Goniec

Register Login

Życie polonijne

piątek, 17 sierpień 2018 02:35

Gorące spotkanie mediów etnicznych

Napisane przez

13 sierpnia odbyło się comiesięczne spotkanie Rady Mediów Etnicznych (National Ethnic Press and Media Council of Canada). Było to bardzo gorące spotkanie (często nawzajem sobie przerywano). Dyskutowane były sprawy kryzysu imigracyjnego na terenie aglomeracji Toronto, sprawa zasadności kosztownego dla Kanady protestu wobec Arabii Saudyjskiej, sprawa legalizacji marihuany, przestępczości z użyciem broni na terenie Toronto, kandydatur na radnych miejskich i na burmistrza Toronto, udziału członków mediów w corocznym CNE (Canadian National Exhibition).

Na spotkanie przyszło dużo członków rady, bo miał być obecny premier Ontario Doug Ford oraz minister imigracji rządu prowincji Ontario. Oboje jednak nie przybyli ze względu na to, że nagle pojechali do Ottawy, by prowadzić tam negocjacje z przedstawicielami rządu federalnego w związku z kryzysem imigracyjnym, jaki powstał w rezultacie gwałtownego i w jakimś sensie niekontrolowanego napływu imigrantów do aglomeracji Toronto. Imigrantów zarówno tych, którzy zostali przyjęci z krajów objętych wojną, jak Syria, Afganistan, Irak, Somalia, Sudan, jak i tych już poza planem kwot przyjmowania imigrantów, a napływających do Kanady w wyniku decyzji prezydenta Donalda Trumpa via USA z Nigerii i Haiti.

Ci nowo przybyli do Kanady imigranci z Nigerii i Haiti, ale również i ci przyjmowani w ramach programów sponsorstwa rządowego wybierają na swoje zamieszkanie głównie rejon GTA (metropolii Toronto). Najpierw kierują się oni do obsługiwanych przez miasto schronisk, później z przepełnionych schronisk miasto próbuje ich przenosić do studenckich rezydencji, z rezydencji do hoteli, później z hoteli do mieszkań socjalnych. Na koniec, dzisiaj za te hotele i uczelniane internaty rachunek dla miasta Toronto wynosi 64 miliony dolarów. Tak powiedziała obecna na spotkaniu radna miasta Toronto z okręgu Davenport, pani Ana Bailao. W tej chwili trwają gorączkowe negocjacje między miastem a rządem prowincji Ontario, między miastem a rządem federalnym o zwrot i pokrycie przynajmniej części kosztów ponoszonych przez Toronto, a związanych z obsługą nowych imigrantów. Jak się słyszy, pracownicy socjalni miasta mówią stałym mieszkańcom Toronto, że będą czekali najmniej 10 lat na mieszkanie socjalne, a wielu osobom mówią, żeby po prostu wyjechały z Toronto do innych miast i tam szukały tańszego życia i mieszkań.

Na spotkaniu było czterech radnych miejskich i kandydatów na radnych, był nowo wybrany poseł do sejmu prowincji Ontario, pan Aris Babikian. Odpowiadał on na wiele pytań dotyczących imigracji, niskich zarobków posłów prowincyjnych i braku planu emerytalnego dla tych posłów, a także dotyczących przestępczości w Toronto. Tu uważam, że atak/pytania ze strony dziennikarki reprezentującej społeczność murzyńską były nieuzasadnione. Dokładnie dopytywała się ona o sprawy dotyczące przestępczości związanej z użyciem broni palnej. Uważała, że młodych ludzi nie stać na drogie pistolety i że ktoś im je dostarcza (ale nie powiedziała, kogo dokładnie ma na myśli). Dopytywała się, dlaczego policja nie ściga tych „big guys”, którzy dostarczają broń młodym ludziom?

Poseł Aris Babikian odpowiedział jej, że wiemy dobrze, że broń pochodzi zza południowej granicy Kanady. Po jego odpowiedzi pani ze społeczności murzyńskiej ponownie wróciła do twierdzenia, że policja powinna zajmować się „big guys”, którzy dostarczają, według niej, broń młodym ludziom, zaś z kolei na której zakup, według niej, nie stać tych młodych ludzi.

Na końcu języka wielu przysłuchującym się tej wymianie zdań między posłem Arisem Babikianem a dziennikarką ze społeczności murzyńskiej wisiało pytanie o to, kto to są ci „big guys”, którzy to mają udostępniać te drogie pistolety po zaniżonej cenie? Czy ci „big guys” mieli oznaczać lobby National Rifle Association (NRA) w USA, czy też miało to oznaczać coś innego? A jeśli miałoby to oznaczać NRA, to jak Kanada miałaby z tym lobby NRA walczyć? Przysłuchujący się tej wymianie zdań nigdy nie dowiedzieli się, kim, według niej, są ci „big guys”.

Drugim tematem pytań skierowanych do Arisa Babikiana były sprawy imigracji i kryzysu imigracyjnego w GTA, pytania te były zadawane na tle między innymi długich kolejek oczekujących na mieszkania socjalne. Poseł Babikian bronił polityki Kanady dotyczącej przyjmowania imigrantów. Mówił o długiej liście oczekujących na rozpatrzenie przez IRB (Immigration and Refugee Board of Canada, poseł Aris Babikian sam był wcześniej sędzią imigracyjnym). W tej chwili jest na liście IRB ponad 37.000 osób. Rocznie Kanada (IRB) rozpatrywała i przyjmowała 5000 do 7000 osób z tej listy. Mamy więc zaległości przekładające się na 10 lat oczekiwania. Poseł Babikian powiedział, że ci ludzie nie mogą tyle lat czekać na decyzje w sprawie osiedlenia się w Kanadzie. Powiedział również, że program imigracji sponsorowanej przez osoby i instytucje, takie jak Kościoły i organizacje religijne, sprawdza się bardzo dobrze. Ci ludzie przybyli do Kanady, zaraz idą do pracy i jakoś dają sobie radę, natomiast problemem jest program sprowadzania imigrantów sponsorowanych przez rząd. Ludzie z tej grupy nie idą tak szybko do pracy. Tu są pewne problemy, powiedział poseł Babikian.

Następnym pytaniem była sprawa protestu skierowana przez rząd Kanady do rządu Arabii Saudyjskiej w sprawie aresztowania dwóch aktywistów praw człowieka i popierających prawa kobiet (tzw. feministek), pochodzących z Kanady. Januszowi Niemczykowi, pytającemu, chodziło o to, czy mając na względzie olbrzymie koszty reperkusji dla Kanady, takie jak utrata miejsc pracy np. przez nauczycieli akademickich (rząd Arabii Saudyjskiej odwołał 16.000 studentów z Kanady, odwołał połączenia lotnicze między Kanadą a Arabią Saudyjską, najprawdopodobniej zerwany/odwołany będzie przez Arabię Saudyjską kontrakt zbrojeniowy wart dla Kanady 15 miliardów dolarów), warto było tyle ryzykować, żeby bronić dwóch aktywistów, przy czym jeden z nich otrzymał obywatelstwo kanadyjskie zaledwie miesiąc przed swoim aresztowaniem w Arabii Saudyjskiej? Poseł Aris Babikian bronił decyzji rządu Kanady i mówił, że działania Arabii Saudyjskiej miały też pośrednio na celu pokazanie państwom europejskim, by te nie wtrącały się w jej sprawy.

