby była w stanie tworzyć lobby polityczne, mogłaby być w tym pomocna, ale wiemy obydwaj, że tak nie jest. Ja bardzo nad tym ubolewam, że tak nie jest. I szkoda, że nic nie wskazuje na to, żeby ta szansa, jaka się pojawiła przed Polonią amerykańską, zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych po zwycięstwie Donalda Trumpa...

        – Który zauważył po raz pierwszy Polonię, bo wygrał i polskimi głosami.

        – Tak, i do tego kilka razy wracał.

        – Nie potrafiliśmy zdyskontować tego zwycięstwa.

        – Tak. Oczywiście, prezydent Trump może to przypominać z grzeczności, ale trzeba przypominać mu delikatnie, że to my w takim razie tak, bardzo chętnie. Krótko mówiąc, Polonia powinna się zdobyć, jeśli chciałaby odgrywać jakąś rolę i Polsce pomóc, to powinna się zdobyć na to, żeby wejść do polityki amerykańskiej w stopniu znacznie wyraźniejszym, niż jest dotychczas, bo w tej chwili to nie ma takiego wejścia i to się nie przekłada na żadne konsekwencje polityczne w polityce amerykańskiej wobec Polski.

        – Odwiedzam co roku Polskę, zwykle jeżdżę do Krakowa, i akurat w tym roku zauważyłem, że język ukraiński zaczyna być praktycznie słyszany na każdym kroku. Nie powiem, że jest tak popularny jak polski, ale np. jadąc tramwajem przez trzydzieści minut, trzy razy słyszałem rozmowy w języku ukraińskim. 

        Nie uważa Pan, że introdukcja tak dużej mniejszości etnicznej, i to mniejszości o tak silnej tożsamości jak ukraińska, będzie służyła pewnego rodzaju kontroli polityki w Polsce? 

        Dlatego że poprzez mniejszości można uprawiać politykę i zawsze zarządzanie konfliktem na przykład polsko-ukraińskim może być poważnym elementem politycznej kontroli tego obszaru.

        – Całkiem serio się tego obawiam, właśnie dlatego że jest co najmniej półtoramilionowa diaspora ukraińska w Polsce, nie licząc tych Ukraińców, którzy przecież byli, którzy w ramach operacji „Wisła” zostali poprzesiedlani na Pomorze, na Mazury czy na Dolny Śląsk – to oni też są. 

        Co więcej, Związek Ukraińców w Polsce też działa, i to, według moich informacji, jest politycznie zdominowany przez banderowców. 

        Podobnie zresztą jak diaspora ukraińska światowa. Będąc w Kanadzie, rozmawiałem z prezesem Kongresu Polonii Kanadyjskiej w Ottawie, który zresztą był krytykowany za próby nawiązywania jakiejś współpracy z Ukraińcami przez Polaków miejscowych, i zapytałem go podczas tej rozmowy, jakie kierunki polityczne występują w Światowym Związku Ukraińców w Toronto, czy poza banderowskim jest jakiś inny. Powiedział, że nie tylko nie ma innego, ale gdyby się jakiś objawił, to miałby przechlapane całkowicie, nie tylko politycznie, ale nawet chyba towarzysko.

        – Był też pan Poliszczuk, który był Ukraińcem i który od strony ukraińskiej krytykował banderyzm, był za to zwalczany przez Ukraińców.

        – Tak, miałem okazję poznać go osobiście. 

        Nawiązuję do tej podróży, dlatego żeby pokazać, że te wpływy polityczne – zresztą na Ukrainie tak naprawdę poza banderowskim kierunkiem nie ma żadnego żywego, autentycznego politycznego ruchu, to jest jedyny istniejący, dlatego i ich prezydent Juszczenko, i prezydent Poroszenko banderowcom się podlizywali, no i Julia Tymoszenko się banderowcom podlizywała, bo komuś musieli, prawda? 

        – Mogli ich wykorzystać na froncie wschodnim.

