Goniec

Register Login

Życie polonijne

piątek, 28 wrzesień 2012 11:33

Nasza minisonda z nr. 39

Napisał

sonda39-1Anonimowo - Wydaje się, że wiele przepisów wydawanych przez miasto w Toronto czy w Mississaudze jest głupich, pozbawionych sensu, dlaczego, Pani zdaniem, tak się dzieje?

- Nie wiem, ja tutaj nie mieszkam, mieszkam w USA.

- A czy tam nie spotyka się Pani z czymś podobnym? - Myślę, że wszędzie jest tak samo, urzędnicy wydają przepisy, żeby pokazać, że coś robią.

- Ale dlaczego ludzie to tolerują?

- Nie mają czasu - sądzę, że i tak tego nie zmienią.


Anonimowo - Nie wydaje się Panu, że przepisy, które są tutaj ustanawiane w Mississaudze, w Toronto, bardzo często są bez sensu? - Nie mogę się wypowiedzieć, ponieważ jestem w Kanadzie dwa dni.

 

sonda39-2Zdzisław Nowak - Czy przepisy, z którymi się tutaj spotykamy, nie wydają się Panu często bez sensu?

- To w każdym państwie tak jest.

- Sądzi Pan, że to powszechne zjawisko?

- Oczywiście.

- Dlaczego tak się dzieje, dlaczego urzędnicy tego rodzaju rzeczy robią?

- Coś muszą robić, żeby pokazać, że coś robią. - Ale my wszyscy z tym żyjemy później, stajemy na głowie...

- A kto tym się martwi? Pan ma problem, a nie oni. Oni mają swoich znajomych, a znajomi swoich i jakoś sobie to załatwiają, a pan ma problem.

- Ale niby jest demokracja, a jak tak, to wszyscy...

- Ale tu nie ma demokracji, tu jest technokracja. Takie rzeczy nie istnieją, bo demokracja to są rządy ludu, oddolne; a my mamy odgórne - oni każą nam wybierać kogoś, kogo już naznaczyli. Jeżeli pan wybiera człowieka namaszczonego przez partię, to jaką Pan ma demokrację?

- Czyli takie rzeczy jak z torbami plastykowymi w Toronto, gdzie nagle zakazano tych toreb w sklepach, Pana zdaniem, będą się zdarzać cały czas? Czy też, że elektrownię zaplanują w jednym miejscu, a potem wybudują w innym i na to przemieszczenie idzie 40 mln dol. naszych pieniędzy.

- Wie Pan ktoś musi wydać te pieniądze na coś. W dzisiejszej dobie można to inaczej rozwiązać można na każdym domu stworzyć elektrownie słoneczne i ma Pana to rozwiązane, ale nie ma rynku pracy. Ciągle jest coś za coś.

- Pana zdaniem, to się wszystko bierze z potrzeby zarządzania ludźmi?

- Przede wszystkim. Wszyscy chcą kimś rządzić. Niech pan weźmie rodzinę, mąż, żona, ktoś musi dominować, nie ma takiej sytuacji, żeby była równość - nigdy tego nie będzie.

- Czyli, Pana zdaniem, te głupie przepisy to jest koszt technokracji?

- Tak. I one cały czas takie będą.


sonda39-3Jerzy - Czy Panu się nie wydaje, że bardzo dużo przepisów, decyzji podejmowanych przez urzędników czy to w mieście, czy w prowincji, że one są bez sensu?

- Na przykład?

- Na przykład jest w Toronto kwestia toreb plastykowych - zakazali ich używania, i to ma wejść od 1 stycznia.

- Nawet za opłatą?

- Całkowicie. W związku z tym producenci pozywają miasto do sądu. Kolejna sprawa, miała tu być elektrownia w centrum miasta, ludzie protestowali przenieśli ją pod Sarnię, co kosztowało 40 mln dolarów. Dlaczego tak się dzieje?

- No chyba złych ludzi wybieramy.

- No właśnie, czy my tego nie pilnujemy?

- Z tego chyba tak wynika. Nasze społeczeństwo jest zbyt słabe. Nie chodzimy nawet na wybory.

 

sonda39-4Witold - Czy nie wydaje się Panu, że bardzo często przepisy stanowione tutaj w mieście są głupie i bez sensu - mamy przykład, od nowego roku, zakaz użycia toreb plastykowych w Toronto. Takich spraw można wskazać więcej. Dlaczego się tak dzieje?

- Nie wiem, takie planowanie jest...

- A nie jest tak, że my za mało się tym interesujemy?

- Może za mało się interesuje odpowiednia jakaś komórka, która powinna to kontrolować.

- Czy nie my wszyscy powinniśmy się interesować?

- No dobrze, ale co my wszyscy możemy zrobić, do kogo się zwrócić?

- No przynajmniej wybierać kogoś odpowiedniego, interesować się, chodzić na wybory.

- Ja chodzę na wybory. Zawsze głosuję. To widać, jak w telewizji nadają te dyskusje z McCallion - mówię o Mississaudze. No to jest dobre, bo wtedy dociera to do głowy.

- Czyli środki przekazu powinny bardziej nagłaśniać te rzeczy?

- Tak.

piątek, 28 wrzesień 2012 11:03

Ośrodek kultury polskiej nad Newą

Napisane przez


Chodzi o Księgarnię Polską w Petersburgu i działalność jej kolejnych właścicieli, a szczególnie losy tragicznie zmarłego ostatniego kierownika i współwłaściciela, Ferdynanda Marka Heidenreicha.
Księgarnia powstała w roku 1879, kiedy to adoptowany syn znanego drukarza i księgarza warszawskiego Józefa Ungra – Gracjan (1853–1911), otworzył w stolicy Rosji księgarnię polską. Zgodnie też z dobrym obyczajem kupieckim, syn nadał firmie nazwisko swego nieżyjącego już i przybranego ojca Józefa Ungera.


W roku 1881 zarządcą księgarni został Henryk Gliński. Dwa lata później stał się jej właścicielem i prowadził ją jako Księgarnię Polską. Gliński redagował i wydawał "Gwiazdę", kalendarz petersburski premiowy, ilustrowany, literacki, społeczny i informacyjny. W wydaniu na rok 1884 znajdujemy ogłoszenie: Księgarnia Henryka Glińskiego (dawniej Józefa Ungra) w Petersburgu, plac Kazański 7, za soborem. Z dniem pierwszego grudnia v. st. (veteris styli) księgarnia polska egzystująca od 1879 r. przeszła na moją własność.
Gliński posiadał na składzie i sprowadzał liczne książki polskie. Przy księgarni istniała zaś wypożyczalnia książek i czasopism. Poza działalnością wydawniczo-księgarską zajmował się również tłumaczeniem na język rosyjski pozycji z literatury polskiej. Przetłumaczył m.in.: "Starą baśń" J. Kraszewskiego, "Z pamiętnika poznańskiego nauczyciela", "Starego sługę", "Latarnika" H. Sienkiewicza. Zajmował się też wydawaniem prac popularnonaukowych.


1. Erazm PiltzW roku 1886, z przyczyn finansowych, Gliński sprzedał księgarnię Bronisławie Rymowiczowej, żonie petersburskiego lekarza. Rok później księgarnię przejął Erazm Piltz (1851-1929), ożeniony z córką Bronisławy Rymowiczowej.


Piltz wspólnie z Władysławem Spasowiczem założył w Petersburgu tygodnik "Kraj". Rozwinął również ożywioną działalność wydawniczą. Wydawał prace z zakresu historii, filozofii, literatury, książki dla dzieci. W latach 1889, 1890, 1892, 1893 wydawał "Katalog Księgarni Polskiej Br. Rymowicz w Petersburgu". Przy księgarni prowadził zaś nadal wypożyczalnię książek polskich, w której w roku 1892 znajdowało się ponad 2 tys. woluminów.
Z czasem Piltz przeniósł księgarnię do obszerniejszego lokalu przy ul. Kazańskiej 26.