Prowadzący spotkanie wiceprezes Rady Mediów przerwał w końcu zadawanie pytań do posła Babikiana, uzasadniając to tym, że w kolejce na wypowiedzi jest jeszcze kilka osób, kandydatów na radnych, w tym Jen Keesmaat, kandydatka na burmistrza miasta Toronto.

Już niejako po zakończeniu zebrania poseł Babikian powiedział do mniejszego grona osób, że zapomniał powiedzieć, że premier Doug Ford prosi o pokazanie poparcia dla decyzji Partii Konserwatywnej o zakończeniu lekcji wychowania seksualnego w szkołach. Prosi o telefony do posłów Partii Konserwatywnej, o e-maile i prosi, by wysyłać listy do posłów Partii Konserwatywnej popierające likwidację lekcji wychowania seksualnego. Chodzi o to, że opozycja, czyli liberałowie i NDP, rozpoczęła głośną kampanię w sprawie przywrócenia lekcji wychowania seksualnego w szkołach. Poseł Aris Babikian prosi wszystkich o pomoc! Prosi tych, którym sprawa likwidacji lekcji wychowania seksualnego leży na sercu, o pomoc, o wysyłanie listów, o telefony do posłów prowincji Ontario!

Janusz Niemczyk

piątek, 10 sierpień 2018 14:49

Arif Virani startuje ponownie w 2019 roku

Napisane przez

Poseł federalny Arif Virani z Partii Liberalnej uzyskał ponownie nominację w zamieszkiwanym w dużej mierze przez Polaków okręgu Parkdale-High Park. Virani po raz pierwszy był wybrany do Izby Gmin w wyborach 2015 roku. Pracował jako sekretarz parlamentarny ds wielokulturowości.

        Wybory federalne odbędą się w 2019 roku.

Na zdjęciu, z byłym posłem polskiego pochodzenia Jesse Flisem oraz Krystyną Sroczyńską członkiem Rady Dyrektorów KPK oddział Toronto.

W poniedziałek 6 sierpnia ruszyła w drogę tradycyjna 36. już pielgrzymka piesza do Midland. Towarzyszyliśmy jej wyjściu z kamerą.

Prawo podobnie jak opieka lekarska wymaga zaufania. Dlatego tak ważna jest renoma kancelarii adwokackiej. Kancelaria Adwokacka Malicki Sanchez to jedna z najstarszych w Ontario, a już na pewno w naszym polonijnym środowisku.

Marek Malicki, czyli drugie pokolenie tej firmy (dawniej Malicki and Malicki) to również znany działacz polonijny, były przewodniczący Polonii Świata jeszcze w czasach gdy w Polsce panował system komunistyczny,

Obecnie Kancelaria Malicki Sanchez, prowadzona jest przez niego wraz z synem Gibrianem. a zarządzana przez panią Elvirę Sanchez de Malicki. Kancelaria poszukuje polskim środowisku prawnika ,który chciałby związać swoją karierę z firmą tak bogatą w doświadczenie i posiadającą wierną klientelę.

Stąd też nasza wizyta i rozmowa z ojcem i synem: Markiem Malickim i Gibrianem Malicki-Sanchez...

- Obsługujecie Państwo pod względem prawnym między innymi społeczność polską i hiszpańskojęzyczną...

- Mamy swoich wiernych, wieloletnich klientów w polskim środowisku, to zazwyczaj ludzie o wiele starsi, niż nasi klienci hiszpańskojęzyczni. Wielu naszych klientów to także wnuki wcześniejszych klientów i jest dla nas oczywiste, że nasi starsi klienci czują się bardziej komfortowo mówiąc po polsku; jest dla nas ważne, abyśmy mogli nadal służyć poradą prawną klientom, którzy nie znają języka, czy też bardziej komfortowo czują się w języku polskim.

Obecnie, oprócz mnie mamy również panią która prawniczka który mówi po polsku obecnie Zatrudniamy naszej kancelarii 5 prawników i nasza pani prawniczka zajmuje się głównie prawem małżeńskim i rodzinnym, chcielibyśmy, aby to naszego zespołu dołączył prawnik mówiący po polsku.

Moja żona Elvira uważa, że powinniśmy mieć w zespole ludzi obu płci ponieważ niektórzy nasi klienci wolą mieć do czynienia właśnie albo z kobietą, albo z mężczyzną. To nie powinno mieć żadnego znaczenia, ale ludzie są jacy są i z pewnością w sprawach rodzinnych są klienci płci żeńskiej, którzy wolą mieć prawnika kobietę.

Jeśli chodzi o nasze usługi po hiszpańsku, to mamy zarówno prawnika jak i prawniczkę, hiszpański mojego syna Gibriana też jest na tyle dobry, aby doradzać naszym klientom. Zależy nam natomiast na utrzymaniu ciągłości usług dla naszych klientów polskojęzycznych których wielu jest z nami od bardzo, bardzo wielu lat.

W dzisiejszych czasach wiele ludzi starszych ma problemy ma kwestie związane z planowaniem zarządzeniem majątkiem. Polacy dzisiaj mają majętność, oczywiście możemy ich obsługiwać, jeśli chodzi o sprawy biznesowe i spadkowe, ale również zarządzaniem majątkiem. Tutaj wiele spraw jest skomplikowanych zwłaszcza grupie osób mających za sobą wiele małżeństw czy też żyjących w związkach nieformalnych.

Tak więc zajmujemy się bardzo wiele prawem matrymonialnym.

Jak to już tłumaczyłem podczas naszej poprzedniej rozmowy, prawo rodzinne jest trudne i jest to proces kosztowny. I jeśli adwokat radzi sobie z prawem rodzinnym to znaczy że z każdym innym również sobie poradzi. W prawie rodzinnym jest bardzo wiele spraw dotyczących emocji, spraw bardzo trudnych, jak opieka nad dziećmi, kwestie alimentacji, zapewnienia wsparcia; ludzie chcą to zmieniać tak, aby odpowiadały nowym okolicznościom. Na tym polu Gibrian jest bardzo dobry. Radzi sobie doskonale właśnie od tej strony ludzkiej, bo trzeba bardzo dobrze znać prawo, ale przede wszystkim należy pomagać klientowi, naprowadzać klienta, tak aby mu przekazać to, co dla niego byłoby najlepszym rozwiązaniem. Oczywiście, nie można się ograniczać tylko do jednej dziedziny prawa; wszystkie te dziedziny są ze sobą powiązane - real estate, prawo rodzinne...

- Czy taki kandydat ma mieć doświadczenie?

Doświadczenie byłoby pomocne, chcemy kogoś, kto nie tylko zna zasady prawa, ale też wie, jak odnoszą się do rzeczywistej sytuacji w życiu. Bo przecież w ostatecznym rozrachunku prawnik to człowiek, który rozwiązuje problem. Gdy ktoś do nas przychodzi, mówi że ma problem, a nie że chodzi mu o prawo matrymonialne czy majątkowe. Podobnie, jak pacjent, gdy przychodzi do lekarza i mówi co go boli, a nie jakie leczenie chciałby otrzymać.

My doradzamy, mówimy, „zrób to”, „tego nie rób”, to są twoje możliwości, my wybralibyśmy tę, ale do ciebie należy wybór. Gibrian, który pracuje od kilku lat, widzi już jak odnieść się do porady, jaką udzielił rok temu, czy dwa lata temu. To jest właśnie doświadczenie.