        – Tak, ale to ma swoje konsekwencje. Ja nie wiem, czy ci wszyscy Ukraińcy, którzy do Polski przyjechali, to jakoś są politycznie bardzo aktywni.

        – Część z nich to może Rosjanie ze wschodu po prostu.

        – Czasami bywa to widoczne, studenci w Przemyślu jakieś demonstracje urządzają itd., ale chociażby ze względów statystycznych to trzeba zakładać, że pół procent tej liczby, a to jest całkiem spora liczba, albo może nawet jeden procent może być jakoś tam zadaniowanych wywiadowczo,  a nawet dywersyjnie, i to niekoniecznie przez służby bezpieki Ukrainy, ale nawet przez niemiecką BND.

        – Były jeszcze związki przedwojenne.

        – Te związki są, były i przypuszczam, że będą. Po stronie niemieckiej może się pojawić taka koncepcja, taki pomysł, żeby wykorzystać diasporę ukraińską do destabilizacji sytuacji w Polsce czy pogłębienia sytuacji destabilizacji w Polsce, tak żeby stworzyć w ten sposób warunki do zastosowania ustawy nr 1066, która przewiduje udział formacji zbrojnych obcych państw.

        – Ona nie została odwołana przez PiS?

        – Nie, ona nie została odwołana, bo została uchwalona właśnie w 2014 roku, kiedy było apogeum tego przewrotu na Ukrainie, sam szczyt Majdanu. Prezydent Komorowski podpisał wtedy tę ustawę. 

        Ona została, z tego co wiem, przeforsowana jako dyrektywa Komisji Europejskiej, tak że to nie jest wymysł nasz, tylko to jest wymysł właśnie KE, a myślę, że bez intencji niemieckiej coś takiego by się nie pojawiło w organach Unii Europejskiej. Więc tutaj jest ten instrument. Podejrzewam, że właśnie na taką okoliczność minister Macierewicz tworzy te bataliony Obrony Terytorialnej, bo on tam mówi, że to na Rosjan, ale ja w to nie wierzę, biorąc pod uwagę chociażby ich uzbrojenie. One nie są w stanie konfrontować się z ogólnowojskowymi rosyjskimi siłami.

        – Ale przed bandami...

        – Ale taką wołynkę mogłyby spacyfikować. Być może, że właśnie po to to jest. W każdym razie takie niebezpieczeństwo istnieje i to może być niemiecka odpowiedź czy niemiecko-rosyjska odpowiedź na projekt Trójmorza. 

        Przypomnę, że prezydent Niemiec Steinmeier był niedawno w Moskwie i tam wyraził intencje zacieśnienia współpracy niemiecko-rosyjskiej, bo Niemcy i Rosja ostatnio trochę się od siebie oddaliły, jak powiedział. Widać wyraźnie, że zacieśnianie strategicznego partnerstwa niemiecko-rosyjskiego to jest niemiecka odpowiedź na deklaracje prezydenta Trumpa. Może dlatego, że pomysł Trójmorza – wszystko jedno, czy on się uda, czy nie uda – jest sprzeczny, najdelikatniej mówiąc, już nie powiem że godzi, ale jest sprzeczny przynajmniej z dwoma celami niemieckiej polityki – utrzymaniem hegemonii niemieckiej w środkowej Europie i budowy tutaj imperium IV Rzeszy, jak ja to nazywam, środkami innymi niż to budowali poprzednicy Naszej Pani Złotej z Berlina. I Niemcy bardzo dużo zainwestowały w ten projekt. 

        A wyłuskanie Polski z projektu Trójmorza czyni ten projekt zupełnie już absurdalnym, bez Polski Trójmorza nie ma, i Niemcy to doskonale wiedzą. I chcą utrzymać swój polityczny wpływ w środkowej Europie, który po ewakuacji imperium sowieckiego z tego obszaru Niemcy go przecież przejęły poprzez rozszerzanie na wschód Unii Europejskiej, której są politycznym kierownikiem.