W tamtym czasie księgarnia, kierowana przez Kazimierza Grendyszyńskiego (1866–1906), znacznie powiększyła obroty i rozwinęła działalność wydawniczą. Najlepszy okres to lata 1893–1903, kiedy księgarnię nabył Kazimierz Grendyszyński. Nowy właściciel przeniósł firmę na ulicę Jekateryńską 2. Grendyszyński był świetnym księgarzem i wytrwałym, energicznym, doświadczonym wydawcą. W ciągu 10 lat jego nakładem ukazało się kilkadziesiąt wartościowych dzieł naukowych i literackich – m.in. takich autorów, jak: P. Chmielowski, W. Gomulicki, T. Lenartowicz, E. Orzeszkowa, W. Przyborowski.


W roku 1898 wydał 10 tomów "Żywotów sławnych Polaków". Grendyszyński położył też wielkie zasługi dla polskiej literatury, wydając dzieła, które nie przynosiły zysku, oraz takie, które z powodów cenzuralnych nie mogły ukazywać się w Polsce. Księgarnia jego przez szereg lat była składnicą nielegalnej literatury, przemycanej do Królestwa. Grendyszyński wydawał katalogi nakładowe – m.in. "Katalog Księgarni Polskiej w Petersburgu" (1894), "Katalog książek do nabycia w księgarni…" (1895), "Katalog książek dla dzieci i młodzieży…" (1899). Działalność wydawnicza pochłonęła oszczędności właściciela Księgarni Polskiej, a wytężona praca nadwątliła zdrowie. W tej sytuacji Grendyszyński postanowił firmę zlikwidować.
Z likwidacją księgarni nie mogła pogodzić się Polonia w Petersburgu. W krótkim czasie zebrano 20 tys. rubli i kilkunastu zamożniejszych przedstawicieli kolonii polskiej założyło Polską Spółkę Udziałową, która nabyła księgarnię od Grendyszyńskiego.
Leszek Wątróbski
Szczecin

wtorek, 25 wrzesień 2012 00:24

Robert Frycz to ty

Napisane przez


Do prywatnego mieszkania w bloku, w spokojnym Tomaszowie Mazowieckim nagle wtargnęła uzbrojona w broń automatyczną grupa mężczyzn w kominiarkach – to jeszcze jeden napad Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrzego na dom obywatela.  Rekwirują komputer i aresztują studenta, który nazywa się Robert Frycz.
Robert nie jest terrorystą ale uważa on, jak wielu innych Polaków, że Bronislaw Komorowski nie nadaje się na prezydenta RP. Z tego powodu opublikował krytyczną i śmieszną strone internetową www.antykomor.pl a tego nie wolno robic w zniewolonej Polsce. Za to Robert musi zapłacic grzywnę w wysokości 3000 Zł plus koszty procesu sądowego. Oraz ograniczenie wolności na póltora roku z nakazem 40 godzin pracy społecznej co miesiąc – wyrok nie jest jeszcze prawomocny, bo podlega apelacji. Także musi opłacic koszty prawnika do własnej obrony. Ten zbrojny napad, utrata komputera i wyrok za prześmiewanie się z prezydenta RP.
Robert Frycz poprostu uważa, że Bronisław Komorowski to niedojda i nie nadaje się na prezydenta RP. Daje on liczne przykłady jego nieudolnego postępowania na arenie publicznej i jego groteskowych błędów na swoim blogu. Ale w dzisiejszej Polsce nie można mówic, że król jest nagi. Jeśli tak powiesz, to taka sama uzbrojona po zęby grupa antyterrorystyczna może pojawic się w twoim domu.


Dlaczego władza w Polsce nasyła grupę antyterrostyczną na młodego chłopaka w małym mieście? Czyżby on zagrażał bezpieczeńtwu Polski? Chyba nie, bo przecież wystarczyło wysłac mu list z wezwaniem na przełuchanie w prokuraturze. Myślę, że to kolejny dowód, że wroga nam dzedziczna władza w zniewolonej Polsce nas się panicznie boi i używa specjanie wyszkolonych anyterrostów z ABW do zastraszenia Polakow w celu stłumienia wszelkiej krytyki. Polska ma rekordową liczbę telefonicznych podsłuchów co jest niezbitym dowodem panicznego strachu władzy. Mają niby całą władzę w swoich rękach, uzależnione sobie publiczne i prywatne publikatory a mimo tego bardzo im wadzi blog internetowy studenta z Tomaszowa  Mazowieckiego.


W normalnym kraju nie ma kary za obrazę urzędujacego polityka. A to dlatego,że osoba publiczna  (prezydent) moze się sama bronic,  bo ma wolny dostęp do mediów. Wystarczy wrzucic hasło „obama jokes” na internetowym szperaczu GOOGLE i wyskoczy cała masa stron wyśmiewajacych się z prezydenta imperialnego USA. Także w Kanadzie nikt by za wyśmiewanie się z premiera nie był karnie ścigany. W żadnym przypadku nikt za to nigdy nie zostal ukarany. Jeśli ktoś naprawdę czuje się publicznie znieważony i ma z tego powodu udokumentowane straty materialne,  to do tego jest prawo cywilne,  a nie karne.


Moje pierwsze wspomnienie z dzieciństwa,  to twarz mego ojca przez kraty, w okienku drzwi więzienia w Warszawie w 1950 roku. Moja mama trzymała mnie na ręku, żebym go zobaczył. Dostał wyrok na dwa lata,  bo w publicznym miejscu powiedział, ze Józef Stalin to drań i trzeba go „wymisic”.
Robert Frycz został skazany z tego samego paragrafu 212,  co ubecka władza skazała mego ojca. Kiedy w czasie wyborów prezydenckich publicznie, z powodu złodziejskiej prywatyzacji i „reform” Balcerowicza nazwałem mego kontrkandydata Tadeusza Mazowieckiego (urzędującego premiera) zdrajcą narodu,  nękała mnie z tego samego paragrafu prokuratora i musiałęm zapłacic $100,000 kaucji aby po wyborach zobaczyc moje dzieci w Kanadzie. To też bylo szeroko nagłaśniane przez przez przyjazne władzy media jako element zastraszenia Polaków.


Wybierają nas teraz pojedyńczo za krytykę i nękają srogim prawem aby zastraszyc, zamknąc usta,  aby się pozbyc wszelkiej krytyki. Kiedyś nie można było krytykowac faszystów ani komunistów,  a dzisiaj obecni okupanci, którzy dziedziczą władzę w Polsce podobnie nie tolerują żadnej krytyki. Korespondowałem kiedyś z Polakiem mieszkańcem Szwecji, który to za czasu Stalina,  był skazany na siedem lat w kazamatach Komuny przez młodszego brata szefa „Gazety Wyborczej”, Stefana Michnika, tylko za to, że posiadał książkę „Myśl w obcęgach”.


Paragrafy 212 i 135 kodeksu karnego dotyczące znieważenia osoby publicznej,  przez większośc głosów w Sejmie są nadal aktualne. Ja też, tak jak Robert Frycz uważam, że Bronisław Komorowski, mierny ale wierny były działacz partii U-D jest nieudolnym przezydentem aż do „bulu”. Jego stałe gafy i błędy mówią same za siebie. Ostatnio w wypowiedzi prasowej Komorowski porównał siebie do Gabriela Narutowicza, który był zastrzelony przez naszego narodowca. Wysokie ma ta kapciuchowa nedojda o sobie mniemanie. Za te moje poglądy i co więcej za „odchylenie nacjonalistyczne”, które wyssałem z mlekiem mojej matki,  jestem wrogiem obecnej władzy i także mogę zostac potraktowany jak jakiś grożny terrorysta.