Oczywiście, nikt nie wygrywa wszystkich spraw, ale mając taką wiedzę można wiarygodnie doradzać klientom, czasem nawet doradzać, aby nie iść do sądu, bo sąd zazwyczaj to jest ostateczność.

A więc szukamy kogoś, kto dobrze rozumie prawo, ma doświadczenie w polskim środowisku, kto chciałby tutaj pracować z grupą prawników, którzy wzajemnie się wspierają, pomagają sobie. Kogoś, kto rozumie problemy naszej polskiej społeczności rozumie tę społeczność, kto rozumie, jak, i z czego się składa polska społeczności; gdzie Polacy chodzą do kościoła, jakie problemy mają w stosunkach z Polską.

Często mamy również sprawy związane z Polską, gdzie jest inny system prawny. Tak ludzie pochodzenia hiszpańskiego, jak i polskiego mają doświadczenie z systemem prawa cywilnego, francuskiego ukształtowanego przez Kodeks Napoleoński, zupełnie odmiennym od prawa, które jest tutaj. Ktoś przychodzi do nas i mówi, że chce sporządzić testament i rozporządzić własnością w Polsce, tłumaczymy, że nie można tego tak zrobić dlatego że prawo polskie dokładnie określa co się dzieje z nieruchomościami, jak są dziedziczone.

Podobnie nie można dysponować własnością w Ekwadorze ponieważ prawo dokładnie stanowi tam, jak to się dzieje. Podobnie gdy ktoś ma spadek w Kanadzie, musi liczyć się z tym że może być opodatkowany w Polsce.

Trzeba znać ten kontekst polskiej społeczności. Czasem znajomość języka to nie wszystko; wolelibyśmy też kogoś, kto angażował się w sprawy Polonii.

Podobnie jak w przypadku Millenium Fund któremu przewodniczę, zawsze pytamy się studentów, którzy składają podania o stypendia, co robiłeś dla tej społeczności. Angażowanie się w sprawy parafii czy też harcerstwa bardzo pomaga.

Tak więc mamy tutaj propozycję pracy, dobrej kariery, bo ludzie którzy tutaj przychodzą po poradę muszę wiedzieć że mogą komfortowo czuć się z kimś kto ich rozumie i mówi po polsku.

- A jakie są dzisiaj problemy prawa, jakie kierunki?

Gibrian Malicki Sanchez: Przede wszystkim problemem jest kwestia dostępności usług prawnych; wiele ludzi samemu reprezentuje się w sądach, bo nie stać ich na prawnika, a to znacząco wpływa na ferowanie wyroków.

Druga rzecz to „googlowanie” porad prawnych. W internecie znajdziemy wiele odpowiedzi i podpowiedzi, wiele dokumentów można wypełnić czy złożyć on-line, jednak to nie zastąpi doświadczenia i profesjonalnej porady prawnej.

Dziękuję bardzo za rozmowę.

Z roku na rok ubywa świadków tamtych wydarzeń.

W tym roku nie było już m.in. pani Marii Nowickiej wciąż jednak przed pomnik przychodzi pan Andrzej Łysakowski, który jako trzynastoletni chłopiec brał udział w walkach w Warszawie, gdzie pilnował niemieckich jeńców wziętych do niewoli po zdobyciu PASTY a następnie był więziony w obozie jenieckim.

W tym roku nie było prezesa KPK oddział Toronto pana Juliusza Kirejczyka, który przebywa na urlopie, nie było również innych przedstawicieli władz kongresowych, były natomiast Panie z Koła Pań Nadzieja, była grupa ze Związku Narodowego Polskiego. Przybyli też Sybiracy, w tym pan Stanisław Lasek z żoną.

Prezes Towarzystwa Warszawskiego, które organizuje obchody, Marian Kowalski jak zwykle nakreślił tło historyczne Powstania, a następnie uczciliśmy 74 sekundami ciszy wszystkich poległych i pomordowanych, także ofiary cywilne działań wojennych.

Głos, jak co roku zabrał uczestnik Powstania pan Andrzej Łysakowski, który wspominał jak trafił AK, o tym, że miał tyle szczęścia, że nie zginął, tylko został ranny, a następnie jak pracował niewolniczo w Niemczech.

O mordach ludności cywilnej mówiła z kolei Teresa Arabczyk, która tę tragedię oglądała oczami ośmioletniego dziecka. Przestrzegała, by takie zbrodnie nigdy więcej już się nie wydarzyły.

Trudno oprzeć się wrażeniu że obchody wybuchu powstania które Towarzystwo Warszawskie organizuje dokładnie wtedy kiedy przypada rocznica, w czasie „polskiej” Godzina „W” z roku na rok cieszą się gromadzą coraz mniej, coraz starszych ludzi. A szkoda, bo Powstanie Warszawskie powinno być obowiązkową lekcje dla młodego pokolenia Polaków.

Podobnie jak w latach poprzednich tak i tym razem nie było przedstawicieli władz polskich. Konsul Generalny Krzysztof Grzelczyk odwiedził kilka dni wcześniej uczestników powstania w domu opieki Wawel Villa.

Krzysztof Grzelczyk, podziękował mieszkającym w Domu Seniora Wawel Villa Powstańcom i weteranom za ich heroiczną postawę i służbę Rzeczypospolitej - czytamy na stronach konsulatu - Listy z podziękowaniami, przekazał uczestnikom Powstania Warszawskiego: Pani Marii Nowickiej (nasza Czytelniczka - red), Pani Mirze Dzieduszyckiej (nieobecna), Panu Stanisławowi Sadowskiemu, a także weteranom Pani Helenie Choroszy oraz Panu Janowi Gregalisowi (nasz prenumerator - red.).

Obchody rocznicy odbyły się również w Ottawie Główna uroczystość odbyła się 1 sierpnia 2018 r. o godzinie 11:00 czasu ottawskiego (17:00 w Warszawie) w Confederation Park w Ottawie, pod tablicą poświęconą kanadyjskim lotnikom, którzy zginęli niosąc pomoc walczącej Warszawie.

piątek, 27 lipiec 2018 16:53

Quinte Polonia cz.2

Napisał

W Belleville nad zatoką Quinte prężnie działa Polonia, zasilana w ostatnich latach coraz większą liczbą „spadochroniarzy” z terenu torontońskiej aglomeracji, którzy tam właśnie spędzają emeryturę. Urokliwe okolice, woda i bliskość wielkich miast w połączeniu z zaciszną okolicą czynią z Quinte wymarzony teren na relaks. Dziś cz.2 naszego reportażu

– Co tutaj się robi?

Jacek Radziwinowski: Jest jedna samochodowa firma, Magna International, która się dość szybko rozwijała. Poza tym był sławny Nortel, ale w większości to są takie mniejsze biznesy.

– Dobrze się mieszka?

– Bardzo dobrze. Ludzie przyjeżdżają, żeby na emeryturze tutaj spędzać czas, jak na wczasach.

– Jak się tutaj zaczęła Polonia?

Brygida Kasprzak: Jestem Polką, ale nie rodzoną tutaj. Mówię po polsku... Dwaj Grecy, dwaj bracia, Peter i George Gores, stwierdzili, że jest nas dużo takich obcokrajowców tutaj, to trzeba pokazać „Anglikom”, co u nas jest. Tak się zaczęło.

Polacy w klubie mieli jedzenie tańce, wszystko było.