        – Mówimy tutaj o takich tradycyjnych kierunkach politycznych, o polityce rozumianej tak, jak się ją rozumiało już w wieku XIX w., w wieku XX, ale teraz wszyscy mówią, że Unia Europejska to jest już inny poziom. Co Pan sądzi o instytucjach Unii Europejskiej, czy w ogóle to ma szanse jakiegokolwiek oddziaływania jako osobne ciało, czy też służy po prostu realizacji polityki niemieckiej i do tego została ta Unia stworzona, powołana i po Brexicie jest to oczywisty element dominacji niemieckiej nad kontynentem?

        – Powtarzam pogląd, który wyraziła osoba bardzo dobrze zorientowana w polityce nie tylko Europy – mówię o Margaret Thatcher – która powiedziała, że Unia Europejska to jest narzędzie niemieckiej hegemonii w Europie. Ja się po prostu zgadzam z tą opinią. Instytucje Unii Europejskiej temu służą i najlepszą tego ilustracją było to, że w apogeum kryzysu migracyjnego instytucje europejskie, zwłaszcza te, które miałyby, które są nawet powołane do tego, nie działały. Pani Fryderyka Mogherini, pełniąca rolę ministra spraw zagranicznych Unii Europejskiej, rozbeczała się wtedy, no to daleko nie zajedziemy w ten sposób. 

        Natomiast o co chodzi naprawdę? To wyraziła Pani Nasza Złota, pani kanclerz Merkel, przed przyjazdem do Warszawy 7 lutego jeszcze tego roku, kiedy powiedziała, że bardzo jej się podoba koncepcja Europy dwóch prędkości. Co to jest w przełożeniu na język ludzki? No to, że decyzje będą podejmowane w szczupłym gronie załogi twierdza Europa, a potem będą przekazywane do wykonania peryferiom. Trudniej jaśniej to wyrazić. 

        O co tu chodzi? Centrum polityczne, to jest Niemcy, z Francją, ale Niemcy, a reszta to peryferie. Moim zdaniem, Wielka Brytania została wyciśnięta przez Niemcy. Dlaczego tak podejrzewam? Otóż kiedy przed referendum w Wielkiej Brytanii, tym którym premier Cameron nieopatrznie  – bo to inne miał intencje, ale wyzwolił dżina z butelki – opinie były podzielone, prawie łeb w łeb. I wtedy Komisja Europejska podała oficjalną wiadomość, ale fałszywą, że Turcja zostanie przyjęta do Unii Europejskiej. I to spowodowało, znaczy nie wiem czy to, ale po deklaracji liczba przeciwników dalszej obecności Wielkiej Brytanii w Unii Europejskiej wzrosła na tyle, że referendum przeważyło. A potem to zostało odwołane. Więc dlatego tak uważam. 

        Obecność Wielkiej Brytanii w Unii  Europejskiej, z racji ciężaru gatunkowego brytyjskiego i specjalnych stosunków ze Stanami Zjednoczonymi siłą rzeczy by niemiecką hegemonię tutaj osłabiała. 

        Dlatego widocznie Niemcy doszli do wniosku, że jak tak, to niech Wielka Brytania będzie sobie z boku, żeby na kontynencie nie było wątpliwości, kto jest tutaj politycznym kierownikiem. I do tego doszło. I koncepcja Europy dwóch prędkości, takim dodatkowym elementem, który by to wzmacniał, byłyby europejskie siły zbrojne, niezależne od NATO. Niemcy po 90 roku wielokrotnie takie balony próbne wypuszczały, za każdym razem spotykało się to z amerykańskim tutaj „nie”, z wyjątkiem lipca 2016 roku, kiedy się nie spotkało. Pod koniec już prezydentury Baracka Obamy się nie spotkało. Kiedy po Brexicie właśnie wielka trójka spotkała się w Berlinie, tzn. francuski prezydent Hollande wtedy, Nasza Złota Pani i Mateusz Renzi, ówczesny premier Włoch, to oni bardzo wyraźnie się opowiedzieli za tym. Towarzyszyło temu ujawnienie takiego dokumentu poufnego francusko-niemieckiego właśnie na temat tych sił zbrojnych. 