A więc ja też powiniem dostac podobny wyrok jak Robert Frycz, bo bardzo nisko oceniam kwalifikacje Bronisława Komorowskiego. Ten wrogi nam człowiek tylko udaje prezydenta bo podobnie jak inne miernoty takie jak Lech Walesa, Donald Tusk czy też Jarosław Kaczyński to tylko marionetki w rękach ludzi, którzy nami gardzą i nas nienawidzą. Antypolonizm widoczny gołym okiem w kręgach władzy jest najlepszym tego dowodem. Za te poglądy i co więcej za „odchylenie nacjonalistyczne”, które wyssałem z mlekiem mojej matki,  jestem wrogiem obecnej władzy i także mogę zostac napadnięty przez ABW i wyrokiem „niezawisłego” sądu skazany.
Zawsze kiedy byłem atakowany przez naszych wrogów, czułem się osamotniony,  bo wszyscy chowali się po kątach – nikt mnie nie chcial bronic. Dlatego dziś uważam za mój obowiązek koniecznośc pomocy dla Roberta Frycz. W tym aspekcie Robert Frycz to ja – broniąc jego,  bronię samego siebie. Nie można mnie zastraszyc,  bo uważam że cenzura wypowiedzi jest przeciwna zasadom demokracji, gdzie każdy obywatel może powiedziec to,  co myśli, bez obawy napadu i aresztu przez ABW. O swoje prawo do wypowiedzi trzeba walczyc i tego przywileju bronic.


Pan Robert Frycz jest bezrobotnym studentem – nie stac go na opłacenie grzywny i kosztów procesu w sądzie i kupno nowego komputera.  Dlatego wzywam wszystkich Polaków, którzy cenią wolnośc słowa aby tak jak ja, aby coś wpłacili na jego konto przez Pay-Pal. Ponieważ pomagając jemu w chwili potrzeby walczymy z cenzura – pomagamy samym sobie. Ten dzielny Polak dzisiaj potrzebuje pomocy. Jego konto na PayPal to  Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.
Niech nasze wpłaty na to konto będą dowodem, że my Polacy jesteśmy razem i razem będziemy się bronic. Aby Polska, nasza ojczyzna, była matką a nie okrutną macochą.

Stanisław Tymiński
Acton, Ontario


24 września 2012-09-24

piątek, 21 wrzesień 2012 17:55

Zjawa w Gdyni!

Napisane przez

15 września 2012 roku o godzinie 14.00 do basenu jachtowego im. gen. Mariusza Zaruskiego w Gdyni wpłynął, uroczyście witany, harcerski jacht ZJAWA IV.


Byłem na jego pokładzie; na trasie, brakującego dotąd, ostatniego etapu Wagnerowskiego Rejsu z Great Yarmouth w Anglii do Gdyni. Pełniłem funkcję pierwszego oficera. Orkiestra Marynarki Wojennej, szpalery harcerzy i żeglarzy, tłumy ludzi i dekoracje zaskoczyły nas, harcerską załogę ZJAWY IV. Ogarnęło mnie wzruszenie, gdy pomyślałem, że nareszcie Waldek osiągnął cel i wypełniło się jego marzenie, zdruzgotane tragicznie 2 września 1939 roku.

Kpt. Władysław Wagner zmarł 15 września 1992 roku na Florydzie, dokładnie dwadzieścia lat temu.
"Zerwała się świeża bryza przyciągająca naszą uwagę i z nią weszliśmy do portu cumując przy Mission Quay. Poruszaliśmy się jednak nienaturalnie, sparaliżowani tragicznymi wiadomościami. Kapitan portu, W. Sutton, już czekał i wręczył mi telegram z konsulatu w Londynie z poleceniem zakończenia podróży i pozostawienia Zjawy III w Wielkiej Brytanii.


Przez całą podróż w mojej książce pokładowej gromadziłem wpisy urzędników wszystkich portów, gdy do nich zawijałem i je opuszczałem. Wpis kpt. Suttona był unikalny:
Jacht żaglowy Zjawa III przybył do Great Yarmouth 2 września 1939 roku w drodze do Gdyni, do Polski. Z powodu wybuchu wojny między Niemcami i Polską dnia 1 września 1939 roku Zjawa III otrzymała polecenie Polskiego Konsula Generalnego pozostania w Anglii.
Najbardziej nieoczekiwany koniec rejsu ZJAW."


Tak kończy się relacja Władysława Wagnera w wydanej w 1963 roku książce "By the Sun and Stars". Władysław Wagner nigdy nie powrócił do Polski. Nigdy też nie została wydana w Polsce jego relacja z tej niezwykłej, wielkiej – bo sławiącej Pol-skę – podróży.
ZJAWA III pozostała w Anglii na polecenie ówczesnego Polskiego Konsula Generalnego. Dokończenie się podróży i powrót do kraju dokonał się na ZJAWIE IV na polecenie obecnego Konsula Generalnego RP w Londynie.


Oto jego tekst wręczony naszemu kapitanowi, Piotrowi Cichemu, w Great Yarmouth:
"ZJAWA IV wyrusza z Great Yarmouth, aby w imieniu WŁADYSŁAWA WAGNERA symbolicznie powrócić do Ojczyzny, po wokółziemskim rejsie trzech ZJAW 1932–1939.
Pomyślnych wiatrów w drodze do Gdyni, portu macierzystego wszystkich ZJAW!
Ireneusz Truszkowski Konsul Generalny RP w Londynie 5 września 2012 roku".


O Władysławie Wagnerze, Jego Wielkim Rejsie i o naszym – symbolicznym – opowiem już w najbliższym numerze "Gońca."


Zbigniew Turkiewicz

piątek, 21 wrzesień 2012 15:30

Pod skrzydłami Archanioła Michała

Napisał

W minioną sobotę jubileusz 50-lecia pracy w Kanadzie i 100. rocznicy śmierci swego założyciela obchodzili księża ze Zgromadzenia Księży Michalitów.
    Tutaj, na terenie aglomeracji torontońskiej, jeśli mowa o Kościele, to prawie zawsze dotyczy rzecz o. oblatów, którzy posługują w trzech największych parafiach polskich – św. Kazimierza, św. Stanisława, św. Maksymiliana Kolbe czy najnowszej św. Eugeniusza de Mazenod, jednak jest też inna polska parafia, bardzo prężna i lubiana – parafia św. Teresy przy Lake Shore. Tam właśnie  znajdziemy ojców michalitów.
    Księża ze zgromadzenia są bardzo aktywni w prowincji, gdzie po raz pierwszy zgromadzenie zostało erygowane w 1962 roku w diecezji London, otwierając pierwszy dom zakonny michalitów w Windsor, a następnie przenosząc się pod London, do Melrose.
    Tak się składa, że patron zgromadzenia św. Michał Archanioł – obrońca przed szatanem –  jest również patronem diecezji torontońskiej.
    W sobotę na uroczystościach w kościele, a następnie na bankiecie w podziemiach kościoła św. Teresy obecni byli przedstawiciele władz świeckich i duchownych, w tym m.in. arcybiskup Toronto Tomasz kardynał Collins oraz biskup London Ronald P. Fabbro. Licznie przybyli polscy księża – oblaci: o. Janusz Błażejak, o. Adam Filas. Nie zabrakło również kultowej postaci Stowarzyszenia Polskich Księży na Wschodnią Kanadę o. Stanisława Rakieja – chrystusowca, byłego proboszcza parafii w Scarborough.
    Przy stole prezydialnym zasiadł poseł do parlamentu federalnego Władysław Lizoń z małżonką, był też obecny poseł liberalny Borys Wrzesnewskyj, a także władze Kongresu Polonii Kanadyjskiej z prezesem Teresą Berezowską i przedstawiciel konsulatu RP.
    Bankiet uświetniony został brawurowym występem zespołu "Harnasie".
    Parafia św. Teresy skupia przeszło 2000 rodzin, w latach 90. zakończono remont kościoła, a jej pierwszym proboszczem michalitą był ks. Jan Burczyk CSMA, który objął parafię w 2002 roku.
    Wśród gości na bankiecie widać było liczną grupę parafian Filipińczyków, bo parafia św. Teresy prócz przeważającego polskiego charakteru jest wspólnotą wielu kultur i narodowości.
    Michalici to zgromadzenie szczególne dla Polski. Założone pod koniec XIX  wieku przez polskiego kapłana bł. Bronisława Markiewicza, ucznia św. Jana Bosco, wielkiego wychowawcę młodzieży. Poruszony nędzą osieroconych dzieci i zagubionej młodzieży, to właśnie im poświęcił życie.
    Był wielkim polskim patriotą, marzył o Polsce sprawiedliwej  i wielkiej, dlatego wybrał dla zgromadzenia św. Michała Archanioła, wodza wojsk niebieskich. Zgromadzenie zasłynęło pracą u postaw, wydając przez wiele lat m.in. magazyn "Powściągliwość i Praca".    
    Do dzisiaj michalici ze szczególną troską podchodzą do młodzieży trudnej, uzależnionej, z problemami, starając się pokazać im drogę do wolności w Bogu; głoszą rekolekcje i misje, pracują w domach dziecka, poprawczakach, ośrodkach młodzieżowych.