Grecy to samo robili, ale u siebie, a ci, co nie mieli swego klubu, to robili to w szkołach. Może było tak ze 12 nacji. Później stwierdzili, że byłoby dobrze, gdybyśmy wszyscy razem to zrobili i tak się zaczęło tutaj. Był Grek, który był merem i wtedy zaczął się Belleville Waterfront and Ethnic Festival. W tym roku jest 40. raz.

– Pani się tutaj urodziła, gdzie się Pani języka nauczyła?

– Ja się nawet tutaj nie urodziłam, urodziłam się w Niemczech po wojnie. Moi rodzice są Polakami. W domu się nauczyłam po polsku. Mieszkaliśmy w Quebecu, tak że i po francusku mówię.

– A dlaczego się Państwo tutaj przeprowadzili?

– Mój mąż był wojskowym, tu niedaleko, w Trenton, jest baza. Przyjechaliśmy tu w 80 roku i zostaliśmy.

Spodobało się tu Państwu?

– Bardzo, bardzo ładna okolica. Wszędzie blisko, bo między Kingston i Oshawą, troszeczkę dalej jest Montreal, jest Toronto. Są narty, jest woda, Provincial Park Sandbanks, jest wszystko.

 – Pan z żoną tu przyjechał?

Tadeusz Kasprzak: Przyjechałem do Kanady, jak miałem 4 latka, do Hamilton, a Brygidka miała tylko 2 miesiące. Byłem lotnikiem w wojsku, w Bagotville w Quebecu, tam się poznaliśmy. Jesteśmy małżeństwem już 47 lat.

– Jakimi samolotami Pan latał?

– Wszystkimi, dużymi transportowymi, a potem fighters. 40 lat latałem. W wojsku byłem 23 lata, a później latałem dla Worldways, Transatu. Latałem i DC8 B707, Lockheed 1011, Airbus 310.

– Który z tych samolotów najmilej Pan wspomina?

– Ten wojskowy jet, T-33. Zrobili go, gdy zaczęła się wojna w Korei, ale tak fajnie było latać, taki solidny, lubiłem go, uczyłem się na nim też. Dobre życie to było. Wojsko dla mnie było bardzo dobre. Mój ojciec był w kawalerii w Polsce...

– Mówi Pan świetnie po polsku, rodzice to Polacy?

– Nauczyłem się w domu, mówiliśmy po polsku. Ojciec był w niewoli, później pracował w Niemczech na farmie, przy koniach, lubił to, bo był w kawalerii. Po wojnie był bałagan w Europie, ludzie uciekali, bo bali się, że ze Stalinem będzie problem. Rodzice szukali dobrego kraju, składali aplikacje, a wtedy Kanada potrzebowała robotników, to miał gwarantowaną pracę na dwa lata, już był badany na wszystko. Przyjechał, a po sześciu miesiącach moja mama, brat i ja. Pracował w Hamilton na budowie, potem w Stelco.

– Słyszał Pan o Avro Arrow?

– Słyszałem, bo Jan Żurakowski latał, ale naprawdę ten samolot był za drogi i oni chcieli, żeby Amerykanie go kupili, a Amerykanie nie chcieli, bo koszty były za wysokie. To kupili amerykański samolot, na którym potem latałem – Voodoo. Dobry samolot.

– Kiedy Pan do Polski pierwszy raz pojechał?

– Niedawno, to może 12 czy 15 lat temu, po wojsku, bo jak byłem w wojsku, to była zimna wojna. Miałem top secret clearance, to lepiej było trzymać wszystko po cichu.

Pojechałem do miejsca zamieszkania ojca, koło Torunia, szukałem rodziny, ale nie ma nic. Znalazłem dokumenty, akty urodzenia. Brygida ma paru kuzynów w Oświęcimiu, Słupsku.

– A dzieci po polsku mówią, czy już nie?

– Rozumieją.

Brygida Kasprzak: Oboje rozumieją, ale tylko córka mówi, syn nie.

– Ale sentyment do Polski jeszcze mają?

Tadeusz Kasprzak: O tak. Polska to dobra kultura, dobry kraj, dobrzy ludzie. My mamy tutaj bardzo dobry klub. I właśnie rozmawiałem z pewną panią, że dużo klubów traci członków, a my zyskujemy. Przyjeżdżają tu z Toronto, jest pięć czy sześć nowych osób, są tu dopiero pierwszy rok.

– Od kiedy tu jesteś?

Piotr Biliński: Dziesięć lat.

– A w klubie?

– Klub istnieje już 40 lat, będziemy mieli w tym roku rocznicę.

– Mieszkasz tu dziesięć lat?

– Tak. Mieszkałem w Richmond Hill, później w Pickering, a przedtem jeszcze w Montrealu.

– Dlaczego tu przyjechałeś, za pracą?

– Kompania cię przerzuca, idziesz z promocją.

– Gdzie pracowałeś?

– W rafineriach w Montrealu, potem przyszła taka pora, że rafinerie zamykali, bo było za dużo benzyny w Kanadzie. Zmieniłem pracę na szpitale, pracowałem jako inżynier mechaniczny, ale szpitale mi wyszły bokiem, bo rząd zaczął za dużo się włączać w codzienne operacje szpitala, a potem wróciłem do prywatnego sektora, gdzie budowałem elektrokotłownie. Ostatnio na stanowisku jako dyrektor operacji. Zostałem „na pensji”, a to miejsce już było znalezione dla mnie.

– W jaki sposób?

– Często jeździłem między Toronto i Montrealem i czasami, żeby zjechać z autostrady 401, to się jechało boczną drogą i natrafiłem na tę miejscowość, na Prince Edward County. Bardzo nam się podobało i jak tylko poszliśmy „na pensję”, to się tu przeprowadziliśmy.

– Tak się z Polakami zgadało?

– Nie, to przez przypadek. Miałem kolegę, który ma sklep w Oshawie, i on mi mówił, Piotr, ty się przeprowadź do Prince Edward County, tam są Polacy. Szukaliśmy chyba z miesiąc, na koniec pojechałem do niego i córka dała mi nazwisko prezydenta i telefon, skontaktowałem się i od tamtej pory jestem członkiem.

– Teraz jesteś wiceprezesem?

– Tak, jestem wiceprezesem, jeszcze jeden rok pociągnę, potem wyprowadzę się do Południowej Ameryki (śmiech).

– Co robicie z tymi pieniędzmi, które się zarabia?

– Wszystko idzie na utrzymanie naszego klubu. Mamy swój budynek, mamy swoją ziemię, trzeba opłacić podatki, ogrzewanie, utrzymanie trawy, zimą odśnieżanie i kilka zabaw dla naszych członków, którym się należy, bo pracują dosyć ciężko. To jest taki socjalny klub.

– Czyli polskość buduje, Polacy lubią coś razem robić?

– Naturalnie, nie ma dwóch zdań. Ale tak jak powiedziałeś przedtem, czym więcej, tym gorzej. W Kingston jest dużo więcej Polaków, ale nie mają swojego klubu, bo za dużo awantur tam się dzieje, nie mogą się zgodzić.

– O tę zgodę chodzi, bo jak jesteśmy razem, to dużo możemy zrobić.

– Właściwie to jest taka duża nasza rodzina, wszyscy się znamy, wszyscy sobie pomagamy, jak ktoś czegoś potrzebuje, to zawsze kilka osób zjawi się do pomocy.

– Tak było dawniej.

– Naturalnie, tak było dawniej.

– Od jak dawna Pan tu jest?

Marek: Od półtora roku.

– Dlaczego Pan tu akurat przyjechał?

– Poszedłem na emeryturę, kupiłem dom tutaj.