        Przypomnę, że kiedy w 1954 roku Stany Zjednoczone zgodziły na remilitaryzację Niemiec, tzn. na pozwolenie Niemcom na posiadanie armii, to jednak nie ufały Niemcom bezgranicznie i Bundeswehra w 1955 roku została wmontowana w struktury NATO, w całości, i poprzez struktury NATO Stany Zjednoczone mają wgląd w to, co tam się dzieje. 

        Utworzenie europejskich sił zbrojnych oznacza wyprowadzenie Bundeswehry spod tej kurateli. To jest realizacja jednego z celów polityki niemieckiej, uchylenie wszystkich – o ile to możliwe i na ile to możliwe – skutków II w.św. 

        Myślę, że ten kierunek polityczny jest widoczny. Już to nie pozostawia wątpliwości. Polska nie jest przygotowana przede wszystkim, mówi się o Polexicie, ale Polska nie jest absolutnie przygotowana na to. 

        Jestem przekonany, że energiczne przeciwdziałanie byłoby wtedy. Co innego w Wielkiej Brytanii, ona została wyciśnięta, Polska jest w zupełnie innej sytuacji.

        – Właśnie, mówimy, że Warszawa powinna zrobić to czy tamto, kto prawdziwie rządzi w Warszawie teraz? Jak by Pan mógł scharakteryzować to środowisko?

        – Myślę, że Prawo i Sprawiedliwość, to znaczy prezes Kaczyński, jest takim można powiedzieć wykonawcą, który przekłada na polski grunt pewne cele polityki amerykańskiej. Towarzyszy temu taka bardzo patriotyczna retoryka, ale moim zdaniem, to nie jest polityka elastyczna. To jest wykonawstwo, to jest tylko maskowane retoryką patriotyczną, taką nawet, powiedziałbym, mocarstwową. 

        I drugim ośrodkiem władzy są, oczywiście, tajne służby, które zostały w 2015 roku jak gdyby wciągnięte na listę, jak ja to nazywam, naszych sukinsynów przez Stany Zjednoczone. 

        Zresztą to było cały czas, bo przypomnę taką rozmowę, jaką przeprowadził pan Maciej Zalewski. On był wysokim urzędnikiem Biura Bezpieczeństwa Narodowego za prezydentury Lecha Wałęsy. Rozmowa była z rezydentem CIA tutaj, w Warszawie. Pan Zalewski pytał Amerykanina, co mamy tu robić z agentami, a on mówi – nic, co go trochę zdziwiło. Jak to nic? A on tak to, bo oni mieli zostać odwróceni i zostali odwróceni i tak ma być – tak powiedział. 

        Więc to jest drugi ośrodek władzy. Z punktu widzenia amerykańskiego to jest bardzo wygodne. Rząd w rezultacie, oficjalne władze państwowe są zmuszone do rywalizacji z tajnymi służbami o względy naszego najważniejszego sojusznika, który w związku z tym może Polskę zbywać błyskotkami takimi. 

        Z punktu widzenia amerykańskiego to jest oczywiście bardzo wygodne, natomiast dla Polski jest to bardzo niekorzystne, żeby nie powiedzieć niebezpieczne.

        – Czy jest możliwe odwrócenie tej sytuacji, podmiotowości polskiej, czy jest Pan pesymistą?

        – Ja jestem pesymistą, dlatego że Polska, chcąc się wyemancypować spod zależności od Niemiec, od niemieckiej hegemonii, nie może sama tego zrobić.

        – Czyli pozostaje wybór kurateli?

        – Tak. I kuratela amerykańska daje Polsce pewne szanse, jakieś tam szanse, bo niemiecka nie daje żadnych. Niemcy mają jeden interes, to znaczy żebyśmy się ich słuchali i żebyśmy nie wierzgali, kiedy Niemcy będą realizowały tutaj projekt Mitteleuropa, to znaczy właśnie uczynienia z tej części Europy peryferii, które będą na każde skinienie posłuszne. 

        Polityka amerykańska zawsze była taka chwiejna.