•••

 

    Poprosiliśmy o wypowiedź przewodniczącego delegatury kanadyjskiej michalitów, ks. Andrzeja Kowalczyka.


    – Michalici to specjalne powołanie, to być blisko ludzi, którzy są dalej od Boga, czasem uzależnieni, spętani kłopotami, dlaczego Ksiądz wybrał to zgromadzenie?


    – Zachwyciła mnie idea księdza Markiewicza, idea pracy z młodzieżą i wśród młodzieży; zachwyciła mnie  postawa młodych michalitów, którzy przyjeżdżali do naszej parafii, ich entuzjazm i radość życia; radość posługi wśród młodych, bycia z młodymi, żeby kształtować te charaktery, kształtować te serca, które często mogą się pogubić, pokazywać im Pana Boga, że warto dla Pana  Boga dobrze żyć, pięknie żyć; żyć po Bożemu, że warto ten swój charakter i swoje życie też dla Pana Boga poświęcać.


    – Jak Ksiądz ocenia dzisiejszą młodzież? Lubimy na młodzież narzekać, co Ksiądz by powiedział o tych młodych ludziach?


    – Młodzież dzisiaj jest piękna, tylko nie trzeba się bać tej młodzieży. Młodzież jest piękna, która szuka, tak jak młody Natanael, który przyszedł do Pana Boga po nocy szukać odpowiedzi na dręczące go pytania.
    I trzeba pokazywać, gdzie na te pytania jest odpowiedź. Młodzież dzisiaj jest dobra; jest w niej dużo dobra. Ja doświadczyłem tego dobra i w szkole podstawowej, i w szkole średniej, i kiedy byłem proboszczem, i w naszym domu rekolekcyjnym, który prowadzę.
    Owszem, są trudności, kłopoty, ale właśnie tu jest też i rola michalitów, to co ksiądz kardynał powiedział – who is like God – pokazywać, kim dla ciebie jest Pan Bóg, to co mówił dzisiaj w kazaniu, żeby wybierać Pana Boga w codziennym życiu, bo to życie jest czasem takie skomplikowane, takie trudne, ale tak do końca, to właśnie wszystko się sprowadza do tego, kim dla ciebie jest Pan Bóg.


    – Ostatnie pytanie – czy czasem nie jest dzisiaj tak, że  coraz bardziej przeszkadzają w dotarciu do Pana Boga środki masowego przekazu, kultura masowa?


    – Pewnie tak, bo dobro, piękno się nie sprzedaje; dobro, piękno nie krzyczy; a to dobro, piękno zostało zawieszone na krzyżu i nie jest na pierwszych stronach gazet, i trzeba nam w dzisiejszym świecie pokazywać tę szlachetność. Taka, myślę, jest rola michality – taka jest rola nas wszystkich, ludzi, którzy przychodzimy w niedzielę do kościoła, by pomodlić się i oddać cześć Panu Bogu i by później wrócić odmienieni do swoich środowisk.


    – Proszę Księdza, wiele łask Bożych, zdrowia i siły w ten jubileusz.


    – Bóg zapłać.

piątek, 21 wrzesień 2012 15:02

Nasza minisonda z nr 38

Napisał

sonda38-1Janusz - W szkołach katolickich pojawiają się sale modlitwy dla muzułmanów, czy Pana zdaniem, tak powinno być?

- Nie wiem, czy w szkołach muzułmańskich są podobne pomieszczenia dla dzieci katolickich - na zasadzie równowagi, to bym rozumiał.

- A jeżeli to szkoła katolicka tylko dla muzułmanów ma organizować, to Pan jest przeciw?

- Chyba nie. Myślę, że wiara jest sprawą bardzo indywidualną.

- Ale do szkół katolickich dzieci posyłają katolicy.

- No to może w publicznych bardziej by to pasowało. Jeżeli ta szkoła katolicka ma swoje określone reguły, to chyba nie powinna być zobowiązywana do...

- No bo są to dwa oddzielne systemy religijne, przekonań, wartości.

- To znaczy jeżeli wartości są ogólnoludzkie, i jedna, i druga je niosą - nie mamy się co spierać, natomiast w szczegółach się różnią.

- Czyli na zasadzie wzajemności Pan by dopuścił?

- Na zasadzie wzajemności

- tak.

- Tylko że ja nie znam ani jednego katolika, który do muzułmańskiej szkoły dziecko zapisał...


sonda38-2Andrzej - W szkołach katolickich będzie się organizować pomieszczenia modlitewne dla muzułmanów, bo do niektórych chodzą muzułmanie, czy Pana zdaniem, to jest OK? Powinniśmy się zgodzić na coś takiego, że w szkole, która z nazwy jest katolicka, są też pomieszczenia modlitewne dla dzieci innych wyznań?

- Musiałbym się trochę zastanowić, ale uważam, że nie.

- Dlaczego?

- To jest inna wiara, my mamy swoją wiarę - uważam, że nawet na dzień dzisiejszy na całym świecie  te wiary ze sobą kolidują i to  bardzo widać.

- Czyli gdy ktoś posyła dziecko do szkoły katolickiej, to zakłada, że będzie wyznawać naszą wiarę?

-Tak, w szkołach katolickich powinni być katolicy

- Rozumiem.

- Oni mogą wyznawać swoją wiarę w swoich meczetach. Mieliśmy przykład we Francji, prezydent Sarkozy nie pozwolił na noszenie chust dziewczętom muzułmańskim. Nie mam nic przeciwko muzułmanom, mają swoją wiarę i swojego Boga, ale powinno to być rozdzielone.


sonda38-3Ryszard - W szkołach katolickich taka sprawa powstała, że zaczyna się organizować pokoje modlitewne dla muzułmanów, Pana zdaniem, to jest OK?

- Absolutnie nie, bo jeżeli szkoła jest katolicka, to jest katolicka, that's it!

No właśnie jeżeli ktoś posyła dziecko do szkoły katolickiej, to z myślą, że będzie tam uczone wartości katolickich!

- Tych, w których jesteśmy wychowani? Dzisiaj muzułmanie, jutro hindusi i religia nasza zaniknie.

- Czyli powinniśmy bronić katolickiego charakteru szkoły katolickiej?

- Oczywiście, bezwzględnie.


sonda38-4Łukasz - Realizuje się teraz w szkołach katolickich taki pomysł, by urządzać pokoje modlitewne dla muzułmanów; do niektórych szkół katolickich uczęszczają dzieci tego wyznania. Pana zdaniem to dobrze?