– A gdzie Pan mieszkał?

– W Toronto, Scarborough.

– I tak po prostu wzięło Pana, żeby przyjechać tutaj?

– Tak, córka wyszła za mąż za chłopaka, który tu się wychował, córki teściowie tu są.

– Przyjemnie się mieszka?

– Fajnie, spokojnie.

– Bardziej swojsko?

– Czy ja wiem, jakby troszeczkę na zwolnionych obrotach życie tutaj płynie.

– A co Pan robił?

– Byłem tool and die maker, robiliśmy części do samochodów, Forda, Chryslera, Hondy itd.

Notował Andrzej Kumor

Przy okazji nasuwa się kilka refleksji. Otóż do Buffalo mamy trochę ponad godzinę drogi z Mississaugi czy Toronto, jednak kontakty między naszymi Poloniami nie są aż takie częste.

Przy okazji więc chciałbym zaprosić wszystkich Polaków z okolic Zachodniego Nowego Jorku, aby przyjechali do nas, choćby na festiwal, we wrześniu na ulicy Roncesvalles w Toronto, Festiwal Polski. Polacy ponad granicami – to powinno być nasze hasło...

Andrzej Kumor: Pan jest z Toronto?

– Z Vaughan.

– A czemu Pan przyjechał dzisiaj, z rodziną?

– Z rodziną, żona działa w organizacji Polek.

– Wie Pan, że dzisiaj będzie podświetlanie wodospadów?

– Dlatego właśnie przyjechaliśmy.

– A Pani?

– Przyjechałam dlatego, żeby się pokazać, że jesteśmy Polakami.

– Panie mówią po polsku?

– Tak.

– Specjalnie Panie tutaj przyjechały?

– Tak.

– A skąd?

– Z Detroit.

– A dlaczego?

– Bo jesteśmy patriotkami i mimo że mieszkamy w Stanach, dalej czujemy się Polkami.

– Od jak dawna mieszka Pani w Stanach?

– 23 lata.

– I dalej się czuje Pani dumną Polką?

– Oczywiście, sto procent, oczywiście, że tak.

– To niech żyje Polska.

– Niech żyje Polska!

– Proszę się jeszcze nam przedstawić.

– Marzena Nadolna z Polski z Mazur, z Pisza, a tutaj z Westland.

– A Pani?

– Beata.

– Jak dawno Pani jest w Stanach Zjednoczonych?

– 29 lat. Z Polski z Sandomierza.

– A Pani?

– Magda z Warszawy, jestem w Stanach już 22 lata.

– Czyli Panie w Stanach, że tak powiem, z tego samego rozdania emigracji?

– Tak.

– Jak się żyje w Stanach?

Marzena Nadolna: Bardzo dobrze. Oczywiście tęsknimy za krajem i jeździmy.

– Czy czasem nie chodzi z tyłu głowy pomysł, żeby wrócić?

– Cały czas. To nie znaczy, że już mieszkamy tak długo, że nie powracamy. Dalej tęsknimy, dalej jemy polskie jedzenie, obracamy się wśród Polonii, utrzymujemy polskie tradycje, więc Polska jest dla nas bardzo blisko.

– Bardzo dziękuję.

– Dzień dobry, Andrzej Kumor, Goniec, z Mississaugi. Chciałem Pana zapytać, dlaczego Pan tutaj przyjechał dzisiaj?

Maciej: Przyjechałem na Polski Dzień, festiwal, tutaj w Buffalo.

– Przekracza Pan granicę?

– Nie, tylko oglądam z tej strony kanadyjskiej, chcę zobaczyć światła i efekty.

– Nie sądzi Pan, że powinniśmy częściej bywać u siebie, to znaczy Polonia amerykańska u nas, a my u nich, w końcu to nie jest tak daleko?

– Myślę, że powinniśmy się spotykać częściej, i byłoby bardzo fajnie, żeby nie zaginęła ta kultura.

– Syn też po polsku rozmawia?

– Tak. Urodził się w Kanadzie.

– Chodzisz do polskiej szkoły?

– Nie, ale mówię po polsku.

– Możesz się przedstawić?

– Moje imię jest Marko i dzisiaj jest bardzo fajnie.

– Państwo są z Kanady czy ze Stanów Zjednoczonych?

Irena i Krzysztof: Z Hamilton.

– Specjalnie tutaj Państwo przyjechali zobaczyć efekty?

– Tak, na iluminację.

– A będą Państwo również na paradzie jutro?

– Ona jest w Buffalo?

– Tak.

– Prawdopodobnie pojedziemy. Pani Anders ma tam być też, tak?

– Tak.

– To chyba będziemy.

Czy nie powinno być więcej takich imprez wspólnie, razem?

– Myślę, że tak. Fajnie tu jest. Nawet w Polsce w radiu o tym mówili, z siostrą dzisiaj o tym rozmawiałem. Zawsze jest Polska, w sercu i przy sercu.

piątek, 27 lipiec 2018 18:59

A to Polska właśnie…

Napisane przez

Coś często bolą mnie uszy. I przyczyną bynajmniej nie jest choroba wirusowa czy zapalenie bakteryjne, ale nadwrażliwość na słowa niecenzuralne. Soczyste wiązanki lecą nie tylko z ust ogolonych na łyso młodzieńców, lecz także niby eleganckich niewiast.

Niedługo po przylocie mój mąż mówi, że ludzie w Polsce to są ładni, tylko szkoda, że tak wielu chodzi ze skwaszonymi minami. I szkoda, że tak wielu przeklina, dodaję.

***

Potrzebuję tłumaczenia przysięgłego z angielskiego na polski. Niby prosty dokument, zaświadczenie o zatrudnieniu mojego męża. Pani sekretarka w biurze tłumaczeń prosi o mój numer telefonu, tak na wszelki wypadek, jakby pani tłumaczka miała jakieś wątpliwości. Ledwo dojeżdżam do domu, a telefon już dzwoni (dobrze, że zdążyłam przyjechać, bo komórkowego jeszcze nie mam, więc podałam stacjonarny). Pytanie o „postdoctoral fellow”. Pomagam pani tłumaczce przysięgłej i z niecierpliwością oczekuję na odbiór gotowego dokumentu.

I w tym miejscu chyba powinnam przeprosić wszystkich czytelników „Gońca” za to, że od lat używam przymiotnika, który nie istnieje – czyli słowa „torontoński”. Pani specjalistka przetłumaczyła nazwę uniwersytetu, który zatrudniał mojego męża, jako „Uniwersytet w Toronto”. Moim zdaniem, to nazwa tak samo szczegółowa jak „sklep spożywczy w Ciechanowie” albo „salon fryzjerski w Ustrzykach Dolnych”, ale pani tłumaczka mówi, że tworzenie przymiotników od zagranicznych nazw miast w tłumaczeniu przysięgłym jest niepoprawne. Ja na to, czy rozumując w taki sposób, niepoprawne są przymiotniki londyński albo berliński. Pani tłumaczka odpowiada twierdząco. Że też nie spytałam o Konwencję Chicagowską...

***

Polska jest zielona. Lubię moje stare podwarszawskie ulice, którymi idzie się pod baldachimem drzew. Tylko trawa taka sucha – jak w sierpniu w Calgary, mówię do męża. Na szczęście po kilku dniach deszczu zaczyna się zielenić. I wychodzą ślimaki. Mogę pokazać moim dzieciom, gdzie chodziłam „na ślimaki”, jak byłam mała. Tylko potem mama nie pozwalała mi ich wnosić do domu, musiały zostawać na podwórku w słoiku przykrytym gazą. Mojego najlepszego winniczkowego miejsca już nie ma. Wycięli krzaki i postawili jakąś klinikę urody.