        – Bo to nie jest priorytet amerykańskiego kierunku politycznego.

        – Tak. W znacznym stopniu, to jest trochę za dużo tych niewiadomych w tym równaniu, no ale sytuacja nie jest komfortowa. Takim elementem stałym jest to, że Stany Zjednoczone chcą w Europie być. No to projekt Trójmorza, tak jak mówiłem, to jest odpowiedź na te amerykańskie chęci.

        – A czy Trójmorze nie jest kompatybilne z Judeopolonią?

        – Polityka polska czy w ogóle polityka krajów środkowoeuropejskich powinna projekt Judeopolonii stanowczo zwalczać, dlatego że to jest popadnięcie w jeszcze gorszą niewolę. To już lepiej być pod niemiecką niż pod żydowską. Tak mi się wydaje, dlatego że Żydzi traktują kraje, które zdominowały – znaczy, to może zabrzmieć tak jak ulotka antysemicka, ale Żydzi kraje zdominowane przez siebie traktują jak pasożyt. I to nie jest jakaś perspektywa; Judeopolonia to nie jest żadna perspektywa, ani przed regionem, ani już przed Polską. Wystarczy popatrzeć na Ukrainę. Premier Jaceniuk to jeszcze był tylko posądzany o żydowskie pochodzenie, a premier Hrojsman już nie musi być o nic posądzany. I widzimy, jak wygląda to państwo pod takimi rządami. Ukraińcy uciekają stamtąd do Polski.

        – Każdy tam bierze, co chce.

        – Tak. Ilustracją tego, że Ukraina jest dyrektoriatem oligarchów, którzy prowadzą własną politykę, było ogłoszenie przez prezydenta Poroszenkę na przełomie stycznia i lutego stanu klęski energetycznej na Ukrainie. O co chodziło? Otóż mimo wojny hybrydowej z tymi zbuntowanymi obwodami, donieckim i ługańskim, to dostawy węgla z zagłębia donieckiego do ukraińskich elektrowni cały czas były niezakłócone. I dopiero jeden z ochotniczych batalionów, czyli prywatne...

        – ...zablokował tory.

        – Tak, zablokował tory. I prezydent państwa, dysponujący teoretycznie armią, nic nie mógł na to poradzić, poza takim ogłoszeniem stanu klęski energetycznej, która wywołana była wyłącznie akcją tego ochotniczego batalionu. Więc pytanie, jaką władzę ma ten prezydent i jaki sens ma futrowanie Ukrainy pieniędzmi? Prezydent Duda zaoferował miliard euro. Nie wiem, na jakiej zasadzie, bo przecież konstytucyjnie prezydent nie ma prawa dysponować finansami publicznymi. 

        – Kredyt rewolwingowy.

        – Więc czekałbym na jakąś interpelację w Sejmie w tej sprawie, na jakiej zasadzie, kto, czy z upoważnienia rządu, czy samowolkę jakąś pan prezydent zrobił, ale warto o coś takiego zapytać. Powiadam, nie wiadomo, komu się te pieniądze daje i na co, bo widać, że to jest dyrektoriat oligarchów. Prezydent Poroszenko jest jak gdyby takim notariuszem pewnego kompromisu między oligarchami i dopóki odpowiada on, jego osoba, tym oligarchom, dopóki mają do niego zaufanie, to go trzymają, jak nie, to nie.

        – Panie Stanisławie, kończąc, chciałbym zapytać, jak Pan świętuje 11 Listopada.

        – Tradycyjnie, to znaczy akurat tego dnia jest już od 15 lat uroczystość wręczenia Nagrody Literackiej im. Józefa Mackiewicza. Ja jestem sekretarzem kapituły tej nagrody i właśnie dzisiaj o godzinie 18.00 będę w tej uroczystości brał udział.

        – Miłego świętowania, dziękuję bardzo i do następnego spotkania.

        – Dziękuję bardzo.

Andrzej Kumor

Widziane od końca.

Strona: www.goniec.net/
Zaloguj się by skomentować