-  Ja się z tym nie zgadzam; czemu oni mają mieć takie pomieszczenie, jak to jest szkoła katolicka? Niech idą do publicznej.

- No właśnie, ale ministerstwo już wydało na to zgodę. Czyli, Pana zdaniem, tak nie powinno być?

- Nie.

- A w publicznej mogliby żądać takich rzeczy?

- To znaczy to też jest ciężka sprawa, bo wtedy każdy będzie  wołał; z każdej innej wiary i będzie miał oddzielne miejsce w klasie. Gdy jednym dadzą, zaraz inni będą też wołali.

- Pan chodził  do szkoły katolickiej?

- Tak.

- Chodząc do szkoły katolickiej, oczekiwał Pan nauczania i wychowania według wartości chrześcijańskich w wierze katolickiej?

- No tak, myśmy się modlili, chodziliśmy w mundurkach i takiego czegoś nie było.  Chodzili też i inni chrześcijanie, i z Ukrainy, i z Rosji, ale czegoś takiego nie było.

piątek, 21 wrzesień 2012 13:55

Plon niesiemy plon - dożynki w Kitchener-Waterloo

Napisane przez

dozynki2"Plon niesiemy plon w gospodarza dom" – tą staropolską pieśnią rozpoczęto uroczystości dożynkowe w Kitchener-Waterloo. Od 13 lat pielęgnowany zwyczaj i uroczyście obchodzony, rozpoczęty Mszą św. i błogosławieniem chleba, w tym roku zgromadził najliczniej Polonię z okolic środkowego Ontario. To organizacja POLONIA 2000 w Kitchener chlubne prezentuje swój dorobek – własną posiadłość z domem polonijnym ciągle powiększającym się. Jest to jedyny budynek i posiadłość Polonii w Kanadzie, który został nabyty i z sukcesem jest prowadzony przez Polaków z okresu tzw. imigracji solidarnościowej.


Polonia w Kitchener, jedna z najstarszych w Kanadzie i Ontario, stanowiła silny ośrodek kultury polskiej na kanadyjskiej ziemi. Miasto Kitchener-Waterloo z przemysłem maszynowym jest otoczone malowniczymi terenami rolniczymi i dobrze zagospodarowane, z większością rolniczej ludności menonitów, którzy jeszcze obecnie uprawiają ziemię starymi metodami, dostarczając zdrowych i pozbawionych chemii produktów żywnościowych.
Dożynki w Polsce obchodzono bardzo uroczyście 15 sierpnia – najpierw wieziono w korowodzie wieniec ze zbóż, ziół i bochen chleba do miejscowego kościoła, gdyż w tym dniu obchodzono święto Matki Boskiej Zielnej. We wszystkich dworach i miejscowościach praktykowano tę tradycję, możemy to zauważyć w książce ks. Kmietowicza "Opis obyczajów". Nawet w komunizmie ukradziono tę nazwę i na stadionie Dziesięciolecia w Warszawie odbywały się "Centralne Dożynki" z udziałem najwyższych władz państwowych. Wieś polska i chrześcijanie obchodzili jeszcze jedno święto dziękczynienia za zbiory, 8 września, w święto Matki Boskiej Siewnej.


Obecnie w kraju polskie rolnictwo zostało zniszczone, dwory polskie zostały rozparcelowane reformą rolną, a indywidualni chłopi przeznaczeni na rugi. Wyniszczające przepisy Unii Europejskiej rujnują polską wieś i jej kulturę.
Na kanadyjskiej ziemi jeszcze niedawno mogliśmy zauważyć wzorowo utrzymane farmy przez Polaków. Prowadziły je rodziny i z dziedzictwa ojców, i przywiązania do ciężkiej pracy na roli.


Efektem zmian w zarządzaniu rolnictwo i agrokultura zostaje zmniejszona, ze 130 farm "polskich" w okolicach London-Delhi-Brantford-Kitchener pozostało się kilka. Dużo Polaków właścicieli farm jest jeszcze w Manitobie. Kontrola nad produkcją, cenami, podatkami i regulacją zbytu-sprzedaży zniechęca do ciężkiej pracy na roli, która staje się coraz bardziej nieopłacalna. Rolnicze plony to dar Boży, a niewymierna praca rolników to ofiara dziękczynienia.


Całość programu prowadziła Karolina Varin, starostami byli prezes Marian Głowik i Grażyna Kacprzak. Wystąpiły zespoły taneczno-wokalne: "Kujawiacy" i Zespół Ludowy "Biesiadnicy" niedawno powstały pod kierownictwem Adama Sikory. Zespół przygotował okolicznościowy program pieśni dożynkowych ze starych tradycji dożynek w Polsce.
Duże brawa zebrali najmłodsi tancerze zespołu "Polonez", następnie swój profesjonalizm prezentowali "Kujawiacy" w trzech tańcach. Na zakończenie podziwiano wykonanie gorących rytmów.
DOM POLSKI 2000, bo taką ma nazwę, w rządzie Ontario jest zarejestrowany pod nazwą POLONIA ALLIANCE of KW REGION. Inicjatorami budowy i zakupu tej posiadłości był Eugeniusz Magolan i Marian Pilach, długoletni działacz polonijny, patriota odznaczony Złotą Odznaką KPK i Srebrnym Krzyżem Zasługi RP. W tym roku dobudowano jedno skrzydło dzięki Fundacji Trillium, a roboty budowlane wykonane zostały przez członków społecznie.

dozynki3

Zapraszamy w nasze szeregi, powiększmy dzieło Polonii tutaj, w Kanadzie, i w regionie Kitchener-Waterloo. Powróćmy do tradycji Ojców, a tutaj budujmy polonijne lobby.
W homilii w czasie Mszy św. proboszcz wskazał na wspólną pracę i dzielenie się chlebem i plonami. Prezes Marian Głowik podziękował komitetowi organizacyjnemu, wszystkim członkom, przybyłym gościom i zespołom, którzy uświetnili tę uroczystość.
ARTPOL

sobota, 22 wrzesień 2012 13:56

Multi-kulti z Roncesvólki

Napisane przez

W ubiegłą sobotę wybrałem się na historyczną ulicę Roncesvalles kontemplować zorganizowany przez szanowny Komitet Centralny wielki festyn nazwany "Polish Festival ", który, jak się później okazało, polskość miał tylko w nazwie. Bo cała ta hucpa kojarzyła mi się z multikulturalnym bazarem, na którym handluje się towarami i szybkim żarciem przy akompaniamencie klownów i innych pajaców w udziale licznych zespołów, orkiestr i grajków.


Wyjeżdżając z domu i zbliżając się od ulicy Howard Park, wyobrażałem sobie liczne transparenty biało-czerwone od słupa do słupa z napisami "Welcome on Polish Festival" oraz las powieszonych polskich flag i symboli na latarniach i balkonach, w oknach itp., tak jak bywa to u naszych sąsiadów. Niestety, materiału na sztandary krawcom zabrakło, więc organizatorzy postanowili nie eksponować naszych symboli narodowych. Trudno, ni ma to ni ma, posłucham chociaż rodzimej muzyki.