***

Co drugi poniedziałek miejski zakład oczyszczania odbiera śmieci sortowane. To dla mnie nowość w Pruszkowie, dwa lata temu moja mama chyba wyrzucała wszystko do jednego śmietnika. A teraz w garażu leżą kolorowe worki – papier osobno, plastik osobno, szkło osobno, ogrodowe osobno... Dzięki temu zauważalnie mniej odpadów trafia do tradycyjnego śmietnika. Śmieci ogólne nazywają się „zmieszane”. Jakie trafne słowo.

***

Zakupy warzywne robimy na targu. Mąż mnie poprawia, że to nie targ, tylko bazarek. Na targu powinny być żywe zwierzęta, tłumaczy mi. Są, mówię, tylko trzeba trochę poczekać – w grudniu przed świętami będą (karpie w wannach).

Na początku na targ jeżdżę z mamą, która pokazuje mi, co gdzie się kupuje. Bo warzyw to nie można u byle kogo – trzeba u prawdziwych rolników, bo trafiają się też handlarze, którzy tylko udają, że sprzedają swoje. Po kilku wypadach na targ już wiem, gdzie kupować sałatę, a gdzie ziemniaki. Kiełbasę tylko w budzie numer 6. Panią od ziemniaków zagaduję, że moja mama tylko u niej kupuje. Zadowolona pani stwierdza, że „dla takiego klienta to aż miło ręce brudzić!”.
Jest sezon na bób. Nadrabiam więc zaległości z Kanady. Płacę za zakupy, a sprzedawczyni pyta: Czy wzięła pani bóbr? Kawałek dalej inny sprzedawca woła do kolegi: Nie mam już bobru!

***

W sklepie Lidl sprzedawca to Ukrainiec. W domu prawie naprzeciwko mnie mieszkają Ukrainki. Na wspomnianym targu sukienkami handluje Ukrainka. No i samochód sprzedałam Ukraińcowi.

Teść pożyczył nam swoje stare volvo. W międzyczasie kupił nowe auto i mówi, że jak nam volvo niepotrzebne, to żeby je sprzedać. Więc biorę niebieską i pomarańczową kartkę, piszę, że auto jest do sprzedania, podaję numer telefonu do teścia i przyklejam to na tylne szyby. Mąż mi mówi, żeby od razu napisać cenę, bo ludzie nie będą chcieli dzwonić tak w ciemno. Więc doklejam kartki z ceną. Jedziemy do Pruszkowa po zakupy, trafia nam się dobre miejsce parkingowe, na rogu, takie eksponowane. Gdy wracamy z torbami, facet już okrąża volvo, a przy uchu ma telefon, dzwoni do teścia. Rusłan ze Lwowa, dwa lata starszy ode mnie. Chciał wziąć z fotelikami dla dzieci, bo też ma dwójkę, ale foteliki jeszcze będą mi potrzebne. Odebrał auto następnego dnia.

***

Popularny temat – RODO, czyli nowe prawo o ochronie danych osobowych. Póki co widzę, że oznacza podpisywanie większej liczby papierów przy załatwianiu czegokolwiek. Przykład – ubezpieczenie samochodu. Idę do biura ubezpieczeń, w którym panie sprzedają polisy różnych firm. Proszę o wycenę. I pierwsza kartka, którą pani mi podsuwa, jeszcze zanim zacznie pytać, gdzie auto będzie rejestrowane czy od ilu lat mam prawo jazdy, dotyczy właśnie ochrony danych osobowych i wyrażenia zgody na to, że ona będzie administrować moimi danymi. W innej ubezpieczalni, gdy dochodzę do etapu podawania swoich danych, pan proponuje, że mogę mu dać dowód osobisty, to on sobie wszystko spisze, żebym nie musiała mówić głośno, bo niektórzy tak nie lubią.

W niedzielę po Mszy św. rozmawiam ze znajomym, który przez lata robił zdjęcia w mojej parafii. Pytam, czy dalej robi. A on, że teraz już mniej i jeśli już, to grupowe, żeby mu się nikt nie przyczepił do używania wizerunku, bo to trzeba uważać, ostrzega.

***

Spodobało mi się jeżdżenie do Warszawy. Nie wiem, czy jest mniej korków, ale z radością korzystam z nowych dróg. Ich nazw jeszcze nie ogarniam, A albo S z różnymi numerami. Po zachodniej stronie stolicy pobudowali pełno węzłów, ślimaków i wiaduktów, więc na nowo uczę się geografii mojego terenu.
I znowu doskonalę umiejętność parkowania. Parkowanie w Kanadzie w porównaniu ze stylem europejskim to bułka z masłem. Polskie miejsca parkingowe są węższe, a ja wciskam się w nie niedużym minivanem. Na razie bez strat.

***

Uczę się myśleć strategicznie, jeśli chodzi o zakupy w weekend. Kiedyś były „soboty pracujące”, a teraz są „niedziele handlowe”. Jeśli dobrze pamiętam, to pierwsza i ostatnia w miesiącu, ale jeszcze się nie przyzwyczaiłam. Przed niedzielami niehandlowymi w radiu słychać reklamy nawołujące do wcześniejszego robienia zakupów. Jeśli chodzi o reklamy, zwracam uwagę na jeszcze jeden temat – chyba większość dotyczy leków. I są to reklamy adresowane do kobiet, w których mówią kobiety. Nawet jeśli lek jest dla mężczyzn albo dla dzieci. No tak, kobietę zmanipulować najłatwiej. Reklamowane są nie tylko leki, lecz także „wyroby medyczne” i „suplementy diety” – producentom pewnie nie chciało się robić badań klinicznych.

***

Zakupy w piekarni. Biorę dwa rodzaje chleba, jakieś bułki i dwa rodzaje ciasta. Pani mówi mi cenę. 109? – upewniam się i już sięgam do portfela, żeby zapłacić, a pani ze śmiechem i zdziwiona, że nie – 49. Mąż wyjaśnia, że tydzień wcześniej przylecieliśmy z Kanady, więc żona taka nieświadoma. Pani przy kasie mówi, że ona jeździła do Azji. A druga, która kroiła mi chleb, że była dwa lata we Włoszech i też się musiała potem przyzwyczaić, ale w Polsce jest dobrze.

Od tamtej pory panie zaczęły nas rozpoznawać.

Katarzyna Nowosielska-Augustyniak

Grupa Harcerek:

        Elwira Chmielewska: My w tym roku nie jesteśmy z Akcją Letnią w tym roku. Przyjechałyśmy tylko na weekend.

        – Rozumiem, ale jesteście harcerkami?

        – Tak.

        – Czyli że mimo iż nie jesteście w Akcji Letniej, to przyjeżdżacie na Kaszuby?

        – Tak, ciągnie tu.

        – Dlaczego?

        – Bo to jest nasz dom. Tutaj chodziliśmy całe życie na Akcje i teraz, chociaż nie możemy iść, podczas tych dwóch tygodni przyjeżdżamy, kiedy się da.

        – A ile razy przyjeżdżałaś tutaj?

        – Byłam na 10 Akcjach Letnich, to jest mój pierwszy raz od piątej klasy, nie być na obozie.

        – Dlaczego, praca?

        – Tak, „adulting”.

***

Grupa rodziców
       
– Co takiego tu jest, na Akcji Letniej na Kaszubach?

        Janina Trela z Mississaugi: Atmosfera,  znajomi, wspólne ogniska, powietrze. Jak harcerze w niedzielę będą maszerować, ustawiać się tutaj, na Kopernik Road, z werblami,  jak człowiek tak stoi, to aż ciarki przechodzą. Tak więc to trzeba lubić i trzeba, jak ja to mówię, wsiąknąć w to.

        – Prawdziwa polska dusza jest tutaj?

        – Tak. Czasami mówią, że „wy tu jesteście bardziej Polakami niż w Polsce Polacy”, tzn. jeżeli chodzi o rozwój harcerstwa, że tu jest bardzo rozwinięte. Jestem w Kole Przyjaciół Harcerstwa przy Szczepie „Podhale” i „Rzeka”. Mamy dwa szczepy, męski „Podhale”, który ma obóz naprzeciwko, i „Rzeka”, która niestety nie ma swojej stanicy.

        Paweł Midura: My mamy chłopców w „Bałtyku”, jesteśmy Mississaugi.

        – Który raz chłopcy są tutaj?

        – Drugi raz dopiero.

        – Podobało im się?

        – Tak, niestety czasem trzeba rodzicielskiego przymusu, autorytetu, żeby dziecko zaczęło to lubić.

        – Bo potem doceni?

        – Tak. To, co się tutaj dzieje, w jaki sposób to się dzieje – tutaj mają rozplanowane wszystko co do minuty. Syn powiedział, że trzech minut w ciągu dnia nie ma dla siebie.

        Maria Kowalewska: Ale przede wszystkim też, myślę, nawiązują nowe przyjaźnie, i to w takim polskim duchu. I my, rodzice, też przyjeżdżamy, poznajemy się. Oni potem wrócą, oni są zmęczeni, są brudni, narzekają, ale potem cały rok te obozy wspominają.

        Mam dzieci w tych szczepach co koleżanka Jasia, która jest przewodniczącą naszego Koła Przyjaciół Harcerstwa „Podhale” i „Rzeka”. U mnie akurat w tym roku dzieci nie są na obozie, przyjechały w odwiedziny z tego względu, że chcą być na ognisku i jutrzejszej mszy, bo już córka pracuje, więc nie mogła.

         Przez to oni lepiej przyswajają wiedzę o Polsce, historię, bo nie siedzą w szkole – co też jest dobre – oni tutaj coś robią, mają swoje biegi, przez to poznają, co jest cennego w naszej kulturze, a przede wszystkim to, że my jesteśmy Polakami w Kanadzie, na tej obcej ziemi. Myślę, że trzeba dzieciom, młodzieży od małego wpajać, bądźmy Kanadyjczykami, ale nie zapominajmy o naszej polskości – to jest ważne – o naszych korzeniach, niezależnie czy mamy rodzinę w Polsce, czy nie mamy. Jest bardzo ważne, żeby nasze dzieci wiedziały, skąd pochodzą ich rodziny, skąd są.

        Janina Trela: Ale nigdy nie wiadomo, świat się tak zmienia, że kto wie, czy te dzieci nie zechcą pojechać do Polski z powrotem. I wtedy dziecko takie zdecyduje, o, mama, ty jesteś z Polski, tata z Polski, a ja co? Po polsku nie umiem mówić i teraz chciałbym pojechać do Polski. Takie dziecko jest zagubione. A tak, zawsze ma jakąś szansę, że może być i ma język opanowany.

***

        – Które to Kaszuby dla Ojca?

        Ojciec Paweł Pilarczyk OMI: Dla mnie pierwsze.

        – Jak się tu Ojciec czuje?

        – Rewelacyjnie. Jak w Polsce, na Mazurach. Czysta woda. Poznaję więc Kaszuby i harcerstwo, obozowanie.

        – Który to rok Ojca tutaj?

        – Pierwszy rok w Kanadzie minął, a tutaj jestem pierwszy raz, chciałem to zobaczyć. Mam kilka dni urlopu, więc korzystam.

        – Szczerze, jakie wrażenia z Kanady?

        – Przepiękne. Jeżeli chodzi o Polaków, to polskość jest tak podtrzymywana tutaj, harcerstwo tego dowodzi najlepiej, o tym świadczy, tradycja i język są podtrzymywane. Mamy setną rocznicę niepodległości, jestem na obozach, patrzę, mają hasła związane z historią Polski, czy to z Powstaniem Warszawskim, Batalion „Zośka”, różne nazwy. Tak więc to jest budujące, że na obozach poznają też historię Polski, i najnowszą historię, swoich rówieśników harcerzy, którzy oddawali życie. Oby tak dalej.

        – Nie sądzi Ojciec, że powinno być więcej wiadomości o nas w Polsce, bo my o Polsce dużo wiemy, natomiast ludzie mieszkający w Polsce nie wiedzą o skupiskach polonijnych, o szkolnictwie polonijnym i właśnie o takich zdarzeniach jak w harcerstwie polonijnym, które jest silne w Kanadzie, ale i w Stanach Zjednoczonych czy Australii?

        – Troszeczkę się z tym zgadzam. Wydaje mi się, że Polak w Polsce nie za bardzo docenia to, co ma obok siebie, to tym bardziej jak ma dostrzegać to, co jest gdzieś za granicami. Dlatego tutaj, za granicą, my, Polacy, dziś bardziej cenimy sobie te wartości.

***

        Ania Psuty, harcerka: W Wilnie, my jako Polski Instytut Dziedzictwa i Kultury kontynuujemy tradycję, którą rozpoczęła i kontynuowała pani Żurakowska. I my teraz jesteśmy kontynuatorami, mamy siedzibę przy polskiej parafii w Wilnie. Były już dwa przedstawienia, rozpoczynamy inną działalność...

        – Inną, to znaczy jaką?

        – W tej chwili zaczynamy rozwiązywać problemy, które tu występują...

        – Mówi Pani o Kaszubach?

        – Tak, o Kaszubach. Tak że my musimy troszeczkę wprowadzać edukację, poprzez wystawy... ponieważ jest sfałszowana historia Polski.

        – Odkłamywać „herezję kaszubską”?

        – Tak. Musimy dużo dyplomacji używać, żeby nie zrażać, i wchodzić w środowisko kaszubskie. Bardzo musimy to robić delikatnie, ponieważ stwierdzamy, że ci ludzie są niedoinformowani w takim sensie, że nie znają historii Polski. I skutecznie to robią z Polski – taka jest wspólnota „Jednota”.

        – Ale to są takie same ruchy jak Autonomia Śląska itd., które chcą sfolkloryzować Polskę jako taką i sprowadzić ją do takiego zlepku regionów.

        – Tak. I właśnie dużo takich twardogłowych Kaszubów, bardzo inteligentni ludzie, wydawałoby się, że znają historię Polski, ale niestety, musimy stawić czoła, dlatego też jesteśmy tu potrzebni, jako Polska.

        – Co teraz Pani robi jako harcerka?

        – Teraz jestem w zarządzie Stanicy „Karpaty” i remontujemy, przyjmujemy grupy, współpracujemy.

        – I idziemy właśnie na kominek zuchowy.

***

Na kominku

        – Ile dzieci jest w tym roku?