Zbliżałem się do pierwszej od Howard estrady. Grał zespół jazzowy, którego wokalistka wyczyniała dziwne ewolwenty piskliwym głosem, jakby jej ciężarówka na palce u nóg najechała. Wyła językiem tubylców, strasząc spokojne gołębie. Będąc do kości tolerancyjnym, pomyślalem sobie, że gości też należy zapraszać, i szybciutko oddaliłem się od źródła pisku w moich uszach powodowanego decybelami.
Dalej rząd straganów, budek, karuzele, kolorowe pompowane miasteczka służące do pozbywania się nadmiaru energii u naszych milusińskich. Za straganami sprzedawcy zachwalali swoje towary, generalnie jednodolarowy chłam lub chińskie zabawki dla dzieciaków. Oto hinduski sprzedawca w turbanie sprzedający ręcznie wykonane naszyjniki, wisiorki, bransolety. Za nim para Cyganów sprzedająca kapelusze i czapki, dalej Filipińczyk jowialnie uśmiechnięty zachwalający swój towar; buląc za stragan "jedyne" 621 dolców. Murzyński masażysta wkładający głowę ochotnika do chomąta i masujący kark za 1 dol. za minutę. Naprzeciwko dwóch Peruwiańczyków fiuka na kabarynach i tym podobnych fujarkach przy akompaniamencie podkładów muzycznych z karaoke. Zainteresował mnie muzyk rodem z Chile, grający na jednej strunie, posuwając smykiem na dziwnym instrumencie przypominający mi pierwowzór skrzypiec z dosztukowaną tykwą, która wzmacniała głos, jęcząc jękami z najstraszniejszego horroru Stephena Kinga.


W pobliżu budynku KPK (też na sprzedaż) dziarsko grała orkiestra pana Guca. Trąby, garmoszka, bas i perkusja z gitarą oddawały pełnię dawnego fokloru. Kapela rżnęła mazurki, oberki, polki, walczyki i tanga! Następnie estrada rockowa. Najpierw kochany zespół "Mister System" grał jeszcze powściągliwie. Po nich kapela kanadyjska rozkręciła decybele, aż mnie kopnęło przy kolumnie głośnikowej. Bombardowali basem Roncesvólkę, aż co poniektórzy rezydenci kładli mokre gazety na szyby, żeby nie dzwonić po szklarza.


Przypomniałem sobie, jak grałem koncert na keyboardach przy restauracji "Krak" trzy lata temu, gromadząc słuchaczy wokół mojej muzyki. Jakiś polakofob zadzwonił po policję. Przyjechały dwa radiowozy i panowie mundurowi polecili mi przestać grać o godz.17.00 , bo gram za głośno! Moje nagłośnienie było pryszczem w porównaniu do zespołu spod biblioteki. Szukam, drodzy czytelnicy, głównej estrady folklorystycznej polskiej, mrużąc oczy, i nie widzę. Dopiero na tyłach budynku Credit Union jak wychodek za stodołą, dojrzałem potężną estradę. Polski folk kogoś kłuł w oczy i uszy, więc wykoncypowano schowanie estrady z widoku publicznego na tyły banku, i do tego nie zaistalowano nagłośnienia. Zobaczyłem muzykantow grających cichutko bez mikrofonów i kolumn głośnikowych. Dziewczęta i chłopcy w cudownych strojach ludowych wywijali hołupce... Ale co z tego, jeżeli przechodnie z ulicy tego nie widzieli.


Idąc w kierunku jeziora znowu ujrzałem grających Meksykanów oszukujących ludzi playbackiem, dogrywając nieco na pudle gitary.
Muzyka zaiste piękna, latynoska, ale wykonywana po najmniejszej linii oporu.


Minąłem mistrza ognia żonglującego pochodniami. W połączeniu z zabawnymi tekstami chłopak przywiódł atmosferę cyrku. Następnie estrada "Jasia Góry", przy której grała orkiestra wojskowa kanadyjskiego regimentu. Napis głosił "Polish-Canadian Big Band". Natychmiast się zapytałem, kto jest Polakiem w tej orkiestrze. Przecież znam wszystkich niemal w Ontario, a nie widzę znajomej twarzy. "Aaaa wie pan, tu jest kilku polskiego pochodzenia, tutaj urodzeni". Poczułem brzydki zapach kłamstwa i przekrętu. Orkiestra grała suitę z "Gwiezdnych wojen", później inne utwory muzyki filmowej. Nie słyszałem polskich dziarskich marszów, poloneza, walczyków. To nie była polska orkiestra.


Odwróciłem się do góry Ronces-valles – dawniej polskiej dzielnicy, polskiego rzemiosła, ulicy pełnej polskich barów, knajpek, restauracji. W panoramie ulicy nie powiewał ani jeden polski sztandar, ani jeden transparent. Jedynie przy trzech polskich stoiskach powieszono skromniutkie dwie polskie flagi. 80 proc. handlarzy nie pochodziło z naszej nacji. Nie grała orkiestra reprezentacyjna "Orzeł Biały" w polskich mundurach, zwykle prowadząca defiladę. Nie widziałem weteranów i polskich żołnierzy, którzy nie zostali zaproszeni z poligonu w Borden.


Mimo zgłoszenia ponad trzydziestu profesjonalnych polskich artystów młodzieżowych z Cafe "Pasja" i z "Kawiarni Pod Sufitem" Komitet Centralny festiwalu odmówił udziału Polskiej Orkiestrze "Orzeł Biały" oraz naszej młodzieży. Posłaliśmy CD i DVD z koncertów panu Andrzejowi Chomętowskiemu i całej tej komisji pod kierownictwem Kanadyjczyka, pana Keitha Danninga, żeby można było pokazać Polonii nie tylko hałaśliwego rocka czy peruwiański lub meksykański folklor. Kasia Kacała, Wojtek Żukowski, Laura Sąsiadek, Wiktoria Wojtas i wielu innych występowało wielokrotnie na poważnych koncertach. Chcieliśmy pokazać Polonii 10-letnią Adriankę Serro – utalentowaną piosenkarkę i aktorkę teatru "Biedronka". W zanadrzu mamy dwa zespoły o miedzynarodowym repertuarze: STANDARD i NOVI-BAND, w których grają autentyczni wirtuozi muzyki. Jednak właściwe i politycznie poprawne było zaproszenie górali z Peru bądź artystów z Meksyku.


Tłumaczenia Komitetu Centralnego były wymijające. A sednem jest, jak się domyśliłem, rugowanie polskości z dzielnicy Roncesvalles perfidnymi metodami. Oto oficjalny, zgodny z prawem proceder. Dwa lata temu na sklepy polskie spożywcze i restauracje rozpoczął się prawdziwy nalot inspektorów zdrowia, BHP, strażaków, policji w celach kontroli. Padały decyzje, żeby kiełbasy przechowywać w folii, a nie "gołkiem" na hakach, polecano stawiać ściany działowe odgradzajace wędzarnie, wydawano i egzekwowano mandatami całą masę przepisów. Kilka sklepów zamknięto bądź właściciele sami się poddali.


Tymczasem z powodu zakażenia w ontaryjskich zakładach mięsnych, umiera 11 pacjentów zatrutych salmonellą. W polskich sklepach nikt się nie zatruł. Gdy nasi rodacy apelowali do posłów, kontrole ucichły. Polakofoby wymyśliły nowy atak. Właściciele posesji zaczeli drastycznie podnosić czynsze. A Revenue Canada rozpoczęła drobiazgową kontrolę malutkich sklepików i knajpek. I skutek tych prześladowań widzimy wyraźnie.
Dlaczego Festiwal Polski został odarty z polskości? Dlaczego zapraszano grajków i multi-folk artystów, a nie Polaków? Bo głównym sponsorem tego jarmarku jest Ontario Government z panem premierem McGuintym, socjalistą i ekstremalnym lewakiem nie akceptującym konserwatystów, katolików, czyli nas, Polaków.