        Basia Mahut, komendantka Akcji Letniej, hufcowa Hufca „Watra”: U nas, u harcerek i zuchów, jest 250, 75 zuchów, 120 harcerek plus cała kadra.

        – A łącznie cała Akcja Letnia?

        – Przeszło 500 osób na pewno, powiedzmy 650 w tym roku.

        – Harcerstwo rośnie w siłę?

        – Rośnie co roku. Wracają do nas.

        – Dlaczego?

        – Harcerstwo motywuje naszą młodzież, żeby była w przyszłości liderami, i to rodzicom się bardzo podoba. To jest szkoła życia i rodzice bardzo by chcieli, żeby dzieci się tego nauczyły.

        – Pani się urodziła w Kanadzie?

        – Tak, w Toronto. Sama jechałam na kolonie zuchowe tutaj, na obozy harcerskie, wychowałam się w tym. I teraz mam córkę, która jest komendantką obozu w tym roku.

        – Też mówi po polsku?

        – Też mówi po polsku, bo musi prowadzić swój obóz. (...)

        – Pod jakim hasłem jest obóz w tym roku?

        – Nasz temat ogólny to jest stulecie odzyskania niepodległości Polski, a także stulecie Związku Harcerstwa Polskiego.

        – Pod tym kątem były prowadzone zajęcia?

        – Wszystkie zajęcia, biegi, gry, a jutro będzie msza w tej intencji. No i żeby poznawać swoją historię.

***

        – To jest zuchowa kolonia?

        Ania Psuty: Tak, tutaj jest kuchnia. Dostaliśmy z Ottawy od Stowarzyszenia Inżynierów tę mapę, jest super, przedwczoraj ją wręczyli dzieciom – dziedzictwo Polski, wszyscy się uczymy po tych postaciach historii Polski. Została przywieziona z Polski i podarowali ją państwo Gajewscy z SIP. Mieliśmy ją w Wilnie, ale mówię nie, niech się młodzież z niej uczy.  Tu wisi piękny orzeł. A tu mamy majsterkowanie, realizują tu program.

        – Czy zuchy śpią w namiotach?

        – Nie, śpią w barakach. W każdym baraku jest 20 chłopców, a tu mają stołówkę, a tam stoi szpitalik, jest pielęgniarka.

***

        Ania Psuty: Tu jest kuchnia dla zuchów i najcięższa praca.

        – To pani Ela gotuje?

        Pani Ela: O, zmęczona jestem.

        – No właśnie, ale zasługa jest.

        Ania Psuty: Pani Elu, tu jest tak smaczne jedzonko; wszyscy dookoła mówią, że pani Ela tak dobrze gotuje.

        Pani Ela: Poważnie? Bardzo się cieszę. Maluchy jedzą tak dużo, trzy razy dokładki biorą.

        – Widzi Pani, nie ma lepszego podziękowania.

        – Naprawdę, więcej od nas jedzą. Fajne dzieciaki, apetyty mają.

Notował ak

niedziela, 22 lipiec 2018 13:59

Quinte Polonia

Napisał

W   Belleville nad zatoką Quinte prężnie działa Polonia, zasilana w ostatnich latach coraz większą liczbą „spadochroniarzy” z terenu torontońskiej aglomeracji, którzy tam właśnie spędzają emeryturę. Urokliwe okolice, woda i bliskość wielkich miast w połączeniu z zaciszną okolicą czynią z Quinte wymarzony teren na relaks.

        Na zaproszenie Polonia Quinte odwiedziliśmy w miniony piątek polski pawilon w czasie międzynarodowego festiwalu Belleville – Belleville Waterfront and Ethnic Festival. Oto pierwsza część relacji...

        Andrzej Kumor: Ile osób działa w organizacji Quinte Polonia?

        Janina Łuczycka: Nas jest tu pod namiotem bardzo dużo, a jeszcze oprócz tego, jak ktoś może, przychodzi, żeby w razie czego wymienić kogoś. Mamy tu patelnię do smażenia pierogów, wszystko na ogniu, a po nasze pierogi, których zrobiliśmy 12 tysięcy, ustawia się ogromna kolejka.

        – Od jak dawna Pani tutaj mieszka?

        – Mam cottage tutaj nad wodą już 12 lat, a mieszkam tu już dwa lata na stałe.

        – Dlaczego się Pani przeniosła?

        – Przeniosłam się tutaj z Mississaugi, bo tu jest piękna okolica. W ogóle nie jest rozpropagowana, ludzie o tym nie wiedzą, tu jest pięknie, jeziora, woda. I niedaleko, i cisza i spokój, dużo ptactwa.

        Byłam taka zauroczona tym naszym klubem, dlatego że wszyscy bardzo chętnie pomagają, chętnie przychodzą. Mamy taką assembly line na robienie pierogów i wszyscy robią, mężczyźni, kobiety. Nawet panie, które mają prawie sto lat. Pani, która ma blisko sto lat, jeździ samochodem, zabiera jeszcze swoją koleżankę, która ma 96 lat, i obie przyjeżdżają na robienie pierogów.
       
        – Ilu tutaj Polaków mieszka?

        Henryk Tomaszewski: Z 50 – 80 Polaków w rejonie Belleville, Trenton, tak że jest nas tutaj sporo. Jesteśmy tutaj długo, mamy swój klub, tzn. budynek po starej szkole.

        – Od jak dawna Pan mieszka w tej okolicy?

        – Ja przyjechałem w 91 roku.

        – I od razu się Pan tutaj osiedlił?

        – Nie, przyjechałem do Kanady, do Winnipegu, byłem tam dwa dni, i ponieważ mieliśmy tu, w Belleville, znajomych, osiedliśmy tutaj.

        – Czym się Pan zajmuje?

        – Pracowałem w Saturnie od 95 do 2008 roku, teraz Saturna nie ma.

        – A polskie sklepy tu też są?     

        – Nie, ta kiełbasa jest z Toronto. Tam jedziemy, tam zakupy przy okazji robimy, np. gdy się do Polski leci, kogoś odebrać trzeba albo gdy jakaś impreza jest. Tak. Toronto jest 180 km stąd, a do Montrealu 300 km, do Ottawy 250. Tam też dużo Polaków jest, niektórzy z Belleville przeprowadzili się do Ottawy. Teraz trochę Polaków z Toronto przeprowadza się do Belleville na emeryturę, ponieważ tutaj jest taniej niż w Toronto. Jak sprzedadzą dom itd., to nie tylko mają pieniądze, żeby kupić tu dom, ale później jeszcze im zostaje. Tu jest bardzo piękna okolica.

        – A jaka jest pogoda?

        – Tutaj latem jest duży „humid”, tak że człowiek nic nie robi, a poci się.

        – Ale jezioro jest pod bokiem.

        – To właśnie przez jezioro, tyle wody jest w powietrzu. Trzeba by było cały czas siedzieć w wodzie albo basen mieć.

        – Co dzisiaj będzie?

        – Pierogi, kiełbasy, sznycel i crepes, specjalne naleśniki.
       
        Jacek Radziwinowski: Jeden z naszych były prezydentów był lotnikiem i jeździł do Francji dużo i tam się nauczył robić te crepes. Bardzo dobre są, polska kuchnia nie miała takiego szybkiego deseru, no to żeśmy przyjęli crepes z jabłkami.

        – Jak długo mieszka Pan w tej okolicy?

        – W 1989 przyjechałem do Kanady i trzy lata później przeniosłem się tutaj, dla pracy.

Dokończenie w kolejnym numerze

Strona 1 z 80