Drogi Komitecie Festiwalu Multi-Kulturalnego! W przyszłym roku proszę zdjąć z waszej reklamy "Polish Festival", a pozostawić sobie International Festival bądź Multi-Culti Parkdale Festival. Wara od używania polskich symboli w prywatnych przekrętach lewackich! Polski festiwal winien mieć wyłącznie polską obsadę, polskie zespoły taneczne i polskich muzyków. Gości można zaprosić z krajów kooperujących z RP lub nawet z Polski! Lody możecie kręcić pod innymi symbolami. Dziwi mnie brak reakcji polskiego konsulatu, który był jednym ze sponsorów. Również zarządu Okręgu KPK, którego gnuśnienie jest powszechnie znane. Padła propozycja, żeby wysłać delegację do pani McCallion, zorganizować komisję i sponsorów i organizować Polski Festiwal w Mississaudze przy Square One. To poddajemy pod referendum. Na Square One jest dużo miejsca na parkingi, ogromne place i ulice, które można zamykać bez kolidowania z ruchem pojazdów na głównych ulicach. Zastanówmy się wszyscy nad tym pomysłem.


Andrzej Załęski, Toronto, 18.09.2012

piątek, 21 wrzesień 2012 11:49

Polskie ślady na Ukrainie: Międzybóż nad Bohem

Napisane przez



Daleko nad rzeką Boh, na Podolu, pogranicza I Rzeczpospolitej strzegła forteca, nie raz oblegana przez Tatarów, Kozaków i Turków. Międzybóż nie jest mekką turystów tłumnie odwiedzających dziś Lwów, Zbaraż czy Kamieniec Podolski, gdyż leży z dala od głównego kresowego szlaku, prawie 100 kilometrów na wschód od przedwojennej granicy II RP. Okolice Międzyboża to tereny wciąż mocno związane z polską historią. Tam właśnie znajduje się największe skupisko polskiej mniejszości na Ukrainie. 


Międzybóż to unikalny przykład militarnej architektury w tamtej części Europy. Jest to pomnik świetności I Rzeczpospolitej i skarb budownictwa wojskowego na wschodnim Podolu.


Pierwsze, częściowe renowacje tej bezcennej budowli przeprowadzono w roku 1968. Obecnie zamek niszczeje nadal, choć działa przy nim lokalne Muzeum Ziem Podolskich, a niedawno zaczął się powolny remont zamkowej kaplicy.
Międzyborską warownię zbudowano na wzgórzu i długim cyplu, przy rozlewiskach i bagnach, w widłach Bohu (trzecia najważniejsza rzeka na Kresach) i Bożku. Boh przez wieki był ważnym szlakiem handlowym. Wyznaczał linię, przy której budowano grody, warownie i osiedla. Od średniowiecza miał duże znaczenie strategiczne i gospodarcze.


Najstarsze informacje dotyczące twierdzy w Międzybożu pochodzą z czasów istnienia warownego grodu Rurykowiczów powstałego tam około roku 1146. Pierwszym zaś gospodarzem międzyborskiego grodu był najprawdopodobniej Światosław Rurykowicz.
W roku 1240, w czasie gdy grodem władał kniaź halicki Daniel Romanowicz, Międzybóż zniszczyli Tatarzy. Z ruin podnieśli go książęta włodzimierscy, a murowany zamek wszedł w skład Korony w czasach Kazimierza Wielkiego.

03. Międzybórz - napis miejscowości po ukraińsku
Jako królewski zamek w roku 1366 nadany został Lubartowi z łuckiego rodu Giedyminowiczów. Później władali nim polscy starostowie lub zasłużeni rycerze strzegący granicy przed Tatarami. Orda najeżdżała podolskie pogranicze do czasu, gdy w roku 1507 tatarskie czambuły dotkliwie pobił kasztelan lwowski Jan Kamieniecki. Po tym wydarzeniu nastał czas szybkiego rozkwitu Międzyboża.


Na początku XVI wieku, podobnie jak wiele innych pobliskich dóbr, zamek w Międzybożu przejęli Sieniawscy. Pierwszym gospodarzem Międzyboża wywodzącym się z tej zasłużonej dla Podola rodziny był hetman wielki koronny Mikołaj Sieniawski. Ów znany ród przyczynił się do gruntownej rekonstrukcji zamku, nadając mu charakter potężnej i nowoczesnej, jak na ówczesne czasy, twierdzy. Międzybóż stał się wówczas jedną z najpotężniejszych fortyfikacji Podola. Pod rządami Sieniawskich przechodził swój złoty wiek i zamieszkiwało go kilkanaście tysięcy ludzi.
Twierdza została oparta na planie czworoboku, który idealnie dostosowano do ukształtowania terenu oraz wkomponowano w bagienne rozlewiska rzek. Twierdzę otaczała dodatkowo fosa. Mury obronne wzmocnione były nasypami i sztucznymi skarpami. Od strony południowej, do murów wzmocnionych masywnymi przyporami, przylegał renesansowy pałac wybudowany przez rodzinę Sieniawskich. Po zachodniej stronie, wjazdu do zamku strzegła pięciokondygnacyjna baszta, która górowała nad fosą i zwodzonym mostem. Od północy, po horyzont, ciągnęły się mokradła, a podejścia do zamku strzegły gęsto rozlokowane na murach strzelnice artyleryjskie i stanowiska ogniowe piechoty. Dookoła zamkowego dziedzińca, przy murach, stały zabudowania gospodarcze i znajdowała się część mieszkalna. W piwnicach zaś znajdował się arsenał.
Ufortyfikowany Międzybóż był na mapie Podola szczególnym miejscem. Miasteczko, chronione przez potężną fortecę, stało się znane na szlaku handlowym z Orientu do Europy, w którym zatrzymywali się m.in. Grecy, Ormianie i Żydzi. W Międzybożu żył, tworzył i zmarł, w roku 1760, twórca chasydyzmu, znany żydowski mistyk – Baal Szem Tow.


Miasteczko rozwijało się prężnie. W jego okolicach powstawały szlacheckie dworki i duże majątki. W XVI i XVII wieku Międzybóż parokrotnie oparł się najeźdźcom z pobliskiego Czarnego Szlaku, który kontrolowała Orda, a później Turcy i Kozacy.
Międzybóż był jednym z najzamożniejszych podolskich miast w czasach króla Stefana Batorego i Wazów. W I Rzeczpospolitej słynął z potężnych umocnień, pod którymi doszło do kapitulacji siedmiogrodzkich wojsk Jerzego Rakoczego, sprzymierzonych w czasie potopu szwedzkiego.
Do połowy XVII wieku Międzybóż uważany był za twierdzę niemożliwą do zdobycia. Jednak dwukrotnie: w roku 1648 i 1650, zdobyli ją i splądrowali Kozacy. Silnie ufortyfikowana twierdza nie oparła się też Turkom w roku 1672, kiedy to, bez jednego wystrzału, zajęli ją na mocy traktatu buczackiego janczarzy sułtana Mehmeda IV.


Turcy osadzili w Międzybożu silny kontyngent wojskowy liczący około 3 tysięcy piechoty i kilkadziesiąt dział. W niedługim jednak czasie twierdza skapitulowała na skutek brawurowego ataku husarii i wojsk hetmana Mikołaja Sieniawskiego, a potem ponownie wróciła w ręce tureckie i została przebudowana na pałac w stylu orientalnym, a kaplica zamkowa przekształcona w meczet.
Militarne znaczenie twierdzy zmalało wraz z końcem konfliktów z imperium tureckim. W XVIII wieku twierdza nie pełniła już tak ważnej funkcji obronnej, choć nadal uważana była za ważną podolską fortalicję.
W latach 1726–1731 międzyborskie dobra Sieniawskich i twierdza, na drodze koneksji małżeńskich, znalazły się w rękach rodu Czartoryskich, który sukcesywnie przejmował fortunę Sieniawskich.


W XVIII wieku miasteczko wyniszczone licznymi najazdami z poprzedniego stulecia, długo podnosiło się ze zniszczeń. W zamku znajdowała się siedziba administracji podolskich dóbr Czartoryskich oraz rezydencja, w której kwitło życie towarzyskie i spotykała się okoliczna szlachta.
W czasie walk o uratowanie upadającej Rzeczpospolitej, w latach 1790–1791, międzyborska twierdza była kwaterą główną Tadeusza Kościuszki, stacjonującego tam z kilkunastotysięcznymi oddziałami.


Od roku 1793 Międzybóż znalazł się w zaborze rosyjskim. Tamtejsze dobra zwrócono, w roku 1796, Czartoryskim. W roku 1814 Czartoryscy, w salach starego renesansowego pałacu, urządzili szkołę powiatową, którą po klęsce powstania listopadowego zamknięto, a zamek skonfiskowano, zamieniając go na carską rezydencję. Miasteczko stało się wówczas osadą wojskową. W twierdzy dobudowano koszarowce i wzmocniono najwyższe kondygnacje murów. Miasteczko zyskało brukowane ulice, murowany ratusz, trzy cerkwie i synagogę. W trakcie rosyjskiego zaboru do Międzyboża, na specjalne pokazy wojskowe, przyjeżdżali carowie Mikołaj I i Aleksander II. W XIX wieku stacjonował tam pułk rosyjskiej dragonii.
Wiek XX przyniósł międzyborskiej twierdzy i miastu duże zniszczenia. W okresie I wojny światowej zamek został dotkliwie ostrzelany. Zbombardowano też ratusz, rynek miejski i wiele domów. Do dzisiejszych czasów, poza twierdzą, ruinami kościoła, pałacu, kaplicy i baszt, przetrwało jedynie kilka zabytkowych domów, niewielki cmentarz katolicki i dwa obeliski.

05. Międzybórz - cerkiew zamkowa
Najciekawszymi dowodami dawnej świetności niewielkiego dziś Międzyboża są pozostałości późnogotyckiego kościoła św. Trójcy, który z donacji Hieronima Sieniawskiego zbudowano na planie krzyża, w XVII wieku w oparciu o gotyckie wzory architektoniczne. Kościół działał jeszcze w pierwszej połowie XX wieku. Zachowały się: zabytkowa kruchta i strzeliste okna, charakterystyczne dla późnogotyckiego stylu. Po II wojnie światowej kościół został zdewastowany.


Mniejsza liczba turystów i zdecydowanie większe przestrzenie dalekich, wschodnich, podolskich pejzaży sprawiają, iż w wietrznym Międzybożu, na wysokich murach starej twierdzy jeszcze mocniej wyczuwa się podmuchy kresowej historii.
Tekst i zdjęcia Leszek Wątróbski

sobota, 15 wrzesień 2012 08:46

REFLEKSJE POODPUSTOWE Z BRAMPTON

Napisane przez


To była  wspaniała, religijna, narodowa, barwna manifestacja: widzieliśmy Polonię z róznych części Ontario w całej krasie swojej wiary i  tradycji narodowych.  Uroczystości odpustowe w bramptońskim sanktuarium przygotowane były przez wspaniałe nabożeństwa maryjne: Mszę św. z kazaniem „rekolekcyjnym” o. Józefa Kowalika OMI, procesją ze świecami, z figurą Matki Bożej Ludźmierskiej, spowiedzią św. Pracowały serca i ręce parafian, sanktuarium wysprzątane na połysk!


W sobotę od godz. 21.00 – 02.00 (w nocy) bezpośrednie religijne i artystyczne przygotowania do odpustu: nabożeństwo do Matki Bożej, artystyczne występy zespołów młodzieżowych i nie tylko; wszystko zakończone „pasterką” o godz. 24.00 sprawowaną przez ks. bpa Mateusza Ustrzyckiego!
W niedzielę przed Mszą św. o godz., 12.30 O. Proboszcz serdecznie przedstawił i przywitał celebransów, VIP-ów, gości z Chicago i okolicznych parafii i najserdeczniej wszystkich parafian bramtońskich.


Oczywiście centralnym wydarzeniem odpustowym była uroczysta Msza św. o godz. 12.30 sprawowana przez ks. prałata Tadeusza Juchasa, kustosza Sanktuarium Matki Bożej w Ludźmierzu, który wygłosił kazanie, przyjęte przez wiernych oklaskami; koncelebrowało kilku kapłanów. Oprawa liturgiczna wspaniała: dk. Wojciech Nowak, ministranci, nadzwyczajni szafarze Eucharystii, lektorzy, 70 osobowy chór “Quo Vadis” pod dyrekcją Krzysztofa Jędrysika z panią Kingą Mitrowską oraz orkiestrą “Kamerata”, orkiestra dęta “Polonia Brass Band” i zespół góralski; poczty sztandarowe delegacji organizacji polonijnych i parafialnych, jak zawsze dodawali uroku Rycerze Kolumba. Sanktuarium ukazało się w całym pięknie, wypełnione, czy raczej przepełnione wiernymi! Każdy kościół jest najpiękniejszy wtedy, gdy jest „przepełniony”, nabrzmiały modlitwą, pieśnią, i Ludem Bożym przystępującym do Komunii św. – wszystko w najlepszym wydaniu! Pozostała jedyna wątpliwość, czy jesteśmy już w niebie czy jeszcze na ziemi!
A to była Polska właśnie, Polonia Bramptońska, i nie tylko, zebrana, skupiona przy Chrystusie i Matce Najświętszej! Mimo różnic, postaw wyczuwało się tutaj jedno serce i jedną duszę; to była wspólnota wiary, miłości i patriotyzmu. Mieliśmy jak na dłoni przekrój całej polonijnej społeczności, niezależnie od wieku, zawodów, sprawowanych funkcji religijnych, społecznych, kulturalnych, gospodarczych.
Liturgiczną  kropeczkę nad „i” stanowiła  barwna, radosna, procesja Eucharystyczna, z Chrystusem w Najświętszym Sakramencie. Swoją postawą, pieśnią, wierni wyrażali swoją wiarę i miłość do Chrystusa!


Na zakończenie O. Proboszcz serdeczne podziękował wszystkim, którzy przyczynili się do głębokiego i wspaniałego przeżycia uroczystości odpustowych. Radosną niespodzianką, było ogłoszenie przez Ks. Profesora Andrzeja Baczyńskiego dwóch wyróżnień O. Proboszcza Adama Filasa OMI przez ks. Stanisława kardynała Dziwisza, który w swoim liście pisze: „Pragnę zaproponować udział w pracach Międzynarodowej Akademii Bożego Miłosierdzia w charakterze członka zwyczajnego z siedzibą w Krakowie-Łagiewnikach. Ufając, że moja propozycja spotka się z pozytywnym przyjęciem”. Propozycja ta była poparta gorącymi oklaskami. Docenieniem Ojca Adama za załugi dla Archidiecezji Krakowskiej było wręczenie „Złotego Medalu Jana Pawła II”. Dla Matki Bożej Ludzimierskiej w Brampton ks. Stanisław kardynał Dziwisz przesłał Złotą Różę.
Ks. Prałat Tadeusz Juchas zaprosił wiernych do Ludzierza na uroczystości 50-lecia koronacji, Matki Bożej Ludźmierskiej, 15 sierpnia 2013. Zaproszenie zostało przyjęte wielkim aplauzem!


              Uroczystość odpustowa zakończyła się wspaniałym festynem w “Parku Matki Bożej Ludzimierskiej” przy kościele parafilanym!
Całe wydarzenie zostało sfilmowane przez ekipę Redakcji Programów Katolickich TVP Kraków p. Katarzynę Katarzyńską, p. Joannę Adamik pod czujnym redaktorskim okiem ks. Dyrektora Andrzeja Baczyńskiego. Między innymi także z tego materiału powstanie film dokumentalny o millennijnym dziele Polonii kanadyjskiej, które jest już na ukończeniu w Brampton.
„I ja tam byłem…”, we wszystkim uczestniczyłem (oprócz festynu) i w wielkim skrócie usiłowałem opisać…

O. Józef Kowalik, OMI